czwartek, 28 marca 2013

PART XIII


-Bouvier, teraz ty sobie znalazłeś koleżkę do pogaduch? Może przy tablicy sobie pogadasz? Zapraszam, zadanie już czeka – wskazała dłonią puste miejsce przy tablicy. Mój kolega przeklął pod nosem, wziął swój podręcznik i czytając w pośpiechu treść zadania, ruszył w kierunku tablicy. Ja sam szybko się ogarnąłem i otworzyłem książkę. Przeczytałem to i z ulgą zauważyłem, że akurat w poprzedniej szkole pisałem z tego sprawdzian i dostałem z niego piąteczkę. Uniosłem głowę do góry. Pierre był w połowie drogi. Wyglądał jakby za chwilę miał zemdleć. W sumie nawet nie zastanawiałem się nad tym co robię. Wstałem, co zwróciło na mnie uwagę nauczycielki.
-To ja gadałem – przyznałem się bez skrupułów, zanim ona zdążyła otworzyć usta – To ja powinienem iść do tablicy, a nie Pierre. On nic nie zrobił.
-Tak ci śpieszno? – uśmiechnęła się wrednie kobieta – Dobrze, jesteś następny w kolejce. Myślę, że z Bouvierem za chwilę skończę...
-Powtarzam pani, że Pierre nie ma z tym nic wspólnego – zacisnąłem mocniej pięści pod ławką – On tylko mnie uciszył, bo paplałem jak najęty – skłamałem szybko – Pierre powinien zostać nagrodzony za swoją postawę. Proszę pani, to ja zawiniłem i nie zamierzam tego ukrywać. Jeśli ukaże pani Pierre’a, to będzie to bardzo niesprawiedliwe, gdyż ja osobiście, za pomocą własnego głosu przyznałem się do popełnienia winy. Mój kolega z ławki chciał dobrze, nie zgadzam się z tym, aby to on poniósł część mojej kary. Ja jestem winny i ja...
-Dobra! – przerwała mi chyba już trochę wkurzona kobieta – Dobra, chodź... Jak ty się tam nazywasz?  - schowała głowę w dzienniku, usiłując zapewne sobie o mnie przypomnieć.
-Desrosiers – podpowiedziałem nieśmiało – David Desrosiers. Dopiero dzisiaj dołączyłem do tej klasy.
-Ucisz się, bo zaraz znowu zaczniesz gderać! Przekonamy się, co wyniosłeś z poprzedniej szkoły. Bouvier, masz szczęście. Chociaż.. To chyba pech trafić na takiego... gadatliwego kolegę. No chodź tu De... Jak ty tam się nazywasz?
-Desrosiers – powtórzyłem cierpliwie, chwytając swój podręcznik i ruszając zdecydowanym krokiem ku tablicy. Pierre gapił się na mnie jakbym postradał zmysły. Ale nie powiedział nic, kiedy się minęliśmy. Czułem, że obserwuje każdy mój krok.
-Które zadanie? – zapytałem.
-Taki jesteś pewny siebie tak? – wymamrotała ona chyba nadal na mnie wściekła za charakter. Trafiła kosa na kamień. Przewróciła kartkę na drugą stronę – Proszę, dziesiąte jest dla takich jak ty.
Przekląłem cicho pod nosem. Specjalnie dała mi zadanie z gwiazdką, by mnie ośmieszyć. Przeczytałem szybko treść zadania, analizując je w myślach. Nie było trudne, a jednak czułem w nim haczyk. Zacząłem je rozwiązywać, starając się niczego nie pominąć. Ona nie zamierzała mi podpowiadać, obserwowała moje ruchy. Kiedy odsunąłem się od tablicy, zauważyłem, że uśmiecha się kpiąco.
-Źle, panie Desrosiers – prychnęła – Wszystko źle. Od samego początku do końca. I co, już nie jesteś taki pewny?
Z powrotem spojrzałem na tablicę. Szybko od nowa przeanalizowałem zadanie. Swojego błędu nie odnalazłem. Wydawało mi się, że wszystko zrobiłem tak jak powinienem.
-W takim razie chciałbym wiedzieć w którym miejscu się pomyliłem – oznajmiłem najzwyczajniej w świecie. Kobietę chyba wcięło, najwyraźniej dawno nikt nie zwracał się do niej w tak bezpośredni sposób. Przykro mi. Ja się jej nie bałem.
-Powinieneś to wiedzieć – oznajmiła chłodno, mierząc mnie wzrokiem.
-Być może tak, ale chodzę do szkoły po to, by się tego nauczyć. A pani ma obowiązek mi to wytłumaczyć.
Przez moment cała klasa zastygła, wpatrując się w czerwoną ze złości nauczycielkę. Wszyscy myśleli, że za chwilę zostanę przez nią ochrzaniony, ja sam przeklinałem w duchu swoją jadaczkę za to, że przez nią już pierwszego dnia trafię do pedagoga. W poprzedniej szkole zbyt często mi się to zdarzało.
-Ale proszę pani... – odezwała się jedna z dziewcząt z pierwszej ławki – W odpowiedziach jest taki sam wynik – chemiczka skierowała na nią swój wzrok, a ja podziękowałem w duchu.
-Odpowiedzi czasami są nieprawdziwe – wysyczała kobieta. Teraz już się na niej poznałem, wiedziałem, że nie potrafi przegrywać. Niestety ja także.
-Ale ja to rozwiązałam i mi także wyszedł ten wynik...
-Myślałam, że kto jak kto, ale ty jednak poprawnie to rozwiążesz – chemiczka zrobiła coś, czego prawdopodobnie nie robiła nigdy – wstała, wzięła do ręki kredę i zaczęła wyjaśniać, jak zrobić to zadanie. Zauważyłem, że posuwa się podobnymi do mnie krokami, tyle że ja trochę więcej mąciłem na tablicy. Koniec końców nasze wyniki były identyczne.
-Siadaj, Desrosiers – odparła ona, pochylając się nad dziennikiem. Nie zamierzała mnie przeprosić ani nawet przyznać mi racji. A ja nie zamierzałem się tym przejmować. Najważniejsze że oddało mi się jej dokopać.
Przez całą lekcję nie odzywałem się do Pierre’a ani Pierre do mnie. Starałem się uważać, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że teraz jestem nacelowany. Dopiero kiedy zadzwonił dzwonek i zaczął się normalny harmider, brunet, przechodząc obok mnie, powiedział, żebym zaczekał na niego po szkole. Byłem bardzo ciekawy, o czym on tak bardzo chce ze mną porozmawiać, domyślałem się, że chodzi mu o Kate. Z niecierpliwością czekałem na ostatnią lekcję. Tego dnia był to wf, a salę mieliśmy o kilka metrów oddaloną od szkoły. Dziewczyny na szczęście z nami nie ćwiczyły. Właściwie dla mnie nie miało to żadnego znaczenia, ale Pierre się nieco rozluźnił. Mimo to się do mnie nie zbliżył. Pomijając grę w siatkówkę.
