-Bouvier, teraz ty sobie znalazłeś koleżkę do pogaduch?
Może przy tablicy sobie pogadasz? Zapraszam, zadanie już czeka – wskazała
dłonią puste miejsce przy tablicy. Mój kolega przeklął pod nosem, wziął swój
podręcznik i czytając w pośpiechu treść zadania, ruszył w kierunku tablicy. Ja
sam szybko się ogarnąłem i otworzyłem książkę. Przeczytałem to i z ulgą
zauważyłem, że akurat w poprzedniej szkole pisałem z tego sprawdzian i dostałem
z niego piąteczkę. Uniosłem głowę do góry. Pierre był w połowie drogi. Wyglądał
jakby za chwilę miał zemdleć. W sumie nawet nie zastanawiałem się nad tym co
robię. Wstałem, co zwróciło na mnie uwagę nauczycielki.
-To ja gadałem – przyznałem się bez skrupułów, zanim ona
zdążyła otworzyć usta – To ja powinienem iść do tablicy, a nie Pierre. On nic
nie zrobił.
-Tak ci śpieszno? – uśmiechnęła się wrednie kobieta –
Dobrze, jesteś następny w kolejce. Myślę, że z Bouvierem za chwilę skończę...
-Powtarzam pani, że Pierre nie ma z tym nic wspólnego –
zacisnąłem mocniej pięści pod ławką – On tylko mnie uciszył, bo paplałem jak
najęty – skłamałem szybko – Pierre powinien zostać nagrodzony za swoją postawę.
Proszę pani, to ja zawiniłem i nie zamierzam tego ukrywać. Jeśli ukaże pani
Pierre’a, to będzie to bardzo niesprawiedliwe, gdyż ja osobiście, za pomocą
własnego głosu przyznałem się do popełnienia winy. Mój kolega z ławki chciał
dobrze, nie zgadzam się z tym, aby to on poniósł część mojej kary. Ja jestem
winny i ja...
-Dobra! – przerwała mi chyba już trochę wkurzona kobieta
– Dobra, chodź... Jak ty się tam nazywasz?
- schowała głowę w dzienniku, usiłując zapewne sobie o mnie przypomnieć.
-Desrosiers – podpowiedziałem nieśmiało – David
Desrosiers. Dopiero dzisiaj dołączyłem do tej klasy.
-Ucisz się, bo zaraz znowu zaczniesz gderać! Przekonamy
się, co wyniosłeś z poprzedniej szkoły. Bouvier, masz szczęście. Chociaż.. To
chyba pech trafić na takiego... gadatliwego kolegę. No chodź tu De... Jak ty
tam się nazywasz?
-Desrosiers – powtórzyłem cierpliwie, chwytając swój
podręcznik i ruszając zdecydowanym krokiem ku tablicy. Pierre gapił się na mnie
jakbym postradał zmysły. Ale nie powiedział nic, kiedy się minęliśmy. Czułem,
że obserwuje każdy mój krok.
-Które zadanie? – zapytałem.
-Taki jesteś pewny siebie tak? – wymamrotała ona chyba
nadal na mnie wściekła za charakter. Trafiła kosa na kamień. Przewróciła kartkę
na drugą stronę – Proszę, dziesiąte jest dla takich jak ty.
Przekląłem cicho pod nosem. Specjalnie dała mi zadanie z
gwiazdką, by mnie ośmieszyć. Przeczytałem szybko treść zadania, analizując je w
myślach. Nie było trudne, a jednak czułem w nim haczyk. Zacząłem je
rozwiązywać, starając się niczego nie pominąć. Ona nie zamierzała mi
podpowiadać, obserwowała moje ruchy. Kiedy odsunąłem się od tablicy,
zauważyłem, że uśmiecha się kpiąco.
-Źle, panie Desrosiers – prychnęła – Wszystko źle. Od
samego początku do końca. I co, już nie jesteś taki pewny?
Z powrotem spojrzałem na tablicę. Szybko od nowa
przeanalizowałem zadanie. Swojego błędu nie odnalazłem. Wydawało mi się, że
wszystko zrobiłem tak jak powinienem.
-W takim razie chciałbym wiedzieć w którym miejscu się
pomyliłem – oznajmiłem najzwyczajniej w świecie. Kobietę chyba wcięło,
najwyraźniej dawno nikt nie zwracał się do niej w tak bezpośredni sposób.
Przykro mi. Ja się jej nie bałem.
-Powinieneś to wiedzieć – oznajmiła chłodno, mierząc mnie
wzrokiem.
-Być może tak, ale chodzę do szkoły po to, by się tego
nauczyć. A pani ma obowiązek mi to wytłumaczyć.
Przez moment cała klasa zastygła, wpatrując się w
czerwoną ze złości nauczycielkę. Wszyscy myśleli, że za chwilę zostanę przez
nią ochrzaniony, ja sam przeklinałem w duchu swoją jadaczkę za to, że przez nią
już pierwszego dnia trafię do pedagoga. W poprzedniej szkole zbyt często mi się
to zdarzało.
