niedziela, 1 września 2013

PART XLII *ostatni*

Starałem się. Naprawdę starałem się, by mnie zauważyła. Gdy tylko nie graliśmy koncertów, ja byłem pod jej drzwiami. Nawet kilka razy obiecywałem jej, że sobie nie odpuszczę. I nie zamierzałem. Gdy ją straciłem, dotarło do mnie, że naprawdę ją kocham jak szaleniec. Nie mogłem stracić jej przez taką głupotę. Nigdy nie traciłem wiary, wiedziałem, że ona w końcu pęknie, nie wytrzyma. Była uparta, zdawałem sobie z tego sprawę, w końcu byłem jej chłopakiem. Ale mnie kochała, czułem to. Dlatego walczyłem dalej.
Tym razem także tam leciałem, jeszcze z własną torbą, prosto z naszej trasy kanadyjskiej. Nie po drodze mi było do domu, ale i tak postanowiłem, że ją odwiedzę, chociażby na kilka minut. Było ciemno, żałowałem, ze nie ubrałem kurtki, a teraz już nie chciałem się zatrzymywać, żeby ją założyć. Ciemne chmury zbierały się na niebie, wyglądało na to, że za chwilę się rozpada. Wstąpiłem do jakiejś kwiaciarni, kupiłem przepiękny bukiet, zresztą jak zwykle. Nie miałem innego pomysłu na pokazanie jej swojej miłości, więc za każdym razem kupowałem inne kwiaty.
Byłem już niedaleko jej domu, kiedy zaczęło padać. Biegiem rzuciłem się w stronę domu, pragnąć po prostu uniknąć deszczu. I tak zmokłem do suchej nitki. Nie zważając na to, wpadłem pod daszek i zmęczony zapukałem do jej drzwi.  
-To ja, Pat! – krzyknąłem, w ogóle nie spodziewając się, że ona mogłaby mi otworzyć – Przyszedłem tylko się przywitać! Nie będę długo siedział, jeszcze nie zdążyłem pójść do domu i wypakować się... – wtedy usłyszałem jej wrzask. Na początku pomyślałem, że denerwuje się na mnie za to, że przyszedłem. Zacząłem krzyczeć coś całkowicie bezsensownego i znowu usłyszałem jej wrzask, tym razem jednak w jej głosie rozpoznałem wołanie o pomoc. Strach zaczął tlić się w moim sercu. Przełknąłem głośno ślinę i po raz kolejny zapukałem. Znowu usłyszałem ten sam wrzask, teraz już nie miałem wątpliwości. Zdenerwowany nacisnąłem na klamkę, ale drzwi nie otworzyły się. Zacząłem napierać na nie ciałem z nadzieją, że uda mi się je wyważyć. Rzucałem sobą z coraz większą siłą, ale to nic nie dawało, zamek był pancerny. Dopiero po jakimś czasie przypomniałem sobie o niewielkim druciku, którego potrzebowałem kilka dni temu i który na pewno pozostał w kieszeni moich spodni. Miałem cholerne szczęście, akurat dzisiaj ubrałem te same ciuchy. Znalazłem ten drut, chwyciłem go i zacząłem grzebać w nim zamku. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej się denerwowałem, jej krzyki robiły się coraz głośniejsze. W końcu coś szczęknęło. Odetchnąłem z ulga, ale tylko na moment, bo zaraz potem cholernie przestraszony wślizgnąłem się do jej mieszkania. Nawet za długo jej nie szukałem, czułem, że jest w kuchni. Gdy ją ujrzałem, zakręciło mi się w głowie. Myślałem, że zemdleję. Krew była dosłownie wszędzie. Śnieżnobiałe płytki zmieniły barwę na czerwień. Dziewczyna przez cały czas się wierzgała i wrzeszczała z bólu. Cierpiała. I dopiero gdy to do mnie dotarło, byłem w stanie się poruszyć. Nie wiedziałem, co robić, nie miałem pojęcia, co się dzieje. Zauważyłem, że krew leci z jej dłoni, porwałem jakiś ręcznik i niezdarnie opatuliłem jej rękę.
-Idioto, dzwoń na pogotowie! – wrzasnęła ona. Pokiwałem nerwowo głową i zacząłem biegać w poszukiwaniu telefonu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, ze trzymam go w dłoni. Szybko wykręciłem numer na pogotowie, ukradkiem zerkając na swoją dziewczynę. Odpowiadał mi ciągle ten sam sygnał. Przekląłem cicho pod nosem i rzuciłem się w stronę Pat, chowając komórkę do kieszeni. Przyklęknąłem przy niej, brudząc się krwią.