Brunet przebrał się o wiele szybciej niż ja i wyszedł z szatni, zanim zdążyłem schować strój do ćwiczeń. Pospieszyłem się nieco, obawiając się, że zapomniał o naszej umowie. W biegu wcisnąłem spodenki do plecaka, drzwi same się za mną zamknęły. Ruszyłem nieco przyciasnym korytarzem ku wyjściu z Sali. Gdy już byłem na dworze, czujnie się rozejrzałem. Pierre’a nigdzie nie było, musiał rzeczywiście o mnie zapomnieć. Zanim zdążyłem pomyśleć nad tym, co dalej, usłyszałem gwizd. Ponownie się rozejrzałem, tym razem zauważyłem przemykającego bruneta. Bez wahania ruszyłem za nim. 
-Ale ty się ślimaczysz! – warknął mój kolega z klasy, ruszając ku kamienistemu płotowi. Wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, o co tu chodzi.
-Nic nie rozumiem – wymamrotałem zniecierpliwiony tym wszystkim – Co tu się dzieje? Gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem z niepokojem, obserwując, jak chłopak wspina się na płot.
-Wracamy do szkoły – odparł Pierre, zeskakując na drugą stronę. Szkoła była oddalona od Sali. Żeby zdążyć na wf, musieliśmy wychodzić przed końcem przerwy z budynku. Westchnąłem cicho, przerzucając plecak do kumpla. Musiałem trafić prosto w jego głowę, bo po chwili usłyszałem jęk.
-Przepraszam! – krzyknąłem, wspinając się na płot i wysłuchując przekleństw bruneta. Na szczęście chłopak nie zamierzał się obrażać, chociaż powiedział mi, że poważnie zastanawia się nad tym, czy robi dobrze. Szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę szkoły.
-Czemu nie możemy pójść tam normalną drogą? – zapytałem – Pierre, wytłumacz mi, w co my gramy!
-Bystry z chemii to ty jesteś, ale chyba tylko z chemii – odparł brunet, prowadząc mnie jakąś ścieżką pełną kamieni. Potknąłem się chyba ze trzy razy – Myślenie musisz poćwiczyć. Nawiasem mówiąc dzięki za ratunek. Jestem ci dłużny, a ja nie lubię być dłużny. Ty mi uratowałeś dupę, to ja też to zrobię.
-Powiesz mi w końcu, gdzie mnie prowadzisz i po co? – warknąłem buntowniczo.
-Już ci mówiłem, że wracamy do szkoły, mam tam do załatwienia jedną sprawę. Ale musimy być tam pierwsi.
-Czemu?
-Rany, David... – burknął Pierre – Nikt nie może nas zobaczyć, czaisz?
-Nie za bardzo – powiedziałem powoli, usiłując to przemyśleć. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy.
-Nati jest o ciebie cholernie zazdrosna, naprawdę tego nie wiedziałeś? – pokiwałem przecząco głową zaszokowany przekazaną przez Pierre’a wiadomością. Jak można mi zazdrościć? W końcu jestem w najgorszym położeniu, w jakim mogę być. Jestem nowy. Nie znam nikogo, ani nikt mnie – No tak, w sumie prawda mogłeś tego jeszcze nie zauważyć. Zrobiłeś swoją osobą furorę. Po prostu jesteś inny... Niecodzienny. Na razie wszyscy cię obserwują, ale myślę, że za kilka dni będziesz znał każdego. Człowieku, wszyscy o tobie gadają, dziewczyny już się w tobie kochają.
-Ja?! – zapytałem jeszcze bardziej zdumiony – Ale... Co ja takiego zrobiłem?
-Nic – odparł zmęczony ciągłym tłumaczeniem Pierre. Zza drzew już wyłaniał się budynek szkoły – Ty po prostu jesteś, żyjesz. Pojawiłeś się nagle, spadłeś z nieba. I jesteś sobą. To naprawdę rzadkość w naszej szkole. I... Mam nadzieję, ze taki pozostaniesz.
-Okej... Chyba rozumiem. Ale co do tego wszystkiego ma twoja dziewczyna?
-Już ci mówiłem, jest zazdrosna. Po raz pierwszy ktoś zdobył większą popularność niż ona. Znienawidziła cię. Naprawdę cię znienawidziła. A jeśli ona cię znienawidziła, to pół szkoły może także cię nienawidzi. Większość ludzi to zwykli sprzedawcy, nie ufaj pierwszej lepszej osobie. Słuchaj, ja nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał. Nie mogę się z tobą otwarcie widywać. Chciałem tylko, żebyś wiedział, w co chcesz się pakować.
-Co? – zapytałem głupio. Prawie nic z tego wszystkiego nie rozumiałem.
-Później ci wyjaśnię – uciął krótko, gdy dotarliśmy do szkoły. Akurat zadzwonił dzwonek kończący lekcję. Nie mówiłem nic, wlepiając wzrok w pilnie wpatrującego się w wejście do budynku Pierre’a i zastanawiając się, po co my tu stoimy. Po chwili brunet odetchnął z ulgą i ruszył ku trójce chłopaków, których znałem jedynie z widzenia. Przez moment zawahałem się, nie wiedziałem, czy mam iść za nim, czy czekać. W końcu machnąłem dłonią i dobiegłem do niego.
-Patrzcie, Pierre! – wrzasnął wielkoczoły – Zwykle to my musimy czekać, aż ty się ruszysz!
Brunet olał zaczepkę.
-Słuchajcie, mogę przyjść trochę później? – zapytał nerwowo.
-No jasne – odparł wesoło błękitnooki, przyglądając mi się uważnie. Nie uszło to także uwadze Pierre’a.
-To jest David – przedstawił mnie pospiesznie. Oni chóralnie odpowiedzieli:
-Wiemy! Już o tobie słyszeliśmy!
-To są Jeff, Chuck i Seb – Bouvier po kolei wskazywał dłonią swoich kolegów, nie zważając na moje zmieszanie.
-Cześć! – wyszczerzyli się wszyscy trzej, po kolei wyrywając sobie moją dłoń z uścisku – Naprawdę miło nam cię poznać... Słyszeliśmy o tej akcji z chemiczką...
-Dobra, pogadacie sobie innego dnia – przerwał chłopakom paplaninę Pierre – Chodźmy, nie ma czasu do stracenia. W takim razie ja będę za jakieś dwie godziny – brunet obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem ku parkowej ścieżce. Chcąc nie chcąc pożegnałem się z Jeffem, Chuckiem oraz Sebem i znowu dobiegłem do zdyscyplinowanego Pierre’a.
-Gdzie idziemy? – zapytałem zaciekawiony – Znowu wracamy na salę?
-Nie tym razem – odparł chłopak, przeskakując przez wielkiego kamienia. Czułem się trochę jak w grze komputerowej, której finału nie znałem.
-Przestań bawić się w ciuciubabkę! – warknąłem. Pech chciał, że akurat oberwałem jakąś gałęzią w twarz, przez co on nie wziął mojej groźby na poważnie, tylko chichotał cicho pod nosem. Szedł coraz głębiej w ten park, już nie według ścieżek, tylko przez krzaki i bagna. Nie chciałem na siebie patrzeć po tych jego spacerkach. Modliłem się tylko, żeby mama z domu mnie nie wyrzuciła.

