sobota, 23 lutego 2013

PART VIII


Wskoczyłem nieśmiało do auta. Przed kółkiem siedziała młoda, co najwyżej dwudziestoletnia kobieta.
-Cześć – przywitała się ze mną serdecznie, ruszając z piskiem opon – Jak się nazywasz?
-Pierre – odparłem nieco oschle, męcząc się z zapięciem pasów.
-Pierre – powtórzyła nieco zamyślona – Świetne imię dla chłopaka. Sama nazwałabym tak syna.
„Ciekawe, jak wielu ludziom mówi to samo” pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos. Z klientem się nie dyskutuje, a jej nie chciałem stracić. Wyglądała na bogatą, mogła sporo płacić. Była napchana pieniędzmi jak balon helem. W końcu na taką brykę nie każdego stać. Dla mnie już marzeniem było siedzenie w takim aucie. Nie znałem się na samochodach, ale jakiejś specjalnej wiedzy nie musiałem posiadać, żeby stwierdzić, że ona nie jest pierwsza lepsza z brzegu.
Milczeliśmy przez całą drogę, zapewne ani ona, ani ja nie mieliśmy ochotę na gadanie o głupotach. Zatrzymaliśmy się dopiero przed jakąś śnieżnobiałą willą.
-Słuchaj, Pierre – odezwała się ona, kiedy ja znowu mocowałem się z tym cholernym pasem – Zależy mi na dyskrecji.
-Gdybym, nie był dyskretny już dawno wyleciałbym z tej branży – odparłem, chwytając swój plecak i otwierając powoli drzwi. Z żalem opuściłem to auto, obiecując sobie, że kiedyś też takie będę miał. Czułem że osiągnięcie tego wcale nie będzie takie proste.
-Jesteś niezwykle małomówny - odezwała się – to rzadkość.
-A co niby mam mówić? –zapytałem cicho, wchodząc do willi i ciekawie się rozglądając. Dom był przeogromny i aż błyszczał się, tak bardzo o niego dbano.
-Dla mnie to lepiej, że nic nie mówisz, przynajmniej mam pewność, że umiesz dochować tajemnicy i mój mąż o niczym się nie dowie – uśmiechnęła się szeroko i rzuciła klucze na szafkę – Czuj się jak u siebie – dodała jeszcze.
-Dzięki – wymamrotałem z zamiarem zdjęcia butów. Ona jednak zatrzymała mnie gestem i kazała iść za sobą. Wzruszyłem ramionami i posłuchałem jej milczącego rozkazu. Chwilę później znaleźliśmy się w kuchni, która wyglądała chyb a jeszcze bardziej bogato niż reszta domu. Onieśmielony oglądałem wszystkie sprzęty, niektóre były mi całkiem obce, nawet nie wiedziałem, do czego mogą służyć. Właśnie wpatrywałem się w dziwne pudełko, kiedy ona przerwała moje przemyślenia:
- Napijesz się czegoś, zanim zaczniemy? – zapytała – Wina, drinka, whisky?
Zaprzeczyłem głową, odrywając się od tych przedmiotów. W końcu nie przyszedłem tu, żeby się bawić, tylko odwalić swoją robotę.
-Gdzie mogę się przygotować? – zapytałem, ściskając swój plecak. Ona szybko wytłumaczyła mi, jak mam dojść do łazienki. Nie bez problemów ją odnalazłem. Cholernie bałem się czegokolwiek tutaj dotykać, żeby później nie zostać posądzonym o zniszczenie. Szybko uwinąłem się z prezerwatywą. Spojrzałem w lustro, opierając dłonie o umywalkę. Wyglądałem okropnie, zdecydowanie gorzej niż zwykle. Dłonie zaczęły mi drżeć. Nie miałem ochoty na siebie patrzeć. Odkręciłem kran, woda ciurkiem zaczęła zlatywać. Zanurzyłem w niej ręce, dokładnie je oczyściłem. Potem zamoczyłem głowę, sam nie wiem, po co. Chyba chciałem w jakiś sposób się obudzić i ogarnąć. Szczerze mówiąc nie miałem na to ochoty, nigdy nie lubiłem tego robić. A jednak zmuszałem się, , skądś musiałem mieć kasę na życie.
Pomyślałem, że im szybciej to załatwię, tym szybciej będę miał to z głowy, więc wyrzuciłem wszystkie śmieci do plecaka, by nikt nie zauważył mojej obecności i wyszedłem. Ona wciąż czekała na mnie w kuchni, sącząc wino z kieliszka.
-Gotowy? – zapytała niskim głębokim głosem. Pokiwałem zdecydowanie głową na znak zgody. Ona wzięła ze sobą ciemnozieloną butelkę i zaprowadziła mnie do jednego z pokoi. Nawet się zbytnio po nim nie przyglądałem, nie przywiązywałem wagi do miejsc, w których przebywałem jedynie chwilowo. Wiernie służący mi Plecak upadł na podłogę. Ona opierała się o ścianę, wpatrując się we mnie swoim figlarnym spojrzeniem. Przełknąłem cicho ślinę i zacząłem rozpinać bluzę. Coś mnie pow2strzymywało, a jednak, zdejmując koszulkę, nawet przez moment się nie zawahałem. Ona także zaczęła się przygotowywać, odłożyła kieliszek na niewielki stolik i także zaczęła pozbywać się ubrań. Nie mogłem przestać myśleć o tym, że to, co chcę zrobić, jest ohydne. Ale musiałem to zrobić, przecież zawsze to robiłem. Bez żadnych wyrzutów sumienia. Z zimnem i chłodem. Próbowałem pozbyć się tego czegoś, zapomnieć. Nie udało mi się. Wzruszyłem ramionami. Ona była gotowa, widziałem to. Powoli zaczęliśmy zbliżać się w swoją stronę. Delikatnie ją objąłem i zacząłem całować jej szyję. Cicho pomrukiwała z wyraźną przyjemnością. Coraz bardziej wczuwała się w swoją rolę, ja ajkoś nie potrafiłem. Próbowałem zrobić to tak jak zwykle, skupić się jedynie na swojej robocie, zapomnieć o całej reszcie. Po chwili już oboje leżeliśmy, gorąco się całując. Czułem jej zapach, wydawał mi się obcy i drażniący. Mieliśmy już przejść do ostatniej fazy, tej najbardziej obleśnej i najgorszej. Teraz już tylko siłą woli usiłowałem się do niej zmusić. To było za mało. Nie mogłem. Uświadomiłem sobie, że to jest chore. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu odskoczyłem od niej jak poparzony. Sam nie wiedziałem, co się dzieje, dlaczego nie poszło mi to tak sprawnie jak zwykle. Przełknąłem ślinę. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie zrobiłem, nie postawiłem w takiej sytuacji ani siebie, ani tym żadnej kobiety.
-N... Nie mogę... Nie mogę tego...  – wymamrotałem zdenerwowany.
Ona na początku była zaskoczona, na pewno nie spodziewała się po mnie takiego zachowania, potem jednak nieco się uspokoiła. Usiadła w normalnej pozycji, chwyciła butelkę wina i wyciągnęła dłoń w moim kierunku. Od razu domyśliłem się, o co jej chodzi. Zabrałem ją z dłoni kobiety i nie zważając na to co robię, z gwinta się napiłem. Jednak im więcej tego piłem, tym bardziej wydawało mi się, że źle robię, że powinienem wrócić na dobrą drogę, że zarabianie w taki sposób nigdy nie sprawi mi radości, nawet kiedy się stąd wyprowadzę.
Teraz już nie pamiętam, czy w tej butelce zostało coś jeszcze, czy już nie, ale za to dokładnie pamiętam, jak odkładałem ją na podłogę. Wciąż w głowie pozostały mi resztki dobrego wychowania, więc ładnie ją przeprosiłem i powiedziałem, że nie mogę jej zaspokoić. Jej reakcja mnie zaskoczyła. W milczeniu pokiwała głową i wpatrywała się we mnie z nieukrywaną ciekawością, gdy się ubierałem. Nie powiem, cholernie głupio było mi wystawiać ją do wiatru. Ale nie umiałem tego zrobić.
