wtorek, 30 kwietnia 2013

PART XVIII


-O, Dave! – jej chichot rozpoznałem od razu. Kate była tak pijana, że  chyba nie wiedziała, co mówi i co robi. Ciągle się z czegoś śmiała, a ja nie miałem pojęcia, co robić.
-Dobra, na dzisiaj to chyba koniec! – krzyknąłem, ciągnąc ją w stronę schodów. Gdyby to była przypadkowa dziewczyna, na pewno bym ją olał. Ale to Kate. Nie miałem serca zostawić jej tutaj, w takim stanie.
-daj spokój, nawet nie zaczęłam się bawić – wrzasnęła ona, stając na dwóch nogach i wyzywająco tańcząc. Westchnąłem ciężko, ponownie ją łapiąc i ciągnąc na górę. Chciała mi się wyrwać, ale po chwili zrozumiała, że to nie ma żadnego sensu.
-A ululasz mnie do snu? – zapytała błagalnie, a potem zachichotała – Zaśpiewasz kołysankę?
-No jasne – wymamrotałem pod nosem ciężko, wspinając się schodami. Kate wcale nie ułatwiała, chciała tańczyć dalej, chociaż powtarzałem jej, że dzisiaj już wystarczająco zabalowała. W końcu jednak dotarliśmy do jakiegoś pokoju. Odetchnąłem z ulgą i nacisnąłem na klamkę. Niestety w środku już ktoś był, a konkretnie dwie osoby, bardzo sobą zainteresowane. Nie zdążyłem im się przyjrzeć, szybko z powrotem zamknąłem drzwi, przeklinając siebie w duchu. Kate ciągle chichotała, miałem już tego dość. Otworzyłem kolejne drzwi, na szczęście tym razem pokój był wolny. Zaprowadziłem dziewczynę do łóżka, bo już sam nie byłem pewien, czy trafi o własnych siłach. Mając nadzieję, że zaraz zaśnie, ruszyłem w stronę drzwi. Ale to nie było takie proste. Po chwili usłyszałem kroki. Zatrzymałem się, ona także.
-Miałaś leżeć – powiedziałem.
-a ty miałeś mnie ululać!
Znowu przekląłem cicho pod nosem i odwróciłem się. Z powrotem zaprowadziłem ją do łóżka. Posłusznie usiadła, wpatrując się we mnie wyczekująco. Także usiadłem, postanowiłem poczekać, aż ona uśnie. Ale dziewczyna nie kładła się, tylko patrzyła na mnie z podejrzanym uśmieszkiem. Nagle rzuciła się na mnie i zanim zdążyłem skapnąć się, o co chodzi, już się z nią całowałem. Ona nie zamierzała się pieprzyć, już zdejmowała koszulkę. Na szczęście w porę zdążyłem ogarnąć się z szoku i szybko się od niej odkleiłem.
-Co ty wyprawiasz? – warknąłem wkurzony i jednocześnie zdruzgotany. Ona zdawała się nie żałować tego kroku, wręcz przeciwnie, była z siebie zadowolona jak nigdy. Z ciekawością oblizywała wargi. Cofnąłem się na bezpieczną odległość. Teraz już znałem jej plany.
-Myślisz, że jestem głupi? – prychnąłem wściekły – Myślisz, że dam się wykorzystać? Nie jestem twoją zabawką! Kate, ja nie dam się w to wplątać! Nie chcę być jednym z mężczyzn, którego odhaczysz na swojej liście przeleconych! Nie jestem bezuczuciowym przedmiotem i masz nie traktować mnie jakbym nim był, rozumiesz?! Nie życzę sobie czegoś takiego!
Ona nadal się na mnie patrzyła, jej uśmiech z każdym kolejnym moim słowem nieco bledł. Widziałem to, a mimo wszystko kontynuowałem swoje wywody. W końcu ona, ku mojemu zaskoczeniu, wybuchnęła głośnym płaczem. Wtedy nieco się pogubiłem, nie wiedziałem, co robić. Machnąłem lekceważąco dłonią i usiadłem przy niej, nieśmiało przyciągając ją do swojej piersi. Chyba trochę przesadziłem. Ale nie zamierzałem przepraszać. Nie za prawdę.
-Ja... czasami mam już tego dość... – wychlipała – Czasami już nie mogę... To nie takie proste, słyszysz? To nie tak, że ty to zrobisz i po sprawie! Ja też mam swoje uczucia. A wszyscy myślą, że jak galerianka, to można z nią zrobić wszystko. A... A to nie tak... Ja czasami też pragnę być zwykła, rozumiesz? Czasami... Nie chcę...
-Więc dlaczego z tym nie skończysz? – zapytałem cicho – Dlaczego jesteś taka oschła i niemiła? Przecież potrafisz być inna, ja to wiem...
-Bo...Bo to trudne – wymamrotała – Ja naprawdę próbowałam... Tyle że ja chciałam... Zrozum... Ja mam fajne rzeczy... Zresztą co miałam innego robić? Siedzieć w domu i kisić się?
-Czyli tak widzisz swoją przyszłość? – zapytałem cicho – Będziesz przystawiać się do nadzianych kolesi, żeby mieć się z czego utrzymać? To wiesz co, niedługo wszyscy będą omijać cię szerokim łukiem, a przyjaciele okażą się fałszywymi przyjaciółmi. Kate, niszczysz sobie życie...
-Wiem – wymamrotała – Ale jakie ja mam inne wyjście? Teraz jest już za późno...
-Nigdy nie jest za późno – odparłem pewnie – Jeśli bardzo będziesz chciała, to ci się uda. Mogę ci pomóc – zaproponowałem nieśmiało. Wciąż jeszcze w sercu miałem swego rodzaju strach, że ona odrzuci moją propozycję. Ale na szczęście tak się nie stało. Ona ze łzami w oczach się we mnie wpatrywała jakby do końca nie wierzyła w swoje szczęście.
-Naprawdę? – zapytała, by się upewnić.
-Naprawdę – odpowiedziałem radośnie. Ona z powrotem wtuliła się w moją klatkę piersiową. Uznałem to za zgodę i przytuliłem ją jeszcze mocniej.
-Jesteś niesamowity – wyszeptała – Niesamowity.
-Dlaczego? - Zapytałem zaskoczony. Takich słów z jej ust się nie spodziewałem.