niedziela, 24 marca 2013

PART XII


Nauczyciel coś tam gadał, ale nie zwracałem uwagi na jego gadanie, jak zwykle zresztą. Dopiero po pięciu minutach, kiedy dotarło do mnie, że ktoś puka do drzwi, wróciłem myślami do szkoły. Do klasy wszedł dyrektor, a za nim wskoczył podobny do małpy blondyn, którego nigdy na oczy nie widziałem. Dyrektor spojrzał na biologa, ten tylko machnął dłonią.
-To jest David – oznajmił głośno jakby chciał, aby jeszcze w innych klasach go usłyszano. Wskazał ręką na ciekawie rozglądającego się i trochę przypominającego dziecko blondyna. Rozległy się głośne szepty, ale dyrektor szybko je uspokoił swoimi kolejnymi słowami – Będzie chodził do waszej klasy. Mam nadzieję, że szybko przyzwyczaicie się do nowego kolegi... – nikt już nie słuchał reszty przemowy. Wszyscy przyglądali się Davidowi, który do twarzy miał przyklejony uśmieszek i wyglądał co najmniej dziwnie.
-To co, może teraz ty o sobie coś powiesz? – zaproponował dyrektor, zauważając, że zainteresowanie jego osobą spadło. David nabrał powietrza w usta, a potem powoli je wypuścił. Miałem wrażenie, że w ogóle się nie denerwuje.
-Ciężka sprawa – westchnął, drapiąc się po głowie z jedną brwią uniesioną do góry – A co mi tam, mogę spróbować. Jestem David, mam tyle lat co wy. Na razie mój pierwotny cel to zdanie matury, chociaż jak nie zdam, to nic strasznego się  nie stanie. Interesuję się muzyką. Kumple z poprzedniej szkoły mówili, że jestem lekkomyślny i nieogarnięty, nie mam pojęcia, dlaczego – wzruszył ramionami – Czasami przypominam kosmitę, też nie wiem, dlaczego. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to przez wygląd, ale potem przez dwie godziny stałem przed lustrem i doszedłem do wniosku, że to nie to. Sam już nie wiem, o co im chodziło z tym kosmitą. Ciągle mnie to zastanawia, a jak zapytałem kolegów, to odparli, że mam się sam domyślić. Nie polecam wam takich przyjaciół, wszystkiego musz...
-Dziękuję, David – przerwał mu w końcu zmęczony już gadaniem blondyna dyrektor. Cała klasa była w szoku, ja także. W końcu niecodziennie spotyka się tak bardzo otwartą osobę – Myślę, że już sporo się o tobie dowiedzieliśmy – dyrektor chrząknął znacząco i rozejrzał się po klasie – Możesz sobie usiąść... o wiedzę, że koło Bouviera jest wolne.
Przekląłem cicho pod nosem. Jeszcze tego mi brakuje...
Blondyn nie wydawał się być ani trochę obrażony za to, że przerwano mu monolog. Wręcz z radością podbiegł do mojej ławki, prawie potykając się o swoje sznurówki. Z głośnym szumem odsunął sobie krzesło i z entuzjazmem na nie wskoczył. Chyba nawet nie zwrócił uwagi na moją kwaśną minę. Co prawda wydawał się być naprawdę sympatyczny, ale na pierwszy rzut oka stwierdziłem, że do mnie nie pasuje. Wszystko przyjmował z taką lekkością. Miałem wrażenie, że nigdy nie dostał kopniaka od życia, a taki na pewno przydałby mu się. Kilka razy próbował do mnie zagadać, ale jego starania zakolegowania się ze mną spełzły na niczym. Po prostu nie byliśmy z tej samej bajki.
-Daj spokój, wydaje się być naprawdę fajny – zagadnęła nieśmiało Kate do Nati, która od razu głośno na przerwie wyśmiała blondyna za wszystko, co tylko jej oczy dostrzegły. A jej wzrok zawsze sięgał tam, gdzie nie powinien.
-Przestań! – prychnęła blondynka, odrzucając swe blond włosy do tyłu – On jest typowym człowiekiem plebsu, powinien być ich przywódcą! – zachichotała – Nie widzisz, jakie to dziecko? Jak go zobaczyłam, to zastanawiałam się, czy on skończył 10 lat, bo na takiego nie wygląda!
Miałem ochotę powiedzieć Nati, że ona zachowuje się wręcz odwrotnie, wygląda jak pseudodorosła, a tak naprawdę jest rozpieszczonym bachorem, ale przerwał mi głośny wybuch śmiechu. Na szczęście, bo dotarło do mnie, co chciałem zrobić. Ja tam do Dave’a nic nie mam. Zauważyłem, że Kate także się śmieje, ale jest to śmiech wymuszony. Westchnąłem cicho. Znałem Kate od dawna, wiedziałem, że ulegnie grupie i sama będzie dokuczać Dave’owi. W duchu współczułem biedakowi. Skoro już teraz się z niego nabijają, potem może być już tylko gorzej.

NARRACJA DAVE’A

Z nieco podstarzałego, ale wciąż jeszcze sprawnego pudełka wyciągnąłem połówkę bułki z serem. Usiadłem na ławce i powoli zacząłem rozwijać sreberko. Czułem na sobie czyiś wzrok, milion różnych oczu. Starałem się tym nie przejmować, ale szczerze mówiąc to trochę upierdliwe. Naprawdę nie lubię, kiedy ktoś się gapi, jak jem, bo mam wrażenie, że oni także są głodni, chociaż wiem, że mają własne kanapki. Ale i tak jest mi głupio i przez całą przerwę nie zjadam nic, a potem w ciągu lekcji burczy mi w brzuchu. Tym razem głód był silniejszy i bez wahania ugryzłem bułkę. Chcąc zabić tę kilkuminutową nudę, zacząłem przyglądać się ludziom, usiłując wyhaczyć kogoś, kogo zapamiętałem z wyglądu ze swojej nowej klasy. W zasadzie rozpoznawałem tylko Pierre’a, z którym siedziałem na prawie każdej lekcji, bo tylko obok niego było wolne miejsce. Na reszcie siedziałem sam. Miałem takie niemiłe wrażenie, że wszyscy wokół mnie patrzą na mnie z ironią, nie mam pojęcia, dlaczego. Zastanawiałem się, czy czasem nie przesadziłem z powitaniem, ale wydawało mi się, że nie powiedziałem nic złego. Więc o co im wszystkim mogło chodzić?
Rozejrzałem się po korytarzu. Gdzieś tam na dziedzińcu siedział Pierre ze swoją dziewczyną i całą świtą. Pilnie ich obserwowałem. Wydawało m i się, że brunet w ogóle nie ma ochoty z nimi przebywać. Zastanawiałem się, o co tu chodzi. W tej szkole coś się dzieje, tylko oni zgrabnie to ukrywają. Ugryzłem kanapkę. W sumie to nie powinno mnie to obchodzić. Obok Nati usiadła inna dziewczyna, obie w tym samym momencie wybuchły głośnym śmiechem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że ja ją znam, że wczoraj przecież razem siedzieliśmy na przystanku. Uśmiechnąłem się do siebie. W końcu mogłem o coś zaczepić!
Dziesięć minut później znowu zadzwonił dzwonek. Pierre i jego świta nie ruszyli się, jak zwykle czekali na nauczyciela. W końcu chemiczka zaczęła iść, cała grupa leniwie wstała i także się ruszyła. Przekląłem pod nosem. Teraz na pewno nie będę mógł pogadać z Kate. Zdążyłem już poznać jej imię, a przynajmniej tak wszyscy się do niej zwracali. Trochę się bałem, że ona, pomimo naszego wczorajszego spotkania nie będzie chciała mnie znać z jakichś nieznanych mi powodów.
Szczęście w nieszczęściu nauczycielka zagadała się z jakimś uczniem z innej klasy. Wtedy się przełamałem. Machnąłem lekceważąco dłonią. W końcu raz się żyje. Powoli podszedłem. Ona nawet mnie nie zauważyła, opowiadała o czymś jednej ze swoich koleżanek. Nieśmiało szturchnąłem ją palcem w ramię. Dziewczyny wybuchnęły głośnym śmiechem i wszystkie się odwróciły gapiąc się na mnie i wciąż cicho chichocząc.
-Cześć, Kate! – wyszczerzyłem się szeroko z nadzieją, że ona pamięta wczorajszy dzień. Ona spojrzała na mnie, unosząc jedną brew do góry.
-Cześć – odparła lekceważąco, podpierając się pod boki i śledząc mnie wyczekująco. Zmieszałem się nieco, a ona, zauważywszy, że się gubię, postanowiła mnie pospieszyć – Czego chcesz? – zapytała brutalnie, na co wszyscy znowu wybuchli głośnym śmiechem.
-Pogadać – odparłem radośnie, w ogóle nie przejmując się jej chłodnym tonem.
-Ze mną? – prychnęła głośno, rzucając zdumione spojrzenie koleżankom, które natychmiast zaczęły chichotać – Chyba jednak nie – warknęła, obracając się na pięcie – Że też taki plebs ma w ogóle odwagę się do mnie odzywać...
Otworzyłem usta, ale z mojej buzi nie wyleciało zupełnie nic. Gapiłem się na nią z szeroko otwartymi oczyma i myślałem nad tym, co ona wyprawia. Nie rozumiałem jej. Po prostu nie mogłem pojąć filozofii jej myślenia. Chciałem coś powiedzieć, ale ktoś kopnął mnie w łydkę. Odwróciłem się i zauważyłem, że chemiczka już wchodzi do klasy. Westchnąłem ze zrezygnowaniem, ciągnąc za sobą plecak. Zatrzymałem się przy drzwiach, czekając, aż wszyscy zajmą swoje miejsca. Ale zanim to zrobili, Pierre już pomachał do mnie. Westchnąłem i ruszyłem w jego stronę. Trochę głupio się czułem, znowu zawracając mu głowę. Z drugiej strony.. Dlaczego mnie do siebie zaprosił? W końcu jeszcze nie zauważyłem, żeby jakoś szczególnie mnie polubił. Właściwie to w ogóle się do mnie nie odzywał. A ja nie naciskałem.
-Odczep się od Kate – wyszeptał jakby mówił o najzwyklejszej rzeczy na świecie. Rzuciłem mu pytające spojrzenie – Dyskretniej! – warknął brunet – Jeśli zauważy, że gadamy, to weźmie mnie do tablicy. A jak dostanę przez ciebie pałę, to nie dożyjesz jutra! – pogroził mi.
-Dlaczego mam się odczepić? – zapytałem, olewając kolegę i pilnie śledząc ruchy nauczycielki. Kobieta akurat podniosła głowę znad papierów i przeleciała wzrokiem po klasie. Tym razem nikogo nie przyłapała.
-Bo ona nie jest dla ciebie – wysyczał ledwo otwierając usta Pierre – Ja ją znam bardzo dobrze lepiej posłuchaj mojej dobrej rady.
-Znasz ją bardzo dobrze? – zapytałem kpiąco – Prawda jest taka, że w ogóle jej nie znasz – prychnąłem pewnie, być może zbyt pewnie.
-A co ty możesz o niej wiedzieć? – uśmiechnął się drwiąco brunet. Chciałem opowiedzieć mu o naszym wczorajszym spotkaniu, ale obaj usłyszeliśmy triumfalny głos chemicy:
-Bouvier, teraz ty sobie znalazłeś koleżkę do pogaduch? Może przy tablicy sobie pogadasz? Zapraszam, zadanie już czeka! 

