niedziela, 27 stycznia 2013

PART V


Nadal nie miałem pojęcia, co zrobić, żeby ona mi przebaczyła. I co gorsza nadal nie wiedziałem, dlaczego tak bardzo mi na tym zależy. W żaden sposób nie mogłem pozbyć się jej z głowy. Chciałem zapomnieć. Naprawdę chciałem i próbowałem zapomnieć. Ona przyćmiewała moje wszystkie codzienne sprawy. Nie mogłem na niczym się skupić.
-Co się z tobą ostatnio dzieje? – zapytała moja stała klientka z niepokojem, wpatrując się, jak zakładam spodnie. Milczałem. Nie lubiłem mieszać prywatnych spraw z pracą. Nie mówiąc o tym, że z tą kobietą łączyło mnie tylko łóżko – Jakiś taki pochmurny jesteś... Moze masz ochotę na drugi numerek? – zapytała, uśmiechając się.
-za ile, kochanie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
-Tobie tylko jedno chodzi po głowie – zachichotała, zawijając się w pościel. Wyciągnąłem rękę po swoją koszulkę, szybko wciągnąłem ją na siebie i spojrzałem na nią wyczekująco. Kobieta wyciągnęła z jednej z szuflad portfel i położył plik banknotów na moją wyciągniętą dłoń. Uważnie je przeliczyłem.
-Dałaś mi o stówę za dużo – oznajmiłem, usiłując oddać jej kasę. Uśmiechnęła się.
-Specjalnie to zrobiłam, byłam ciekawa, co zrobisz. Porządny z ciebie chłopak, Pierre, naprawdę porządny. Gdybym była o kilka lat młodsza, nawet przez sekundę bym się nie wahała. No ale niestety nie mam tego szczęścia... – machnęła dłonią lekceważąco – Weź tę stówę, przyda ci się.
-Nie potrzebuję twojej łaski – odparłem dumnie, nadal nie opuszczając dłoni.
-To nie jest łaska, to nagroda. Daj spokój, na pewno ci się przyda – zachęcała mnie – A ja i tak mam za dużo pieniędzy.
Wzruszyłem ramionami i schowałem kasę do portfela. Tak, ta stówa na pewno nie będzie mi zawadzać. A skoro ona jej nie chce, to nie będę naciskał.
-W takim razie ja się zbieram – powiedziałem, obracając się na pięcie i ruszając w stronę drzwi. Ona westchnęła cicho i usiadła na brzegu łóżka. Zawsze szkoda mi było zostawiać tych biednych ludzi, dlatego starałem się uciekać szybko, bez zbędnego przedłużania. Zresztą ja też miałem swoją robotę. Wiedziałem, co oni czują, niejednokrotnie przyduszała mnie samotność. Stałem już koło drzwi, nawet wyciągnąłem dłoń, by je otworzyć. Nie zrobiłem tego.
-Słuchaj... – zawahałem się przez moment, ale jednak machnąłem na to ręką – W jaki sposób mogę zaimponować dziewczynie? – obróciłem się na pięcie i spojrzałem na nią z nadzieją. W końcu ona też jest kobietą. I na pewno o czymś marzy.
-Bouvier! – kobieta uśmiechnęła się triumfalnie – Zakochałeś się? Ty się zakochałeś? – zachichotała.
-Nie! – zaprzeczyłem do razu, chyba nawet zbyt porywczo – Po prostu ją obraziłem i nie mam pojęcia, w jaki sposób ją przeprosić. A ona nie chce mi wybaczyć...Muszę zrobić to w niebanalny sposób...
-Pierre, mogę zadać ci pytanie? – zapytała, poważniejąc. Zgodziłem się – Jak wiele dziewcząt próbowałeś w taki sposób przeprosić? Nie musisz odpowiadać na głos – dodała od razu – Tylko przemyśl to. Jesteś naprawdę inteligentny, myślę, ze niedługo na to wpadniesz. A wracając do twojego problemu... – kobieta podrapała się po brodzie, pilnie mi się przyglądając – Musisz po prostu wykorzystać jej hobby.
-Hobby! – prychnąłem z ironią – A żebym ja wiedział, jakie ona ma hobby!
-No to nie wiem – kobieta podrapała się po głowie – Na pewno coś o niej wiesz! Nawet z jednego krótkiego spotkania możesz wyciągnąć jakieś wnioski! Coś o niej wiesz chyba, co?
