Wskoczyłem nieśmiało do auta. Przed kółkiem siedziała
młoda, co najwyżej dwudziestoletnia kobieta.
-Cześć – przywitała się ze mną serdecznie, ruszając z
piskiem opon – Jak się nazywasz?
-Pierre – odparłem nieco oschle, męcząc się z zapięciem
pasów.
-Pierre – powtórzyła nieco zamyślona – Świetne imię dla
chłopaka. Sama nazwałabym tak syna.
„Ciekawe, jak wielu ludziom mówi to samo” pomyślałem, ale
nie powiedziałem tego na głos. Z klientem się nie dyskutuje, a jej nie chciałem
stracić. Wyglądała na bogatą, mogła sporo płacić. Była napchana pieniędzmi jak
balon helem. W końcu na taką brykę nie każdego stać. Dla mnie już marzeniem
było siedzenie w takim aucie. Nie znałem się na samochodach, ale jakiejś
specjalnej wiedzy nie musiałem posiadać, żeby stwierdzić, że ona nie jest
pierwsza lepsza z brzegu.
Milczeliśmy przez całą drogę, zapewne ani ona, ani ja nie
mieliśmy ochotę na gadanie o głupotach. Zatrzymaliśmy się dopiero przed jakąś
śnieżnobiałą willą.
-Słuchaj, Pierre – odezwała się ona, kiedy ja znowu
mocowałem się z tym cholernym pasem – Zależy mi na dyskrecji.
-Gdybym, nie był dyskretny już dawno wyleciałbym z tej
branży – odparłem, chwytając swój plecak i otwierając powoli drzwi. Z żalem
opuściłem to auto, obiecując sobie, że kiedyś też takie będę miał. Czułem że
osiągnięcie tego wcale nie będzie takie proste.
-Jesteś niezwykle małomówny - odezwała się – to rzadkość.
-A co niby mam mówić? –zapytałem cicho, wchodząc do willi
i ciekawie się rozglądając. Dom był przeogromny i aż błyszczał się, tak bardzo
o niego dbano.
-Dla mnie to lepiej, że nic nie mówisz, przynajmniej mam
pewność, że umiesz dochować tajemnicy i mój mąż o niczym się nie dowie –
uśmiechnęła się szeroko i rzuciła klucze na szafkę – Czuj się jak u siebie –
dodała jeszcze.
-Dzięki – wymamrotałem z zamiarem zdjęcia butów. Ona
jednak zatrzymała mnie gestem i kazała iść za sobą. Wzruszyłem ramionami i
posłuchałem jej milczącego rozkazu. Chwilę później znaleźliśmy się w kuchni,
która wyglądała chyb a jeszcze bardziej bogato niż reszta domu. Onieśmielony
oglądałem wszystkie sprzęty, niektóre były mi całkiem obce, nawet nie
wiedziałem, do czego mogą służyć. Właśnie wpatrywałem się w dziwne pudełko,
kiedy ona przerwała moje przemyślenia:
- Napijesz się czegoś, zanim zaczniemy? – zapytała –
Wina, drinka, whisky?
Zaprzeczyłem głową, odrywając się od tych przedmiotów. W
końcu nie przyszedłem tu, żeby się bawić, tylko odwalić swoją robotę.
-Gdzie mogę się przygotować? – zapytałem, ściskając swój
plecak. Ona szybko wytłumaczyła mi, jak mam dojść do łazienki. Nie bez
problemów ją odnalazłem. Cholernie bałem się czegokolwiek tutaj dotykać, żeby
później nie zostać posądzonym o zniszczenie. Szybko uwinąłem się z
prezerwatywą. Spojrzałem w lustro, opierając dłonie o umywalkę. Wyglądałem
okropnie, zdecydowanie gorzej niż zwykle. Dłonie zaczęły mi drżeć. Nie miałem
ochoty na siebie patrzeć. Odkręciłem kran, woda ciurkiem zaczęła zlatywać.
Zanurzyłem w niej ręce, dokładnie je oczyściłem. Potem zamoczyłem głowę, sam
nie wiem, po co. Chyba chciałem w jakiś sposób się obudzić i ogarnąć. Szczerze
mówiąc nie miałem na to ochoty, nigdy nie lubiłem tego robić. A jednak
zmuszałem się, , skądś musiałem mieć kasę na życie.
Pomyślałem, że im szybciej to załatwię, tym szybciej będę
miał to z głowy, więc wyrzuciłem wszystkie śmieci do plecaka, by nikt nie
zauważył mojej obecności i wyszedłem. Ona wciąż czekała na mnie w kuchni,
sącząc wino z kieliszka.