wtorek, 19 marca 2013

PART XI

W końcu ujrzałem przystanek autobusowy z budką. Odetchnąłem z ulgą i pobiegłem w jego stronę. Byłem już przemoczony do suchej nitki, więc i tak zrobiło to niewielką różnicę. Usiadłem na ławce, wpatrując się w całkiem nieznane sobie budynki i zastanawiając się, gdzie ja do jasnej cholery zabłądziłem. Starałem się przypomnieć sobie cokolwiek ze swojej drogi, ale w głowie miałem pustkę.
W strugach deszczu zauważyłem, że jakaś postać biegnie w moją stronę. Najwyraźniej opad także ją zaskoczył. Przeklinając głośno, osoba ta wpadła na przystanek i usiadła tuż obok mnie. Odsunąłem się nieco, by nie wzięła mnie za jakiegoś pedofila czy coś. Pech chciał, że siedziałem akurat na końcu ławki, czego nie zauważyłem, przesuwając się. To spowodowało mój sromotny upadek na chodnik i cholerny ból tyłka. Ta  osoba spojrzała na mnie i wybuchła gromkim śmiechem. Dopiero wtedy zauważyłem, że to dziewczyna, chociaż na początku myślałem, że to straszydło. Cały makijaż jej się rozmazał, a widać, że miała tego sporo na twarzy.   
-Nic ci się nie stało? – zapytała, starając się ukryć śmiech. Zerwałem się, żeby pokazać jej, że jestem twardy i przyzwyczajony do takich wypadków. Ale znowu miałem pecha, nie zauważyłem, że sznurówki od butów mi się rozwiązły i ponownie upadłem, tym razem jeszcze obrywając w głowę. Jęknąłem cicho, słysząc kolejny wybuch śmiechu.
-Jeszcze kilka razy tak będziesz wstawał, to wylądujesz w szpitalu
-Ty także – prychnąłem, zawiązując pechowego buta – Jak pękniesz ze śmiechu, ktoś cię będzie musiał zszywać.
Ona nie odpowiedziała mi zupełnie nic, tylko dalej się śmiała, nie mogąc w żaden sposób się uspokoić. Wstałem i z powrotem usiadłem na ławce. Mimo bolącej głowy cieszyłem się, że już udało mi się z kimś nawiązać kontakt, nawet w tak głupi sposób.
-Skąd ty w ogóle się urwałeś? – zapytała ciekawie, grzebiąc w wielkiej torebce – Nie widziałam cię tu nigdy.
-Z nieba spadłem, nie zauważyłaś? – rozłożyłem ramiona teatralnie – Czy ja nie wyglądam jak gwiazda? – poczochrałem się po włosach i sztucznie się uśmiechnąłem, trzepocząc rzęsami.
-Tak, przypominasz tanią gwiazdkę disco polo – prychnęła dziewczyna – Szczególnie w tych zabłoconych butach.
-Disco polo? – powtórzyłem nieco zawiedziony – Wolałbym rocka, no ale skoro mam być discopolowcem... W sumie to nawet lepiej, w teledyskach disco polo zawsze skaczą dziewczyny w strojach kąpielowych, można sobie popatrzeć... Nie chcesz wystąpić w moim pierwszym videoklipie?
-Oczywiście, daj mi znak, jak zaczniesz nagrywać – zachichotała – Z wielką chęcią będę w stroju kąpielowym zawiązywać tobie buty, żebyś czasem się nie przewracał o własne sznurówki. Tylko z łaski swojej przytrzymaj mi lusterko – zanim zdążyłem się odezwać, ona już wcisnęła mi do ręki coś dużego i okrągłego – Nie tak, wyżej! No jeszcze trochę... Rany, jak ty się telepiesz! Trzymaj mi lusterko, zamorduję cię, jak je stłuczesz! Jej, wyglądam okropnie! – skrzeczała tak szybko, że ledwo zdołałem rozróżnić słowa, które mówiła. Z torebki wyciągnęła stos różnych kosmetyków, przez co omal nie dostałem zawału.
-Czy ty zamierzasz wyprowadzić się z domu? – zapytałem zaszokowany.
-Że co? – dziewczyna zmarszczyła czoło, nie odrywając wzroku od lustra.
-Masz taką wielką torebkę jak ja walizkę, z którą się tu przeprowadzałem.
-bez przesa...
-Ej, a może ty okradłaś jakiś sklep? – zgadywałem podejrzliwie – To by idealnie pasowało! Najpierw okradłaś sklep z kosmetykami, a teraz próbujesz się ukryć pod warstwą tapety!  - wrzeszczałem podniecony – A ja tobie nieświadomie pomagam! Scena jak z filmu sensacyjnego! – podskoczyłem z podniecenia, przez co ona wrzasnęła, że mam się nie ruszać.
-Za bardzo ponosi cię wyobraźnia – wymamrotała, malując sobie usta – To jest życie, kochany, nie żaden głupi film! – ułożyła usta w dziubek i wysłała mi buziaka.
-Życie czy film, prawie to samo – wzruszyłem ramionami. Powoli ręka zaczynała mnie boleć od trzymania tego lusterka – W końcu film jest oparty na życiu.
-Proszę cię! – prychnęła dziewczyna, chwytając w dłoń czarną kredkę. Zastanawiałem się, czy za chwilę nie wyciągnie następnych kolorów  z torebki – Życie nie ma swojego scenariusza i nigdy nie kończy się szczęśliwie.
-Nie kończy się szczęśliwie? – powtórzyłem głupio zdumiony tym co usłyszałem – Życie samo w sobie jest szczęściem! Nawet powinno umierać się szczęśliwym, bo zawsze zostawia się po sobie jakiś ślad...
-Tak, w postaci nagrobka! – prychnęła ona, zgarniając wszystkie kosmetyki i wrzucając je z powrotem do torebki – Nie próbuj mi wmówić, że ty cały czas chodzisz szczęśliwy i nie masz żadnych problemów!
-Problemy zawsze są – odparłem – Ale ja staram się o nich zapomnieć i cieszyć się każdą chwilą życia...
-Optymista – westchnęła ona, wychodząc spod daszku przystanku – Chyba już nie pada – zmieniła temat, obracając się – To ja już spadam...
-Zaczekaj chwilę! – krzyknąłem, w ostatnim momencie ją zatrzymując – Nie wiesz czasem jak dojść do... nooo... – podrapałem się po głowie – Rue La Fontaine? – zapytałem niepewnie.
Dziewczyna spojrzałam na mnie, spod jej sztucznie przedłużonych rzęs wydostało się zdumienie.
-Jesteśmy na tej ulicy – powiedziała bardzo powoli, uważnie mi się przyglądając.
-Niemożliwe! – krzyknąłem, drapiąc się po głowie zagubiony – To gdzie się podziała 43? – zapytałem sam siebie, ale i tak ona mi odpowiedziała.
-No tutaj – wskazała palcem na mój dom, który wziął się dosłownie nie wiadomo skąd. Jęknąłem cicho. Stałem zaledwie kilka metrów od niego i nie rozpoznałem tego budynku. No po prostu trzeba być mną!
-Witaj w domu, Dave – burknąłem do siebie, ale ona to usłyszała i ponownie wybuchła głośnym śmiechem.