-Odwieźć cię? – zapytała cicho, gdy zapinałem bluzę. Pokiwałem przecząco głową, nie potrafiłem spojrzeć jej w oczy. Chwyciłem swój plecak i zarzuciłem go na ramię. Pragnąłem jak najszybciej wyjść z tego domu i na świeżo to wszystko przemyśleć.
-Pierre! – zatrzymał mnie jeszcze jej głos. Zadrżałem, obawiając się, że za chwilę stanie się to, czego najbardziej się obawiałem, czyli będzie chciała rekompensaty. Przystanąłem.
-Słucham? – zapytałem cicho, nawet się nie odwracając. Jej słowa co najmniej mnie zaskoczyły.
-Pierre, nie próbuj jej tego robić nigdy więcej.
Na początku w ogóle nie zrozumiałem, o co jej chodzi. Po chwili dotarło do mnie, o czym ona mówi. Wlepiłem wzrok w buty. Czy to naprawdę aż tak widać? Czy tylko ja nie potrafię tego zrozumieć? Czy tylko ja nie potrafię tego wyczuć? Nawet całkiem obca mi kobieta to widzi, widzi... miłość.
-Ranisz ją każdym kolejnym razem. Sam się do tego zmuszasz, wcale nie chcesz. To wszystko jest wypisane na twojej twarzy – mówiła spokojnie. I miała rację. Tylko że nie znała mojego życia.
-Potrzebuję pieniędzy – wymamrotałem, zaciskając pięści – W jaki inny sposób miałbym je zdobyć?
-Pieniądze szczęścia nie dają! – zahuczała ona – W odpowiednim momencie same do ciebie przyjdą! Lepiej walcz o coś cenniejszego, drugiej takiej osoby możesz już nigdy nie znaleźć! Ona nie będzie cię kochać za kasę, tylko za to, jakim jesteś człowiekiem! Wiem, może nie wyglądam na specjalistkę, ale wiele przeżyłam w swoim życiu, nie chcę, byś popełnił te same błędy co ja.
Pokiwałem milcząco głową, nie mając bladego pojęcia, co na to wszystko odpowiedzieć. Myśli latały po mojej głowie z ogromną prędkością. Nie mogłem ich pozbierać, w ogóle nie mogłem się ogarnąć.
-Podrzucić cię dokądś? – powtórzyła jeszcze swoje pytanie. Zaprzeczyłem ruchem głowy. Nie chciałem już więcej na nią patrzeć, spoglądać w jej oczy. Czułem się cholernie głupio, w końcu zostawiam ją samotną. Wstydziłem się, chociaż... Chociaż ona rozumiała mnie lepiej niż ja sam siebie. Wiedziała, dlaczego to zrobiłem, a właściwie to tego nie zrobiłem.
Na szczęście bez większego problemu odnalazłem drzwi wyjściowe. Potem już było nieco gorzej. Niby od dziecka wychowywałem się w Montrealu, ale akurat tych okolic nie znałem. Nigdy nie miałem do załatwienia nic na bogatych obrzeżach. Ale miało to też swoje dobre strony. Kiedy w końcu dotarłem do domu, wiedziałem. Wiedziałem  już wszystko. I miałem nowy plan na własne życie.
***
Tym razem nie spieszyło mi się do szkoły. Wstałem zaskakująco wcześnie, dzięki czemu miałem jeszcze kupę czasu. Przed wyjściem nawet zdążyłem zrobić krótkie pranie. Czas zlatywał mi tak jakoś przyjemniej i spokojniej. Nawet pogoda dopisywała, słońce jasno świeciło na niebie. Moi rodzice spali zalani, ale nawet to jakoś szczególnie mi nie przeszkadzało. Traktowałem ich jak duchy.
Z dłońmi w kieszeniach podstarzałych spodni przekroczyłem próg domu. Od razu zacząłem rozglądać się za Marie. Była za dziesięć ósma, więc spodziewałem się ją ujrzeć przy wejściu. Trochę się obawiałem, że mogłaby się rozmyślić i mi odmówić. Czekałem aż piętnaście minut, potem stwierdziłem, że to nie ma sensu. Nie chciałem po raz kolejny mieć niezapisanej nieobecności na lekcji. Siedząc w ławce, w żaden sposób nie mogłem skupić się na temacie zajęć, zresztą nie byłem jedyny. Wszyscy hałasowali i rozrabiali, nauczycielka w żaden sposób nie mogła ich uspokoić, ale dzięki temu w ogóle nie zwracała na mnie uwagi, co akurat dla mnie było wielkim plusem. Ciągle myślałem o Marie i powoli zaczynałem się martwić, że ktoś mógł zrobić jej krzywdę czy coś. Obiecałem sobie, że na następnej przerwie jej poszukam. W końcu nie należała do osób, które ot tak opuszczają sobie lekcje z powodu własnych widzimisiów.
Słysząc dzwonek na przerwę, pierwszy wyleciałem z klasy. Poleciałem w kierunku głównego korytarza, tam zawsze wisiał plan lekcji. Po chwili przypomniałem  sobie, że na nic mi ten plan, skoro nawet nie wiem, w której ona jest klasie. Stałem na środku, zastanawiając się nad tym, co dalej robić, kiedy ją ujrzałem. Biegłem przez całą długość korytarza, wywrzaskując jej imię z ulgą na sercu. Na początku mnie nie słyszała, dopiero po chwili zaczęła się rozglądać za wołającym ją głosem. Gdy mnie zauważyła, na jej twarzy pojawił się uśmiech, na mojej zresztą także. Cieszyłem się, że ją widziałem całą, no i że tak zareagowała na mój widok. To oznaczało jedno: ona mnie lubi.
-Cześć! – przywitałem się, szczerząc zęby.
-Cześć – odparła – Wyglądasz jakbyś przed chwilą przebiegł maraton – zachichotała. Zarumieniłem się jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
-Gdzie byłaś na pierwszej lekcji? – zapytałem z ciekawością – Szukałem cię.
-Nie ma naszej babki od matmy w szkole – odparła – Mieliśmy na dziewiątą, więc trochę dłużej pospałam.
-Zazdroszczę – uśmiechnąłem się kwaśno – Ja mam dzisiaj dwie matmy – westchnąłem ciężko.
-Mniejsza z tym – machnęła lekceważąco dłonią rozpromieniona dziewczyna – Robicie dzisiaj próbę?- zapytała ciekawie.
-Pewnie tak, jak codziennie – wzruszyłem ramionami – A co, masz ochotę się zjawić?
-Bardzo chętnie – Marie uśmiechnęła się – Ale wy pewnie nie lubicie grać, jak ktoś przysłuchuje się waszej grze. Nie chcę wam przeszkadzać.
-Przecież nam nie przeszkadzasz! – prychnąłem.
-Ale może chcecie być sami. Uwierz mi, tak będzie lepiej. Zobaczę efekty waszych prób na koncercie – uśmiechnęła się szeroko i poklepała mnie po plecach – Naprawdę możecie wiele zrobić, na rynku brakuje takich ludzi jak wy.
Zarumieniłem się lekko zarówno ze wstydu jak i z dumy.
-Słuchaj, a może miałabyś ochotę na spacer? – zapytałem, chociaż tak naprawdę nie chciałem tak wprost zadawać tego pytania. Momentalnie się zaczerwieniłem. Zacisnąłem w kieszeniach kciuki. Ona wpatrywała się we mnie swoimi wesołymi oczyma.
-Ale że jak, że teraz? –zapytała zdziwiona.
-Nie! – krzyknąłem, chyba odrobinę za głośno – Nie, no jasne że nie teraz – oznajmiłem nieco ciszej – Na przykład... – podrapałem się po głowie – No na przykład o ósmej.
-O ósmej? – powtórzyła, marszcząc czoło i jakby się nad czymś zastanawiając. Po chwili jednak wzruszyła ramionami i oznajmiła, że chętnie pójdzie ze mną na spacer. Musiałem całą siłą woli się powstrzymywać, żeby czasem przy niej nie podskoczyć z radości i nie przytulić jej, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że ona w każdej chwili mogła zmienić zdanie. A przecież mogło nie podobać jej się moje zachowanie. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, bałem się, że jak otworzę buzię, to wydobędzie się z niej okrzyk radości. Z kłopotliwej sytuacji wybawił mnie dzwonek. Ona zadrżała, chyba nie  przypuszczała, że dzwonek zadzwoni tak szybko.