-N... No właśnie... Nie za bardzo... – wymamrotałem, wlepiając wzrok w podłogę.
-Bouvier, pomyśl trochę! Przecież musisz coś wykminić!
Przez moment stałem w bezruchu, pilnie się zastanawiając. Tylko co ja jeszcze mogłem zrobić? Gadałem z nią przez zaledwie kilka dobrych minut, co niby miałbym wyciągnąć?
-A niech to! – wrzasnąłem, podskakując– Przecież to takie oczywiste! Muzyka! Ona miała gazetę o muzyce! Tylko co w związku z tym... – podrapałem się po głowie, wpatrując się w kobietę błagalnie, by pomogła mi coś wymyślić. Ona tylko patrzyła na mnie z lekkim uśmieszkiem i ciekawością – Nie.... – wyszeptałem, kręcąc głową – O nie, nie, nie... Nie zrobię tego. Nie mogę.
Ona tylko uśmiechnęła się nieco szerzej i wzrokiem próbowała zachęcić mnie do zmiany decyzji. Jęknąłem cicho z rozpaczą i ruszyłem ku drzwiom.
*** 
Siedziałem na krawężniku, ciągle przesiewając piasek z ulicy. Oni siedzieli w środku, widziałem, jak tam wchodzili. Nie zatrzymałem ich. Nie potrafiłem tak zhańbić swojej dumy, nawet dla niej. Ale nie mogłem też odejść, coś kazało mi tu tkwić i wciąż czekać. Zadrżałem. Zrobiło się zimno i zapewne późno. Zerknąłem na zegarek. 15.30. Za pół godziny będę musiał znaleźć się tam.
W końcu dotarło do mnie, że to, co robię, nie ma żadnego sensu, że równie dobrze mógłbym pójść stąd już teraz. A jednak tu tkwiłem. Tkwiłem i się gapiłem. Tak dalej być nie mogło. Powoli ruszyłem ku jego drzwiom. Postanowiłem zrobić to teraz, póki jeszcze nie zdążyłem się rozmyślić. Przyspieszyłem kroku. Wiedziałem, że mój honor na tym ucierpi, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że to jedyne rozwiązanie. Jeszcze przy samych drzwiach się zawahałem. Ale warknąłem do siebie, że skoro tak daleko doszedłem, to następny krok tez muszę postawić i zadzwoniłem.
Chyba trochę bałem się tej rozmowy, ale wyczułem to dopiero, gdy czekałem. A Chuck’owi chyba specjalnie się nie śpieszyło. Wydawało mi się, że stałem tam całą wieczność. Już miałem naprawdę to wszystko olać i odejść, kiedy jednak drzwi otworzyły się. Przełknąłem cicho ślinę. Moim oczom ukazał się brunet we własnej osobie.
-A to ty – wymamrotał obojętnie – Zakładaliśmy się, kiedy w końcu wejdziesz i po kiego grzyba tu przylazłeś. Seb obstawiał, że chcesz wysadzić mój dom – zachichotał cicho, ale spoważniał, gdy zauważył, że to wcale mnie nie śmieszy – ty nie chcesz wysadzić mi domu?
-Co? – zapytałem zdumiony jego pytaniem.
-To dobrze – odetchnął brunet – Moi rodzice wybaczyliby mi wszystko, ale na pewno nie to, że nie mają już gdzie mieszkać... Więc po co się tu kręcisz, bo na to pytanie wciąż nie uzyskałem odpowiedzi.
-Ja... Ja mogę się do was przyłączyć – wydusiłem z siebie. Odpowiedziała mi cisza. Chuck’a uśmiech jakby nieco zbladł. Brunet z wyraźnym zagubieniem podrapał się po głowie. Z walącym sercem przyglądałem się jego minie. W końcu od tego zależało naprawdę wiele.
-Sam nie mogę o tym zdecydować, w zespole są też Jeff i Seb – Chuck cofnął się i gestem zaprosił mnie do środka – Musimy przegadać to z chłopakami – powiedział, ruszając w stronę swojego pokoju. Przewróciłem oczami, czego na szczęście nie zauważył. Powoli wlokłem się za nim, nie za bardzo wiedząc, co mam dalej robić.
-Śmiało – zachęcił mnie Chuck – Nie zjemy cię, jeszcze nie zdążyliśmy przygotować grilla – zachichotał.
-Ale możecie to jeszcze zrobić – wymamrotałem, na szczęście jednak on tego nie dosłyszał.