-Nie każdy normalny człowiek zgodziłby się na rozmowę z galerianką. Ludzie myślą, że my tego nie potrzebujemy, że nie mamy uczuć. A my też czasami pragniemy się po prostu przytulić, z miłości.
-Galerianki to też ludzie – odparłem zamyślony, wpatrując się w ścianę. Jeszcze przez jakiś czas gadaliśmy, ale miałem wrażenie, że Kate przysypia. Zaczekałem, aż zaśnie przy moim ramieniu, potem delikatnie położyłem ją na łóżku, przykryłem kocem, a sam zszedłem na dół, do kuchni. Wypiłem jeszcze jakiegoś drinka i ruszyłem w stronę domu, mając już tego wszystkiego serdecznie dosyć.
NARRACJA PIERRE’A
Obudziłem się z czarną dziurą w głowie. W ogóle nie miałem bladego pojęcia, co robiłem wczorajszego wieczora. Łeb ostro mi pulsował, miałem wrażenie, że za chwilę rozpadnie się na części. Leżałem w bezruchu, usiłując sobie przypomnieć cokolwiek, chociażby gdzie byłem. Trochę bałem się otworzyć oczy, by nie doznać szoku. Ale zdawałem sobie sprawę, że tego etapu i tak nie ominę. Ostrożnie uniosłem powieki do góry. Zaatakowała mnie biel, biel tak porażająca, że od razu musiałem zamknąć oczy z cichym jękiem. Robiłem tak kilkakrotnie, aż w końcu mój wzrok się przyzwyczaił. Natychmiast stwierdziłem, że nie mam pojęcia, gdzie się znajduję. Rozejrzałem się. Obok mnie była jedynie naga Nati. Przekląłem pod nosem. Wlepiłem tęczówki w sufit, modląc się, by to był tylko koszmar. Ale się nie obudziłem z tego snu, a to mogło oznaczać tylko jedno: to rzeczywistość. Wciąż leżałem w obcym łóżku z błogo uśmiechającą się Nati. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co się stało, co ja zrobiłem. Zerwałem się jak poparzony zacząłem biegać, szukając własnych ubrań. Po chwili dotarło do mnie, że przecież nie mogę jej obudzić. Zacząłem zachowywać się nieco ostrożniej. Zdawałem sobie sprawę z tego, że przesadziłem. Zresztą nie tylko ja.
Cichutko zamknąłem za sobą drzwi i biegiem zeskakiwałem z tych cholernych schodów. Zanim jeszcze pobiegłem ku drzwiom wejściowym, zahaczyłem o kuchnię. Jedną butelkę wody wypiłem na miejscu, drugą wziąłem ze sobą. Przeskakiwałem przez półnagich ludzi, czując, że chyba nie tylko ja będę zdumiony dzisiejszego poranka. Niektórzy byli pijani, inni wyglądali na naćpanych. Przełknąłem cicho ślinę. Chciałem już się stąd wynieść.
Nie miałem pojęcia, co mam ze sobą zrobić. Biegałem w parku, wokół sadzawki, właściwie nie wiedziałem, po co. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to nic nie da. Chyba chodziło o to, by uspokoić jakoś swoje emocje. To niestety mi nie pomogło. Kiedy zmęczony upadłem na trawę, nadal nie mogłem dojść do siebie po tym wszystkim. Nie wierzyłem w to, co się wydarzyło, w to co widziałem. Nie potrafiłem wybaczyć sobie tego, że straciłem kontrolę. Nie mogłem zrozumieć swojego zachowania. Cholera... Ja przespałem się z Nati.
NARRACJA DAVE’A
W poniedziałek znowu w podskokach leciałem do szkoły. Dziwiłem się ludziom, którzy patrzyli się na mnie jakbym zwiał z psychiatryka. Z drugiej strony... Kto inny oprócz mnie o siódmej rano ma dobry humor?
Śpiewając sobie green day’a, przeskoczyłem przez próg szkoły. Od razu wzrokiem wyhaczyłem Pierre’a i Nati. Chłopak miał nietęgą minę, nawet do głowy mi przyszło, że za chwilę się rozpłacze. Tylko dlaczego? Wzruszyłem ramionami i minąłem ich. W końcu to nie moja sprawa. Nie mogłem na chama wciskać się w życie bruneta. Już raz za to oberwałem.
Tego dnia czułem w sobie nadmiar energii. Latałem po korytarzu jak jakaś wyjątkowo nerwowa mucha. Gadałem sobie z każdym znajomym i nieznajomym. Właściwie to chyba trudno było złapać mnie na przerwach, więc nie dziwiłem się Kate, że goniła mnie po lekcjach.
-David! – jej słaby głos dopiero po pewnym czasie przebił się przez głos mojej grupy. Kilka głów z ciekawością się obróciło. Moja także.
-Mogę z tobą porozmawiać w cztery oczy? – zapytała, zaciskając mocno pięści. Naprawdę musiało jej na tym bardzo zależeć. Spojrzałem na swoich kumpli.
-Nie musicie czekać – powiedziałem, dając im do zrozumienia, że nie chcę, by byli przy tej rozmowie. Na szczęście zrozumieli, co miałem na myśli i szybko zniknęli. Nie odzywając się, usiadłem na pierwszej lepszej ławce i rzuciłem jej zachęcające spojrzenie. Ona nie poruszyła się, chyba zastanawiała się nad tym, czy nadal chce ze mną mówić. Po chwili jednak podeszła do mnie, ale nie usiadła. Miałem wrażenie, że czegoś się boi.
-Przecież cię nie ugryzę – zachichotałem. Ona nie odpowiedziała mi nic, tylko westchnęła cicho.
-Przejdę do rzeczy – wymamrotała – Słuchaj... Koleżanka mi mówiła, że wtedy... u Jo... że wtedy... no.. Ona widziała nas... Wiesz... Nic nie pamiętam... Czy my...
-Nie – przerwałem jej, patrząc prosto w jej tęczówki – Nie spaliśmy ze sobą, jeśli o to ci chodzi. Co prawda chciałaś mnie zaciągnąć do łóżka, ale zachowałem tę resztkę rozumu.
Kate odetchnęła. Chyba poczuła tak ogromną ulgę, że aż była w stanie usiąść. Na moment zamknęła oczy i głęboko oddychała. Chyba przedtem była pewna, że między nami coś się wydarzyło.