NARRACJA PIERRE’A

-I wtedy wiesz, on powiedział mi, że z taką obsługą to on kupiłby mi nawet dwie pary takich butów – piszczała mi nad uchem dumna z siebie Nati. Westchnąłem ciężko. Szczerze mówiąc miałem już jej serdecznie dość. Często ukrywałem się u chłopaków, specjalnie przedłużałem próby, by tylko uniknąć z nią spotkania lub spędzić jak najmniej czasu. Marie widziałem tylko raz, akurat gdy Nati stawała na palcach, by mnie pocałować. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, ale ból z jej oczu zapamiętałem chyba do końca życia, bo czegoś takiego po prostu się nie zapomina. Do dzisiaj żałuję. Z drugiej strony teraz muzyka to całe moje życie. Czułem, że chłopaki mnie tolerują, że lubią mnie takiego, jakim jestem. Kochałem grać, kochałem zespół i nie mogłem żyć bez mojej jedynej nadziei.
I tylko Nati nie pasowała do tej bajki. Ciągle modliłem się, by ona przestała już się bawić moim kosztem. Chociaż z drugiej strony cholernie się tego bałem. Bo przecież mogła dojść do wniosku, że ta zabawa i tak nie ma sensu, więc może wszystko wypaplać. Wiedziałem, że jest zdolna do wszystkiego. Zupełnie nikt nie domyślał się, jaka walka toczy się w moim  sercu. Chyba nawet moja dziewczyna nie przewidywała, że tak bardzo jej nienawidzę. Im bardziej intensywnie błagałem, by ona się ode mnie odczepiła, tym bardziej ona walczyła o mnie, próbowała coś zmienić, coś polepszyć. A mnie coraz trudniej z tym wszystkim się żyło, z okłamywaniem kumpli, z udawaniem chorobliwej miłości do Nati. Miałem zupełnie dość tego wszystkiego, ale wiedziałem, że jeśli cokolwiek zrobię, co nie spodoba się mojej dziewczynie, to po zespole, a raczej po mojej karierze w zespole. A i tak czułem, że jej się nie podoba to, że każdego popołudnia uciekam.
-Znowu mnie nie słuchasz! – jej niewielka piąstka znowu wylądowała na moim ramieniu. Nawet mnie to nie zabolało, bo cóż ona mogła mi zrobić swoimi delikatnymi rączkami?
-Przepraszam, zamyśliłem się – powiedziałem, wracając na ziemię myślami. Ona wpatrywała się we mnie swoimi ogromnymi oczyma jakby z niepokojem.
-Martwię się o ciebie – wyszeptała cicho – Masz jakiś problem.
-Starzy – uciąłem krótko. Akurat zadzwonił dzwonek, więc wstałem z jednej ze stojących na dziedzińcu ławek i wyciągnąłem dłoń ku dziewczynie. Ta przeszczęśliwa, bez żadnego ostrzeżenia zaczęła mnie gorąco całować. Z trudem się od niej odlepiłem. Jej zgrabne doświadczone już ruchy, które wywoływały zazdrość u innych chłopaków na mnie nie robiły żadnego wrażenia.
-Chodźmy już na lekcję.
-Piernik, nie martw się starymi – mówiła Nati lekceważąco, gdy ciągnąłem ją za rękę w stronę klasy – Oni są głupi, nic nie rozumieją. Wiem coś o tym, moi mnie nienawidzą.
Westchnąłem cicho, biegnąc korytarzem. Moi rodzice w tym momencie pewnie nawet nie pamiętali o tym, że mają syna. Ale nie zamierzałem się tym przejmować. Miałem już plan na przyszłość. Plan bez nich.
Akurat nauczyciel wchodził do klasy, kiedy dobiegliśmy na miejsce. Od razu rzuciłem się w stronę mojej ławki. Na szczęście Nati siedziała daleko ode mnie. Miałem spokój przynajmniej przez te 45 minut. Schowałem twarz w dłoniach. Powoli moje życie zaczynało mnie zabijać.
Nauczyciel coś tam gadał, ale nie zwracałem uwagi na jego gadanie, jak zwykle zresztą. Dopiero po pięciu minutach, kiedy dotarło do mnie, że ktoś puka do drzwi, wróciłem myślami do szkoły. 

wtorek, 12 marca 2013

PART X


Przez blisko dziesięć minut przywiązywałem karteczkę do ławki. Wiedziałem, że czas mnie goni, w końcu powiedziałem chłopakom, że muszę skoczyć tylko do sklepu po wodę. Ale gdy chciałem już odchodzić, coś ciągle mnie kuło mnie w serce. Odwracałem się i patrzyłem na swoje zapiski. Czułem, że nie powinienem ich tu zostawiać. Ale ostatnio robiłem wszystko na przekór swojego myślenia i czucia. Wiatr wiał, drzewa szumiały, jakieś dzieciaki wrzeszczały niemiłosiernie głośno, a ja stałem. Stałem chociaż wiedziałem, że powinienem się ruszyć i stamtąd odejść, bo w każdej chwili może pojawić się Marie. A bałem się jej. Bałem się spotkania z nią, patrzenia w jej oczy, przyznania się do tych wszystkich rzeczy i do związku z Nati. Bardzo dobrze wiedziałem, że prędzej czy później dowie się, bo w szkole wszystkie plotki szybko się rozchodzą. Westchnąłem ciężko. Moje życie cholernie komplikowało się przez tę miłość.
Obróciłem się na pięcie. W oddali ujrzałem jej sylwetkę, bez problemów ją rozpoznałem. Przełknąłem cicho ślinę. Zbliżała się powoli, odległość między nami się zmniejszała. Nie wiedziałem, co robić, drżałem ze strachu. Wtedy dotarło do mnie, co ja tak właściwie wyprawiam. Ona wciąż mnie nie widziała, mogłem zwiać. I tak też zrobiłem, biegiem rzuciłem się w przeciwną do niej stronę, modląc się w duchu, by ona nie widziała, by nie zawołała. Wskoczyłem w jakieś krzaki. Coś podkusiło mnie, żebym został i patrzył. Chciałem odejść, naprawdę, ale nie mogłem. To była chyba najgorsza kara, jaka kiedykolwiek mnie dotknęła. Patrzyłem, jak jej radość momentalnie się zmniejszała. Moje serce omal nie pękło, kiedy ona niemile rozczarowana usiadła na ławce. Reszty już nie widziałem, nie potrafiłem dłużej na to patrzeć, bo dobrze wiedziałem, jak to będzie wyglądać. Ale mimo to gdy wracałem, wciąż miałem przed oczami jej obraz, jej płacz. Nie mogłem tego wyrzucić z głowy. Naprawdę cierpiałem. Czułem, że już nigdy nie będzie czegoś takiego jak ja i Marie. To już rozpłynęło się bezpowrotnie. Przekląłem cicho pod nosem. Spieprzyłem swoje życie. O ile ono nie było spieprzone od samego początku.

