niedziela, 27 stycznia 2013

PART V


Nadal nie miałem pojęcia, co zrobić, żeby ona mi przebaczyła. I co gorsza nadal nie wiedziałem, dlaczego tak bardzo mi na tym zależy. W żaden sposób nie mogłem pozbyć się jej z głowy. Chciałem zapomnieć. Naprawdę chciałem i próbowałem zapomnieć. Ona przyćmiewała moje wszystkie codzienne sprawy. Nie mogłem na niczym się skupić.
-Co się z tobą ostatnio dzieje? – zapytała moja stała klientka z niepokojem, wpatrując się, jak zakładam spodnie. Milczałem. Nie lubiłem mieszać prywatnych spraw z pracą. Nie mówiąc o tym, że z tą kobietą łączyło mnie tylko łóżko – Jakiś taki pochmurny jesteś... Moze masz ochotę na drugi numerek? – zapytała, uśmiechając się.
-za ile, kochanie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
-Tobie tylko jedno chodzi po głowie – zachichotała, zawijając się w pościel. Wyciągnąłem rękę po swoją koszulkę, szybko wciągnąłem ją na siebie i spojrzałem na nią wyczekująco. Kobieta wyciągnęła z jednej z szuflad portfel i położył plik banknotów na moją wyciągniętą dłoń. Uważnie je przeliczyłem.
-Dałaś mi o stówę za dużo – oznajmiłem, usiłując oddać jej kasę. Uśmiechnęła się.
-Specjalnie to zrobiłam, byłam ciekawa, co zrobisz. Porządny z ciebie chłopak, Pierre, naprawdę porządny. Gdybym była o kilka lat młodsza, nawet przez sekundę bym się nie wahała. No ale niestety nie mam tego szczęścia... – machnęła dłonią lekceważąco – Weź tę stówę, przyda ci się.
-Nie potrzebuję twojej łaski – odparłem dumnie, nadal nie opuszczając dłoni.
-To nie jest łaska, to nagroda. Daj spokój, na pewno ci się przyda – zachęcała mnie – A ja i tak mam za dużo pieniędzy.
Wzruszyłem ramionami i schowałem kasę do portfela. Tak, ta stówa na pewno nie będzie mi zawadzać. A skoro ona jej nie chce, to nie będę naciskał.
-W takim razie ja się zbieram – powiedziałem, obracając się na pięcie i ruszając w stronę drzwi. Ona westchnęła cicho i usiadła na brzegu łóżka. Zawsze szkoda mi było zostawiać tych biednych ludzi, dlatego starałem się uciekać szybko, bez zbędnego przedłużania. Zresztą ja też miałem swoją robotę. Wiedziałem, co oni czują, niejednokrotnie przyduszała mnie samotność. Stałem już koło drzwi, nawet wyciągnąłem dłoń, by je otworzyć. Nie zrobiłem tego.
-Słuchaj... – zawahałem się przez moment, ale jednak machnąłem na to ręką – W jaki sposób mogę zaimponować dziewczynie? – obróciłem się na pięcie i spojrzałem na nią z nadzieją. W końcu ona też jest kobietą. I na pewno o czymś marzy.
-Bouvier! – kobieta uśmiechnęła się triumfalnie – Zakochałeś się? Ty się zakochałeś? – zachichotała.
-Nie! – zaprzeczyłem do razu, chyba nawet zbyt porywczo – Po prostu ją obraziłem i nie mam pojęcia, w jaki sposób ją przeprosić. A ona nie chce mi wybaczyć...Muszę zrobić to w niebanalny sposób...
-Pierre, mogę zadać ci pytanie? – zapytała, poważniejąc. Zgodziłem się – Jak wiele dziewcząt próbowałeś w taki sposób przeprosić? Nie musisz odpowiadać na głos – dodała od razu – Tylko przemyśl to. Jesteś naprawdę inteligentny, myślę, ze niedługo na to wpadniesz. A wracając do twojego problemu... – kobieta podrapała się po brodzie, pilnie mi się przyglądając – Musisz po prostu wykorzystać jej hobby.
-Hobby! – prychnąłem z ironią – A żebym ja wiedział, jakie ona ma hobby!
-No to nie wiem – kobieta podrapała się po głowie – Na pewno coś o niej wiesz! Nawet z jednego krótkiego spotkania możesz wyciągnąć jakieś wnioski! Coś o niej wiesz chyba, co?
-N... No właśnie... Nie za bardzo... – wymamrotałem, wlepiając wzrok w podłogę.
-Bouvier, pomyśl trochę! Przecież musisz coś wykminić!
Przez moment stałem w bezruchu, pilnie się zastanawiając. Tylko co ja jeszcze mogłem zrobić? Gadałem z nią przez zaledwie kilka dobrych minut, co niby miałbym wyciągnąć?
-A niech to! – wrzasnąłem, podskakując– Przecież to takie oczywiste! Muzyka! Ona miała gazetę o muzyce! Tylko co w związku z tym... – podrapałem się po głowie, wpatrując się w kobietę błagalnie, by pomogła mi coś wymyślić. Ona tylko patrzyła na mnie z lekkim uśmieszkiem i ciekawością – Nie.... – wyszeptałem, kręcąc głową – O nie, nie, nie... Nie zrobię tego. Nie mogę.
Ona tylko uśmiechnęła się nieco szerzej i wzrokiem próbowała zachęcić mnie do zmiany decyzji. Jęknąłem cicho z rozpaczą i ruszyłem ku drzwiom.
*** 
Siedziałem na krawężniku, ciągle przesiewając piasek z ulicy. Oni siedzieli w środku, widziałem, jak tam wchodzili. Nie zatrzymałem ich. Nie potrafiłem tak zhańbić swojej dumy, nawet dla niej. Ale nie mogłem też odejść, coś kazało mi tu tkwić i wciąż czekać. Zadrżałem. Zrobiło się zimno i zapewne późno. Zerknąłem na zegarek. 15.30. Za pół godziny będę musiał znaleźć się tam.
W końcu dotarło do mnie, że to, co robię, nie ma żadnego sensu, że równie dobrze mógłbym pójść stąd już teraz. A jednak tu tkwiłem. Tkwiłem i się gapiłem. Tak dalej być nie mogło. Powoli ruszyłem ku jego drzwiom. Postanowiłem zrobić to teraz, póki jeszcze nie zdążyłem się rozmyślić. Przyspieszyłem kroku. Wiedziałem, że mój honor na tym ucierpi, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że to jedyne rozwiązanie. Jeszcze przy samych drzwiach się zawahałem. Ale warknąłem do siebie, że skoro tak daleko doszedłem, to następny krok tez muszę postawić i zadzwoniłem.
Chyba trochę bałem się tej rozmowy, ale wyczułem to dopiero, gdy czekałem. A Chuck’owi chyba specjalnie się nie śpieszyło. Wydawało mi się, że stałem tam całą wieczność. Już miałem naprawdę to wszystko olać i odejść, kiedy jednak drzwi otworzyły się. Przełknąłem cicho ślinę. Moim oczom ukazał się brunet we własnej osobie.
-A to ty – wymamrotał obojętnie – Zakładaliśmy się, kiedy w końcu wejdziesz i po kiego grzyba tu przylazłeś. Seb obstawiał, że chcesz wysadzić mój dom – zachichotał cicho, ale spoważniał, gdy zauważył, że to wcale mnie nie śmieszy – ty nie chcesz wysadzić mi domu?
-Co? – zapytałem zdumiony jego pytaniem.
-To dobrze – odetchnął brunet – Moi rodzice wybaczyliby mi wszystko, ale na pewno nie to, że nie mają już gdzie mieszkać... Więc po co się tu kręcisz, bo na to pytanie wciąż nie uzyskałem odpowiedzi.
-Ja... Ja mogę się do was przyłączyć – wydusiłem z siebie. Odpowiedziała mi cisza. Chuck’a uśmiech jakby nieco zbladł. Brunet z wyraźnym zagubieniem podrapał się po głowie. Z walącym sercem przyglądałem się jego minie. W końcu od tego zależało naprawdę wiele.
-Sam nie mogę o tym zdecydować, w zespole są też Jeff i Seb – Chuck cofnął się i gestem zaprosił mnie do środka – Musimy przegadać to z chłopakami – powiedział, ruszając w stronę swojego pokoju. Przewróciłem oczami, czego na szczęście nie zauważył. Powoli wlokłem się za nim, nie za bardzo wiedząc, co mam dalej robić.
-Śmiało – zachęcił mnie Chuck – Nie zjemy cię, jeszcze nie zdążyliśmy przygotować grilla – zachichotał.