-Gotowy? – zapytała niskim głębokim głosem. Pokiwałem
zdecydowanie głową na znak zgody. Ona wzięła ze sobą ciemnozieloną butelkę i
zaprowadziła mnie do jednego z pokoi. Nawet się zbytnio po nim nie
przyglądałem, nie przywiązywałem wagi do miejsc, w których przebywałem jedynie
chwilowo. Wiernie służący mi Plecak upadł na podłogę. Ona opierała się o
ścianę, wpatrując się we mnie swoim figlarnym spojrzeniem. Przełknąłem cicho
ślinę i zacząłem rozpinać bluzę. Coś mnie pow2strzymywało, a jednak, zdejmując
koszulkę, nawet przez moment się nie zawahałem. Ona także zaczęła się
przygotowywać, odłożyła kieliszek na niewielki stolik i także zaczęła pozbywać
się ubrań. Nie mogłem przestać myśleć o tym, że to, co chcę zrobić, jest ohydne.
Ale musiałem to zrobić, przecież zawsze to robiłem. Bez żadnych wyrzutów
sumienia. Z zimnem i chłodem. Próbowałem pozbyć się tego czegoś, zapomnieć. Nie
udało mi się. Wzruszyłem ramionami. Ona była gotowa, widziałem to. Powoli
zaczęliśmy zbliżać się w swoją stronę. Delikatnie ją objąłem i zacząłem całować
jej szyję. Cicho pomrukiwała z wyraźną przyjemnością. Coraz bardziej wczuwała
się w swoją rolę, ja ajkoś nie potrafiłem. Próbowałem zrobić to tak jak zwykle,
skupić się jedynie na swojej robocie, zapomnieć o całej reszcie. Po chwili już
oboje leżeliśmy, gorąco się całując. Czułem jej zapach, wydawał mi się obcy i
drażniący. Mieliśmy już przejść do ostatniej fazy, tej najbardziej obleśnej i
najgorszej. Teraz już tylko siłą woli usiłowałem się do niej zmusić. To było za
mało. Nie mogłem. Uświadomiłem sobie, że to jest chore. Ku swojemu własnemu
zaskoczeniu odskoczyłem od niej jak poparzony. Sam nie wiedziałem, co się
dzieje, dlaczego nie poszło mi to tak sprawnie jak zwykle. Przełknąłem ślinę.
Jeszcze nigdy czegoś takiego nie zrobiłem, nie postawiłem w takiej sytuacji ani
siebie, ani tym żadnej kobiety.
-N... Nie mogę... Nie mogę tego... – wymamrotałem zdenerwowany.
Ona na początku była zaskoczona, na pewno nie spodziewała
się po mnie takiego zachowania, potem jednak nieco się uspokoiła. Usiadła w
normalnej pozycji, chwyciła butelkę wina i wyciągnęła dłoń w moim kierunku. Od
razu domyśliłem się, o co jej chodzi. Zabrałem ją z dłoni kobiety i nie
zważając na to co robię, z gwinta się napiłem. Jednak im więcej tego piłem, tym
bardziej wydawało mi się, że źle robię, że powinienem wrócić na dobrą drogę, że
zarabianie w taki sposób nigdy nie sprawi mi radości, nawet kiedy się stąd
wyprowadzę.
Teraz już nie pamiętam, czy w tej butelce zostało coś
jeszcze, czy już nie, ale za to dokładnie pamiętam, jak odkładałem ją na
podłogę. Wciąż w głowie pozostały mi resztki dobrego wychowania, więc ładnie ją
przeprosiłem i powiedziałem, że nie mogę jej zaspokoić. Jej reakcja mnie
zaskoczyła. W milczeniu pokiwała głową i wpatrywała się we mnie z nieukrywaną
ciekawością, gdy się ubierałem. Nie powiem, cholernie głupio było mi wystawiać
ją do wiatru. Ale nie umiałem tego zrobić.
-Odwieźć cię? – zapytała cicho, gdy zapinałem bluzę.
Pokiwałem przecząco głową, nie potrafiłem spojrzeć jej w oczy. Chwyciłem swój
plecak i zarzuciłem go na ramię. Pragnąłem jak najszybciej wyjść z tego domu i
na świeżo to wszystko przemyśleć.
-Pierre! – zatrzymał mnie jeszcze jej głos. Zadrżałem,
obawiając się, że za chwilę stanie się to, czego najbardziej się obawiałem,
czyli będzie chciała rekompensaty. Przystanąłem.
-Słucham? – zapytałem cicho, nawet się nie odwracając. Jej
słowa co najmniej mnie zaskoczyły.
-Pierre, nie próbuj jej tego robić nigdy więcej.