NARRACJA CHUCKA
-Co się z nim dzieje? – pytałem chłopaków, gdy tylko drzwi za brunetem się zamknęły – Widzieliście? Od samego początku coś przed nami ukrywa... To nie jest normalne. Ma jakiś problem o którym my nie wiemy...
-Chuck, to jego prywatna sprawa – przerwał mi znużony Seb – Może na razie boi się nam zaufać. Nie możemy go o to posądzać, a jeśli zaczniemy ingerować w jego prywatne sprawy, to myślę, że nie będzie z tego powodu zadowolony, o ile nas na miejscu nie pozabija.
-Ale on potrzebuje pomocy, nie widzicie tego? – rozłożyłem ramiona, patrząc na twarze kumpli – Przecież nie możemy zostawić go na lodzie. A jeśli to coś poważnego? Przecież on nie może się stoczyć! – szukałem w kumplach entuzjazmu, jakiejś siły do walki, zapału. Niczego takiego nie znalazłem.
-Chuck, czy do ciebie nie dociera, że on jej nie chce? Gdyby chciał, powiedziałby nam, o co chodzi! – tłumaczył spokojnie Jeff. Ale mnie nadal to nie przekonywało.
-Może wstydzi nam się o tym powiedzieć? W końcu znamy się od niedawna...
-Więc co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? – prychnął Seb. Od razu wyczułem, że oni nie zgodzą się na mój pomysł.
-Trochę powęszyć? – zaproponowałem cicho.
-Chyba cię pogrzało! – warknął Jeff – To jest akurat najgorsze wyjście z możliwych!
-Dlaczego? – zapytałem, w ogóle nie zaskoczony tą reakcją.
-Comeau, czasami zaskakujesz mnie swoją głupotą – wymamrotał błękitnooki – Rusz głową!
-Ruszam przez cały czas, to wam się chyba nie chce! – odpyskowałem.
-W takim razie w ogóle tobie to nie wychodzi – westchnął Seb – Chuck, czy ty chcesz stracić kumpla i genialnego członka naszego zespołu?
-No właśnie nie chcę, dlatego...
-Dlatego zrezygnuj z tego pomysłu. On nie chce nam tego powiedzieć. Najwyraźniej dowiemy się, tylko w swoim czasie. Gdyby on się dowiedział, że grzebiemy w jego życiu, na pewno nie zostałby w zespole. Musimy być ostrożni, Chuck. To jego prywatne sprawy, a przypominam ci, że wciąż jest wolnym człowiekiem i ma prawo nie spowiadać nam się z każdego swojego kroku.
-Aha, czyli mamy stać i czekać na cud? – prychnąłem ironicznie.
-Dokładnie tak.
-Jasne, czyli mam się gapić, jak roślina, z której miał wyrosnąć piękny kwiat, po prostu więdnie?
-Więdnie? – powtórzył Jeff – Chuck, nasz zespół się rozwija, nie widzisz tego? Mamy już tekst na jedną piosenkę, zresztą genialną piosenkę! Jesteśmy coraz bardziej zgrani, zobacz, jak wiele kroków zrobiliśmy!  Z tego naprawdę coś będzie!
-Zespół – prychnąłem – Ten nasz zespół za długo nie pociągnie, jeśli nie zdołamy się zaprzyjaźnić.
-My się przyjaźnimy, Chuck – powiedział spokojnie Seb – Pierre także powoli zaczyna wkładać w to serce. To wszystko powoli zaczyna się kształtować. Tylko potrzeba jeszcze trochę czasu, rozumiesz, Chuck? Nigdy nie będzie tak, że pstrykniesz palcami i już.
Westchnąłem cicho. Może i chłopaki mają rację, może rzeczywiście przesadzam. Ale po prostu się martwiłem, nie tyle o zespół, co o Pierre’a. Ale dobrze wiedziałem, że sam nic nie wykombinuję. A chłopaki nie chcą się w to mieszać. Mogę tylko czekać na rozwój sytuacji i modlić się, by moje złe przeczucia czasem się nie spełniły.

NARRACJA DAVE’A
Od samego początku to wszystko mi się nie podobało. Ten cały zamęt z przeprowadzką, o której nie wiedział ojciec, był jednym z tych głupszych pomysłów mojej matki. Może i byli po rozwodzie, ale on mimo wszystko miał prawo nas odwiedzać. Nienawidziłem ich obojgu. I matki i ojca. I chyba nikt mi się nie dziwił, nikt, kto ich znał. Zniszczyli mi i Julii całe dzieciństwo. Coraz częstsze kłótnie psuły mi i mojej siostrze dziecięcą psychikę. A teraz jeszcze ta nagła przeprowadzka na drugi koniec Kanady. Całkowita zmiana środowiska. Pozostawienie zespołu. Tak, wiem, mogłem tam zostać z ojcem, w końcu mam już osiemnastkę i mogę decydować, gdzie chcę zamieszkać. Ale dobrze wiedziałem, że on nigdy nie zgodzi się na perkusję i bas w swoim domu ze względu na rodzinę i małe dziecko. A bez tego długo bym nie przetrwał. Dlatego od samego początku nie polubiłem tego Montrealu. Miałem w planach szybkie skończenie szkoły, zarobek na życie i powrót do swojego zespołu. Na razie nie było mnie stać na usamodzielnienie się.
-David, rozchmurz się wreszcie! – krzyknęła wesoło moja matka, wpadając do kuchni i widząc, jak wrzucam monety do pustej szklanki. Miałem jakiegoś pecha, żadną jeszcze nie trafiłem. Nie zwracając uwagi na rodzicielkę, kontynuowałem zabawę – Julia już się rozpakowała. Podoba jej się pokój. A jak twój...?
-Uszkodzili mi perkusję – burknąłem, ponownie nie trafiając. Moja matka westchnęła cicho.
-Naprawimy. Albo kupimy ci nową.
-Przyjaciół też mi nowych kupisz? – zapytałem zgryźliwie, wstając i zgarniając wszystkie monety ze stołu.
-Przestań! – skarciła mnie kobieta – Dla mnie też to wszystko jest trudne. Lepiej rozejrzałbyś się po okolicy, na pewno z kimś się zaprzyjaźnisz. Nie mieszkamy  na odludziu.
-No jasne, że też na to wcześniej nie wpadłem – prychnąłem ironicznie, wsypując drobniaki do słoika – Idę poszukać sklepów z przyjaciółmi, może akurat znajdę takiego, który będzie do mnie pasował – nie zamierzałem już więcej słuchać ani mojej matki, ani nikogo więcej, dlatego odwróciłem się i wyszedłem, najpierw z kuchni, a potem z domu.
Montreal jakoś szczególnie nie zachęcał mnie do spaceru. W ogóle nie znałem tutejszej okolicy, wszystko było dla mnie obce. W dodatku pogoda też sprzeciwiała się moim planom, zbliżały się chmury deszczowe. Ale miałem do wyboru albo bezsensowne siedzenie w domu albo rozejrzenie się po swoim nowym podwórzu. Wsunąłem dłonie w kieszenie i ruszyłem, starając się zapamiętać drogę, którą szedłem. Miałem nadzieję dojść do szkoły, żeby matka nie musiała mnie podwozić. Chciałem udowodnić wszystkim, że jestem samodzielny. Wiedziałem, że z tym może być nie lada problem, bo każdy, kto mnie poznawał, od razu wyrabiał sobie o mnie opinię lekkoducha i rozstrzepańca. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego. Az tak to po mnie widać?
Tak jak się spodziewałem, po kilku sekundach poczułem jak po moich policzkach zaczynają spływać krople deszczu. Rozejrzałem się po okolicy, ale jak na złość nigdzie nie było miejsca, żeby się schronić. Nałożyłem kaptur na głowę i na ślepo zacząłem się kierować w stronę domu. Przekląłem siebie w duchu za to, że nie wziąłem swojej deski. Cały ten spacer przestawał mi się podobać. 