-Ale możecie to jeszcze zrobić – wymamrotałem, na szczęście jednak on tego nie dosłyszał.
-Zgadnijcie, kto nas odwiedził! – krzyknął wgłąb pomieszczenia brunet.
-Czy to będzie może... Pierre? – zapytał z nutką ironii Jeff, którą wyczułem natychmiast. Miałem ochotę odwrócić się i stamtąd odejść, ale tego nie zrobiłem. Starałem się trzymać nerwy na wodzy.
-Strzał w dziesiątkę! – ucieszył się Chuck, klaszcząc wesoło – No Pierre, co tak stoisz, właź! – pomachał w moją stronę. Niepewnie przekroczyłem próg pokoju. Seb na moje wejście zagrał jakąś melodię, nie znałem jej. Ale kiedy Chuck i Jeff wybuchnęli głośnym śmiechem, ponownie zrobiło mi się głupio.
-Dobra, wystarczy! – krzyknął głośno błękitnooki, widząc moją minę – Zobaczcie jak on wygląda! – reszta momentalnie spoważniała, co mnie zaskoczyło. Nigdy bym nie przypuszczał, że oni tak potrafią. 
-Pierre chce zostać wokalistą – oznajmił Chuck, zauważając, że nie jestem skory do rozpoczęcia rozmowy. Chłopaki spojrzeli to na swojego kumpla, to na mnie.
-Narada! – wrzasnęli chórem, zrywając się. Chuck zerknął na mnie przepraszająco. Pokiwałem w milczeniu głową na znak, że rozumiem. Przez jakiś czas samotnie stałem i czekałem. Koszmarnie się nudziłem, a nie chciałem Chuck’owi grzebać po szafach, by nie wyjść na wścibskiego. Z drugiej strony nienawidziłem bezczynności, być może dlatego, że nie byłem do niej przyzwyczajony. Słyszałem gdzieś z boku ich głosy, jednak nie potrafiłem rozróżnić słów. To tylko wzmagało siłę moich nerwów. Wiedziałem, co oznacza ta dyskusja. Jeden z nich nie jest do końca przekonany co do tego pomysłu. Nie mogłem już tego wytrzymać. Po raz kolejny się rozejrzałem i po raz kolejny w oczy rzuciły mi się dwie gitary. Przez moment się wahałem, w końcu to nie była moja własność. Jednak chciwość znowu wygrała. Powoli podszedłem do łóżka, chwyciłem czarnego akustyka. Na początku starałem się grać jak najciszej, żeby oni się na mnie nie wkurzyli, a raczej by w ogóle nie zauważyli, że dotykałem ich własności. Potem już zupełnie zapomniałem o tym, gdzie ja jestem i co ja tu robię. Dałem się ponieść muzyce, wczułem się w rytm tworzony przez struny gitary. Sam nie mam pojęcia, jak nazwać ten stan, w którym byłem. Zastanawiałem się, czy każdy artysta tak ma. Ci najlepsi na pewno.
-No widzicie!? On świata poza muzyką nie widzi! – dotarł do mnie czyiś głos – Tylko jeszcze o tym nie wie!
Wtedy zorientowałem się, że oni są tutaj od jakiegoś już czasu. Zerwałem się, nie za bardzo wiedząc, co robić i jak się zachować.
-Ja... Przepraszam... – wymamrotałem zawstydzony, odkładając instrument – Tak jakoś leżała i... i wziąłem... – wydukałem.
-Spokojnie, Pierre! – uśmiechnął się Jeff, poklepując mnie po ramieniu – Przecież nie mam do ciebie żadnych pretensji – usiadł, a raczej osunął się na łóżko. Ja nadal stałem, czując się nieco głupio.
-Pierre, nie obraź się, ale... ty jesteś straszny sztywniak! Stary, wyluzuj trochę! – krzyknął rozbawiony Seb. Prychnąłem cicho pod nosem. Akurat na jego opinii na ten temat mi nie zależało. Nie chciałem tego mówić na głos. Najpierw wolałem poznać ich decyzję na temat mojej gry.
-I co? – zapytałem Chuck’a, olewając chłopaków – Podjęliście decyzję?
-Podjęliśmy – odparł chłopak po krótkiej chwili ciszy, jakby wciąż jeszcze się wahał – Zostaniesz wokalistą zespołu. Przejmiesz też gitarę, jeśli to nie problem. Wtedy Seb zaopiekuje się basem, Jeff też weźmie gitarę, a ja perkusję.
-Okej – odetchnąłem z ulga, chociaż jakoś mnie to nie cieszyło. Właściwie to tak naprawdę nie wiedziałem, po co to robię. To nie miało żadnego sensu. Miałem tylko nadzieję, że ona mi wybaczy. Tylko czy to wystarczy?
-Ale Pierre, musisz zrozumieć, że to nie zabawa – spoważniał Chuck – To też rządzi się swoimi prawami. Przede wszystkim musimy wziąć się do roboty i pokazać się, to najważniejsze. Czyli próby, próby i próby. I słuchajcie – zwrócił się do całej grupy – Nie możemy tego olewać, jeśli chcemy coś osiągnąć. A chcemy, prawda? – Jeff i Seb od razu ochoczo przytaknęli, ja dopiero po dłuższej chwili – A więc w tym miejscu oficjalnie ogłaszam powstanie nowego zespołu... – zamilkł na moment – Jak my w ogóle będziemy się nazywać? – zagubiony brunet podrapał się po głowie. Seb i Jeff spojrzeli po sobie i parsknęli głośnym śmiechem. Uśmiechnąłem się lekko z ironią. No tak, zapomnieliśmy o najważniejszym.
-Chłopaki, to nie jest śmieszne! – warknął Chuck – Nazwa jest naprawdę ważna...
-Czuczi, przestań przejmować się takimi głupotami! – błękitnooki oparł ręce o tył głowy – Z czasem nazwa przyjdzie sama. Skoro dzisiaj takie święto, to powinniśmy się razem napić!
-Jestem za! – Jeff pierwszy się zerwał, na co Chuck i Seb wybuchnęli głośnym śmiechem.
 -Nie masz jeszcze dość po ostatniej popijawie? –naśmiewał się z niego jeden z jego kumpli. Stinco zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś gorączkowo.
-Nie pamiętam, co było ostatnio – wymamrotał nerwowo.
-Wcale się nie dziwię! – wrzasnęli obaj chłopaki, po czym spojrzeli po sobie i znowu się roześmiali. Na koniec przybili sobie piątki.
-Wybaczcie chłopaki – przerwałem ich tę jakże interesującą dyskusję, wstając powoli z łóżka – Ja muszę stąd spadać. Kiedy indziej się z wami napiję. To do jutra! – zawołałem, nie dając im dojść do głosu. Specjalnie tak zrobiłem, żeby uniknąć zbędnych pytań. Szybko wyskoczyłem z Chuck’owego pokoju. Drogę zdołałem zapamiętać, zresztą to nie było jakieś szczególnie trudne. Wiązałem buty, kiedy Comeau pojawił się obok mnie.
-Jesteś pewny, że nie chcesz z nami iść? – upewnił się jeszcze na wszelki wypadek. Wyprostowałem się, zerkając na zegarek.
-Naprawdę dzięki Chuck, ale mam naprawdę ważne spotkanie, a i tak już jestem spóźniony. Innym razem, naprawdę – obiecałem, wyciągając dłoń w stronę kumpla. On niepewnie ją uścisnął. Przez moment tak staliśmy, wpatrując się we własne twarze.
-Dzięki Pierre – odezwał się Chuck, całkowicie mnie zaskakując – Za to, że przyszedłeś – dopowiedział szybko – Mam nadzieję, że razem coś stworzymy. W sumie... W sumie to jestem tego pewien.
Milczałem. Milczałem, czując, że teraz nie muszę się odzywać. Dopiero po jakiejś minucie jego uścisk zelżał. Wyślizgnąłem z niego dłoń i powoli się odwróciłem. Odszedłem obserwowany przez wzrok wielkoczołego. Dopiero za rogiem rzuciłem się w wir biegu. W ogóle nie miałem czasu na jakieś wcześniejsze przygotowanie. Zastanawiałem się, co ja tak właściwie wyprawiam. Zamiast pracować, ja będę obijał się w jakimś głupim zespole, który chyba nigdy nie wyjdzie na prostą. Bo naprawdę nie wierzę by to wypaliło. Zależało mi tylko na tym, by ona dowiedziała się, że potrafię. Tylko dlaczego? Kim ona dla mnie jest?