-Dzięki, Dave... – wyszeptała – Gdyby... Gdyby okazało się, że... – przełknęła ślinę i schowała twarz w dłoniach.
-Powiedziałaś, że chcesz się zmienić – przypomniałem jej, wlepiając wzrok w chodnik i czekając na jej reakcję – Mówiłaś, że chcesz to rzucić, że masz tego dość. Chciałaś, żebym ci w tym pomógł – spojrzałem w jej stronę i omal jej nie poznałem. Strasznie zbladła.
-zapomnij o tym – zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, ona szybko się zerwała – Zapomnij o wszystkim, wtedy byłam pijana, nie wiedziałam, co mówię. Po prostu zapomnij, okej?
-A... ale Kate...
-To nie jest twoja sprawa! – wrzasnęła nagle, zrywając się – Może i wtedy chciałam, ale teraz już nie chcę! Odwal się ode mnie!
-Jak chcesz – odparłem oschle, również wstając – To już chyba koniec naszej rozmowy. Cześć – pożegnałem się i odszedłem. W ogóle jej nie rozumiałem i nie rozumiałem jej zachowania. I szczerze mówiąc miałem dość. Szanowałem jej życie. Nie chciałem wpierniczać się w czyjeś życie na siłę. Uznałem, że tym razem trochę przesadziłem z Kate. Dałem upust swoim emocjom, swojemu cholernemu uporowi. Powinienem się jakoś hamować, w końcu nie mam z nimi nic wspólnego, ani z Pierre’em, ani z Kate. Przecież całego świata nie zbawię, wszystkim nie będę w stanie pomóc.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

PART XVII


Następnego poranka znacznie bardziej przypominałem człowieka niż wieczorem. Część moich ran zniknęła całkowicie i nawet Julia była zaskoczona efektem swojej pracy.
-Jeszcze te ręce będą kiedyś ciebie operować! – zachichotała, próbując pudrem zakryć widoczne ślady. Ja tylko modliłem się, by mama nic nie zauważyła.
-Po moim trupie! – krzyknąłem, udając przerażenie. Ona roześmiała się.
-te ręce narodziły się po to, by leczyć.
-Tak, chyba kaleczyć – prychnąłem, wstając i wychodząc z jej pokoju. Przez moment wpatrywałem się we własne odbicie. Julia popracowała nad moją twarzą i wręcz perfekcyjnie pokryła pudrem moją twarz. Wręcz dziwiłem się, że to można zrobić tak idealnie.
W podskokach pokonałem schody. W pięć minut pochłonąłem śniadanie, wepchnąłem się przed Julią do łazienki i wymyłem szybko zęby, pospieszany przez wrzask siostry. Sam zresztą się śpieszyłem. Miałem nadzieję na to, że złapię Kate w szkole bez koleżanek, bo inaczej wiedziałem, że mój plan nic by nie dał. Chociaż wątpiłem w to, by to coś pomogło. Ale spróbować musiałem. Pożegnałem się z mamą, która zupełnie nic nie podejrzewała i ulotniłem się.
Wczoraj w nocy długo nad tym wszystkim myślałem. I uznałem, że się boję. Tak, przyznaję, boję się. Cholernie się boję, bo tamci faceci, którzy wczoraj się ze mną rozprawiali, , nie wyglądali na żartujących. Naprawdę mogą mnie załatwić z palcem w nosie. A jednak chciałem jeszcze trochę w tym Montrealu pożyć. To oznaczało jedno – po raz pierwszy w życiu odpuszczałem. Chociaż tak naprawdę nie chciałem tego robić. Nadal wierzyłem w Kate i w to, że ona mogłaby się zmienić. Tyle że zmuszanie jej do czegokolwiek nie miało sensu. A skoro do tej pory się nie ugięła, to naprawdę małe szanse, że ja mógłbym to zmienić. Musiałem pogodzić się z tym, że jednak mi się nie udało. Nie każdego człowieka jestem w stanie uratować.
-Przyszła Kate? – wrzasnąłem, widząc samotnie siedzącego Pierre’a na ławce. Brunet uniósł głowę do góry, a zauważywszy, że to tylko ja, szybko ją spuścił.
-A widzisz gdzieś tu Nati? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Rozejrzałem się po korytarzu.
-Takie tłumy, że przez przypadek mogłem jej nie zauważyć – prychnąłem, drapiąc się po brodzie. Pierre zarechotał. Usiadłem obok niego i zacząłem tupać ze zniecierpliwienia. Jak zwykle cholernie mi się nudziło.
-Jeśli specjalnie przyszedłeś tak wcześniej, to musze ci przyznać, że nie trafiłeś. Zwykle na pierwsze lekcje dziewczyny nie przychodzą.
Przekląłem pod nosem. To kolejny argument za tym, że powinienem już skończyć się z tym bawić. Prawie w ogóle jej nie znam. A po takim czasie powinienem już coś wiedzieć.
-Jeszcze sobie nie odpuściłeś? – kontynuował brunet, wpatrując się we mnie – Chyba wczoraj dałem ci do zrozumienia, że to niebezpieczne, co?
-Zdążyłem już poczuć to niebezpieczeństwo na własnej skórze – odparłem, szczerząc się do bruneta. Ten jeszcze szerzej otworzył oczy.
-Pobili cię? – zapytał, ściszając głos. Potwierdziłem to ruchem głowy, ale on chyba mi w to nie uwierzył – Niemożliwe – prychnął, opierając się o ścianę – I żadnych śladów nie zostawili?
-Te ręce leczą – powiedziałem głębokim tonem, wyciągając dłonie w jego stronę. Pierre spojrzał na mnie nieufnie, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem.
-Jak się dokładnie przyjrzysz, to zobaczysz, że na twarzy mam masę pudru – dodałem, nadal się jeszcze trochę podśmiewając z mojego żartu. Brunet przymrużył oczy i przez krótką chwilę mi się przyglądał.
-Rzeczywiście! – krzyknął zaskoczony.
-Moja mama zrobiłaby mi piekło w domu, gdyby dowiedziała się, że się biłem – wymamrotałem ledwo dosłyszalnie. Pierre westchnął. Wydawało mi się, że usłyszałem nutkę zazdrości. Ale uznałem, że to przypadek. Bo w końcu czego miałby mi zazdrościć? Pobicia czy nadopiekuńczej matki?