-To jesteśmy umówieni, tak? – upewniła się jeszcze na wszelki wypadek.
-Tak! – przekrzyczałem tłum ludzi wspinający się właśnie schodami.
-To do zobaczenia! – krzyknęła ona, także biegnąc w stronę schodów.
-Do zobaczenia – odparłem zadumany, odwróciłem się i ruszyłem ku klasie. Wtedy znowu dotarło do mnie to, czego zdołałem dokonać. Ogromna radość sprawiała, że nie mogłem się uspokoić. Podskakiwałem ze szczęścia, szeroko się uśmiechałem. Ludzie gapili się na mnie jak na idiotę. Może i tak to wyglądało, ale ja naprawdę nie potrafiłem nad sobą zapanować. Na lekcjach już w ogóle  nie kontaktowałem, obmyślałem każdy szczegół naszego spotkania. Nawet chłopaki, gdy natknąłem się na nich na jednej z przerw mnie nie poznawali. Mówili, że albo oni zwariowali, albo ja. Potwierdziłem tę drugą wersję i opowiedziałem im o mojej randce z Marie. Niestety nie zdążyłem poznać ich opinii, bo zanim zdążyłem mówić, znowu zadzwonił ten cholerny dzwonek. Zobaczyłem tylko uniesiony do góry kciuk Jeff’a.
Na biologii wzięła mnie chęć na pisanie. Przewróciłem zeszyt na ostatnią kartkę. Właściwie nie miałem pojęcia, o czym chcę pisać, nie miałem wpływu na to, co tworzył mój długopis. Pisałem, co mi przyszło na myśl, a w moich myślach rządziła Marie. Teraz już wiedziałem, co chłopaki mieli na myśli, mówiąc, że mam pisać sercem. Teraz właśnie ono dyktowało mi słowa, a nawet miałem już w głowie szkice melodii.
-Co ty tam drobisz? – głos Nati przerwał mi myślenie o Marie. Zamknąłem szybko zeszyt. Nie chciałem, by ktoś poza chłopakami to czytał.
-Nieważne – uciąłem krótko, podnosząc głowę do góry. Ujrzałem kwaśną minę blondynki. Ona, nie pytając się więcej o zgodę, próbowała wyrwać mi zeszyt z dłoni. W ogóle się tego nie spodziewałem, dlatego właściwie oddałem go za darmo. Od razu zajrzała na ostatnią stronę, ale na szczęście zdołałem z powrotem jej wykraść, zanim ona zdążyła przeczytać chociaż jedno zdanie.
-Co ty wyprawiasz? – warknąłem do dziewczyny. Ona chyba nie wiedziała, że robi coś złego, a przynajmniej nie zdawała sobie z tego sprawy.
-Zacząłeś pisać? – zapytała z ciekawością, przysiadając się bliżej. Zarumieniłem się.
-Tak – odparłem – I na razie nie chcę, żeby ktokolwiek to czytał – specjalnie podkreśliłem słowo „ktokolwiek”, by zrozumiała, że ona także nie ma na to pozwolenia. Chyba się tym naprawdę przejęła, bo z wyrzutem na mnie spojrzała.
-Chodź ze mną do reszty – chwyciła mnie za dłoń i próbowała mnie pociągnąć – Dawno cię nie było na holu...
-Nie mam ochoty – wymamrotałem – Idź sama.
-Pierre, co się z tobą dzieje? Zacząłeś zadawać się z mięczakami... – otworzyłem usta, żeby jej przerwać, nie podobał mi się ten zwrot, ale ona nie zamierzała tak łatwo się poddawać, kontynuowała dalej – Nie zadajesz się z nami, nawet się do nas nie zbliżasz jakbyś nie chciał przyznać się, że nas znasz, nie chodzisz na dworzec, wiem, bo gadałam z kilkom...
-Zerwałem z tą robotą – oznajmiłem, marząc długopisem po okładce, by nie patrzeć w jej oczy – Zrozumiałem, że to chore. Mam inny plan na życie.
-Inny plan na życie? – prychnęła ona niedowierzająco – Życzę powodzenia! I co, niby jak teraz chcesz się utrzymywać? Pracować na budowie? – roześmiała się głośno, przez co zarumieniłem się jeszcze bardziej. Nie wierzyła mi. Nie wierzyła, że ja jestem w stanie z tym zerwać. A ja całą nadzieję pokładałem w zespole.
- Nie twoja sprawa – warknąłem – Ale na pewno to będzie lepsze niż to, co robiłem do tej pory.
-Ciebie naprawdę pogrzało, debilu! – wybuchła – Nie możesz tego zrobić! – wrzasnęła.
-Niby dlaczego nie!? – zapytałem zdumiony, patrząc w jej oczy. Była czerwona ze złości, w środku aż się gotowała.
-Bo... Bo jesteś w tym najlepszy! – zawołała. Od razu wyczułem, że to kłamstwo, zbyt długo się znaliśmy, by mogła wrobić mnie w taki numery.
-Daj spokój – prychnąłem – Są setki ludzi takich jak ja, zresztą skąd ty możesz to wiedzieć! Lepiej powiedz mi prawdę, widzę, że nie o to chodzi.
Ona nic nie odpowiedziała, tylko spuściła głowę. Czułem, że zastanawia się nad tym, co ma mi powiedzieć. Chyba trochę się bała. Delikatnie chwyciłem ją za dłoń, żeby pokazać jej, że mi może o wszystkim mówić, chociaż tak naprawdę nie miałem ochoty na wyżalenia. Jednak to rzeczywiście dodało jej odwagi, bo chwilę później, niemal bezgłośnie, dodała:
-Bo... Bo ja cię kocham...

piątek, 15 lutego 2013

PART VII


Ostatnia lekcja wlokła się jak jakiś szczególnie powolny ślimak. Patrzyłem na zegar, ale wskazówki jakby na przekór mi stały cały czas w tym samym miejscu. Chyba nauczycielka też nie mogła już tego wytrzymać. Zależało jej tylko na tym, żeby klasa nie hałasowała. Nawet nie próbowała prowadzić lekcji, czuła, że to i tak nie ma sensu. Zgadzałem się z nią w stu procentach, tak jak i reszta klasy.
W końcu jednak zadzwonił ten upragniony dzwonek. Wszyscy zerwali się w ulgą, znowu zrobił się głośny harmider. Schowałem swój brudnopis, w którym próbowałem pisać piosenki, do plecaka. Nie miałem się gdzie śpieszyć, chociaż wiedziałem, że chłopaki na mnie czekają, bo skończyli wcześniej ode mnie. Z drugiej strony im szybciej zaczęlibyśmy grać, tym szybciej byśmy skończyli, a wtedy może zdążyłbym jeszcze skoczyć na dworzec. Wiedziałem, że to mój obowiązek, ale coraz częściej go zawalałem. Nie miałem kasy, ale za to całkiem inaczej się czułem. Tak jakbym stał się innym człowiekiem.
-Ej no! – ktoś niespodziewanie dla mnie chwycił mnie za ramię – Coś mi obiecałeś, nie pamiętasz już?!
Odwróciłem się zdumiony, słysząc jej głos. Marie uśmiechała się szeroko, jeszcze bardziej rozentuzjazmowana niż kiedy widzieliśmy się ostatnio. Milczałem zaskoczony jej widokiem. Szczerze mówiąc, w ogóle nie spodziewałem się jej, szczególnie po chłodnym przywitaniu przez Nati.
-Co jest? – zapytała, gasnąc nieco – Naprawdę się rozmyśliłeś?
-Nie! – krzyknąłem, ogarniając się szybko – Nie, w żadnym przypadku!
-Więc chodźmy, szkoda czasu! – wrzasnęła radośnie, ciągnąc mnie za rękaw. Pomyślałem, że ona naprawdę musi to kochać. Kochać muzykę. Sam zacząłem się zastanawiać nad tym, jakie znaczenie ma dla mnie ta cała gra. Chciałem to robić. Wkładałem w to całe swoje serce i duszę. Ale... No właśnie. Ale.