czwartek, 24 stycznia 2013

PART IV


-Pierre! – usłyszałem gdzieś za sobą dobrze już znany mi głos – Pierre, zaczekaj!
Prychnąłem cicho pod nosem, ale odwróciłem się. W moją stronę biegł oczywiście Chuck, chyba nawet z Sebem. Właściwie to cieszyłem się, że mnie zaczepili. Mogłem od razu ich opieprzyć za wtrącanie się w nieswoje sprawy.
-Co wy sobie wyobrażacie?! – warknąłem, zanim oni zdążyli chociażby otworzyć buzie – Ile razy mam wam powtarzać, że nie zostanę żadnym gównianym wokalistą waszego durnego zespołu?! Macie na mnie nie nasyłać nikogo, nawet ładnych dziewczyn, które dziwnym trafem zaczynają mówić o sławie! To na mnie nie działa, rozumiecie?!
-Co? – zapytał głupio Chuck, spoglądając na swojego przyjaciela. Obaj byli zdumieni, a raczej udawali zdumionych. Nie zamierzałem dać się nabrać.
-Gówno! Macie przestać się wtrącać w moje życie! Niech do was wreszcie dotrze, że dla was i dla waszego głupiego zespołu tutaj nie ma miejsca! Dajcie mi spokój, okej?!
-Bouvier, co ty wymyślasz? – zapytał Seb – Przecież my na ciebie nie naciskamy w żaden sposób!
-Wcale! – warknąłem z ironią – A ta dziewczyna to co, z nieba spadła? Skąd niby wiedziała o waszym zespole? I niby przypadkiem miała tą gazetę?! Dajcie spokój...
-Dziewczyna? – powtórzyli głupio chłopaki jednocześnie – My nic nie wiemy o żadnej dziewczynie!
-Ale w sumie racja, kilka osób wie, że chcemy założyć zespół i że brakuje nam wokalisty. Ona musiała być jedną z tych kilku osób...
-Tak, i oczywiście wy wcale nie macie z tym nic wspólnego... – prychnąłem obojętnie – Nie wierzę w to!
-Ty idioto, naprawdę myślisz, że gdyby nam na tobie zależało, to korzystalibyśmy z pomocy trzeciej osoby?  Zresztą słuchaj, nie jesteś niezastąpiony. Jeśli nie chcesz, to nie, twoja strata! My równie dobrze możemy znaleźć kogoś innego na wokal. Nie myśl sobie, że my będziemy na ciebie czekać, Bouvier. Nie jesteś pępkiem świata i nie zachowuj się, jakbyś nim był! To chore!
-Wiesz co? – zbliżyłem się do Comeau, który nawet się nie przestraszył mojego spojrzenia – Jesteś ostatnią osobą, która ma prawo prawić mi kazania.
-Płytkość twojego myślenia mnie rozwala – prychnął Chuck, który wyglądał jakby nie mógł już wytrzymać. Zapewne gdyby nie stojący obok niego kumpel rozerwałby mnie na strzępy.
-Że co?
-Nieważne – uciął krótko perkusista – Chodź, Seb, idziemy, póki jeszcze nic mu nie zrobiłem, bo jeszcze jakieś nieszczęście z tego będzie.
Oni szybko zniknęli w tłumie młodzieży, a ja nie zamierzałem ich zatrzymywać. Dłonie mi drżały ze złości. Ja egoistą? Czy ja naprawdę jestem egoistą czy tylko samodzielnie żyjącym człowiekiem? W sumie od zawsze byłem sam, sam musiałem o siebie zadbać. Czy to egoizm?
Dzwonek obwieścił koniec przerwy, jednocześnie wybudzając mnie z głębokiego zamyślenia. Zerwałem się i biegiem ruszyłem ku klasie, w której teraz miała się odbyć moja lekcja. Dopiero siedząc w ławce uświadomiłem sobie, co Chuck miał na myśli, mówiąc o moim płytkim myśleniu. Ta cała gra była napisana przez moje samolubstwo, ta dziewczyna nie miała nic wspólnego z chłopakami. To ja zawaliłem. To ja źle połączyłem te klocki.
-Psia krew – wysyczałem, chwytając się za głowę i chowając ją między swoimi łokciami. Usłyszałem cichy chichot klasy i poczułem, że się rumienię. Nienawidziłem rzucać się w oczy.
Nie mam pojęcia, dlaczego uznałem, że trzeba ją przeprosić. Właściwie niczego złego nie zrobiłem. Ale miałem wrażenie, że muszę. Po prostu. Dlatego tuż po lekcji czekałem, aż wyjdzie z klasy. Nie pojawiła się. Poczułem lekkie ukłucie w sercu, kiedy zauważyłem, jak nauczyciel zamyka drzwi klasy. Niemile zaskoczony zszedłem schodami na dół. Nie wiedziałem o niej właściwie nic, ani do jakiej chodzi klasy, ani nawet jak ma na imię. A coraz bardziej zależało mi, by raz na zawsze to wszystko wyjaśnić.
Latałem jak głupi po szkolnych korytarzach, poszukując jej. Jak na złość to nic nie dawało. Denerwowałem się coraz bardziej, sam nie wiedziałem, dlaczego. W końcu postanowiłem ją poobserwować po lekcjach. Zatrzymałem się przy samym wyjściu, by nikogo nie ominąć swoim wzrokiem. Zauważyłem Chucka, Seba i Jeffa żywo dyskutujących na jakiś temat. Nawet mnie nie zobaczyli. Chociaż w sumie w ogóle mi na tym nie zależało.
Ona raczej wcześniej mnie zauważyła i raczej nie miała ochoty ze mną rozmawiać, bo próbowała cichcem przemknąć obok. Nie udało jej się, od razu wyhaczyłem ją swoim wzrokiem.
-Zaczekaj! – krzyknąłem, biegnąc za nią. Nawet nie zareagowała jakby miała nadzieję, że nie mówię właśnie o niej. Dopiero gdy jąą zatrzymałem, kładąc rękę na ramieniu, ona odwróciła się zamaszyście.
-Czego chcesz? – warknęła tak zjadliwie, że aż otworzyłem oczy ze zdumienia. Szczerze mówiąc to nie spodziewałem się takiej reakcji – Streszczaj się!
-Spokojnie – uśmiechnąłem się ciepło – Chciałem cię tylko przeprosić za to, jak cię potraktowałem rano...
Ona tylko prychnęła cicho i ruszyła naprzód. Zrozumiałem, że moje starania nie mają żadnego znaczenia. Wzruszyłem obojętnie ramionami, wsunąłem dłonie do kieszeni i sam skierowałem się w stronę sklepu, by kupić sobie coś na obiad. Uznałem, że zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić. A jednak, to wciąż mnie dręczyło. Dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, by ją przeprosić? W końcu to tylko jedna dziewczyna. W końcu raniłem ich o wiele więcej.
-Kurde! – jęknąłem, obracając się na pięcie i biegnąc ku jej osobie.
-Znowu ty? – zapytała zmęczona, gdy ciężko oddychając zrównałem się z nią krokami – Upierdliwy jesteś – prychnęła, przyspieszając.
-Bo mi zależy – oświadczyłem. Ona spojrzała na mnie rozszerzonymi oczyma.
-źle trafiłeś – odparła dumnie – Nienawidzę obojętności. Mogłeś chociaż wyjaśnić, o co chodzi, a ty mnie perfidnie zostawiłeś na środku korytarza. Zwyczajnie mnie olałeś!
-Przeprosiłem już, co jeszcze mam zrobić?!
-Pokazać, że naprawdę ci zależy!
-W jaki sposób!?
-To już zadanie dla ciebie.
Westchnąłem ciężko, wpatrując się we własne buty. Jej tajemniczość mnie dobijała, a za razem pociągała.
-Może jakaś podpowiedź? – zapytałem z niewielką nadzieją, którą ona natychmiast zgasiła swoim spojrzeniem – Okej, jakoś sobie poradzę – wzruszyłem ramionami, chociaż tak naprawdę to nie miałem pojęcia, od czego zacząć.
-Ja ciebie nie rozumiem – oznajmiła, krzyżując ramiona na piersiach – Nie potrafię ciebie rozgryźć.
-Ja sam siebie czasem nie rozumiem - wystawiłem jej język, na co dziewczyna wybuchła głośnym śmiechem – Czy ja powiedziałem coś śmiesznego? – zapytałem głupio.
-Niee... –roześmiała się – to cześć – pożegnała się nagle, niespodziewanie dla mnie skręcając w bok, zanim zdążyłem chociażby się roześmiać. Wzruszyłem ramionami. Ona była podejrzanie tajemnicza. No i... Znowu zapomniałem zapytać się jej o imię.