-Musimy sami jechać do szpitala – oznajmiłem, udając spokój i usiłując zachować zimną krew. Delikatnie wziąłem ją na ręce. Z jej gardła wydobył się jeszcze głośniejszy wrzask. Jej oczy błagały mnie o pomoc, pragnęły ulgi, a ja nie mogłem nic zrobić. Ostrożnie wyszedłem z nią z mieszkania. Zależało mi na czasie, ale nie mogłem pozwolić, by stała jej się jakakolwiek krzywda. Jej łzy pełne bólu spływały po spoconej ze zmęczenia twarzy. Wciąż próbowałem jakoś ją uspokoić, powtarzałem jej, że zaraz wszystko minie, choć tak naprawdę wciąż miałem wątpliwości co do tego, by to „zaraz” trwało krótko. Gdy w końcu wyszliśmy na dwór, przypomniałem sobie, że nie mam samochodu. Sytuacja nie wyglądała ciekawie, deszcz nadal padał, Pat przemokła do suchej nitki, a ja znowu byłem w kropce. Miałem cholerne szczęście, że akurat ktoś taksówką przejechał nam koło nosa i nas zauważył.  Szybko się cofnął. Spojrzałem błagalnie na kierowcę, ten nawet przez chwilę się nie zawahał, wskazał ręką na tylne siedzenie. Od razu domyślił się, że kierunek to szpital. Przez całą drogę ściskałem dłoń Pat, to jednak chyba w ogóle jej nie pomagało. Pragnąłem jej ulżyć, pragnąłem cokolwiek zrobić, tymczasem właściwie nie mogłem nic. Czas drogi jakby się wydłużał, chociaż wiedziałem, że taksówkarz jedzie tak szybko, że łamie chyba wszystkie możliwe zakazy. Bałem się. Cholernie bałem się, że coś jej się stanie, ale wiedziałem, że muszę być twardy i zachować spokój, bo gdy ona ujrzy, że ja się denerwuję, to ona jeszcze bardziej będzie się bała. Oderwałem wzrok od jej bladej twarzy, wyjrzałem za okno. Powoli szary obraz montrealskich domów się kończył, wjeżdżaliśmy w las. Krople deszczu waliły o szyby taksówki. Zacząłem drżeć. Pat wyraźnie usiłowała pohamować wrzask, ale to było silniejsze od niej. Kierowca stanął pod samymi drzwiami, nie zważając na zakaz. Wiedziałem, że ryzykuje utratą pracy i mandatem. Poczułem ogromna wdzięczność. Ale nie miałem czasu, by jemu podziękować, miałem wrażenie, że nasza sytuacja się pogarsza. Delikatnie wziąłem Pat na ręce. Nie zwracałem uwagi na zmęczenie. Wiedziałem, że musze ją donieść. Dziewczyna wyglądała coraz gorzej, w końcu zemdlała z bólu. Wtedy już w ogóle spanikowałem, straciłem kontrolę nad swoimi dłońmi. Dobrze, że obok wciąż biegł ten taksówkarz, zabrał mi Pat, zauważywszy, co się ze mną dzieje i zaczął gdzieś biec. Pędziłem za nim, nie myśląc nad tym, gdzie właściwie biegnę. Kiedy z powrotem ujrzałem czuprynę,  której szukałem, mój strach jeszcze bardziej wzrósł, nie widziałem w pobliżu mojej Pat. Nawet nie zdążyłem zapytać o nią. Chłopak, zauważywszy , że dobiegłem, wskazał głową na szpitalne łóżko, przy którym zgromadziło się mnóstwo lekarzy i pielęgniarek. Wyczułem, że to nie znaczy nic dobrego. Po moich policzkach spłynęły łzy. Słyszałem milion różnych poleceń i stanowczych krzyków. Próbowałem jakoś tam się dostać, by ścisnąć jej dłoń, by dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Oczywiście nie udało mi się, mogłem jedynie zobaczyć jej twarz. Jakiś żeński głos zaczął wrzeszczeć, że mam się odsunąć, że przeszkadzam, ktoś odciągnął mnie do tyłu, próbowałem się wyrwać, podejść ponownie, ale taksówkarz zagrodził mi drogę ramionami i przecząco pokiwał głową. Zrozumiałem, że to nie ma sensu, że mogę tylko przyglądać się wszystkiemu z daleka. Wlepiłem wzrok w jej nieobecną twarz. Patrzyłem na nią, dopóki nie zniknęła w windzie dla personelu. Dalej stałem w bezruchu, nie mając zielonego pojęcia, co dalej robić. Naprawdę nie wiem, co by się wydarzyło, gdyby nie ten taksówkarz. To on zaprowadził mnie na piętro, na którym, jak się później dowiedzieliśmy, trwała walka o życie Pat i dziecka. Nie miałem pojęcia, jak mu się za to wszystko odwdzięczę.
-Nawet nie mam pieniędzy, żeby zapłacić za drogę – wyznałem z żalem, uświadamiając sobie, co się wydarzyło.