-Ale proszę pani... – odezwała się jedna z dziewcząt z
pierwszej ławki – W odpowiedziach jest taki sam wynik – chemiczka skierowała na
nią swój wzrok, a ja podziękowałem w duchu.
-Odpowiedzi czasami są nieprawdziwe – wysyczała kobieta.
Teraz już się na niej poznałem, wiedziałem, że nie potrafi przegrywać. Niestety
ja także.
-Ale ja to rozwiązałam i mi także wyszedł ten wynik...
-Myślałam, że kto jak kto, ale ty jednak poprawnie to
rozwiążesz – chemiczka zrobiła coś, czego prawdopodobnie nie robiła nigdy –
wstała, wzięła do ręki kredę i zaczęła wyjaśniać, jak zrobić to zadanie.
Zauważyłem, że posuwa się podobnymi do mnie krokami, tyle że ja trochę więcej
mąciłem na tablicy. Koniec końców nasze wyniki były identyczne.
-Siadaj, Desrosiers – odparła ona, pochylając się nad
dziennikiem. Nie zamierzała mnie przeprosić ani nawet przyznać mi racji. A ja
nie zamierzałem się tym przejmować. Najważniejsze że oddało mi się jej dokopać.
Przez całą lekcję nie odzywałem się do Pierre’a ani
Pierre do mnie. Starałem się uważać, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że teraz
jestem nacelowany. Dopiero kiedy zadzwonił dzwonek i zaczął się normalny
harmider, brunet, przechodząc obok mnie, powiedział, żebym zaczekał na niego po
szkole. Byłem bardzo ciekawy, o czym on tak bardzo chce ze mną porozmawiać,
domyślałem się, że chodzi mu o Kate. Z niecierpliwością czekałem na ostatnią
lekcję. Tego dnia był to wf, a salę mieliśmy o kilka metrów oddaloną od szkoły.
Dziewczyny na szczęście z nami nie ćwiczyły. Właściwie dla mnie nie miało to
żadnego znaczenia, ale Pierre się nieco rozluźnił. Mimo to się do mnie nie
zbliżył. Pomijając grę w siatkówkę.
Brunet przebrał się o wiele szybciej niż ja i wyszedł z
szatni, zanim zdążyłem schować strój do ćwiczeń. Pospieszyłem się nieco,
obawiając się, że zapomniał o naszej umowie. W biegu wcisnąłem spodenki do
plecaka, drzwi same się za mną zamknęły. Ruszyłem nieco przyciasnym korytarzem
ku wyjściu z Sali. Gdy już byłem na dworze, czujnie się rozejrzałem. Pierre’a
nigdzie nie było, musiał rzeczywiście o mnie zapomnieć. Zanim zdążyłem pomyśleć
nad tym, co dalej, usłyszałem gwizd. Ponownie się rozejrzałem, tym razem
zauważyłem przemykającego bruneta. Bez wahania ruszyłem za nim.
-Ale ty się ślimaczysz! – warknął mój kolega z klasy,
ruszając ku kamienistemu płotowi. Wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, o co
tu chodzi.
-Nic nie rozumiem – wymamrotałem zniecierpliwiony tym
wszystkim – Co tu się dzieje? Gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem z
niepokojem, obserwując, jak chłopak wspina się na płot.
-Wracamy do szkoły – odparł Pierre, zeskakując na drugą
stronę. Szkoła była oddalona od Sali. Żeby zdążyć na wf, musieliśmy wychodzić
przed końcem przerwy z budynku. Westchnąłem cicho, przerzucając plecak do
kumpla. Musiałem trafić prosto w jego głowę, bo po chwili usłyszałem jęk.
-Przepraszam! – krzyknąłem, wspinając się na płot i
wysłuchując przekleństw bruneta. Na szczęście chłopak nie zamierzał się
obrażać, chociaż powiedział mi, że poważnie zastanawia się nad tym, czy robi
dobrze. Szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę szkoły.
-Czemu nie możemy pójść tam normalną drogą? – zapytałem –
Pierre, wytłumacz mi, w co my gramy!
-Bystry z chemii to ty jesteś, ale chyba tylko z chemii –
odparł brunet, prowadząc mnie jakąś ścieżką pełną kamieni. Potknąłem się chyba
ze trzy razy – Myślenie musisz poćwiczyć. Nawiasem mówiąc dzięki za ratunek.
Jestem ci dłużny, a ja nie lubię być dłużny. Ty mi uratowałeś dupę, to ja też
to zrobię.
-Powiesz mi w końcu, gdzie mnie prowadzisz i po co? –
warknąłem buntowniczo.
-Już ci mówiłem, że wracamy do szkoły, mam tam do
załatwienia jedną sprawę. Ale musimy być tam pierwsi.