Pierre miał rację, dziewczyny zjawiły się dopiero po dwóch pierwszych lekcjach. Znowu plątały się w tej cholernej grupie, a ja już nie mogłem spokojnie wysiedzieć. W końcu wzrokiem wyhaczyłem moment, w którym Kate była sama. Wykorzystałem tę sytuację i podszedłem ją od tyłu.
-Nie spodziewałem się, że jesteś zdolna do takich rzeczy – wysyczałem. Ona zadrżała. Przez moment wydawało m i się, że się waha, ale jednak odwróciła się.
-Znowu zamierzasz zawracać mi głowę? – zapytała zdumiona – Podziwiam...
-To już ostatni raz – odparłem krótko – Naprawdę nie myślałem, że posuniesz się do tego kroku...
-Niektórzy na to zasługują – warknęła, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że ja jestem w tej grupie.
-Naprawdę sądzisz, że zasługują na to osoby, które chcą pomóc?  - zapytałem cicho. Ona nie odpowiedziała nic, tylko nadal się we mnie wpatrywała – Przemocą nic nie osiągniesz. Wiesz co? Okej, ja dam ci spokój. Tak, nie żartuję – potwierdziłem, widząc jej niedowierzający wyraz twarzy – dalej rób sobie co chcesz. Tylko żebyś w pewnym momencie życia nie żałowała swojej przeszłości.
-Nie będę miała czego żałować.
-Wiesz co? Czasami chciałbym wiedzieć, jak to jest być tobą. Olewać wszystkich i wspinać się coraz wyżej, by osiągnąć swoje. Na szczęście tylko czasami. Cześć – nie chciałem z nią dłużej rozmawiać, czułem, że ona ze mną także. Miałem nadzieję, że mimo wszystko czegoś zdołałem ją nauczyć, czegokolwiek. I tylko ciągle zastanawiała mnie pewna rzecz. Dlaczego ona wtsy zachowywała się tak jakby chciała być zwyczajną dziewczyną?
***
-Ja naprawdę nie wiem, czy powinienem tam pójść – wahałem się jeszcze w progu. Pat przewrócił oczami. Przerabialiśmy tę kwestię już kilkakrotnie. Mój kumpel musiał mieć już tego serdecznie dość.
-daj spokój, ciebie miałoby nie być? Jo osobiście ciebie zaprosiła, a to znaczy, że zależy jej, żebyś tam był. Chodźmy, bo jak znowu będziesz się zastanawiał, to stracimy kupę czasu i jak dojdziemy, to będzie już po imprezie.
Wciąż jeszcze niepewny swojej decyzji wywlokłem się z domu. Zadowolony Pat opowiadał mi o tym, jak na poprzednich urodzinach ktoś znalazł w kiblu gacie. Słyszałem to już milion razy. Imprezy Jo to była legenda, wszyscy o nich gadali. Ci którzy byli zaproszeni, czuli się wyróżnieni. Ja jakoś tego nie czułem. I szczerze mówiąc to nienawidziłem takich popijaw, w poprzedniej szkole nigdy w czymś takim nie uczestniczyłem, zazwyczaj dlatego, że z chłopakami z zespołu każdą chwilę spędzaliśmy na grze.  
Niebawem dołączyła do nas reszta znajomych z mojej okolicy. Wszyscy zebraliśmy się w kupę, zaczekaliśmy jeszcze z pięć minut na spóźnialskich i całą paczką ruszyliśmy ku domostwie Jo. Miało to swoje zalety, wszyscy byli tak bardzo rozgadani, że nie zauważyli mojego kiepskiego raczej humoru. Przed wyjściem znowu pokłóciłem się z matką, ciągle się z nią kłóciłem, odkąd przyjechaliśmy do Montrealu. Westchnąłem cicho. Na imprezie zamierzałem posiedzieć tam przez kilka godzin i zniknąć, jak to wszystko zacznie się rozkręcać.
Od razu rozpoznałem chatę Jo i to wcale nie dlatego, że wszyscy zaczęli wrzeszczeć, że to już tutaj. Po prostu muzykę ustawiono tak głośno, że z góry dało się przewidzieć, co tu się będzie działo. Tandetne dźwięki jeszcze bardziej zniechęciły mnie do zabawy, chociaż z drugiej strony spodziewałem się, że green day’a raczej nie puszczą.
Nasza kumpela nawet nie miała czasu, żeby się z nami przywitać, otworzyła tylko drzwi i wrzasnęła: WŁAŹCIE!. Potem gdzieś zniknęła. Zrozumiałem, że mamy się sami sobą zaopiekować. Rozejrzałem się uważnie. Wszystkich znałem zaledwie z widzenia, jedynie z kilkoma osobami gadałem. Ponownie westchnąłem.
-Chodź, Dave – pociągnął mnie za ramię Pat. Przecisnęliśmy się przez tłum ludzi. Wszyscy pozdrawiali mnie i machali. Starałem się odpowiedzieć, choć nie zawsze wiedziałem, komu odpowiadam. Na szczęście szybko znaleźliśmy się w nieco zagraconej kuchni.
-Pat, Dave! – wrzasnął do nas jakiś znany mi z twarzy chłopak, którego imienia nie mogłem sobie przypomnieć. On także był w wyśmienitym humorze – Co dla was? – zapytał, rozkładając ramiona – Częstujcie się, powinno dla wszystkich wystarczyć.
-chętnie – uśmiechnął się Pat – Przyda się coś na rozluźnienie.
Chłopak spojrzał na mnie wyczekująco. Porwałem pierwszą lepszą puszkę piwa, otworzyłem ją z cichym sykiem. Za chwilę mój towarzysz gdzieś zniknął, zostałem sam. Wyszedłem z kuchni i oparłem się o ścianę, obserwując ludzi. Zabawa dopiero się rozkręcała, na razie wszyscy wciąż byli spokojni, rozmawiali, każdy jeśli nie z kieliszkiem, to z puszką w dłoni. Wciąż dochodziło mnóstwo osób, Jo miała coraz większą radochę. Najwyraźniej uwielbiała takie zabawy i uwielbiała je organizować, bo czuła się jak ryba w wodzie.