-Przestań – odpowiedziało mi prychnięcie –teraz kasa ma najmniejsze znaczenie.

NARRACJA DAVE’A
Nerwowo po raz kolejny wykręciłem ostatni numer. Przyłożyłem słuchawkę do ucha, modląc się, by tym razem odebrał. Nie odebrał. Przełknąłem ślinę, przylepiając dłonie do szyby. Moje oczy ponownie wypełniły się łzami. Byłem tak blisko, a nawet nie mogłem jej dotknąć. Powoli zaczynałem wariować. Czarne myśli przychodziły mi do głowy. Chyba panikowałem, traciłem kontrolę nad własnymi emocjami. Telefon wyślizgnął mi się z dłoni. Dlaczego ona nie powiedziała, że źle się czuje? Dlaczego kilka dni wcześniej nie pojechała do lekarza? Przecież doskonale wiedziała, że teraz musi za każdym razem  na siebie uważać. Czułem się winny, że ją zostawiłem na tyle dni, chociaż tak naprawdę ona sama namawiała mnie, żebym wyjechał i odpoczął. Przełknąłem głośno ślinę. Ten kaszel zawsze mnie niepokoił, nawet kilkakrotnie pytałem o niego Kate. Mówiła, że przy tej chorobie to normalne. Wierzyłem jej, bo jakie miałem inne wyjście? Ufałem jej przez cały czas. A teraz zastanawiałem się, czy ona znowu mnie nie oszukała, czy po prostu sama nie wiedziała, że jej organizm jest tak wyniszczony przez chorobę. Ja dowiedziałem się dopiero teraz, od lekarzy. Postanowiłem zapytać się jej o to, gdy tylko się obudzi. Bo nie miałem żadnych wątpliwości co do tego, że się obudzi, do głowy mi nic takiego nie przychodziło. Denerwowałem się tylko tym, że nie mogłem tam wejść i ścisnąć jej dłoni.
Zadrżałem, gdy ktoś objął mnie ramieniem. Błękitne oczy Seba także wlepiały wzrok w szybę. Mój przyjaciel milczał jakby bał się użyć jakiegokolwiek słowa. Czułem dokładnie to samo. Ale pomimo ciszy jego obecność mi pomogła, myśli powoli zaczynały mi się układać, docierała do mnie sytuacja, w której tkwiłem, i jej beznadziejność. Seb chyba to wyczuł, delikatnie pociągnął mnie w stronę krzeseł i zmusił, bym usiadł. Powoli traciłem nad sobą kontrolę. Wszystko jakby działo się obok mnie. Nie uczestniczyłem we własnym życiu.
-Najważniejsze jest to, żeby nie stracić wiary – powtarzał w kółko mój przyjaciel –Bo wtedy wpadniesz w kompletny dół. Ona jeszcze się obudzi i jeszcze będziecie zjadać banany na łące.
Wlepiłem wzrok w błękit tęczówek chłopaka, a potem moje spojrzenie oparło się na podłodze. Teraz już bałem się zaufać nawet jemu. Zaufanie Kate mnie zawiodło, bałem się zaufać po raz drugi. Sam już nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Nie chciałem w ogóle myśleć, ale to było zbyt trudne. Schowałem twarz w dłoniach. Powoli zaczynało do mnie docierać, że ta druga wersja też jest możliwa, że ona może już nigdy nie otworzyć oczu. Co wtedy będzie? Jak wyglądałaby moja przyszłość?
-Pat zaczęła rodzić – usłyszałem ponury głos błękitnookiego. Przez moment nie wiedziałem, czy on mówi do mnie, ale po chwili uświadomiłem sobie, że przecież wokół nikogo innego nie ma. Uniosłem głowę do góry i ujrzałem Seba wlepiającego wzrok w wyświetlacz komórki. Na moim sercu rósł kolejny ciężar.
-Moment – wymamrotałem zamyślony – Czy Pat... Czy ona czasem... Nie była w ósmym miesiącu?
-Tak – pokiwał głową Seb – Właśnie dlatego teraz lekarze walczą o jej życie.
Przekląłem cicho pod nosem. Mieszanka żalu i goryczy walczyła z kolejnym pytaniem. Pytaniem którego odpowiedź mogła mnie tylko zdołować.
-A... A dziecko? – zapytałem, czujnie obserwując twarz kumpla, która była biała jak papier.