-Nad czym tak myślisz? – zapytała Marie, podskakując wesoło. Pomyślałem sobie, że chyba nic nie było w stanie zniszczyć jej dobrego humoru.
-Nieważne – wzruszyłem ramionami obojętnie – Słuchaj, czy ty umiesz grać na jakimś instrumencie? – zmieniłem szybko temat.
-Że kto, że ja? – roześmiała się blondynka – Tylko na nerwach!
-No widzisz, to już coś! – poklepałem ją po plecach – Cały nasz zespół to potrafi! Myślę, że bez problemu się polubimy!
Żartując i śmiejąc się dotarliśmy do domu Chucka dosłownie w kilka chwil. Już z daleka słyszeliśmy głośną muzykę. Marie od razu domyśliła się, że to musi być miejsce naszych prób. Tym razem już nie pukałem do drzwi frontowych, tylko od razu ruszyłem w stronę drzwi garażowych. Dziewczyna omal nie wybuchnęła od nadmiaru emocji, widziałem, że ledwo panuje nad sobą. Otworzyłem drzwi. Natychmiast zaatakowała nas potężna siła basów. Gestem zaprosiłem Marie do środka. Wiedziałem, że słowa nic mi nie dadzą.
Gdy tylko znaleźliśmy się w środku, w oczy rzucił nam się purpurowy na twarzy Seb i uciekający Chuck. Westchnąłem cicho.
-Witaj w wariatkowie! – krzyknąłem i skoczyłem w stronę tarzającego się na podłodze Jeff’a – Co się znowu stało? – zapytałem, ten jednak mi nie odpowiedział. Wszystkiego dowiedziałem się z wrzasków wściekłego błękitnookiego.
-NIE?! A KTÓŻBY INNY ŚMIAŁBY PODPISAĆ SIĘ LITERKAMI C.C??? CO TY MYŚLISZ, ŻE JA GŁUPI JESTEM!?
-Powtarzam ci, ja tego nie dotykałem...
-ZARAZ JA CI ZROBIĘ NA TYŁKU DWIE WIELKIE LITERKI S I L, ZOBACZYMY, CZY TO CI SIĘ BĘDZIE PODOBAŁO! – błękitnooki wyglądał jakby wstąpił w niego szatan. W biegu chwycił jakiś mikrofon i teraz straszył nim kumpla.
-Jeff... – spojrzałem na niego pytająco, mój wzrok jednak zatrzymał się na niewielkim stoliku, na którym stał ogromny plakat Bad Religion z oryginalnymi podpisami członków zespołu. Zagwizdałem cicho. Musiał kosztować fortunę.
-RANY! – wrzasnęła przerażona Marie, podbiegając i przyglądając się plakatowi – JAK MOŻNA ZNISZCZYC TAKIE DZIEŁO?! – krzyknęła, na co Jeff jeszcze głośniej się zaśmiał – Ja akurat nie widzę w tym nic śmiesznego! – prychnęła. Dopiero wtedy to zauważyłem, w samym rogu. Dwie literki, których nie powinno tam być. C i C.
-A ja widzę – powoli uspakajał się mój przyjaciel. Usiadł prosto i naślinionym palcem zaczął pocierać to miejsce. Fałszywa czerń zaczęła schodzić z plakatu. Spojrzeliśmy z Marie po sobie i razem wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.
-Zaraz zobaczycie kawał! – krzyknął Jeff, zauważając, że zziajany i zmęczony Chuck biegnie w naszą stronę.
-Białogłowa! – wrzasnął, przyklękając przed Marie – Spraw, by stał się cud i by ten okrutnik ulitował się nade mną!
-Ja mam brązowe wło...
-LITOŚCI?!? LITOŚCI SZUKASZ?! NIE TEN ADRES!!! – warknął błękitnooki, próbując się zatrzymać. Niestety złość mu na to nie pozwoliła. Seb potknął się o jakiś kabel i upadł wprost na brudne buty Chuck’a. Kiedy uniósł głowę do góry, wszyscy się roześmialiśmy. Na policzkach miał brudne ślady.
-Seb, a na co ty się tak właściwie wkurzasz? – przekrzyczał niewinnie śmiech całej grupy Jeff. Błękitnooki zerwał się i wskazał drżącym palcem dokładnie to miejsce, na którym wcześniej były dwie literki.
-O to, widzisz?!Widzisz?! – wrzeszczał wściekły do doskonale udającego ciekawość Jeff’a.
-No widzę... A... A może nie... – wahał się Stinco – A co właściwie mam widzieć?
-Grrr... – Błękitnooki zacisnął mocno pięści ze złości i odwrócił się. Wtedy zauważył, że po literkach nie ma śladu. Otworzył oczy szeroko ze zdumienia – A... Ale... O... One... – jąkał się – Zniknęły! – krzyknął przeszczęśliwy. Nie zwracał już uwagi na nas płaczących ze śmiechu i na zdumionego Chucka.
-Białogłowa! – krzyknął Chuck, klękając do stóp Marie – Tyś dokonała cudu! Tyś uratowała moje życie! Dzięki ci, o pani!
-Daj spokój – dziewczyna poklepała przyjacielsko po ramieniu wielkoczołego. Ten zerwał się onieśmielony.
-Zostałem natchniony dotykiem białogłowej! – wrzasnął, po czym biegiem ruszył ku swojej perkusji. Bez żadnego ostrzeżenia zaczął walić w bębny, przez co Seb, ściskający w dłoni swój plakat, podskoczył, co sprawiło, że plakat został pognieciony.
-Ty gnoju! – wrzasnął, z niezwykłą ostrożnością odkładając plakat na stolik i z powrotem zmuszając Chuck’a do ucieczki i wywrzaskiwania próśb do białogłowej. Przez kilka minut tak biegali, aż w końcu Jeff’a przestało bawić gapienie się na ich kłótnię.
-Dobra, wystarczy – odparł, wstając leniwie – Chodź, Pierre, złapiemy tego Seba, niech ochłonie, bo ta komedia nigdy się nie skończy!
Ledwo powstrzymując się od śmiechu, zgodziłem się, kiwając głową. Wiedzieliśmy, że zatrzymanie Seba nie będzie taką prostą sprawą. Jedynym rozwiązaniem było posłużenie się Chuck’iem. To ja podstawiłem mu nogę, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robię. Jeff zachichotał, ale nie miał czasu tego skomentować, bo tuż obok niego przebiegał Seb, chcąc rzucić się na perkusistę. Nie zdążył. Nie zauważył, że stoję obok Jeffa, już oczekując na niego. Zanim ten zdążył kiwnąć palcem, ja już ściskałem ciągle szarpiącego się błękitnookiego.
-Uspokój się! – warknąłem – Kto przejmie perkusję, jak połamiesz Chuck’owi ręce!?
-To połamie mu nogi! – wrzasnął ze złością Seb. Comeau odsunął się od nas przestraszony.
-Nogi też są potrzebne...
-To nie wiem, mogę połamać mu nos!
-A czym będzie oddychał?
-Buzią!
-Hmmm... A to w sumie możesz! – Chuck w jednej chwili zapiszczał cicho i cofnął się pod samą ścianę. Spojrzeliśmy wszyscy po sobie i wybuchliśmy głośnym śmiechem.
Dopiero kilkanaście minut później zażegnaliśmy wszelkie konflikty i mogliśmy zasiąść przy instrumentach. Zagraliśmy kilka coverów ze swoją lekkością i przyjemnością. Marie była oczarowana, chłopaki zresztą też. Wtedy dotarło do mnie, że sprawiam radość nie tylko sobie, ale także wielu innym osobom, przede wszystkim słuchaczom. I to było świetne uczucie, po prostu być potrzebnym.
-Dobra, koniec, bo mi już palce odpadają! – ryknął Jeff. Od razu spojrzałem na swoje dłonie. Moje opuszki zrobiły się sine, ale ja nie  zwracałem uwagi na ból.  Miałem ochotę grać dalej i mimo że chłopaki odłożyli instrumenty, ja nie przerywałem.
-Pieeeeereee! – wrzeszczał Seb, ale olewałem go, zasłuchany w cudowne dźwięki strun. Zareagowałem dopiero gdy ktoś odłączył mi gitarę od wzmacniacza. Odwróciłem się wściekły do błękitnookiego, ale zanim zdążyłem się odezwać, on spokojnie oznajmił – Jeszcze trochę się powydzierasz i głos sobie zniszczysz.