Kątem oka zauważyłem zniesmaczonego Pierre’a. Chciałem do niego podejść, zagadać, ale zaraz zobaczyłem Nati, uwieszającą się na jego ramieniu. Uznałem, że nie będę im przeszkadzać. Wiedziałem, że nie byliby z tego zadowoleni, zwłaszcza blondynka.
Upiłem łyk ze swojej puszki i skrzywiłem się nieco. Akurat za tym piwem nie przepadałem. Zostawiłem je na komodzie, a sam wróciłem do kuchni. Ten chłopak akurat szykował jakieś drinki, musiał być w tym specjalistą, bo wszyscy czekali na efekt końcowy. Ja pierwszy odważyłem się spróbować tego tajemniczego napoju. Był tak ostry, że przez moment myślałem, że zwymiotuję na miejscu. Porwałem puszkę piwa i popiłem. Ktoś chyba za odwagę poklepał mnie po plecach, nawet nie zauważyłem, kto. Pospiesznie stamtąd zwiałem, znowu zająłem moje miejsce przy ścianie. Wtedy zauważyłem śmiejącą się Kate. Nie wiedzieć czemu przestraszyłem się. Pobiegłem schodami na górę, tam jakimś cudem znalazłem toaletę. Na szczęście była pusta, więc mogłem trochę tam posiedzieć, a właściwie chować się.
Gdy z powrotem znalazłem się na dole, zabawa zdążyła już się rozkręcić. Wszyscy tańczyli, niektórzy nawet śpiewali. Ktoś wcisnął mi w dłonie jakąś szklankę, powoli wypiłem jej zawartość, rozglądając się za Kate. Na szczęście w pobliżu jej nie było. Za to zauważyłem markotnego Pierre’a, tym razem samotnego. Podszedłem do niego.
-Gdzie zgubiłeś dziewczynę? – zapytałem, przekrzykując muzykę. On spojrzał na mnie i wzruszył ramionami.
-Polazła gdzieś – odpowiedział tak cicho, że ledwo dosłyszałem – Przynajmniej na chwilę mam spokój.
-Chyba nie bawisz się za dobrze, co?
-Tak samo jak ty.
Spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy głośnym śmiechem, obaj nie mieliśmy pojęcia, dlaczego.
-Chyba musimy bardziej wczuć się w klimat – zawołałem, rozglądając się. Ktoś zbił jakąś szklankę, nikt oprócz mnie nie zwrócił na to uwagi.
-Jeśli chcesz, to proszę bardzo –wzrok Pierre’a zatrzymał się na parce zakochanych, zajętych sobą – obrzydliwe – jęknął, upijając łyk przezroczystego płynu z butelki.
-Sam liżesz się z Nati na korytarzu – zachichotałem.
-Masz rację, tamto jest jeszcze bardziej obrzydliwe. W sumie wszystko jest obrzydliwe, nawet ta woda – brunet uniósł butelkę i poruszał ją z żalem. Chciałem cos odpowiedzieć, ale wtedy ona się zjawiła. Nati. Zauważyłem, ze jest już czerwona od alkoholu. Przez moment podziwiałem ją, że udało jej się ustać na kilkunastocentymetrowych obcasach.
-Prezent dla mojego miśka! – zaświergotała, wyciągając dłoń ze szklanką w stronę bruneta. On tylko westchnął ciężko.
-Mówiłem ci,  że nie mam ochoty.
-Od jednego się nie upijesz! – zawołała radośnie – No Piernik, proszę cię, sama robiłam!
-Nie chcę...
Reszty ich rozmowy nie usłyszałem, bo zobaczyłem Kate i znowu musiałem uciekać. Wiedziałem, że była już mocno wstawiona, ale wolałem nie ryzykować spotkania i głupiej dyskusji o niczym. Wróciłem do kuchni, unosił się tutaj podejrzany dym i nie był to dym od papierosów. Zakręciło mi się w głowie. Na ślepo porwałem coś do picia. Wbiłem się z powrotem w tłum tańczących ludzi. Pierre już gdzieś zniknął. Musiałem jak najszybciej odetchnąć świeżym powietrzem. Wyleciałem na ogród. Tutaj nie było takiego bałaganu jak wewnątrz, ale daleko mu było do perfekcjonizmu. Już bardziej Przypominał salon. Przygłupia muzyka niestety i tutaj docierała. Miałem już dosyć tego wszystkiego. Uznałem, że na mnie już czas. Pospiesznie ruszyłem w stronę furtki. Pragnąłem jak najszybciej znaleźć się poza miejscem imprezy. Dopiero po chwili zauważyłem, że z tyłu nie ma wyjścia. Przekląłem cicho pod nosem. Czyli żeby się stąd wydostać, musiałem jeszcze raz przejść przez salon lub skakać przez płot, a to odpadało, bo w tym stanie wątpiłem, by bezpiecznie się to skończyło. Powoli ruszyłem w stronę domu. Wślizgnąłem się do środka, znowu zakręciło mi się w głowie od nadmiaru dymu.  Wyraźnie widziałem wyjście, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że zanim tam dotrę, minie wieczność. Z ciekawością rozejrzałem się. Pierre’a już nie było, w sumie nie zależało mi na tym, żeby go odnaleźć. Ktoś chyba niechcący wbił mi łokieć w brzuch. Na moment zwinąłem się z bólu, ale dalej parłem do przodu. Czasami ktoś wypychał mnie do tyłu. Wszyscy wokół śmiali się, tańczyli, śpiewali albo wrzeszczeli. Chyba tylko ja nie czułem tego klimatu. Miałem ogromny mętlik w głowie. Modliłem się, by to tylko przetrwać i trafić do swojego łóżka.
I wtedy ktoś na mnie wpadł, a właściwie to wpadł mi prosto w ramiona.

środa, 17 kwietnia 2013

PART XVI


Kiedy zadzwonił dzwonek, pierwszy rzuciłem się w stronę drzwi od klasy. Chciałem wykorzystać chwilę rozgardiaszu i przez krótką chwilę pogadać z Dave’em. Blondyn jednak nie śpieszył się, jeszcze gdy nauczycielka otwierała drzwi, on gadał z jakimś brunetem. Cholernie się niecierpliwiłem, chyba przez te nerwy. Co gorsza matematyczka nawet nie dawała nam szansy na gadanie, od razu kazała wyciągnąć karteczki. Przekląłem w duchu cały dzisiejszy dzień i zabrałem się za rozwiązywanie zadań. Po prawdzie nie umiałem zrobić tylko jednego zadania, ale reszty też nie byłem pewien. Wolałbym już w ogóle tego nie ruszać.