-Żyje –odparł twardo błękitnooki – ale jest bardzo słabe i jego stan... No... Nie wiadomo, czy przeżyje – powiedział wprost. Poczułem się jakby ktoś nożem przecinał moje plecy. Zamknąłem oczy, opierając głowę o ścianę. Cholerny pech cały czas mi dokuczał i w żaden sposób nie chciał mnie opuścić. Pieprzony los znowu był przeciwko mnie. Serce zaczęło mi walić mocniej. Miałem wrażenie, że to wszystko to jakiś koszmar, że za chwilę się obudzę i będę leżał w swojej komorze w tourbusie. Chciałem już, żeby to wszystko się skończyło, żeby w końcu padł wybór: albo w prawo, albo w lewo. Czekanie i ciągłe modlitwy już mnie dobijały, bezsilnie pastwiły się nade mną. Spojrzałem z powrotem na Kate, dziewczyna nie dawała żadnego znaku życia, nikt się nią nie interesował. Zacisnąłem mocno pięści. Błagam, niech to już się skończy...
Rozwiązanie przyszło szybciej niż przewidywałem, choć dla mnie wtedy wydawało się, że to wieczność. Myślałem, że lekarz po prostu przyszedł sprawdzić, jak Kate się trzyma i oznajmić mi, że mam dalej czekać. Tymczasem on wszedł na chwilę, odczytał coś z ekranów i wyszedł. Chyba nawet by nas nie zauważył, gdyby Seb go nie zawołał i nie zapytał o stan Kate. Już po mimice twarzy lekarza rozpoznałem, że to koniec. Nawet nie zdążył wypowiedzieć słowa, po moich policzkach spływały łzy. Mężczyzna mówił, że mu przykro, recytował stałą śpiewkę, że robili co mogli. Chciałem cos powiedzieć, ale z moich ust nie wypadł żaden dźwięk. Zacząłem się cofać, czułem jakąś złą energię. Nie docierało to do mnie. Nie mogłem zrozumieć tego, że już nigdy nie poczuję jej dotyku, smaku jej ust. Obróciłem się na pięcie i biegiem ruszyłem... Sam właściwie nie wiedziałem, gdzie. Serce dyktowało mi drogę. Chciałem przed tym uciec, uciec przed tą wiedzą, której tak cholernie się bałem. Uciekłem gdzieś, gdzie nadzieja jeszcze płonęła.
To dziecko było dziwnie spokojne, o wiele spokojniejsze niż inne maleństwa. Dlatego od razu je rozpoznałem. Nie musiałem patrzeć na nazwisko. To była moja jedyna szansa, moja nadzieja na przyszłość. Zacisnąłem mocniej pięści, wlepiając wzrok w te wszystkie rurki przylepione do jego delikatnego ciałka. Poczułem, że robi mi się słabo, ledwo stałem na nogach. To okrutne uczucie znowu się pojawiło, znowu zacząłem sobie zadawać pytania „co jeśli...”. Złe przeczucia chyba uwielbiały się ze mną droczyć. Skupiłem się tylko i wyłącznie na tym dziecku, ofiarowałem mu całe swoje ojcowskie serce i ojcowską miłość. To musiało mu dać siłę. Ono przecież musiało walczyć. Musiało mieć ten dar po mnie. Musiało to odziedziczyć.
Różni lekarze przychodzili i przyglądali się dziecku, żaden nie uśmiechnął się. Ja zresztą na to nie czekałem. Pragnąłem tylko jakiejkolwiek informacji na jego temat. A ciągle odpowiadała mi ta sama cisza, której wręcz nienawidziłem.
-Dave... Pamiętasz jak w szkole walczyłeś o jedną rozmowę z Kate? – smutno pokiwałem głową, nadal wlepiając wzrok w dziecko. To bolało. Wspomnienia cholernie bolały. Pierre musiał to zauważyć, ale twardo kontynuował – Pamiętasz jak to się skończyło? – spuściłem nisko głowę. Pamiętałem. Porażką – Chcę ci udowodnić, że nie każdą walkę się wygrywa. Nawet ty raz przegrałeś. To wiele zależy od siły przeciwnika. Są tacy, z którymi nie masz szans...
W moich oczach ponownie tego dnia zawitały łzy. Domyśliłem się, co Pierre chciał mi powiedzieć. Domyśliłem się, ale i tak chciałem mieć to czarno na białym.

-Pierre... Pierre, ono nie żyje... Prawda? – wydusiłem z siebie. Brunet nie odpowiedział nic, tylko objął mnie ramieniem i mocno przytulił. Koszmar się skończył. Teraz rozpoczynał się horror. Cały świat jakby się rozmył. Nie widziałem przyszłości, przeszłości teraźniejszości. Zamknąłem oczy. 

------------------------------------------------------------------------------------
No i jakimś cudem dotarliśmy do ostatniego parta :) Chciałabym bardzo, bardzo serdecznie podziękować każdemu czytelnikowi, który dotarł do tego miejsca, bo wiem, że kilkoro Was było :D No a 42 party to nie jest tak mało, zmarnowaliście pół życia, żeby to przeczytać :P Także raz jeszcze dziękuję za wsparcie, bo zdecydowanie łatwiej mi się pisze z wiedzą, że komuś podobają się moje bazgroły :D