Przyznałem mu rację i z ciężkim serce odłączyłem gitarę. Po chwili rzuciłem się w stronę swojego plecaka, wyciągnąłem z niego butelkę wody i duszkiem wypiłem jej zawartość. Potem usłyszałem podnieconą Marie i przypomniałem sobie, że to ja ją tu przyprowadziłem. Powoli do nich podszedłem, omal nie obrywając z pięści od podnieconej dziewczyny.
-Jesteście genialni! – piszczała, nie zważając na moją obecność – Tworzycie prawdziwy zespół! Wszystko idealnie łączycie, zero jakiejkolwiek sztuczności! Musicie się pokazać na szerszej scenie, musicie wyjść z tego garażu!
-Spokojnie... – próbował zgasić ją Jeff, ale mu się to nie udało. Dziewczyna zachowywała się jak naćpana, nie mogła ustać w jednym miejscu. Chłopaki też mieli niemałą radochę, że ktoś w końcu docenia naszą pracę. Tak, to prawda, to tylko jedna osoba, ale dla nas, początkujących, to naprawdę wiele.
-Kurcze, szkoda, że muszę już iść – dopowiedziała z żalem – Chciałabym jeszcze trochę posłuchać...
-Niedługo będziesz miała ku temu okazję, obiecujemy! – roześmiał się Seb.
-No ja mam nadzieję, że niedługo będę stała w pierwszym rzędzie na naszym koncercie- Marie leniwie wstała, chłopaki także. Zauważyłem, że jeden zaczął coś szeptać do drugiego.
-Hmmm... Pierre, słuchaj... Skoczyłbyś mi po drożdżówkę z makiem? – zapytał Jeff. Zmarszczyłem czoło, od razu domyślając się, że oni coś kombinują.
-Drożdżówkę z makiem? – powtórzyłem głupio – O tej porze? Ej, a tak w ogóle to dlaczego ja mam iść?! – zbuntowałem się.
-Bo tamtym dwóm ja już nie ufam!
Prychnąłem cicho. Naprawdę myśleli, że ja im w to uwierzę? Domyśliłem się, że mają jakiś plan, tylko mnie nie może tutaj być. Dlaczego? No właśnie, to dobre pytanie.
W normalnej sytuacji nie dałbym się tak łatwo podpuścić, ale przy Marie nie chciałem się kłócić z chłopakami. Wziąłem od Jeff’a kasę, który musiał ją pożyczyć od Chuck’a. Dziewczyna w tym czasie pożegnała się z chłopakami i oboje wyszliśmy.
-W którą stronę idziesz? – zapytałem, chcąc jak najdłużej jej towarzyszyć.
-W prawo. A ty?
-W takim razie ja też w prawo – uśmiechnąłem się i oboje ruszyliśmy w ciszy. Ale nasze milczenie nie trwało długo, chwilę później Marie już zaczęła trajkotać oczywiście o muzyce. I to wcale mnie nie nudziło, choć w kółko mówiła o tym samym. Lubiłem słuchać jej głosu. Miał w sobie coś pociągającego, tak jak i ona. Znałem mnóstwo dziewczyn, żadna nie była do niej podobna. Wyróżniała się z tłumu swoją nieprzeciętną radością i optymizmem. I niesamowicie się uśmiechała, miała w sobie naturalność i zero sztuczności.
-Pierre! – zawołała, machając ręką przed moimi oczami – Jesteś jeszcze tutaj, czy już na drugim świecie? – roześmiała się, czochrając mnie po włosach. W zamian ja chwyciłem ją w swoje objęcia i mocno przytuliłem, a potem także poczochrałem ją po głowie.
-To niesprawiedliwe! – skarżyła się, wyswobadzając się z moich objęć – Ty włosy uczeszesz w dwie minuty, ja spędzam przed lustrem pół godziny, żeby doprowadzić je do porządku!
-ILE?! – wrzasnąłem zaszokowany – Czy ty nie masz na co czasu marnować?!
-Marnować! – prychnęła – Przecież nie wyjdę z domu jak obdartus! Twoja dziewczyna to pewnie i tak siedzi ze cztery razy dłużej niż ja przed randką z tobą, więc wiesz...
-Dwie godziny! – jęknąłem – W tym czasie spokojnie napisałbym nową piosenkę! A tak nawiasem mówiąc nie mam dziewczyny...
-Nie?! – wymknęło się Marie z buzi, bo chyba nie planowała tego powiedzieć – Znaczy... – zarumieniła się lekko – Przepraszam, myślałam, że... No nie powinnam nic mówić... To nie moja sprawa... – plątała się wyraźnie zmieszana.
-W porządku – przerwałem jej, w ogóle nie czując się dotknięty- Chodzi ci o Nati, tak? – domyśliłem się – Nie, nie jesteśmy parą. Jesteśmy jedynie kumplami, chociaż czasami ona zachowuje się jakby było inaczej. Pewnie przez to są plotki, tak? – wsunąłem ręce do kieszeni, czekając na odpowiedź. Nie doczekałem się jej, za to usłyszałem coś innego.
-Tutaj mieszkam – zatrzymałem się, zauważając, że ona przystaje. Spojrzałem na wielki, niedawno remontowany blok. Coś głęboko w sercu mnie zakuło. Przy mojej rozwalającej się kamienicy to wyglądało jak niebo – Pierre, dziękuję ci za to, że mnie zabrałeś na próbę. To był naprawdę cudowny dzień – ona niespodziewanie stanęła na palcach i pocałowała mnie w policzek. Poczułem, że robię się czerwony. Powoli objęło mnie uczucie przyjemnego ciepła – Wyglądasz tak ślicznie, że nie mogłam się powstrzymać – zachichotała, a potem obróciła się na pięcie i w podskokach ruszyła ku klatce schodowej, zostawiając mnie nieruchomego i zaszokowanego. Ona wyraźnie ze mną flirtowała.
-Marie! – zwołałem, gdy dziewczyna była już w połowie drogi – Odwróciła się jeszcze i spojrzała na mnie pytająco – Tak sobie pomyślałem... – przełknąłem cicho ślinę – Nie miałabyś ochoty powtórzyć tego spaceru? – wydukałem. Wydawało mi się, że ona zarumieniła się jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
-Oczywiście, że tak! – wrzasnęła ochoczo, a ja poczułem, jak jakiś ogromny kamień spada mi z serca – Kiedy tylko będziesz chciał!
-Naprawdę? – upewniłem się jeszcze, nie do końca wierząc w swoje szczęście.
-Naprawdę! – zachichotała, a potem znowu się odwróciła, ale zanim zdążyła wrócić do biegu, znowu ją zawołałem.
-Marie! Marie, to znaczy, że już mi wybaczyłaś to, jak cię potraktowałem?!
-No jasne, głuptasie! – odpowiedziała, nawet sobie nie zdając sobie sprawę z tego, jak w tym momencie zmieniła moje życie. Zdjęła z mojego serca ogromny kamień, mógłbym nawet powiedzieć, że głaz. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, zacząłem cieszyć się jak małe dziecko, nagły zastrzyk energii spowodował, że musiałem szaleć, śpiewać skakać, tańczyć i wygłupiać się.
W takim właśnie stanie wracałem do studia. Ludzie na ulicach wytykali mnie palcami, ale ja nie zamierzałem się nimi przejmować. W końcu byłem wolnym człowiekiem i mogłem wyrażać swoje emocje w dowolny sposób, nawet wydzierając się na pół Montrealu. Ale i tak swoim niecodziennym zachowaniem chyba najbardziej rozbawiłem panią w osiedlowym sklepiku, kiedy zaświergotałem, że moim marzeniem jest bułeczka z serem. Sprzedawczyni chyba nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać.
-Jeeeesteem! – wrzasnąłem radośnie, wpadając do garażu. Chłopaki w ciągu sekundy znaleźli się przy mnie, co najciekawsze, wszyscy, biegnąc w moją stronę, potknęli się o ten sam kabel i poprzewracali się jeden o drugiego.
-No i jak? – zapytał zaciekawiony Seb, który jako pierwszy zerwał się na nogi.