Potem, na szczęście dla mnie, babka zarządziła pracę w parach. David’owi też się chyba to spodobało, bo spojrzał na mnie z niemałym entuzjazmem.
-I co, znowu ci się nie udało okiełznać Kate? – zapytałem kąśliwie, otwierając podręcznik.
-Jeszcze nie – odparł, czytając zadanie, które mieliśmy rozwiązać jako pierwsze – Na to potrzebuję czasu.
-I naprawdę myślisz, że ci się uda przekonać ją do siebie?
-No jasne – odpowiedział radośnie – Kate już czyni pierwsze kroki w tym kierunku.
-Że co?
-No tak! – uśmiechnął się szeroko – Myślę, że wiem, jak zrobić to pierwsze!
Nachyliłem się nad podręcznikiem i szybko przeczytałem zadanie. Prychnąłem cicho i szybko zacząłem liczyć w pamięci.
-Prostackie – wymamrotałem – 24.
-Zgadza się – blondyn zaczął czytać kolejne zadanie, marszcząc brwi.
-To chyba źle widzisz, David – wybąkałem, usiłując także nad tym myśleć.
On przerwał i odwrócił głowę w moją stronę. Chyba nie miał pojęcia, o czym mówię.
-Mówię ci po raz kolejny, Kate nie jest dla ciebie – próbowałem raz jeszcze go przekonać, ale on tylko uśmiechnął się – Ja wiem, że ty jesteś uparty jak osioł, ale musisz sobie odpuścić., Tobie się tylko wydaje, że ona zaczyna robić postępy. Tak naprawdę chce dać tobie nauczkę!
-Rozbiłem A – ucieszył się blondyn. Miałem wrażenie, że zignorował moje słowa, ale było ono złudne, bo za chwilę dodał – A ja tobie mówię, że ja ją zmienię, choćbym miał paść trupem w grobie. Już podjąłem decyzję...
-A nie pomyślałeś czasem o tym, że ona nie chce się zmieniać? – zapytałem cicho – Może dla jej dobra powinieneś sobie odpuścić?
-Nie, Pierre – zaprzeczył blondyn, w międzyczasie czytając kolejne zadanie – Jeśli ją zostawię, to wiadomo, którą drogą podąży. A jeśli będę walczył, to mogę coś zmienić. Jeszcze kiedyś mi za to podziękuje, zobaczysz!
-Wątpię – prychnąłem. David zaczął mazać w zeszycie od matmy – Ona ma ciebie już dość. Jest gotowa zrobić wszystko, żeby się ciebie pozbyć. Słyszałem, że chce przejść do rękoczynów. Więc radzę ci się pilnować.
-Dzięki za ostrzeżenie – odpowiedział mi krótko Dave – Ale ja dobrze wiem, co robię, Pierre. To moje życie i pozwól, że ja nim pokieruję, okej?
Wzruszyłem ramionami i wczytałem się w trzecie zadanie, które blondyn po prawdzie już prawie zrobił. Wiedziałem, że więcej nic nie wskóram, w końcu ostrzegłem go, a to i tak wiele. Nie mogę wziąć odpowiedzialności za jego pozostałe czyny. Jeśli tak bardzo chce walczyć o te Kate, to niech walczy. Ja już więcej nie zamierzam się w to mieszać. Zwłaszcza, że przecież nie muszę, to tylko moja dobra wola, że trochę mu pomagam.

NARRACJA DAVE’A

Być może nie było tego po mnie widać, ale to, co powiedział Pierre, trochę mną wstrząsnęło. Właściwie gnębiło mnie to przez wszystkie lekcje. Na pierwszy rzut oka wszystko było dla mnie jasne, Pierre kłamał. Z drugiej strony jakie miałby mieć powody, żeby mnie okłamywać? Jedyne co mi przychodziło do głowy, to zazdrość. To akurat nie mogło być możliwe, bo zwyczajnie bym to wyczuł. Ale naprawdę nie wydawało mi się, by Kate mogła to zrobić. Znowu bym się pomylił?
Sam dziwiłem się swojemu zachowaniu. Wiedziałem, że dla ostrożności i własnego dobra powinienem się odczepić od Kate. Chyba przez ciekawość tego nie zrobiłem. Zastanawiałem się, komu mam ufać, Kate czy Pierre’owi. Dlatego nadal napastowałem ją na korytarzu. Sam prosiłem się o oberwanie w twarz. To miał być sprawdzian.
W zasadzie nie przypuszczałem, że to mogło się sprawdzić. Wracałem ze szkoły z grupą znajomych, która akurat szła w tym samym kierunku. Tyle że oni przez cały czas szli prosto, a ja w którymś momencie skręcałem. Wtedy zazwyczaj zakładałem słuchawki na uszy, bo z muzyką zawsze przyjemniej się maszeruje. Pewnie dlatego nie usłyszałem, że ktoś przez cały czas szedł za mną. Skapnąłem się dopiero, gdy ktoś mnie pchnął na ścianę kamienicy. Przekląłem cicho pod nosem, w ogóle nie zaskoczony tym co mnie spotkało. W jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że Pierre musiał mieć rację. Powoli się odwróciłem i szybko skalkulowałem swoje szanse na wyjście z tego cało. Były mniej więcej zerowe. Na pięści na pewno nie miałem z nimi szans.
-Witam – przywitałem się radośnie, prostując się i patrząc na swoje spodnie, by stwierdzić, czy już jestem brudny – Czyli to wam Kate kazała mnie pobić? No pięknie... – podrapałem się po głowie – Chyba już mogę sobie załatwić miejscówkę w szpitalu... – jeszcze zanim zdążyłem skończyć mówić, już oberwałem pięścią w kark. Ledwo zdołałem zachować równowagę. Co najdziwniejsze w ogóle się nie bałem, chyba przez ten szok. Ciągle się zastanawiałem, jak ona mogła mi to zrobić.
-Musisz się nauczyć, cwaniaczku, że ludzie w Montrealu są inni niż... niż tam skąd przyjechałeś – roześmiał się jeden z nich szyderczo i uderzył mnie w drugi policzek. Cofnąłem się o dwa kroki i zacisnąłem pięści. Walczyć bez nadziei to złe rozwiązanie, ale przecież nie mogłem się poddać.