piątek, 18 stycznia 2013

PART III


Tym razem znowu koło pierwszej znalazłem się w domu. Moi rodzice, o ile tak mógłbym nazywać tych ludzi, tego nie zauważyli, podejrzewam, że zdążyli zapomnieć nawet o mojej obecności w ich życiu. W końcu widujemy się tylko rano, o ile oni w ogóle wtedy wstają, co zdarza się niezwykle rzadko.
W swoim pokoju nie sprzątałem już od wieków, chociaż miałem dość tego syfu. Paskudnie tutaj śmierdziało, prawdopodobnie od pożółkłej z brudu pościeli. Westchnąłem cicho, skacząc między górami śmieci. Przedostałem się do zakurzonego, prawie rozpadającego się ze starości biurka, otworzyłem szufladę. W środku znajdowała się jedynie drewniana skrzynka. Wziąłem ją i ostrożnie podniosłem jej wieko. Wewnątrz leżała ładnie poskładana kupka banknotów. Z kieszeni wyciągnąłem kolejne i wrzuciłem. Przez moment wpatrywałem się w nie. Miałem ogromną ochotę kupić sobie nową pościel i zapasy jedzenia, ale wiedziałem, że już tego ruszyć nie mogę. Bo wciąż wiele brakuje mi do lepszego życia.
Ostrożnie zamknąłem najpierw skrzynkę, potem szufladę i upadłem ciężko na łóżko. Coś zasyczało mi w żołądku. Odezwał się głód. Ale ja nie miałem sił nawet na to, by ruszyć się do lodówki. Zresztą byłem pewien, że nie ma po co tam zaglądać, że jest pusta. Zamknąłem oczy. Chciałem zasnąć, ale coś nie dawało mi spokoju. Rozejrzałem się czujnie. No tak, chyba powinienem zrobić pranie, jeśli chcę się w coś ubrać jutro.
Na siłę zmusiłem się , by wstać. Zebrałem z podłogi ubrania, położyłem je na łóżku. Szybko przebrałem się w piżamę, a moje dzisiejsze ciuchy odrzuciłem na kupę. Wziąłem to wszystko na ręce i ponownie się rozejrzałem, by o niczym nie zapomnieć. Wtedy w oczy rzucił mi się czarny stary akustyk. Przez moment w ogóle się nie poruszałem. W jednej chwili cały mój plan rozwiał się. Sięgnąłem po gitarę, obiecując sobie, że pogram tylko przez minutę. Akustyk tak zabrzęczał, że aż jęknąłem. Na szczęście wciąż pamiętałem, jak go nastroić i nie miałem z tym większych problemów.
***
Tego poranka znowu musiałem przespać budzik, bo gdy rano wstałem, było już dobrze po ósmej. Zerwałem się, zabrałem pierwsze lepsze ubrania z kupy, nie sprawdzając nawet uprzednio, czy nie śmierdzą. Spakowałem do plecaka przypadkowe zeszyty i rzuciłem się ku drzwiom. Ledwo miałem siłę, by biec. Po drodze wpadłem do spożywczaka, wziąłem jakieś gówno energetyzujące, rzuciłem się w stronę pieczywa, żeby chwycić coś na śniadanie. Potem z powrotem wróciłem do biegu, popijając to coś, co właściwie nic mi nie dawało.
Do szkoły wpadłem w trakcie drugiej lekcji. Oczywiście uznałem, że nie warto już na nią iść. Usiadłem na ławce obok klasy od biologii, gdzie miałem mieć teraz lekcję. Zamknąłem oczy ze zmęczenia. Wiedziałem, że wychowawczyni znowu ochrzani mnie za zaspanie. Musiałem się bardziej pilnować, w końcu i ona wkurzy się za moje nieobecności i będzie chciała wzywać rodziców. A do tego nie mogłem doprowadzić.
Otworzyłem oczy i aż zadrżałem. Naprzeciwko mnie siedziała młoda dziewczyna i wlepiała we mnie wzrok. Od razu zdenerwowało mnie jej świdrujące spojrzenie.
-Dobrze się czujesz? – zapytała z niepokojem. Przez moment gapiłem się na nią trochę zaskoczony.
-Co? – zapytałem głupio, ogarniając się.
-Pytałam, czy dobrze się czujesz – powtórzyła ona cierpliwie. Zamrugałem kilkakrotnie powiekami, zanim dotarło do mnie, co ona powiedziała.
-Świetnie – odparłem półprzytomnie. Dziewczyna jeszcze przez jakiś czas mi się przyglądała, potem wzruszyła ramionami.
-wyglądasz fatalnie – oznajmiła prosto z mostu, grzebiąc w swoim plecaku – Jak jakieś zombie – dodała z obrzydzeniem – Musiało ci się naprawdę śpieszyć do szkoły – podsumowała, wyciągając jakieś czasopismo. Potem już się nie odzywała, i bardzo dobrze, bo powoli zaczynała wkurzać mnie tą swoją paplaniną. Rozejrzałem się. Nikogo więcej oprócz nas nie było na tym korytarzu, więc za bardzo nie miałem co robić. Znowu utkwiłem w niej wzrok. Zauważyłem, że nie należy do najbrzydszych, nawet jest całkiem ładna. Nadawałaby się do tej roboty. Oczywiście jeśliby nie otwierała buźki.