Na początku w ogóle nie zrozumiałem, o co jej chodzi. Po
chwili dotarło do mnie, o czym ona mówi. Wlepiłem wzrok w buty. Czy to naprawdę
aż tak widać? Czy tylko ja nie potrafię tego zrozumieć? Czy tylko ja nie
potrafię tego wyczuć? Nawet całkiem obca mi kobieta to widzi, widzi... miłość.
-Ranisz ją każdym kolejnym razem. Sam się do tego
zmuszasz, wcale nie chcesz. To wszystko jest wypisane na twojej twarzy – mówiła
spokojnie. I miała rację. Tylko że nie znała mojego życia.
-Potrzebuję pieniędzy – wymamrotałem, zaciskając pięści –
W jaki inny sposób miałbym je zdobyć?
-Pieniądze szczęścia nie dają! – zahuczała ona – W
odpowiednim momencie same do ciebie przyjdą! Lepiej walcz o coś cenniejszego,
drugiej takiej osoby możesz już nigdy nie znaleźć! Ona nie będzie cię kochać za
kasę, tylko za to, jakim jesteś człowiekiem! Wiem, może nie wyglądam na
specjalistkę, ale wiele przeżyłam w swoim życiu, nie chcę, byś popełnił te same
błędy co ja.
Pokiwałem milcząco głową, nie mając bladego pojęcia, co
na to wszystko odpowiedzieć. Myśli latały po mojej głowie z ogromną prędkością.
Nie mogłem ich pozbierać, w ogóle nie mogłem się ogarnąć.
-Podrzucić cię dokądś? – powtórzyła jeszcze swoje
pytanie. Zaprzeczyłem ruchem głowy. Nie chciałem już więcej na nią patrzeć,
spoglądać w jej oczy. Czułem się cholernie głupio, w końcu zostawiam ją
samotną. Wstydziłem się, chociaż... Chociaż ona rozumiała mnie lepiej niż ja
sam siebie. Wiedziała, dlaczego to zrobiłem, a właściwie to tego nie zrobiłem.
Na szczęście bez większego problemu odnalazłem drzwi
wyjściowe. Potem już było nieco gorzej. Niby od dziecka wychowywałem się w
Montrealu, ale akurat tych okolic nie znałem. Nigdy nie miałem do załatwienia
nic na bogatych obrzeżach. Ale miało to też swoje dobre strony. Kiedy w końcu
dotarłem do domu, wiedziałem. Wiedziałem
już wszystko. I miałem nowy plan na własne życie.
***
Tym razem nie spieszyło mi się do szkoły. Wstałem
zaskakująco wcześnie, dzięki czemu miałem jeszcze kupę czasu. Przed wyjściem
nawet zdążyłem zrobić krótkie pranie. Czas zlatywał mi tak jakoś przyjemniej i
spokojniej. Nawet pogoda dopisywała, słońce jasno świeciło na niebie. Moi
rodzice spali zalani, ale nawet to jakoś szczególnie mi nie przeszkadzało.
Traktowałem ich jak duchy.
Z dłońmi w kieszeniach podstarzałych spodni przekroczyłem
próg domu. Od razu zacząłem rozglądać się za Marie. Była za dziesięć ósma, więc
spodziewałem się ją ujrzeć przy wejściu. Trochę się obawiałem, że mogłaby się
rozmyślić i mi odmówić. Czekałem aż piętnaście minut, potem stwierdziłem, że to
nie ma sensu. Nie chciałem po raz kolejny mieć niezapisanej nieobecności na
lekcji. Siedząc w ławce, w żaden sposób nie mogłem skupić się na temacie zajęć,
zresztą nie byłem jedyny. Wszyscy hałasowali i rozrabiali, nauczycielka w żaden
sposób nie mogła ich uspokoić, ale dzięki temu w ogóle nie zwracała na mnie
uwagi, co akurat dla mnie było wielkim plusem. Ciągle myślałem o Marie i powoli
zaczynałem się martwić, że ktoś mógł zrobić jej krzywdę czy coś. Obiecałem
sobie, że na następnej przerwie jej poszukam. W końcu nie należała do osób,
które ot tak opuszczają sobie lekcje z powodu własnych widzimisiów.
Słysząc dzwonek na przerwę, pierwszy wyleciałem z klasy.
Poleciałem w kierunku głównego korytarza, tam zawsze wisiał plan lekcji. Po
chwili przypomniałem sobie, że na nic mi
ten plan, skoro nawet nie wiem, w której ona jest klasie. Stałem na środku,
zastanawiając się nad tym, co dalej robić, kiedy ją ujrzałem. Biegłem przez
całą długość korytarza, wywrzaskując jej imię z ulgą na sercu. Na początku mnie
nie słyszała, dopiero po chwili zaczęła się rozglądać za wołającym ją głosem.