-Fantastycznie! – wrzasnąłem, chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, na jaki temat mówię – Ale co jak? W sumie to i tak fantastycznie...
-Patrzcie, jak mu się humorek poprawił, do czegoś doszło! – domyślił się Chuck, podskakując z podniecenia – No opowiadaj, co nas ominęło!
-Co? – zapytałem głupio, zastanawiając się, o czym on mówi.
-No ty i Marie! – krzyknął zniecierpliwiony Jeff – Coś ugraliście, nie? – podpytywał dalej. Wybuchnąłem głośnym śmiechem i rzuciłem mu drożdżówkę.
-Lepiej napchaj się swoją bułką! – wystawiłem mu język – Nie ma czegoś takiego jak ja i Marie!
-Jasne! – podsumował mnie ironiczny chórek Seba i Chucka.
-MIAŁA BYĆ Z MAKIEM! – jęknął Jeff, wąchając zawartość przezroczystej torebki.
-Pierre, my wszystko widzieliśmy i widzimy nadal! – błękitnooki olał jęczenie kumpla – Zakochałeś się!
-Nieprawda! – zaprzeczyłem szybko.
-Nas nie oszukasz! – Chuck pogroził mi palcem – Mamy jeszcze dobry wzrok! Zakochałeś się po uszy!
-Zakochałem się? – zapytałem cicho samego siebie. Moja pewność siebie nagle zaczęła ginąć, a radość wyparowywać. Czy to w ogóle jest możliwe, żebym ja się zakochał? W końcu... W końcu jestem męską dziwką. Czy ktoś taki jak ja w ogóle potrafi kochać? Potrafi obdarzać miłością? A tak w ogóle to czym jest ta miłość? Zawsze wydawało mi się, że to jakaś bajka, bo kobiety, z którymi się kochałem, najczęściej zostawały porzucane przez mężów. Czyli tej miłości nie było.
A jednak chłopaki uparcie twierdzili, że się zakochałem. Miałem słuchać ich czy swojego rozumu i doświadczenia? Zawsze polegałem jedynie na samym sobie. Bo życie nauczyło mnie, Że tylko siebie mam słuchać. Z drugiej strony ja nigdy nie czułem czegoś takiego jak miłość. No może w dzieciństwie, ale w tak dalekim, że właściwie nie pamiętam, na czym ono mogło polegać. Rodzice jakoś nigdy szczególnie nie zwracali na mnie uwagi, nie mówiąc już o kochaniu czy miłości.
-Jasna cholera... – wymsknęło mi się. Chłopaki dziwnie mi się przypatrywali jakby się zastanawiali, nad czym ja tak gorączkowo myślę - A jeśli... Jeśli rzeczywiście się zakochałem? - zapytałem cicho, drapiąc się po głowie – Kurde, wplątałem się w niezłe bagno..
-Bagno? Pierre, przecież to powód do szczęścia! – krzyknął Seb. Spojrzałem na niego niepewnie.
-Do szczęścia... – powtórzyłem cicho – W miłości chodzi o to, żeby ona była szczęśliwa, tak? Więc... Ja chyba jeszcze nie jestem na to gotowy... – wymamrotałem wstydliwie – Ja sam sobie nie umiem tego zapewnić, a co dopiero komuś. To jest niemożliwe.
-Mylisz się, Pierre – odezwał się Chuck – Znaczy... W sumie po części masz rację. W miłości chodzi o to, by cieszyć się szczęściem drugiej połówki. A wiesz, co jest jej największym szczęściem? Twoje towarzystwo.
-To znaczy?
-To znaczy, że ona nie będzie szczęśliwa, jeśli ciebie przy niej nie będzie. Miłość jest wtedy, kiedy dwie osoby za sobą tęsknią, choćby dopiero się spotkali, nie mogą przestać o sobie myśleć, a kiedy się spotykają, zapominają o całym świecie...
-Dobra, Chuck, stój! Za dużo romansideł oglądasz! – przerwał kumplowi Seb, widząc, że wcale mi nie pomagają – Słuchaj, Pierre, jeśli to miłość, to prędzej czy później się o tym dowiesz. A póki co słuchaj swojego serca i tyle.
-Wam to tak łatwo mówić – prychnąłem, wstając – A ja tam wolałbym tę miłość wykopać ze swojego życia.
Seb uśmiechnął się ironicznie.
-Jeszcze zmienisz zdanie.
-Zobaczymy – wymamrotałem – Muszę spadać, mam jeszcze kupę roboty – skłamałem. Do roboty nie miałem właściwie nic, ale musiałem skoczyć na dworzec. Kasa sama mi się nie pomnoży, a jakoś żyć trzeba było. Chłopaki mnie nie zatrzymywali, nigdy tego nie robili. Za to ich ceniłem.
Zbliżając się do dworca, ciągle o niej myślałem. O niej i tej miłości. Wciąż pytałem się siebie, czy ja na pewno jestem w stanie kochać. Nie mogłem pozbyć się myśli, że popełniam błąd, angażując się w znajomość z Marie. Ale naprawdę ją lubiłem, lubiłem z nią przebywać, lubiłem się z nią śmiać. I chociaż spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ja już nie mogłem się doczekać trzeciego.
Na dworcu jak zwykle roiło się od ćpunów. Przywitałem się z kilkoma znajomymi, dowiedziałem, się, ze w ogóle nie ma brania. Wszyscy gapili się na mnie wygłodniałymi wzrokami. Wiedziałem, że muszę się pilnować, że oni mogą mnie napaść. W samotności oparłem się o ścianę i czekałem. żułem gume w buzi i czujnie się rozglądałem. Byłem pewien, że za chwile ktoś po mnie podjedzie,, zawsze tak było. Sprawdziłem w plecaku swoje zapasy prezerwatyw. Zostały mi już tylko trzy, za kilka dni znowu będę musiał dokupywać. Pani z kiosku znała już zdecydowaną część dworca. Nigdy nie robiła problemów z zakupami, zapewne dlatego, że właściwie najwięcej na tym zarabiała.
Jeszcze nigdy nie widziałem tutaj takiego samochodu. Gdy tylko pojawił się na horyzoncie, wokół rozległy się ciche szmery. Czerwień błyszczała się w słońcu. Zatrzymał się przede mną, czym właściwie nie byłem zaskoczony. A jednak, kiedy zaczęła mi machać, stwierdziłem, że nie mam na to ochoty. Dosłownie siłą woli zmusiłem się do ruchu. 

środa, 6 lutego 2013

PART VI


Znowu bieg. Jak ja nienawidzę tego pośpiechu, zresztą nigdy nienawidziłem. Teraz to część mojego życia. Bieg zastąpił chód, czas jakby przyspieszył, nie mogłem go odnaleźć. Wszystko przez ten przygłupi zespół. Nawet nie miałem szansy zbyt wiele zarobić, bo chłopaki ciągle kazali mi grać. Okej, mi także się to podobało, czułem, że nigdy więcej nie powinienem porzucać gitary. Z drugiej strony chciałem pieniędzy, a wiedziałem, Że na razie nasz zespół kokosów zarabiać nie będzie. Mój organizm powoli przestawał to znosić, zaczynał się buntować. Pracowałem na pełnych obrotach.
-dwadzieścia dwie minuty po czasie – przywitał mnie perkusista z zegarkiem w ręku – Pierre, ty sobie jaja robisz? Wszyscy od dawna na ciebie czekamy – dopiero wtedy na mnie spojrzał i zastygł – Człowieku, wyglądasz jakbyś przebiegł maraton! Gdzieś ty był? – zapytał, cofając się, by mnie wpuścić.
-W domu – skłamałem szybko, przekraczając próg domu – Znowu się zasiedziałem – wymamrotałem pod nosem przepraszająco. Chuck westchnął cicho. Miałem wrażenie, że mi nie uwierzył. No tak, oni chyba nie są na tyle głupi, by nabierać się na to samo za każdym razem. Ja na pewno bym coś podejrzewał.
Chuck jednak nic nie powiedział, tylko zaczął mówić o jakimś sprzęcie. Zaprowadził mnie do garażu, gdzie zresztą zawsze grywaliśmy. Seb i Jeff brzdąkali na swoich gitarach, zapewne już je zdążyli nastroić. Ja musiałem pożyczać elektryka od błękitnookiego, w końcu miałem jedynie starego akustyka, a na zakup nowej gitary nie było mnie stać, czego cholernie wstydziłem się przed chłopakami.