-Czemu mi się tak przyglądasz? – dotarło do mnie jej pytanie. Zarumieniłem się i coś tam, wymamrotałem pod nosem, spuszczając wzrok. Dosłownie minutę później uniosłem głowę do góry i zobaczyłem, że to ona mi się dziwnie przygląda.
-I kto tu się na kogo patrzy? – zapytałem, wybuchając śmiechem. Ona spłonęła rumieńcem i także się uśmiechnęła. Z powrotem schowała nos w gazecie – Ciekawe to to? – postanowiłem trochę ją podręczyć
-Gdyby nie była ciekawa, to bym jej nie czytała –prychnęła krótko, przewracając stronę.
-A dużo się z niej dowiedziałaś? – podpytywałem sprytnie dalej, omal ponownie nie wybuchając głośnym śmiechem. Ona rzuciła mi zawistne spojrzenie jakby domyślała się, że nie pytam przypadkowo. Ale z mojej twarzy nie wyczytała nic.
-Całkiem sporo – odparła ostrożnie.
-Z przewróconej do góry nogami? – zachichotałem –Zazdroszczę!
Ona znowu spłonęła rumieńcem i przewróciła gazetę. Milczała grobowo, a ja w żaden sposób nie mogłem opanować śmiechu.
-No przestań już! – warknęła wkurzona, rzucając we mnie czasopismem. Złapałem je w powietrzu.
-No wiesz! – krzyknąłem oburzony – Nie podejrzewałbym taką delikatną dziewuszkę o taką agresję!
-Agresję!? – powtórzyła ona – Agresję to ja tobie za chwilę pokażę! – zacisnęła mocniej pięści – Lepiej odrzuć mi gazetę, bo...
-Bo? – podpytałem dalej. Specjalnie, żeby ją wkurzyć, zacząłem na pokaz przeglądać czasopismo. Dziewczyna niespodziewanie dla mnie rzuciła się, ledwo udało m i się uniknąć jej ciosu – Kolejny sukces green day’a – czytałem, zręcznie unikając jej dłoni – Ciekawe rzeczy... – wymamrotałem, przewracając kartkę – Aerosmith już bez wokalisty. Ojej, jak mi przykro – ponownie uciekłem jej sprzed nosa.
-Dobra, masz swoich idoli – prychnąłem po blisko dziesięciu minutach, rzucając jej gazetę i siadając z powrotem na ławce – Mi się wiedza na ich temat nie przyda.
-Powinieneś też zacząć je przeglądać – wydusiła zziajana już dziewczyna, ale zadowolona z odzyskanej rzeczy, siadając tym razem obok mnie.
-Niby dlaczego? – wrzasnąłem zaskoczony z rozszerzonymi oczami. Ona przyłożyła palec do ust, żeby mnie uciszyć.
-Tu są lekcje, nie zapominaj się – upomniała mnie. Miałem ochotę przypomnieć jej o naszej kłótni sprzed kilku minut, która była co najmniej kilka razy głośniejsza. Podarowałem sobie.
-Nie unikaj tematu, tylko odpowiedz mi na pytanie. Dlaczego niby miałbym przeglądać te tandetne brukowce? – głębiłem dalej temat.
-Bo być może będziesz szukał w niej swoich kumpli.
-Moich kumpli? – powtórzyłem głupio zdenerwowany. Od razu przed oczami stanęły mi ćpuny z dworca. Czy to możliwe, by poprzedniej nocy wydarzyło się coś, o czym nie miałem pojęcia? Czy to możliwe, by ona znała moja tajemnicę?  - O co ci chodzi? Powiedz wprost!
-No nie słyszałeś? Chuck Comeau zakłada zespół. I podobno grają naprawdę nieźle...
Przez ułamek sekundy moje ciało oblała nieziemska ulga. Chwilę później natomiast moje wargi wygięły się w wyraźnym grymasie. Szybko odsunąłem się od dziewczyny i spojrzałem na nią z wyraźnym obrzydzeniem. Szybko zrozumiałem, o co jej chodzi, co ona miała na myśli.
-Oni cię namówili, tak? – zapytałem oschle.
-Że co?
-dobra, nie musisz mi odpowiadać, ja i tak wiem swoje. Co oni do cholery wyprawiają? – warknąłem chyba bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Zacisnąłem pięści. Powoli to wszystko zaczynało mnie wkurzać. Powiedziałem im, że nie chcę. Czy dla nich moje zdanie to mało? Czy oni muszą jeszcze nasyłać na mnie napalone nastolatki? Czułem, że ona specjalnie zaczęła mówić o zespole. Jeśli oni myśleli, że tym sposobem uda im się namówić mnie, to się pomylili. Wręcz przeciwnie, to mnie jeszcze bardziej zniechęciło.
Od razu straciłem ochotę na rozmowę z ta dziewczyną. Ku jej zdumieniu wstałem wściekły, chwyciłem swój plecak i nie odpowiadając na żadne pytania z jej strony, odszedłem. Akurat w tym samym czasie zadzwonił dzwonek na przerwę. Postanowiłem pójść do toalety i trochę się ogarnąć. Dziewczyna miała rację, wyglądałem fatalnie z podkrążonymi oczami i zmęczonym spojrzeniem. Przemyłem kilkakrotnie twarz, to jednak niewiele mi dało. Wzruszyłem ramionami i wywlokłem się z łazienki. Zacząłem przeciskać się między ludźmi. 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