-Zgadnijcie, kto nas odwiedził! – krzyknął wgłąb pomieszczenia brunet.
-Czy to będzie może... Pierre? – zapytał z nutką ironii Jeff, którą wyczułem natychmiast. Miałem ochotę odwrócić się i stamtąd odejść, ale tego nie zrobiłem. Starałem się trzymać nerwy na wodzy.
-Strzał w dziesiątkę! – ucieszył się Chuck, klaszcząc wesoło – No Pierre, co tak stoisz, właź! – pomachał w moją stronę. Niepewnie przekroczyłem próg pokoju. Seb na moje wejście zagrał jakąś melodię, nie znałem jej. Ale kiedy Chuck i Jeff wybuchnęli głośnym śmiechem, ponownie zrobiło mi się głupio.
-Dobra, wystarczy! – krzyknął głośno błękitnooki, widząc moją minę – Zobaczcie jak on wygląda! – reszta momentalnie spoważniała, co mnie zaskoczyło. Nigdy bym nie przypuszczał, że oni tak potrafią. 
-Pierre chce zostać wokalistą – oznajmił Chuck, zauważając, że nie jestem skory do rozpoczęcia rozmowy. Chłopaki spojrzeli to na swojego kumpla, to na mnie.
-Narada! – wrzasnęli chórem, zrywając się. Chuck zerknął na mnie przepraszająco. Pokiwałem w milczeniu głową na znak, że rozumiem. Przez jakiś czas samotnie stałem i czekałem. Koszmarnie się nudziłem, a nie chciałem Chuck’owi grzebać po szafach, by nie wyjść na wścibskiego. Z drugiej strony nienawidziłem bezczynności, być może dlatego, że nie byłem do niej przyzwyczajony. Słyszałem gdzieś z boku ich głosy, jednak nie potrafiłem rozróżnić słów. To tylko wzmagało siłę moich nerwów. Wiedziałem, co oznacza ta dyskusja. Jeden z nich nie jest do końca przekonany co do tego pomysłu. Nie mogłem już tego wytrzymać. Po raz kolejny się rozejrzałem i po raz kolejny w oczy rzuciły mi się dwie gitary. Przez moment się wahałem, w końcu to nie była moja własność. Jednak chciwość znowu wygrała. Powoli podszedłem do łóżka, chwyciłem czarnego akustyka. Na początku starałem się grać jak najciszej, żeby oni się na mnie nie wkurzyli, a raczej by w ogóle nie zauważyli, że dotykałem ich własności. Potem już zupełnie zapomniałem o tym, gdzie ja jestem i co ja tu robię. Dałem się ponieść muzyce, wczułem się w rytm tworzony przez struny gitary. Sam nie mam pojęcia, jak nazwać ten stan, w którym byłem. Zastanawiałem się, czy każdy artysta tak ma. Ci najlepsi na pewno.
-No widzicie!? On świata poza muzyką nie widzi! – dotarł do mnie czyiś głos – Tylko jeszcze o tym nie wie!
Wtedy zorientowałem się, że oni są tutaj od jakiegoś już czasu. Zerwałem się, nie za bardzo wiedząc, co robić i jak się zachować.
-Ja... Przepraszam... – wymamrotałem zawstydzony, odkładając instrument – Tak jakoś leżała i... i wziąłem... – wydukałem.
-Spokojnie, Pierre! – uśmiechnął się Jeff, poklepując mnie po ramieniu – Przecież nie mam do ciebie żadnych pretensji – usiadł, a raczej osunął się na łóżko. Ja nadal stałem, czując się nieco głupio.
-Pierre, nie obraź się, ale... ty jesteś straszny sztywniak! Stary, wyluzuj trochę! – krzyknął rozbawiony Seb. Prychnąłem cicho pod nosem. Akurat na jego opinii na ten temat mi nie zależało. Nie chciałem tego mówić na głos. Najpierw wolałem poznać ich decyzję na temat mojej gry.
-I co? – zapytałem Chuck’a, olewając chłopaków – Podjęliście decyzję?
-Podjęliśmy – odparł chłopak po krótkiej chwili ciszy, jakby wciąż jeszcze się wahał – Zostaniesz wokalistą zespołu. Przejmiesz też gitarę, jeśli to nie problem. Wtedy Seb zaopiekuje się basem, Jeff też weźmie gitarę, a ja perkusję.