-O Pierre – wymamrotał Seb trochę na mnie zły, choć starał się tego nie okazywać – Dobra, słuchaj, nastroiłem ci gitarę, możemy w końcu zaczynać.
-Dzięki – odetchnąłem z ulgą, zakładając gitarę.
-Stop – przerwał Jeff – Czekajcie, chyba musimy pogadać. Co jest, Chuck? – zapytał bruneta, który podejrzliwie się we mnie wpatrywał. On tylko wzruszył ramionami – Chuck, znamy się nie od dzisiaj i widzę, że coś mi się nie podoba. Nie zaczniemy grać, dopóki nie wyjaśnisz, o co chodzi.
-Okej – Chuck oparł się o ścianę i skrzyżował ramiona na piersiach – Pierre, dlaczego się spóźniłeś? – powtórzył niespodziewanie po raz drugi pytanie. Wtedy już się obczaiłem, o co chodzi. Ale i tak na gorąco nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć.
-Już ci mówiłem, że zasiedziałem się w domu.
-Widzicie? – prychnął perkusista. Chłopaki milczeli, chyba już wiedzieli, o co chodzi – Pierre, dlaczego ty nam nie ufasz? – zapytał cicho. Wlepiłem wzrok w podłogę. Może dlatego, że gdyby poznali, jaki jestem naprawdę, nie chcieliby mnie znać? Oczywiście tego na głos nie powiedziałem.
-Daj spokój, Chuck – machnął dłonią lekceważąco Jeff – To jest jego sprawa, nie musi nam się tłumaczyć z każdego kroku – spojrzałem na niego z wdzięcznością. Perkusisty jednak to nie przekonało.
-Ale chcemy być dobrym zespołem. A w dobrym zespole wszystkie instrumenty muszą współbrzmieć – filozofował wielkoczoły, podkreślając słowo „wszystkie”.
-I współbrzmią! – krzyknął ochoczo Seb, przychodząc mi z pomocą – Chuck, mieliśmy już kilka prób, słyszałeś na własne uszy, że razem jesteśmy genialni, potrafimy zagrać kupę coverów! A tego czasami nie umieją grupy z dłuższym stażem.
-Ale wy wciąż nie rozumiecie, o co mi chodzi! – upierał się przy swoim Chuck – Zespół powinien być jednością...
-Chuck, my jesteśmy jednością – przerwał mu Jeff – Jesteśmy jednością i to widać po naszym graniu. A to, że Pierre nie może nam zaufać, to jeszcze nic nie znaczy. Znamy się zaledwie od kilku dni, wcześniej nawet nie zwracaliśmy na siebie uwagi na korytarzu. Chuck, musisz chwilę zaczekać, to przyjdzie samo.
Brunet wzruszył ramionami jakby nadal w to nie wierzył. Ja milczałem. Tak naprawdę zgadzałem się z Chuckiem. Wszystkie zespoły, które znałem, łączyła przyjaźń. A ja jakoś nie mogłem powiedzieć im o sobie prawdy, może dlatego, że się bałem. Gra coraz bardziej mi się podobała, sprawiała ogromną radość. Chyba... Chyba nie chciałem opuszczać zespołu. Zresztą gdybym chciał, to po prostu olewałbym próby. Śpiew to był krok w inną rzeczywistość, ucieczka do innego świata, zapomnieniem o szkole i tej chorej robocie. Nie chciałem tego wyrzucać.
-Dobra, zróbmy wreszcie tę próbę – Seb wstał i podszedł do swojego basu. Wszyscy wiedzieliśmy, że on wolałby grać na gitarze, ja sam chciałbym jej się pozbyć. Ale postanowiliśmy na razie nie szukać nowego basisty, a skupić się raczej na graniu.
-Czekajcie! – przypomniałem sobie o czymś. Chłopaki spojrzeli na mnie z ciekawością. Wstałem, chwyciłem swój plecak i zacząłem w nim gorączkowo grzebać – Próbowałem napisać piosenki.. Gdzieś tu je miałem... – wyciągnąłem z plecaka poszarpane kartki – Mam – pomachałem radośnie i je im podałem. Tak, starałem się trochę pisać w wolnym czasie, czyli na lekcjach, choć tak naprawdę nie miałem do tego jakiegoś szczególnego talentu. W sumie chłopaki mnie o to poprosili. Od czegoś zacząć musieliśmy.
Chłopaki szybko je przejrzeli, od razu zauważyłem, że miny mają nieciekawe.
-Pierre, przeczytaj to dwa razy – poprosił mnie Jeff – I powiedz nam, czy tobie się to podoba. Tylko szczerze.
Pokiwałem posłusznie głową i poszedłem za radą kumpla. Już po pierwszym razie zrozumiałem, o co mu chodzi.
-Nie czuję tego – wymamrotałem trochę zawiedziony, drąc papier na kilka części – W ogóle tego nie czuję...
-No właśnie – westchnął beznadziejnie Chuck, wyrzucając moją pracę – W ogóle tego nie czujesz i to się widzi. Pierre, musisz nauczyć się pisać sercem.
-Pisać sercem? – powtórzyłem głupio, zastanawiając się, o co może mu chodzić.
-Tak – pokiwali głowami zgodnie chłopaki – Pierre, po tobie widać, że masz potencjał i możesz stworzyć coś wielkiego.
-Widać? – powtórzyłem głupio, ale nikt już tego nie dosłyszał. Na szczęście. Ja jakoś nie widziałem w sobie jakiegoś pisarskiego talentu. Tak samo jak talentu do gry na gitarze. A jednak go w sobie odkryłem. Czy tak samo miałoby być z tekstami? Wątpiłem w to. Bo ja naprawdę starałem się napisać coś wartościowego. I wychodziło to, co wychodziło. Czyli nic.
***
Do tej pory nie spotkałem Marie ani razu, a intuicja mówiła mi, że mam jej nie szukać i czekać. Właściwie nadal nie wiedziałem, czy dołączenie do zespołu to był dobry pomysł. Dziewczyna nadal nie zwracała na mnie uwagi na korytarzu. I tak naprawdę powoli traciłem nadzieję, że to się uda, zaczynałem wątpić w to, że ten zespół ma jakiś wpływ na nią. Na początku myślałem, że muzyka jakoś nas połączy. A jedyne co mi się w tamtym momencie kojarzyło i z nią, i z muzyką to właśnie ten zespół. Ona wiedziała o jego powstaniu, być może po prostu z plotek. Ale sam widziałem, że się jarała. Miałem nadzieję, że zapunktuję sobie, jeśli usłyszy, że jestem wokalistą. Ja.
Tylko wciąż zastanawiała mnie pewna rzecz. Dlaczego tak bardzo zależało mi, żeby przyjęła moje przeprosiny? Co się ze mną dzieje? Ta kobieta miała rację, na żadnej dziewczynie mi tak nie zależało, to nie było normalne.
-Bouvier, nie przysypiaj mi na lekcji! Za chwilę dostaniesz referat na temat tkanek roślinnych!
Leniwie otworzyłem oczy. Zauważyłem przed sobą nieco rozmazaną figurę, która kształtem przypominała moją nauczycielkę od biologii. Rzeczywiście musiałem na ułamek sekundy przysnąć, bo wskazówki zegara zmieniły swoje położenie o spory kawałek. Wyprostowałem się i zacząłem rozprostowywać palce, nie zważając na nauczycielkę. Akurat wtedy zadzwonił dzwonek, wszyscy wybiegli z klasy. Ja również spakowałem zeszyt i książkę i opuściłem klasę. Byłem tak bardzo zmęczony, że aż sam nie wiedziałem, gdzie idę. Zresztą to się powtarzało, prawie codziennie. nie kontaktowałem, zasypiałem nawet na stojąco.
-Pierre! – usłyszałem za sobą czyiś pisk. Na początku się nie odwracałem, myślałem, że mi się przesłyszało. Potem jednak ten ktoś znowu mnie zawołał. Wtedy się odwróciłem. Ujrzałem tylko tłum ludzi wpatrujących się w przeciwną stronę niż ja. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że patrzę na znajomą twarz. Zawstydziłem się. Jak mogłem nie rozpoznać jej od razu?