-Czemu?
-Rany, David... – burknął Pierre – Nikt nie może nas
zobaczyć, czaisz?
-Nie za bardzo – powiedziałem powoli, usiłując to
przemyśleć. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy.
-Nati jest o ciebie cholernie zazdrosna, naprawdę tego
nie wiedziałeś? – pokiwałem przecząco głową zaszokowany przekazaną przez
Pierre’a wiadomością. Jak można mi zazdrościć? W końcu jestem w najgorszym
położeniu, w jakim mogę być. Jestem nowy. Nie znam nikogo, ani nikt mnie – No
tak, w sumie prawda mogłeś tego jeszcze nie zauważyć. Zrobiłeś swoją osobą
furorę. Po prostu jesteś inny... Niecodzienny. Na razie wszyscy cię obserwują,
ale myślę, że za kilka dni będziesz znał każdego. Człowieku, wszyscy o tobie
gadają, dziewczyny już się w tobie kochają.
-Ja?! – zapytałem jeszcze bardziej zdumiony – Ale... Co
ja takiego zrobiłem?
-Nic – odparł zmęczony ciągłym tłumaczeniem Pierre. Zza
drzew już wyłaniał się budynek szkoły – Ty po prostu jesteś, żyjesz. Pojawiłeś
się nagle, spadłeś z nieba. I jesteś sobą. To naprawdę rzadkość w naszej
szkole. I... Mam nadzieję, ze taki pozostaniesz.
-Okej... Chyba rozumiem. Ale co do tego wszystkiego ma
twoja dziewczyna?
-Już ci mówiłem, jest zazdrosna. Po raz pierwszy ktoś
zdobył większą popularność niż ona. Znienawidziła cię. Naprawdę cię
znienawidziła. A jeśli ona cię znienawidziła, to pół szkoły może także cię
nienawidzi. Większość ludzi to zwykli sprzedawcy, nie ufaj pierwszej lepszej
osobie. Słuchaj, ja nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał. Nie mogę się z tobą
otwarcie widywać. Chciałem tylko, żebyś wiedział, w co chcesz się pakować.
-Co? – zapytałem głupio. Prawie nic z tego wszystkiego
nie rozumiałem.
-Później ci wyjaśnię – uciął krótko, gdy dotarliśmy do
szkoły. Akurat zadzwonił dzwonek kończący lekcję. Nie mówiłem nic, wlepiając
wzrok w pilnie wpatrującego się w wejście do budynku Pierre’a i zastanawiając się,
po co my tu stoimy. Po chwili brunet odetchnął z ulgą i ruszył ku trójce
chłopaków, których znałem jedynie z widzenia. Przez moment zawahałem się, nie
wiedziałem, czy mam iść za nim, czy czekać. W końcu machnąłem dłonią i
dobiegłem do niego.
-Patrzcie, Pierre! – wrzasnął wielkoczoły – Zwykle to my
musimy czekać, aż ty się ruszysz!
Brunet olał zaczepkę.
-Słuchajcie, mogę przyjść trochę później? – zapytał
nerwowo.
-No jasne – odparł wesoło błękitnooki, przyglądając mi
się uważnie. Nie uszło to także uwadze Pierre’a.
-To jest David – przedstawił mnie pospiesznie. Oni
chóralnie odpowiedzieli:
-Wiemy! Już o tobie słyszeliśmy!
-To są Jeff, Chuck i Seb – Bouvier po kolei wskazywał
dłonią swoich kolegów, nie zważając na moje zmieszanie.
-Cześć! – wyszczerzyli się wszyscy trzej, po kolei
wyrywając sobie moją dłoń z uścisku – Naprawdę miło nam cię poznać...
Słyszeliśmy o tej akcji z chemiczką...
-Dobra, pogadacie sobie innego dnia – przerwał chłopakom
paplaninę Pierre – Chodźmy, nie ma czasu do stracenia. W takim razie ja będę za
jakieś dwie godziny – brunet obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem ku
parkowej ścieżce. Chcąc nie chcąc pożegnałem się z Jeffem, Chuckiem oraz Sebem
i znowu dobiegłem do zdyscyplinowanego Pierre’a.
-Gdzie idziemy? – zapytałem zaciekawiony – Znowu wracamy
na salę?
-Nie tym razem – odparł chłopak, przeskakując przez
wielkiego kamienia. Czułem się trochę jak w grze komputerowej, której finału
nie znałem.
-Przestań bawić się w ciuciubabkę! – warknąłem. Pech
chciał, że akurat oberwałem jakąś gałęzią w twarz, przez co on nie wziął mojej
groźby na poważnie, tylko chichotał cicho pod nosem. Szedł coraz głębiej w ten
park, już nie według ścieżek, tylko przez krzaki i bagna. Nie chciałem na
siebie patrzeć po tych jego spacerkach. Modliłem się tylko, żeby mama z domu
mnie nie wyrzuciła.