-Uświadomię cię, że tam, gdzie mieszkałem, też żyli ludzie z gatunku homo sapiens. Nie mam pojęcia, co masz na myśli, mówiąc o inności – uśmiechnąłem się krzywo. Nie zauważyłem tego kogoś z boku, co dał mi z pięści prosto w brzuch. Jęknąłem cicho, chwytając się za klatę. Cholernie zabolało.
-Ej, gdzie twój honor? – prychnąłem – Dwóch na jednego?
-Śmiesz nam jeszcze warunki dyktować? – trzeci zbliżał się do mnie od tyłu. Obróciłem się na pięcie i pokonując pieprzony ból, przywaliłem mu z pięści. Zachwiał się, ale jakoś utrzymał równowagę. Zanim zdążyłem zrobić jakikolwiek inny ruch, znowu poczułem na swojej twarzy cios, tym razem w okolicy nosa. Odwróciłem się, ale było już za późno, otrzymywałem kolejny cios, tylko że w żebra. Bolało. Zastanawiałem się, czy czasem czegoś mi tam nie połamali. Upadłem na chodnik, ale oni nie przestawali. Po chwili wyczułem zapach krwi. Zamknąłem oczy, zaciskając zęby. Wiedziałem, że sam sobie na to zasłużyłem, sam to wybrałem. W końcu Pierre próbował mnie ostrzec. Starałem się nie myśleć o bólu, bo to tylko go zwiększało. Wbrew pozorom to nie było takie proste, bo ta ich paczka nie dała o sobie zapomnieć. Ale nie krzyczałem. Wolałem dać sobie rękę odciąć niż wrzeszczeć i błagać o litość.
Dla mnie to wszystko trwało wieczność, choć tak naprawdę cała robota zajęła im mniej więcej pięć minut. Zniknęli tak szybko jak się pojawili, wrzeszcząc na koniec, że jeśli nie odczepię się od Kate, to urządzą mnie jeszcze lepiej. Ja przez moment się nie ruszałem, chyba bałem się piekielnego bólu. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że i tak musze szybko dojść do domu. Próbując zignorować ból, usiadłem. Na więcej ruchów już nie miałem sił. Zacisnąłem pięści. Wciąż nie mogłem się pozbierać po tym moralnym kopniaku .Łeb mnie bolał, nie mogłem zebrać myśli. Wiedziałem, że musze jak najszybciej znaleźć się w domu, jeszcze przed mamą. Inaczej będę miał przechlapane. A wolałem nie być ofiarą matczynej opieki.
Chyba za pomocą samej siły woli udało mi się wstać i jakoś dojść do mieszkania. Odetchnąłem z ulgą, zauważając, że mamy samochodu jeszcze nie ma. Pewnie musiała zostać dłużej w pracy. Drzwi były otwarte, czyli Julia wróciła do domu. Bardzo powoli wspiąłem się schodami na górę. Dotarłem do pokoju siostry i oparłem się o klamkę.
-Czego? – usłyszałem jej jakże miłe powitanie. Nawet na mnie nie spojrzała, najwyraźniej ekran laptopa był ciekawszy. Nie odpowiedziałem nic tylko wszedłem do środka i ześlizgnąłem się po ścianie. Ona leniwie odwróciła głowę w moją stronę.
-O Boże! – wymsknęło jej się z buzi. Uśmiechnąłem się krzywo.
-Bogiem to ja nie jestem, ale jeżeli chcesz, to oczywiście możesz tak się do mnie zwracać.
Ona tylko prychnęła cicho i zaniepokojona podeszła do mnie.
-Znowu się zaczyna? – zapytała, oglądając moją twarz – Ledwo przyjechaliśmy do Montrealu, a ty już się lejesz! Skończą się kiedyś te wasze głupie zabawy? – dotknęła palcem mojego policzka. Zasyczałem cicho – Człowieku, kiedy ty w końcu dorośniesz?
-To było pytanie zadane na serio? – wystękałem, patrząc jak ona prostuje się i grzebie w jednej ze swoich nowych szafek.
-Nie – odparła – Znam cię na tyle dobrze, że już się domyślam, że zawsze będziesz przygłupim bachorem – dziewczyna z powrotem przy mnie przyklęknęła z apteczką w dłoni – Masz szczęście, że tego nie wyrzuciłam.
-Nie ufasz mi – wyszczerzyłem się – Ale to chyba dobre.
-W tym przypadku akurat dobrze – siostra namoczyła wacik wodą utlenioną i ostrożnie przyłożyła go do mojej twarzy. Ostro zapiekło. Tak ostro, że aż zasyczałem cicho – Masz za swoje!
-Już zdążyłem zapomnieć, co to znaczy oberwać – wymamrotałem – Auuuu! – jęknąłem, jednak nie poruszyłem się.
-Lepiej cicho bądź. Jeśli mama usłyszy twoje wrzaski, kiedy wejdzie do domu, to dla ciebie nie będzie miło. Z drugiej strony takiej komedii dawno już nie oglądałam... – Julia zastygła w bezruchu, chyba zaczęła się zastanawiać, czy czasem mnie nie zostawić. Spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem – dobrze, żartowałam przecież! – krzyknęła śmiejąc się – Dawaj tę swoją mordkę – znowu zaczęła wpatrywać mi się w twarz. Wszystko cholernie mnie piekło, ale już znałem to cierpienie.
-Zejdzie do jutra? – zapytałem, ślamazarnie wstając i usiłując w miarę normalnie chodzić. Nie za bardzo mi to wychodziło, ciągle kulałem.
-Wątpię – odparła moja siostra, chowając wszystko do apteczki – Ale może przynajmniej wszystko się zmniejszy. Idź do pokoju i nie wychodź. Powiem mamie, że masz ważny sprawdzian i nie można ci przeszkadzać.
-Dzięki! – odetchnąłem z ulgą – Będę miał dużo czasu, żeby nauczyć się z powrotem chodzić – zachichotałem cicho.
-O co znowu poszło? – zapytała dziewczyna, odkładając swój sprzęt na miejsce – Znowu ktoś obraził tego twojego greeneye’a?
-GREEN DAY’A! – poprawiłem ją – Nie tym razem. Jak ci powiem, to nie uwierzysz.