-Okej – odetchnąłem z ulga, chociaż jakoś mnie to nie cieszyło. Właściwie to tak naprawdę nie wiedziałem, po co to robię. To nie miało żadnego sensu. Miałem tylko nadzieję, że ona mi wybaczy. Tylko czy to wystarczy?
-Ale Pierre, musisz zrozumieć, że to nie zabawa – spoważniał Chuck – To też rządzi się swoimi prawami. Przede wszystkim musimy wziąć się do roboty i pokazać się, to najważniejsze. Czyli próby, próby i próby. I słuchajcie – zwrócił się do całej grupy – Nie możemy tego olewać, jeśli chcemy coś osiągnąć. A chcemy, prawda? – Jeff i Seb od razu ochoczo przytaknęli, ja dopiero po dłuższej chwili – A więc w tym miejscu oficjalnie ogłaszam powstanie nowego zespołu... – zamilkł na moment – Jak my w ogóle będziemy się nazywać? – zagubiony brunet podrapał się po głowie. Seb i Jeff spojrzeli po sobie i parsknęli głośnym śmiechem. Uśmiechnąłem się lekko z ironią. No tak, zapomnieliśmy o najważniejszym.
-Chłopaki, to nie jest śmieszne! – warknął Chuck – Nazwa jest naprawdę ważna...
-Czuczi, przestań przejmować się takimi głupotami! – błękitnooki oparł ręce o tył głowy – Z czasem nazwa przyjdzie sama. Skoro dzisiaj takie święto, to powinniśmy się razem napić!
-Jestem za! – Jeff pierwszy się zerwał, na co Chuck i Seb wybuchnęli głośnym śmiechem.
 -Nie masz jeszcze dość po ostatniej popijawie? –naśmiewał się z niego jeden z jego kumpli. Stinco zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś gorączkowo.
-Nie pamiętam, co było ostatnio – wymamrotał nerwowo.
-Wcale się nie dziwię! – wrzasnęli obaj chłopaki, po czym spojrzeli po sobie i znowu się roześmiali. Na koniec przybili sobie piątki.
-Wybaczcie chłopaki – przerwałem ich tę jakże interesującą dyskusję, wstając powoli z łóżka – Ja muszę stąd spadać. Kiedy indziej się z wami napiję. To do jutra! – zawołałem, nie dając im dojść do głosu. Specjalnie tak zrobiłem, żeby uniknąć zbędnych pytań. Szybko wyskoczyłem z Chuck’owego pokoju. Drogę zdołałem zapamiętać, zresztą to nie było jakieś szczególnie trudne. Wiązałem buty, kiedy Comeau pojawił się obok mnie.
-Jesteś pewny, że nie chcesz z nami iść? – upewnił się jeszcze na wszelki wypadek. Wyprostowałem się, zerkając na zegarek.
-Naprawdę dzięki Chuck, ale mam naprawdę ważne spotkanie, a i tak już jestem spóźniony. Innym razem, naprawdę – obiecałem, wyciągając dłoń w stronę kumpla. On niepewnie ją uścisnął. Przez moment tak staliśmy, wpatrując się we własne twarze.
-Dzięki Pierre – odezwał się Chuck, całkowicie mnie zaskakując – Za to, że przyszedłeś – dopowiedział szybko – Mam nadzieję, że razem coś stworzymy. W sumie... W sumie to jestem tego pewien.
Milczałem. Milczałem, czując, że teraz nie muszę się odzywać. Dopiero po jakiejś minucie jego uścisk zelżał. Wyślizgnąłem z niego dłoń i powoli się odwróciłem. Odszedłem obserwowany przez wzrok wielkoczołego. Dopiero za rogiem rzuciłem się w wir biegu. W ogóle nie miałem czasu na jakieś wcześniejsze przygotowanie. Zastanawiałem się, co ja tak właściwie wyprawiam. Zamiast pracować, ja będę obijał się w jakimś głupim zespole, który chyba nigdy nie wyjdzie na prostą. Bo naprawdę nie wierzę by to wypaliło. Zależało mi tylko na tym, by ona dowiedziała się, że potrafię. Tylko dlaczego? Kim ona dla mnie jest?

2 komentarze:

  1. KOCHAM jak zawsze! <3.
    Moje kochane Boubou <3.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh... Jak Pierre się poświęca :D Teraz to ta dziewczyna nie ma szans :D Musi przyjąć jego przeprosiny xD
    Jeszcze mu to wyjdzie na dobre ^^

    OdpowiedzUsuń