-Cześć, Pierre! – zapiszczała nie wiedzieć czemu, podniecona. Przełknąłem cicho ślinę.
-Cześć – wymamrotałem pod nosem, nieco zdenerwowany. Uśmiechnąłem się, nie chcąc, by ona ujrzała, co się ze mną dzieje. Nie wiem, czy to podziałało, bo ona ciągle się uśmiechała. Podziwiałem ją za ten luz.
-Pierre, mogę cię o coś zapytać?
-Już to zrobiłaś – wystawiłem jej język. Ona tylko cicho zachichotała, nieco zmieszana.
-Rzeczywiście – przyznała.
-Dobra, wal – roześmiałem się nerwowo, zastanawiając się, co sprawiło, że tak szybko zmieniła swój stosunek do mnie. Ona z lekkim uśmiechem przystępowała z nogi na nogę. Wyraźnie się wahała. Moje serce zabiło szybciej. A jeśli... jeśli dowiedziała się...
-Posłuchaj, bo... Po szkole chodzą plotki, że dołączyłeś do zespołu Chucka Comeau... – wydukała nerwowo. Odetchnąłem z ulgą. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że mogła dowiedzieć się czegoś o mojej pracy. A cholernie nie lubię kłamać. I tak mówiłem nieprawdę zdecydowanie zbyt często.
-Tak – potwierdziłem z ulgą – Tak, to prawda –zauważyłem w jej oczach niewielkie płomyki. Dobrze wiedziałem, że nadszedł ten moment, na który tak długo czekałem.
-I jak się wam gra? Myślisz, że coś z tego będzie? A wy się wcześniej nie znaliście, prawda? I tak po prostu ze sobą gracie? Ale to niemożliwe! Słuchaj, a macie już własne piosenki? Kiedy zagracie koncert? Ej, musicie się jakoś zorganizować! – trajkotała tak szybko, że nawet nie potrafiłem nadążyć za zrozumieniem jej słów. Roześmiałem się głośno.
-Dziewczyno, zwolnij! – krzyknąłem – Z taką prędkością to za wiele się ode mnie nie dowiesz!
Zauważyłem, że ona zarumieniła się lekko ze wstydu. Wyglądała naprawdę pięknie z lekko zaróżowionymi policzkami, to dodawało jej uroku i skromności.
-Posłuchaj, jeśli tak bardzo chcesz zobaczyć, jak to u nas wygląda, to mogę zabrać cię na próbę – wzruszyłem ramionami. Byłem pewien, że chłopaki nie będą mieli nic przeciwko. Dla nich więcej osób to jedynie dodatkowa kupa śmiechu. A akurat oni kochali się śmiać, to zdążyłem zauważyć.
-Naprawdę? – zapytała dziewczyna, zaskakując mnie swoim entuzjazmem – Naprawdę mogę z tobą pójść?
-Oczywiście – uśmiechnąłem się szeroko – Chłopakom nawet będzie raźniej.
-I nie będę przeszkadzać? – upewniała się ostrożnie.
-No jasne, że nie – prychnąłem – Akurat dzisiaj kończę po ośmiu lekcjach, więc lecę od razu na próbę. Jeśli tylko masz ochotę...
-Jeszcze się pytasz! – zawołała rozanielona dziewczyna, rzucając mi się w ramiona. Niemal płonęła z radości. No i mnie też sprawiało to przyjemność.
-O rany, przepraszam! – ona szybko odskoczyła ode mnie jak poparzona – O rany, chyba nie powinnam cię tak obmacywać i... – z powrotem się zarumieniła, stając się w ciągu sekundy jeszcze bardziej uroczą – Czemu mi się tak przyglądasz? – zapytała podejrzliwie – Brudna jestem?
-Nie, nie! – zawołałem, machając bezsensownie rękoma – Tylko... Tak się zastanawiałem... Jak ty się właściwie nazywasz?
Dziewczyna wybuchła głośnym śmiechem, czego już w ogóle nie zrozumiałem. Stałem, gapiąc się na nią i myśląc nad tym, co ja znowu głupiego palnąłem.
-Nawet ci się nie przedstawiłam!? Ślamazara ze mnie! – dziewczyna otarła łzy z oczu i wyciągnęła dłoń w moją stronę – Marie.
-Pierre – ochoczo uścisnąłem jej dłoń, uśmiechając się jeszcze szerzej – Więc Marie... – przełknąłem cicho ślinę. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, tylko jedna myśl przyszła mi do głowy. Nie widziałem, czy wypada mi o to zapytać czy jeszcze nie.  Cholernie bałem się, że odmówi czy coś. A zależało mi na tym, by powiedziała tak. Nie mam pojęcia, czemu ona. Nie mam pojęcia, czemu tak się denerwuję. W końcu to tylko dziewczyna, jak każda inna. Ale... Inna niż wszystkie – Słuchaj, chciałem zapytać się ciebie, czy...
-Pieeeeeeere! – głośny pisk przerwał nam rozmowę. Zanim zdążyłem pomyśleć nad tym, kto może być tak głupi, poczułem, jak coś lub ktoś skacze mi na plecy. Jęknąłem z bólu – Pierre, cos ty taki nie w sosie ostatnio?! – zaświergotał mi tak dobrze znany głos prosto do ucha.
-Naaatiii! – jęknąłem do mizdrzącej się panienki – Zajęty jestem, nie widzisz? Pogadamy później – podkreśliłem ostatnie słowo, usiłując dyskretnie odsunąć się od dziewczyny, by nie wyglądało to podejrzliwie w oczach Marie.
-Zaniedbujesz nas – wyszeptała smutno, jakby z nutką żalu w głosie. Zadrżałem – Zaniedbujesz całą paczkę i mnie...
-Nati, porozmawiamy o tym później – powiedziałem niespokojnie, patrząc na bladą jak kość Marie – Proszę cię, idź sobie stąd...
-Iść sobie stąd? – powtórzyła jak echo zrozpaczona blondynka. Jej ręce opadły bezwładnie, całkiem niechcący dotykając mojej klatki piersiowej – Pierre, jak ty możesz tak do mnie mówić?!
-To ja pójdę już – czerwona jak burak Marie prześlizgnęła się tuż obok mnie, zanim zdążyłem cokolwiek wydukać. Zastanawiałem się, czy to była złość. Jeśli tak, to całe moje polowanie na nią szlag trafił. A właściwie Nati to zniszczyła. Już wiedziałem, że jeśli Marie się na kogoś obrazi, to koniec. Ja akurat miałem szczęście za pierwszym razem. Drugi może być już inny.
-Coś ty narobiła? – warknąłem wściekły, nie mogąc nawet patrzeć na obwieszoną złotem blondynkę.
-No co? – zaświergotała w odpowiedzi – Przegoniłam tę dziewuchę, skoro sam nie dawałeś sobie rady. Teraz mamy trochę czasu dla siebie.
-Daj spokój – prychnąłem, odwracając się i odchodząc. Ona jednak nie dawała mi spokoju.
-Teraz mamy historię – oznajmiła. Zacisnąłem pięści ze złości i z powrotem się odwróciłem – Pierre, co się z tobą dzieje? Podobno zaniedbujesz robotę. Dean mówi, że coraz rzadziej jesteś na dworcu. Od nas też zacząłeś się odsuwać. Co jest?
-To na pewno nie twoja sprawa – warknąłem obojętnie, zbiegając po schodach. Niechcący potrąciłem jakiegoś pierwszaka. Zadzwonił dzwonek.
-Jak to nie moja? Nasza wspólna! Pierre, zmieniasz się! Stajesz się kimś, kim sam niedawno gardziłeś!
-Mówiłem już, że masz się nie wtrącać! – zaskoczyłem z ostatniego schodka i zatrzymałem się – To moje życie i ja nim kieruję. Wiem lepiej czego chcę niż ty. Więc do cholery odwal się ode mnie, okej?! - nie czekałem na jej odpowiedź, tylko ruszyłem w stronę klasy na tyle szybko, by ona w swoich butach na obcasach nie mogła mnie dogonić.