Gdy mnie zauważyła, na jej twarzy pojawił się uśmiech, na mojej zresztą także.
Cieszyłem się, że ją widziałem całą, no i że tak zareagowała na mój widok. To
oznaczało jedno: ona mnie lubi.
-Cześć! – przywitałem się, szczerząc zęby.
-Cześć – odparła – Wyglądasz jakbyś przed chwilą
przebiegł maraton – zachichotała. Zarumieniłem się jeszcze bardziej, o ile to
możliwe.
-Gdzie byłaś na pierwszej lekcji? – zapytałem z
ciekawością – Szukałem cię.
-Nie ma naszej babki od matmy w szkole – odparła –
Mieliśmy na dziewiątą, więc trochę dłużej pospałam.
-Zazdroszczę – uśmiechnąłem się kwaśno – Ja mam dzisiaj
dwie matmy – westchnąłem ciężko.
-Mniejsza z tym – machnęła lekceważąco dłonią
rozpromieniona dziewczyna – Robicie dzisiaj próbę?- zapytała ciekawie.
-Pewnie tak, jak codziennie – wzruszyłem ramionami – A
co, masz ochotę się zjawić?
-Bardzo chętnie – Marie uśmiechnęła się – Ale wy pewnie
nie lubicie grać, jak ktoś przysłuchuje się waszej grze. Nie chcę wam
przeszkadzać.
-Przecież nam nie przeszkadzasz! – prychnąłem.
-Ale może chcecie być sami. Uwierz mi, tak będzie lepiej.
Zobaczę efekty waszych prób na koncercie – uśmiechnęła się szeroko i poklepała
mnie po plecach – Naprawdę możecie wiele zrobić, na rynku brakuje takich ludzi
jak wy.
Zarumieniłem się lekko zarówno ze wstydu jak i z dumy.
-Słuchaj, a może miałabyś ochotę na spacer? – zapytałem,
chociaż tak naprawdę nie chciałem tak wprost zadawać tego pytania. Momentalnie
się zaczerwieniłem. Zacisnąłem w kieszeniach kciuki. Ona wpatrywała się we mnie
swoimi wesołymi oczyma.
-Ale że jak, że teraz? –zapytała zdziwiona.
-Nie! – krzyknąłem, chyba odrobinę za głośno – Nie, no
jasne że nie teraz – oznajmiłem nieco ciszej – Na przykład... – podrapałem się
po głowie – No na przykład o ósmej.
-O ósmej? – powtórzyła, marszcząc czoło i jakby się nad
czymś zastanawiając. Po chwili jednak wzruszyła ramionami i oznajmiła, że chętnie
pójdzie ze mną na spacer. Musiałem całą siłą woli się powstrzymywać, żeby
czasem przy niej nie podskoczyć z radości i nie przytulić jej, bo zdawałem
sobie sprawę z tego, że ona w każdej chwili mogła zmienić zdanie. A przecież
mogło nie podobać jej się moje zachowanie. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć,
bałem się, że jak otworzę buzię, to wydobędzie się z niej okrzyk radości. Z
kłopotliwej sytuacji wybawił mnie dzwonek. Ona zadrżała, chyba nie przypuszczała, że dzwonek zadzwoni tak
szybko.
-To jesteśmy umówieni, tak? – upewniła się jeszcze na
wszelki wypadek.
-Tak! – przekrzyczałem tłum ludzi wspinający się właśnie
schodami.
-To do zobaczenia! – krzyknęła ona, także biegnąc w
stronę schodów.
-Do zobaczenia – odparłem zadumany, odwróciłem się i
ruszyłem ku klasie. Wtedy znowu dotarło do mnie to, czego zdołałem dokonać.
Ogromna radość sprawiała, że nie mogłem się uspokoić. Podskakiwałem ze
szczęścia, szeroko się uśmiechałem. Ludzie gapili się na mnie jak na idiotę.
Może i tak to wyglądało, ale ja naprawdę nie potrafiłem nad sobą zapanować. Na
lekcjach już w ogóle nie kontaktowałem,
obmyślałem każdy szczegół naszego spotkania. Nawet chłopaki, gdy natknąłem się
na nich na jednej z przerw mnie nie poznawali. Mówili, że albo oni zwariowali,
albo ja. Potwierdziłem tę drugą wersję i opowiedziałem im o mojej randce z
Marie. Niestety nie zdążyłem poznać ich opinii, bo zanim zdążyłem mówić, znowu
zadzwonił ten cholerny dzwonek. Zobaczyłem tylko uniesiony do góry kciuk
Jeff’a.