PART II


Lekcje skończyłem o 15.00. Doskonale widziałem, że mam tylko godzinę na przegryzienie czegoś. Ruszyłem do jednego z marketów, do którego chodziłem niemal codziennie. Za każdym razem wybierałem tę samą bułkę z żółtym serem i małą butelkę wody. A potem kręciłem się po mieście albo od razu szedłem na dworzec. Czasami musiałem jeszcze skoczyć po gumki. Do domu nie opłacało mi się wracać, chyba że kobieta, z którą spotykałem się codziennie o 16.00, odwoływała spotkanie. Wtedy już zależnie jedynie od mojego humoru albo czekałem na kogoś innego, albo szybko biegłem do domu. Nienawidziłem swojego życia i coraz częściej dochodziłem do wniosku, że cos powinienem w nim zmienić.
Przeżuwając bułkę, błądziłem po Montrealu, kierując się w stronę dworca. Powoli zaczynałem żałować, że tak niemiło potraktowałem Chucka. W końcu on nie zrobił mi nic złego, wręcz przeciwnie, chcieli pomóc. Zacisnąłem mocniej pięści. Zachowałem się jak egoista. I to nie po raz pierwszy. Wiedziałem, że mieszka w pobliżu. Domyśliłem się, co mnie tu przyprowadziło.  Ale mimo wszystko nie miałem odwagi, by go szukać. Ani by stanąć z nim twarzą w twarz.
-Bezsensu – wymamrotałem, obracając się na pięcie. Wtedy ich zobaczyłem, cała trójka wlokła się w kierunku jednego z podwórek, rozprawiając o czymś naprawdę głośno. Wziąłem głęboki wdech. Chłopaki znikali, a ja stałem. Nie mogłem tego zrobić. Nie mogłem.
-Chuck! – mój krzyk zaskoczył nawet mnie samego. Oni zatrzymali się prawie natychmiast i rozejrzeli się zaskoczeni. Teraz już nie miałem wyjścia. Zacząłem biec w ich stronę.
-A... To ty... – wymamrotał brunet jakby w ogóle nie miał ochoty ze mną rozmawiać.
-Nie zajmę ci dużo czasu – podkreśliłem od razu – Chciałem tylko przeprosić. Chyba... chyba nie powinienem was obrażać. Przepraszam – oznajmiłem. Od razu poczułem, jak ogromny kamień spada mi z serca. Nieważne, czy mi wybaczy, czy nie. W końcu zrobiłem wszystko, co zrobić mogłem.
-Okej, Pierre – odparł trochę rozchmurzony Chuck – Nic się nie stało.
-To dobrze – odwróciłem się z zamiarem odejścia, jednak brunet jeszcze na chwilę mnie zatrzymał:
-A przemyślałeś moją propozycję? – zapytał. Wlepiłem wzrok w chodnik.
-Już ci mówiłem, co o tym wszystkim myślę – odpowiedziałem cicho – Nadal nie zmieniłem zdania.
-Ale... Może byś chociaż spróbował... Zobaczył... – zaproponował Sebastien, włączając się do rozmowy – Słuchaj, ja też na początku byłem sceptycznie nastawiony do pomysłu chłopaków, ale w sumie, jak ich usłyszałem, to uznałem, że to może być dobra zabawa.
-No właśnie, zabawa – westchnąłem ciężko – Wybaczcie chłopaki, ale ja nie mam czasu na zabawy.
-Okej, Pierre. Ale mamy prośbę. Tylko ten jeden jedyny raz. Zaśpiewaj dla nas.
-Zaśpiewać? – powtórzyłem głupio – Dlaczego wam tak bardzo zależy na tym, żebym ja zaśpiewał?
-Bo... Zobaczysz, jeśli się zgodzisz – przez chwilę w ogóle się nie poruszałem, zastanawiając się nad sensem tego ostatniego zdania. Zerknąłem na zegarek. Nie miałem zbyt wiele czasu, ale... Dręczyła mnie ciekawość, co oni we mnie takiego widzą.
-Okej – zgodziłem się, znowu się odwracając – Okej, zaśpiewam. Ale myślę, że was rozczaruję – dodałem szybko, usprawiedliwiając się od razu. Całą czwórką ruszyliśmy w stronę domu Chucka. Szczerze mówiąc czułem się nieco onieśmielony przebywaniem w tym budynku. Ale na szczęście chłopaki tego nie zauważyli. Nigdy nie lubiłem szlajać się po czyichś mieszkaniach. Wszystkie wydawały mi się piękne. Ja sam takiego nie miałem.
-Rozgośćcie się – brunet otworzył drzwi i gestem kazał nam wejść do środka. Chłopaki od razu rzucili się na łóżko. Ja zacząłem ciekawie się rozglądać. Pierwsza w oczy rzuciła mi się ogromna perkusja. Kiedyś sam grałem na perkusji. Jakieś dziesięć czy dwanaście lat temu chodziłem do kuzyna, by trochę ponawalać w bębny. Oboje czuliśmy do tego pociąg. Szkoda, że on musiał wyprowadzić się z Kanady.
-Więc ty grasz na perkusji? – domyśliłem się, odwracając się w stronę gospodarza. Ten pokiwał milcząco głową. A ja z powrotem wróciłem wzrokiem do instrumentu. Fajnie byłoby...
Obróciłem się na pięcie. Nie. Nie mogę.
-Przejdźmy do rzeczy – oznajmił Chuck, wpychając się pomiędzy leżących kumpli i pozostawiając mi pusty fotel – Nie musisz się wstydzić czy denerwować, oprócz nas nikogo tutaj nie ma.
Przełknąłem cicho ślinę. Po prawdzie trochę głupio się czułem, kiedy oni z podnieceniem się we mnie wpatrywali, a ja nawet nie wiedziałem, dlaczego. Rozejrzałem się, mój wzrok padł na pokrowce, które przynieśli ze sobą Seb i Jeff. Spojrzałem na jeden i do głowy wpadł mi świetny pomysł.
-Mogę? – zapytałem, wskazując na jeden z nich.
-No jasne – odparł Seb nieco zaskoczony – Bierz.
Ostrożnie otworzyłem pokrowiec. Gitara aż lśniła, tak bardzo była zadbana. Wziąłem ją do rąk. W sumie nie widziałem, dlaczego akurat pomysł z gitarą wpadł mi do głowy. Co prawda kiedyś grałem na klasyku, nawet gdzieś jeszcze go miałem. Tylko że brakowało mi czasu na ćwiczenie i musiałem go porzucić. A teraz... teraz nie wiedziałem, czy w ogóle coś pamiętam ze swojej gry.
Na początku miałem z tym problem. Po chwili przestałem na to zwracać uwagę. Dźwięki strun gitary pochłonęły mnie całkowicie. Nawet nie zauważyłem, kiedy do gry dodałem wokal. Nie zważałem na to, czy fałszuję. Gówno obchodziło mnie, co myślą chłopaki. Miałem ochotę śpiewać jak najdłużej. W pewnym momencie dołączył do mnie Chuck na perkusji. Potem i Jeff sięgnął po swoją gitarę. I tak graliśmy przez dłuższy czas, dopóki ja tego nie zakończyłem.
Przez jakąś minutę chłopaki milczeli. Widziałem zdumiony wzrok Seba. Uśmiechnąłem się lekko i wstałem.
-To by było na tyle – powiedziałem, ruszając w stronę drzwi – Fajnie było.
-Zaczekaj! – wrzasnął Chuck – Nie możesz stąd wyjść!
-Jak to nie mogę...
-Człowieku – wymamrotał Seb,. Który nadal nie mógł się pozbierać – Człowieku... Ty... Ty jesteś genialny...
Wybuchnąłem głośnym śmiechem.
-Nawet tego nie widzisz...- wymamrotał prawie tak samo oszołomiony Jeff – Pierre, nie możesz tego zmarnować. Ty musisz śpiewać!
-Dajcie spokój – skwitowałem obojętnie – Przesadzacie.
-Wcale nie przesadzamy! Człowieku, zrozum, ty się marnujesz. Z tobą możemy osiągnąć sukces, a ty z nami! Musimy razem grać! Musimy!
-Już zdążyliście poznać moje zdanie na ten temat. Nie zamierzam do was dołączyć.
-Ale dlaczego nie? – kopał dalej rów Chuck – Dlaczego? Powiedz tylko, dlaczego! Przecież ty to lubisz! Wszyscy to przed chwilą zobaczyliśmy...
-Wybaczcie, muszę spadać – przerwałem mu nieco chłodno tę paplaninę – Życzę sukcesu w przyszłości – nacisnąłem na klamkę. Chłopaki coś jeszcze do mnie mówili, ale już nie miałem ochoty ich słuchać. Chuck odprowadził mnie do drzwi, prosząc jeszcze, bym to przemyślał. Najwyraźniej naprawdę im na mnie zależało. Musiałem coś w sobie mieć, coś naprawdę pociągającego, skoro tak walczyli. Chyba nawet chciałem wiedzieć, co. Prawda, chętnie bym z nimi zagrał, i to nie raz, ale... Kiedy miałbym to robić? Przecież i tak nie mam nawet czasu, żeby przygotować się do szkoły.