środa, 6 marca 2013

PART IX


Westchnąłem ciężko i oparłem głowę o ścianę. Odetchnąłem trzy razy, myśląc intensywnie. Znalazłem się w cholernie trudnej sytuacji. Przecież nie mogłem powiedzieć, że także ją kocham. Z drugiej strony uznawałem ją za kumpelę i nie chciałem się z nią kłócić. Nie miałem wyjścia, musiałem wprost jej powiedzieć, że u mnie nie ma szans. W końcu moje serce jest już zajęte przez Marie.
-Pierre, ja się boję, że oni mi ciebie zabiorą, a potem po prostu o mnie zapomnisz. Gdy się z nami trzymałeś, zawsze miałam cię pod kontrolą, mogłam na ciebie popatrzeć... – jej głos powoli się załamywał. Prosiłem w duchu, by ona przypadkiem się nie rozryczała. Na szczęście była twarda – Nie możesz odejść, rozumiesz? Nie możesz mi tego zrobić!
-Nati – wydusiłem z siebie, wciąż jeszcze zaszokowany jej zwierzeniami. Zacząłem powoli się cofać – Nati, ja... muszę odejść. Dla twojego dobra. Ty nie możesz myśleć, że ja ciebie kocham, bo tak nie jest. Zrozum, to byłoby bez sensu. Musisz o mnie jak najszybciej zapomnieć.
-Ale, Pierre, przecież możemy spróbować, my...
-Nati, nie ma żadnych nas i nigdy nie będzie!  - wytłumaczyłem to jeszcze raz cierpliwie. Do niej jednak chyba nadal to nie docierało, bo za chwilę znowu zaczęła:
-Dlaczego? Moglibyśmy chociaż na próbę...
-Nie moglibyśmy – zakończyłem krótko. Zauważyłem nadchodzącego nauczyciela i wstałem. Ona także – Nati, ludzie muszą do siebie pasować, my do siebie nie pasujemy. Zrozum, ja w tym związku bym się dusił – zamilkłem, przekraczając próg klasy. Ruszyłem ku swojej ławce, mając nadzieję na to, że ona zrozumiała, co chciałem jej przekazać. Przez całą lekcję ją obserwowałem, zastanawiając się, jakim cudem nigdy tego nie zauważyłem. Przecież spędzaliśmy ze sobą kupę czasu, szczególnie zanim poznałem chłopaków. Nigdy nie dawała mi jakichś znaków, niczego. Teraz siedziała ciągle ze spuszczoną głową, ze wzrokiem wlepionym w ławkę. Coraz bardziej żal mi się jej robiło. Ale nie mogłem nic zrobić. Kiedy dzwonek ponownie obwieścił koniec lekcji, pierwszy rzuciłem się w stronę drzwi. Miałem dość tego wpatrywania się w smutną twarz Nati. I chyba pragnąłem uniknąć z nią kolejnej rozmowy. Bo byłem pewien, że ona będzie chciała namówić mnie na zmianę decyzji.
Mimo szybkiej ucieczki dopadła mnie gdzieś w połowie drogi do następnej klasy.
-Wybacz, musze iść do sekretariatu – próbowałem się wymigać, ale ona od razu wychwyciła kłamstwo.
-Unikasz mnie – oznajmiła twardo. W żaden sposób nie przypominała dziewczyny z poprzedniej przerwy, najwyraźniej zdołała jakoś się uspokoić i opanować.
-Bo tak będzie lepiej – powiedziałem chłodno.
-Nie będzie – wyszeptała ona – Będzie lepiej tylko wtedy, gdy będziemy razem, rozumiesz?!
-Po raz kolejny ci powtarzam, że ten związek to jedna wielka głupota!
-Mam cię szantażować? – zapytała podstępnie. Przymrużyłem oczy. O co jej chodzi?
-Szantażować? – powtórzyłem – Chcesz mnie szantażować, żebym był twoim chłopakiem?  – parsknąłem głośnym śmiechem – Proszę cię! Na głupszy pomysł nie mogłabyś wpaść! – śmiałem się, jednak jej podejrzany uśmiech mnie niepokoił.
-Myślisz, że ja jestem głupia? – westchnęła – Ale się mylisz, oj mylisz się... Pierre, wszyscy się dowiedzą, rozumiesz? Wszyscy dowiedzą się, w jaki sposób święty Bouvier zarabia kasę! Cała szkoła będzie o tym mówić.
-Mówiłem ci, że już skończyłem z tym! – spoważniałem – Już tego nie robię.
-O tym wiem tylko ja i ty! – zachichotała.
-Jeśli myślisz, że w taki sposób mnie przekonasz... – zacisnąłem pięści - ... To się grubo mylisz. To na mnie nie działa, Nati. Gówno mnie obchodzi, co będzie mówić o mnie cała szkoła.
-Tak myślisz? – wysyczała blondynka, paskudnie się uśmiechając – Za chwilę się przekonamy...
-O, tu jesteś! – usłyszałem głos Seb’a. Wiedziałem, że to do mnie. W głębi serca odetchnąłem z ulgą. Miałem już serdecznie dość Nati.
-Cześć, Seb! – przywitałem się z kumplem. Blondynka chyba specjalnie na pokaz uwiesiła się na moim ramieniu. Błękitnooki rzucił nam zaskoczone spojrzenie, ale o nic nie pytał, tylko powiedział:
-Zanim wpadniesz do Chuck’a, zajdź jeszcze do Jeff’a. Zapomnieliśmy ci powiedzieć... Jeff coś chce ci pokazać.
-Pokazać? – powtórzyła jak echo Nati – Pie, czy ty wciągnąłeś już w to kumpla? Czemu ja nic o tym nie wiem?
-Przestań, Nati! – warknąłem, zerkając na Seb’a, który wyraźnie nie wiedział, o co jej chodzi. Wtedy już zrozumiałem jej grę. Wiedziałem, że jeśli ona powiedziałaby prawdę, nie byłoby dla mnie miejsca w zespole. Wcześniej to nie przyszło mi do głowy. Ona jednak potrafiła używać mózgu.
-Dlaczego mam przestać? – zapytała ona z nieukrywaną  ironią. Przełknąłem ślinę. Tak, chyba naprawdę się bałem – Daj spokój, Pierre, każdy jakoś musi sobie radzić w życiu. Żadna praca nie hańbi. Jeden pieprzy się z laskami za kasę, inny sprząta kible...
-Wybacz, Seb, chyba musimy pogadać z Nati w cztery oczy – szarpnąłem dziewczynę za ramię. Odsunęliśmy się kawałek, zostawiając mojego przyjaciela już całkowicie zdezorientowanego. Czerwony ze wstydu i złości warknąłem:
-Co ty wyprawiasz?
-To co tobie obiecałam – odpowiedziała radośnie. Mówiłam ci, że cała szkoła się o tym dowie, twój kumpel poszedł na pierwszy ogień. Spójrz, nie wie, co o tym myśleć – skinęła głową na błękitnookiego. Rzeczywiście wyglądał jakby się pogubił. Miałem wrażenie, że przejął się słowami Nati. Zacisnąłem pięści. Wcześniej to nie przyszło mi na myśl. Nie pomyślałem o tym, że mogę stracić moją pozycję w zespole.
-Masz to odkręcić – warknąłem. Ona schowała dłonie do kieszeni i spojrzała na mnie wyzywająco.
-Czyli zmieniłeś zdanie? – upewniła się – Zgadzasz się, żebym została twoją dziewczyną?
Zmusiłem się, by potwierdzić jej domysł. Ona głośno się roześmiała, mnie wcale tak do śmiechu nie było. Czułem się fatalnie, chociaż powtarzałem sobie, że przecież nie mam innego wyjścia, że przecież nie mogę zaryzykować zespołu, mojej jedynej szansy na ułożenie sobie życia. Westchnąłem cicho i wraz z Nati wróciliśmy do Seba’a.
-Ja nie wiem, Piernik, co się dzieje z twoim poczuciem humoru – mówiła specjalnie głośno, by błękitnooki to usłyszał - Przecież ja tylko żartowałam z tą pracą! Dziubku, ja i twój kolega znamy ciebie bardzo dobrze, wiemy, że ty nigdy nie upadłbyś tak nisko... Naprawdę nie wiem, dlaczego tak się wkurzyłeś...