Na biologii wzięła mnie chęć na pisanie. Przewróciłem
zeszyt na ostatnią kartkę. Właściwie nie miałem pojęcia, o czym chcę pisać, nie
miałem wpływu na to, co tworzył mój długopis. Pisałem, co mi przyszło na myśl,
a w moich myślach rządziła Marie. Teraz już wiedziałem, co chłopaki mieli na
myśli, mówiąc, że mam pisać sercem. Teraz właśnie ono dyktowało mi słowa, a
nawet miałem już w głowie szkice melodii.
-Co ty tam drobisz? – głos Nati przerwał mi myślenie o Marie.
Zamknąłem szybko zeszyt. Nie chciałem, by ktoś poza chłopakami to czytał.
-Nieważne – uciąłem krótko, podnosząc głowę do góry.
Ujrzałem kwaśną minę blondynki. Ona, nie pytając się więcej o zgodę, próbowała
wyrwać mi zeszyt z dłoni. W ogóle się tego nie spodziewałem, dlatego właściwie
oddałem go za darmo. Od razu zajrzała na ostatnią stronę, ale na szczęście
zdołałem z powrotem jej wykraść, zanim ona zdążyła przeczytać chociaż jedno
zdanie.
-Co ty wyprawiasz? – warknąłem do dziewczyny. Ona chyba
nie wiedziała, że robi coś złego, a przynajmniej nie zdawała sobie z tego
sprawy.
-Zacząłeś pisać? – zapytała z ciekawością, przysiadając
się bliżej. Zarumieniłem się.
-Tak – odparłem – I na razie nie chcę, żeby ktokolwiek to
czytał – specjalnie podkreśliłem słowo „ktokolwiek”, by zrozumiała, że ona
także nie ma na to pozwolenia. Chyba się tym naprawdę przejęła, bo z wyrzutem
na mnie spojrzała.
-Chodź ze mną do reszty – chwyciła mnie za dłoń i
próbowała mnie pociągnąć – Dawno cię nie było na holu...
-Nie mam ochoty – wymamrotałem – Idź sama.
-Pierre, co się z tobą dzieje? Zacząłeś zadawać się z mięczakami...
– otworzyłem usta, żeby jej przerwać, nie podobał mi się ten zwrot, ale ona nie
zamierzała tak łatwo się poddawać, kontynuowała dalej – Nie zadajesz się z
nami, nawet się do nas nie zbliżasz jakbyś nie chciał przyznać się, że nas
znasz, nie chodzisz na dworzec, wiem, bo gadałam z kilkom...
-Zerwałem z tą robotą – oznajmiłem, marząc długopisem po
okładce, by nie patrzeć w jej oczy – Zrozumiałem, że to chore. Mam inny plan na
życie.
-Inny plan na życie? – prychnęła ona niedowierzająco –
Życzę powodzenia! I co, niby jak teraz chcesz się utrzymywać? Pracować na
budowie? – roześmiała się głośno, przez co zarumieniłem się jeszcze bardziej.
Nie wierzyła mi. Nie wierzyła, że ja jestem w stanie z tym zerwać. A ja całą
nadzieję pokładałem w zespole.
- Nie twoja sprawa – warknąłem – Ale na pewno to będzie
lepsze niż to, co robiłem do tej pory.
-Ciebie naprawdę pogrzało, debilu! – wybuchła – Nie
możesz tego zrobić! – wrzasnęła.
-Niby dlaczego nie!? – zapytałem zdumiony, patrząc w jej
oczy. Była czerwona ze złości, w środku aż się gotowała.
-Bo... Bo jesteś w tym najlepszy! – zawołała. Od razu
wyczułem, że to kłamstwo, zbyt długo się znaliśmy, by mogła wrobić mnie w taki
numery.
-Daj spokój – prychnąłem – Są setki ludzi takich jak ja,
zresztą skąd ty możesz to wiedzieć! Lepiej powiedz mi prawdę, widzę, że nie o
to chodzi.
Ona nic nie odpowiedziała, tylko spuściła głowę. Czułem,
że zastanawia się nad tym, co ma mi powiedzieć. Chyba trochę się bała.
Delikatnie chwyciłem ją za dłoń, żeby pokazać jej, że mi może o wszystkim
mówić, chociaż tak naprawdę nie miałem ochoty na wyżalenia. Jednak to
rzeczywiście dodało jej odwagi, bo chwilę później, niemal bezgłośnie, dodała:
-Bo... Bo ja cię kocham...