środa, 9 stycznia 2013

PART 1


-Pierre!
Obróciłem się na pięcie, natychmiast rozpoznając głos mojego kolegi. W moim kierunku biegł o kilka lat starszy blondyn w nieco zużytych już ubraniach. Machał do mnie wesoło dłonią. Uśmiechnąłem się, zerkając ukradkiem na zegarek. Było już kilka minut po północy.
-Siema – uścisnąłem dłoń kumpla i z powrotem wsunąłem ręce do kieszeni – Wracasz do domu? – zapytałem.
-Nie, idę jeszcze do drugiego sektora – odpowiedział, gorączkowo szukając czegoś w kurtce – Słabe dzisiaj branie, co? Dzisiaj tylko dwie mnie chciały... – żalił się. Ruszyliśmy w stronę obskurnego wyjścia z dworca.
-Czy ja wiem... – odezwałem się zamyślony – Mnie wzięły cztery laski. Czyli tak jak zwykle – wzruszyłem ramionami. On wyszarpał w końcu fajki oraz zapalniczkę i szybko zapalił.
-Jak ty to robisz? – zapytał z przymrużonymi oczami. Z jego ust uwolnił się biały obłok dymu – Co masz ty, a czego nie mam ja?
Mógłbym wymienić milion rzeczy, ale nie zrobiłem tego ze względu na kumpla. Dla nich przede wszystkim liczył się wygląd zewnętrzny. .Ja wciąż byłem młody i wyglądałem świeżo. On ćpał od jakiegoś czasu jak zdecydowana większość tego gównianego towarzystwa. Tylko dzięki dragom mogłem się z nimi dogadać. Większość przestawała już przypominać ludzi. Tak jak on. Zapadnięta twarz, zaniepokojone spojrzenie i zaniedbane ciało – to już nie działało w tym biznesie. Dlatego ludzie często mnie wybierali. I mężczyźni i kobiety.
Rozeszliśmy się dosłownie po kilku krokach, nie zdążyliśmy nawet dłużej porozmawiać. Wyszedłem z dworca. Montreal błyszczał się od różnokolorowych odcieni szyb. Do domu miałem jakieś dwa kilometry. Byłem tak bardzo tym wszystkim zmęczony, że przez moment chciałem nawet pojechać autobusem. Już wyciągałem portfel, żeby odnaleźć drobniaki. Ale gdy spojrzałem na pieniądze, zrezygnowałem z tego. Stwierdziłem, że później będą mi bardziej potrzebne. Powolnym krokiem ruszyłem ku miejskim obrzeżom.