-Mówiłem ci milion razy, że nienawidzę takich głupich dowcipów – mamrotałem pod nosem – A jeśli ktoś pomyśli, że to prawda? Co wtedy? – blondynka wzruszyła ramionami, a ja odwróciłem się do Seba – To najpierw mam przyjść do Jeffa? Nie ma sprawy. Przekaż mu, że będę wpół do czwartej.
-Okej – dopowiedział błękitnooki, chyba chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zadzwonił dzwonek, więc tylko się pożegnał i poleciał korytarzem, by jeszcze przed lekcją odnaleźć przyjaciół. My także polecieliśmy do klasy, nie odzywając się do siebie. Byłem tak bardzo wściekły, że miałem ochotę rozerwać Nati na części. Ona wręcz przeciwnie, skakała z radości. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o dzisiejszej rozmowie z Marie. Przekląłem siebie w duchu. Nie miałem bladego pojęcia, jak teraz wyjść z tego wszystkiego z twarzą, później doszedłem do wniosku, że właściwie nie mam na to szans. Nie mogłem się z nią spotkać, nie mogłem jej tego wszystkiego wytłumaczyć, bo tym bardziej nie chciałaby mnie znać. Tak, miałem niewielką nadzieję na to, że Nati ta cała zabawa szybko się znudzi. Chociaż patrząc na nią, nie powiedziałbym, że to będzie trwało krótko. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to wszystko rozegrać. Ona mną z łatwością manipulowała, pociągała za sznurki. Mogła zrobić wszystko. I to było najgorsze. Straciłem wpływ na moje życie. Moje emocje przestały się liczyć.
***
Powoli ślimaczyłem się zadumany za Jeffem. Stinco musiał mnie pospieszać, ciągle pytał, co się dzieje, a ja po raz kolejny kłamałem, że nic. Miałem już pomysł, jak załatwić sprawę z Marie. Bałem się spojrzeć w jej oczy i powiedzieć, dlatego postanowiłem to napisać. Idąc za kumplem do Chuck’a już wymyślałem szkice treści mojego listu. Tyle że nie wymyśliłem zupełnie nic do momentu, w którym zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam Chuck we własnej osobie, trochę niezadowolony. Przez dobrych kilka minut wrzeszczał na nas, że znowu jesteśmy spóźnieni, chociaż jak się później dowiedzieliśmy, nasz perkusista był wściekły z powodu braku jego ulubionych cukierków w domu. Wraz z Jeffem jakoś udało nam się go uspokoić i zejść na temat muzyki. Przez cały czas próbowałem przerwać rozmowę i powiedzieć im, że napisałem coś, co wydawało mi się sensownie, ale... Trochę się bałem. Obawiałem się, że wyczytają z tego prawdę, że domyślą się, że ten tekst nie został stworzony z myślą o Nati. 
-Muszę wam coś powiedzieć... – wydusiłem w końcu z siebie, ale urwałem, widząc, że drzwi ponownie się otwierają. Jeff i Chuck także skierowali wzrok w tamtą stronę. Do środka wszedł Seb z ogromnym talerzem ciasta.
-Od kiedy ty w cukierni robisz? – zapytał zdziwiony Stinco, bez pytania zgarniając dwa kawałki ciasta. Błękitnooki rzucił mu pogardliwe spojrzenie i odłożył talerz na stół.
-Twoja mama mnie wpuściła – powiedział do Chucka, wskakując na jego łóżko – Mówiła, że macie dużo mrówek w ogrodzie i nie ma pomysłu, co z tym zrobić.
Perkusista jęknął cicho.
-To musiało być naprawdę interesujące – prychnął – Gada o tym każdemu napotkanemu osobnikowi płci męskiej jakby spodziewała się, że za chwilę weźmie karabin i powystrzela te cholerne mrówki – westchnął cicho – Mam nadzieję, że niedługo jej przejdzie. Pierre, coś nam chciałeś powiedzieć? – zmienił nagle temat, kierując na mnie swój wzrok.Przełknąłem cicho ślinę. Przez chwilę myślałem o tym, żeby się wymigać, ale zrozumiałem, że to nie miało sensu. 
-Tak – odparłem, pochylając się nad swoim plecakiem – Napisałem coś.
-O! – ucieszyli się chłopaki, zacierając ręce – To świetnie! Pokaż nam swoje dzieła!
Rzuciłem w ich stronę zeszyt od biologii, a sam wyszarpałem skądś kartkę i długopis i zastygłem. Wiedziałem, że nie mam zbyt wiele czasu, bo chłopaki po pięciu minutach oddadzą mi zeszyt i pokiwają głowami.
A jednak tym razem się pomyliłem. Po półgodzinie chłopaki wciąż ślęczeli nad jednym z tekstów. A ja nie mogłem nic wymyślić. Napisałem tylko jedno zdanie: Przepraszam, nie chciałem cię zranić. Bo naprawdę nie chciałem. Gdybym mógł to wszystko jakoś poukładać, nie wahałbym się. Ale nie mogłem, moje życie przestało zależeć od moich decyzji.
-Gratulacje, Pierre! – Chuck obrócił się na swoim obrotowym fotelu – Myślę, że mamy pierwszy tekst na piosenkę!
-Żartujecie! – krzyknąłem zdumiony – Skąd?!
-Z tyłka kozy! – prychnął Jeff – Napisałeś, baranie! – kumpel skoczył na łóżko i serdecznie mnie uściskał.
-Masz do tego jakąś melodię? – zapytał Seb, pokazując mi nieco zmieniony tekst kawałka „Meet you there”. Spuściłem skromnie głowę i pokiwałem nią – To dawaj! – wziąłem od błękitnookiego tekst i zacząłem śpiewać. Chłopaki świetnie go przekształcili, ale czasami nie mieściłem się w melodii. Kiedy skończyłem, oni byli tak bardzo podjarani, że nie mogli usiedzieć na miejscu.
-Mamy to! – wrzeszczeli – Wiadomo, jeszcze to dopracujemy, ale mamy jakiś szkic! – ucieszyli mnie. Ogólna radość objęła także mnie. Po raz pierwszy byłem z siebie dumny, tak naprawdę dumny. Zrobiłem coś sam, w dodatku coś dobrego.
-Ta Marie jest szczęściarą! – powiedział Seb, czytając po raz kolejny treść piosenki – Takie coś mógł napisać tylko człowiek cholernie zakochany.
-To nie jest o Marie – zaprzeczyłem z nutką wahania. Chłopaki chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewali, byli zdumieni. Wzruszyłem ramionami. W końcu i tak by się dowiedzieli. A chyba lepiej, żebym powiedział im to teraz – Ja kocham Nati. I to Nati jest moją dziewczyną.
-Nati? – wrzasnęli chóralnie – Która Nati?? Ta... Ta taka...  – mamrotali, ale chyba przez ten szok nie mogli się wysłowić.
-Ta, co była moją przyjaciółką – odparłem ze stoickim spokojem – Dzisiaj została moją dziewczyną.
-Pierre, na głowę upadłeś? – zapytał po chwili ciszy Jeff. Starałem się nie przejmować ich dziwnymi spojrzeniami.
-Co z Marie? – rzucił Chuck – Przecież wy...
-Nas nie ma i nigdy nie było – uciąłem krótko. Coś zakuło mnie w sercu. Od razu wyczułem, że to uczucie we mnie nadal jest. Przekląłem siebie w duchu. Dlaczego ja wciąż muszę kłamać? Mam już tego dość. Mam dość oszukiwania.
-Pierre, przecież my widzieliśmy, co się z wami działo! – krzyknął Chuck, ale nie dokończył, przerwałem mu.
-Nic nie widzieliście – powiedziałem obojętnie, wstając – I skończmy już ten temat. Mam nadzieję, że uszanujecie moją decyzję i zaakceptujecie Nati.
-A mamy inne wyjście? – zapytał zaszokowany Jeff – W końcu jesteś naszym kumplem...
-To świetnie – zakończyłem ten temat i od razu zacząłem inny – To idziemy grać?