***

Zdenerwowany zerknąłem na podstarzały zegarek. Przekląłem siebie w duchu. Znowu zaspałem na wf. Nie żebym jakoś specjalnie tego żałował, ale... Ostatnio coraz trudniej utrzymywało mi się pozory. A nie powinienem mieć z tym kłopotów, jeśli nie chciałem, by ktokolwiek się dowiedział, jak naprawdę wygląda moje życie. Dlatego starałem się być normalny. Ciągle chodziłem do szkoły, choć siedziałem w niej nieprzytomny, gdyż nigdy nie wysypiałem się w nocy. Uczyłem się głównie na dwójach, mój wrodzony spryt nigdy nie zawiódł mnie przy ściąganiu. Do tej pory zawsze jakoś sobie radziłem. Ale jak długo jeszcze?
-Bouvier! – Nati rzuciła się na moje plecy z głośnym piskiem. Serce podskoczyło mi do gardła.
-Naaatii! – jęknąłem – Mówiłem si milion razy, nie po nazwisku! – warknąłem – Wiesz, że tego nienawidzę!
-Okej, okej! – machnęła dłonią lekceważąco dziewczyna – Jak było wczoraj? Twoja twarz mówi, że ciężko!
Wzruszyłem ramionami. Nie lubiłem rozmawiać o tej robocie, nienawidziłem tego. A już zwłaszcza z Nati, którą znałem jedynie pobieżnie. Parokrotnie minęliśmy się na dworcu i w centrum handlowym i w sumie należeliśmy do jednej paczki w szkole. Tylko że ona szybko się tam odnalazła. A ja wciąż jeszcze nie mogłem się przyzwyczaić, że do nich należę. W sumie na początku oni też mieli problemy z zaakceptowaniem mnie. Potem już przyzwyczaili się, że trzymam z nimi.
Na szczęście nie musiałem odpowiadać, gdyż przekroczyliśmy próg szkoły. Od razu z naprzeciwka w naszym kierunku rzuciła się Kate, przyjaciółka po fachu Nati. Blondynki od razu zaczęły wymieniać się swoimi wczorajszymi przygodami. W ogóle mnie to nie interesowało, kto z kim, za ile i za co. Przepędziłem jakiegoś pierwszaka z ławki i sam na niej usiadłem. Chwilę później zadzwonił dzwonek. Z klas wypłynęły tłumy ludzi. Ktoś niechcący zahaczył nogą o mój połatany już plecak. Przekląłem go w duchu, przyglądając się teczce. Na szczęście wciąż była cała. Ale to nie zmieniało faktu, że mimo wszystko potrzebowałbym nowej.
Z mojej paczki chłopaków w szkole nie było, co właściwie nie powinno mnie dziwić. W końcu oni nigdy nie przychodzili do budy. Mówili najczęściej, że nie chcą marnować czasu. Właściwie to się z nimi zgadzałem, też teraz wolałbym zarabiać kasę. Ale dobrze wiedziałem, że za dnia jest mniejszy ruch, a nie chciałem się odkrywać, pragnąłem nie wyróżniać się z tłumu.
Powoli zacząłem się wlec w stronę klasy. Usiadłem w ławce, wypakowałem zeszyt i schowałem twarz w dłoniach. Burknąłem „jestem” podczas sprawdzania obecności. Ale kobieta nie dawała mi spokoju, ciągle gderała. W końcu dotarło do mnie, że mam iść do odpowiedzi. Powiedziałem, że nic nie umiem. Odczepiła się ode mnie. Przez resztę lekcji chyba spałem, nic z niej nie zapamiętałem. Nawet nie wiedziałem, co to jest za przedmiot. Tak wyglądało moje życie. Nigdy nie kontaktowałem, a jednak, na dwóję zawsze potrafiłem jakoś wybrnąć.
-Pierre, zaczekaj! – czyiś krzyk wybudził mnie ze ślepego biegu do następnej klasy. Nie znałem tej barwy głosu, a dźwięki rozpoznawałem dosyć dobrze. Z czystej ciekawości się odwróciłem i zacząłem szukać wzrokiem osoby, która mnie wołała – Cześć, Pierre! – zdziwiłem się, zauważając, że człowiek, który tak wrzeszczał, stoi tuż obok mnie. W dodatku ja tego chłopaka w ogóle nie rozpoznawałem. Wiedziałem tylko tyle, że jest w tym samym wieku co ja i nazywa się Charles.
-Dla ciebie PAN! – wypiąłem się dumnie, a potem odwróciłem się z zamiarem odejścia. Nie chciałem go słuchać, zwłaszcza, że i tak zapewne nie miał mi nic ciekawego do powiedzenia.  
-Wysłuchaj mnie przez chwilę! Obiecuję, że nie zajmę ci dużo czasu! – prosił mnie brunet. Wzruszyłem ramionami i z powrotem się odwróciłem. Chłopak odetchnął z ulgą.
-Pospiesz się! – warknąłem – Nie chcę marnować całej przerwy!
-Okej, okej – odparł Charles – Trochę głupio tak, no ale... – wzruszył ramionami, rumieniąc się nieco – Dobra, nie owijam w bawełnę – wziął głęboki wdech, ale znowu się nie odezwał.
-Twój czas się skończył – wkurzyłem się po jakiejś minucie ciszy.
-Nie, zaczekaj! – krzyknął, zanim zdążyłem się odwrócić. Spojrzałem na niego znudzony – Chodzi o to, że z kumplami założyliśmy zespół i brakuje nam wokalisty i zastanawialiśmy się czy... No wiesz... – zawahał się, ale tylko przez moment – ... czy nie zechciałbyś zjawić się na przesłuchaniach – teraz już jego twarz przypominała mi twarz buraka. Na początku gapiłem się na niego zdumiony, a potem wybuchnąłem głośnym śmiechem.
-Ja?! – wrzasnąłem, nadal się śmiejąc – Ja?! Z wami?! W zespole?! O rany... – złapałem się za głowę – Ja wiedziałem, że wy jesteście głupi, ale że aż tak?! Zespół?!
-Wbrew pozorom to niegłupi pomysł... – wtrącił Charles w ogóle nie obrażony na mnie za moją reakcję.
-To jest bardzo głupi pomysł, Charles...
-Chuck – przerwał mi uśmiechnięty brunet – Możesz mi mówić po prostu Chuck.
-Chuck, to jest najgorszy pomysł, na jaki mogliście wpaść. Ile wy zamierzacie zarobić, bawiąc się w muzyków?  Myślicie, że każdy zakłada sobie ot tak zespół i jest sławny? Ja nie wiem, co wy macie zamiast mózgów...
-No jasne, że nie. Pierre, to ma być przede wszystkim zabawa i przyjemność.
-Przyjemność? – prychnąłem – Przebywanie z wami i przyjemność? Wybacz, ale nie mam czasu na „przyjemności” – zauważyłem, że Chuck ledwo trzyma nerwy na wodzy. A jakoś nie miałem ochoty na kłótnie, dlatego szybko się stamtąd zabrałem. Tego dnia więcej go nie widziałem. Ale wciąż gnębiła mnie jedna myśl: Dlaczego oni zapytali o to akurat mnie? W końcu w szkole jest wielu chłopaków, którzy zawsze podczas jakichś przygłupich apelów. Moim wokalem nikt nigdy się nie interesował, właściwie to nikt nigdy nie słyszał mojego śpiewu. A gdyby Chuck kogoś szukał, na pewno bym to zauważył. Być może byłem zadufany w sobie, ale... Wydawało mi się, że zostałem wybrany.
Co nie zmienia faktu, że nie zamierzam się w to mieszać. Jeśli chcą, proszę bardzo, mogą zakładać sobie zespół. Ale beze mnie. Żeby być popularnym, trzeba mieć cholerne szczęście. Mnie natura nim nie obdarzyła. Zresztą nie miałem czasu na zabawę.  Ja musiałem się martwić o to, żeby mieć coś jutro na śniadanie. Oni mieli wszystko pod nosem, mamusia im obiadki gotowała. Westchnąłem cicho. Chyba byłem trochę zazdrosny. 

niedziela, 6 stycznia 2013

Powitanie ;)

Widziałam, że kilka osób tu już zaglądało, więc postanowiłam się odezwać. No więc witam na moim kolejnym blogu. Na razie wciąż jeszcze nie wygląda tak jak powinien, zbytnio mi się nie podoba, no ale nie narzekam xD. Także jak widać kazeta po raz kolejny publikuje opowiadanie znowu na prośbę Czytelniczki. Ja już wiem, że ten blog nie będzie popularny, bo ja tego nie potrzebuję :) Robię to tylko dlatego, że zostałam poproszona, a ja jestem zdania, że dla jednego czytelnika założę tego bloga, choćby tylko ta jedna osoba to czytała. Jeśli trafiasz tu po raz pierwszy, nie przestraszysz się dwóch pierwszych notek i sięgniesz do trzeciej, to gratulacje ;) Po raz kolejny powtórzę, że komentarze nie są dla mnie ważne, chociaż zawsze miło mi jest, jeśli widzę, że ktoś stale tutaj zagląda. Przede wszystkim liczy się dla mnie krytyka, bo krytyka uczy :D Także jeśli ktoś zauważy jakiś błąd czy cokolwiek mu się nie spodoba, to błagam o info na gg, na priv czy w komentarzu. Hmmm... co ja jeszcze miałam tu napisać... Z ważniejszych rzeczy chyba wszystko xD

Z góry przepraszam za obrazek, jest trochę niedopracowany, ale to już kwestia mojej zabawy :D

Co do opowiadania, pisałam je już jakieś 10 miesięcy temu, teraz tylko przepisuję na komputer więc na pewno nie jest doskonałe. Głównymi bohaterami są oczywiście chłopaki z Simple Plan. I w sumie jest trochę inne niż wszystkie moje poprzednie opowiadania, dlatego zastanawiałam się, czy mogę je publikować. Splotłam w nim dwie historie, Pierre'a i David'a, więc nie martwcie się, że początkowe party są o Pierre'rze. David też się wkrótce pojawi. I niech was nie przerazi początkowa postawa Bouviera.

I to byłoby na tyle. Peace!