-Co ty, Desrosiers, ja jestem twoją siostrą. Już wiele słyszałam i widziałam. Możesz śmiało mówić.
-O dziewczynę.
-Hahaha – roześmiała się sztucznie – Okej, pośmialiśmy się, a teraz na poważnie.
-Naprawdę poszło o dziewczynę!
-I myślisz, że ja ci w to uwierzę? Jasne – pokiwała ironicznie głową, a potem z powrotem wróciła do laptopa –Idź już lepiej do swojego pokoju, bo mam Charlotte na skypie. No chyba że chcesz sobie posłuchać ploteczek...
-Podaruję sobie tę przyjemność – burknąłem – To jeszcze raz dzięki – powiedziałem, wdzięczny za jej opiekę. Ostrożnie otworzyłem drzwi. Przez moment nasłuchiwałem, czy mama  nie wróciła. Na szczęście jej jeszcze nie było, więc mogłem spokojnie przeskoczyć do pokoju.

czwartek, 11 kwietnia 2013

PART XV



NARRACJA PIERRE’A
Przełamałem patyk wyrwany z klonu na dwa mniejsze. Cholernie mi się tu nudziło, a spędzałem tu już drugą godzinę. Na szczęście pogoda dopisywała, słońce mocno dawało po oczach. Ludzie całymi rodzinami wychodzili na spacery, małe dzieci latały i wrzeszczały, co już powoli doprowadzało mnie do szału. Miałem ochotę stąd pójść, rzucić to wszystko. Wolałbym teraz grać z chłopakami. A tak... Mogłem tylko udawać perkusistę z gałęziami.
-Przepraszam... – usłyszałem cichy głosik za sobą. W duchu jęknąłem cicho. W głębi serca miałem nadzieję, że jednak się nie zjawi. Tak było za każdym razem. I za każdym razem ta nadzieja się rozpływała – Nie mogłam się zdecydować, które buty wybrać... Długo czekasz?
-Półtorej godziny – burknąłem, odwracając się. Ona uśmiechała się przepraszająco, ale na mnie to nie działało. Nadal się obrażałem. Dziewczyna złapała mnie za ręce i pocałowała w policzek – No daj już spokój! Taki duży chłopiec i takie głupie problemy! – zachichotała, a ja pomyślałem, że jedynym problemem w tej chwili jest ona. Westchnąłem ciężko – To co, gdzie idziemy? – zapytała radośnie. Wzruszyłem ramionami, w ogóle nie wczuwając się w jej entuzjazm. Ona gdzieś mnie ciągnęła, paplając wesoło. Nawet nie słuchałem, o czym gada, chociaż próbowałem się do tego zmusić. Wiedziałem, że musze być ideałem, a to naprawdę nie było łatwe.
-Co się z tobą dzieje!? – zapiszczała moja dziewczyna, szarpiąc mnie za ramię – Pierre! – spojrzałem  na nią nieprzytomnie i w jednej chwili znowu ogarnęło mnie obrzydzenie. Jej brzydota dotykała mnie za każdym razem, kiedy mój wzrok łączył się z jej twarzą. Zastanawiałem się, jak ona mogła być galerianką, jak ona mogła podobać się chłopakom – Dlaczego w ogóle się nie odzywasz?
-Boo... – przez moment się zawahałem – Bo stęskniłem się za twoim głosem – przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem. Czułem się okropnie. Tak jak od kilku dobrych dni. Bo od kilku dni tak robiłem. Nie tylko jej próbowałem wmówić, że ją kocham, ale także sobie. Wiedziałem, że tak byłoby lepiej. Ale udawanie zakochanego wcale nie było takie proste. Nawet Nati wiedziała, że gram, tak bardzo fatalnie mi szło. Czasami jak miałem już wszystkiego dość i zaczynałem ją traktować tak jak na to zasługuje, czyli tak jak śmiecia, przypominała mi o tajemnicy. Wtedy najczęściej milczałem. Rzadziej przepraszałem.
Ale w żaden sposób nie mogłem wczuć się w ten związek. Ona próbowała mnie do tego zmusić, ale nawet pod jej presją nie mogłem się zakochać i przestać myśleć o Marie. Nati zachowywała się całkiem inaczej niż ja. Pragnęła się mną chwalić, wszędzie ze mną wychodzić, całować się i przytulać. Ja nie mogłem robić tego wszystkiego jedynie na pokaz. I tak zmuszałem się do tych wszystkich czułych gestów. I za każdym razem, gdy się z nią spotykałem, czułem, że dłużej już tego nie wytrzymam. Zmuszał mnie do tego jedynie zespół, zespół, który przecież teraz był dla mnie całym światem. Nie mogłem doprowadzić do tego, by to wszystko zostało zburzone. Coraz bardziej się rozwijaliśmy, pisaliśmy mnóstwo piosenek, układaliśmy do nich melodie. Wierzyłem, że z tego coś może być. Wszyscy wierzyliśmy.
-Pierre! – jej pisk znowu przywrócił mnie na ziemię. Dziewczyna wpatrywała się we mnie z niepokojem i złością – Znowu mnie nie słuchasz! – krzyknęła, tłukąc swoją małą pięścią moje ramię,
-Przepraszam – odparłem, udając zawstydzonego – teraz już jestem tylko dla ciebie.
-Jakoś ci nie wierzę – westchnęła cicho Nati. Po prawdzie miała rację, ja też bym sobie nie uwierzył – Pierre, coś cię gnębi? – zapytała, zaskakując mnie nagłą zmianą tematu – Masz jakiś problem?
- Nie – odpowiedziałem szybko, stanowczo za szybko, bo ona spojrzała na mnie z uniesionymi brwiami.
-Pie – blondynka przykleiła się do mojej piersi – Pie, widzę, że coś jest nie tak. Chyba nic przede mną nie ukrywasz, co? W końcu jesteśmy parą i się kochamy. Kochamy się, tak?
Przytaknąłem, milcząc. Najwyraźniej jej to nie wystarczyło, bo za chwilę zaświergotała przymilnie.
-Powiedz mi, że mnie kochasz!
-Ale po co mam to mówić? – zapytałem, czując, jak coś zatyka mi gardło. Wiedziałem, że z tym słowem miałbym nie lada problem – Przecież wiesz, ze jesteś najjaśniejszym promykiem w moim nędznym życiu – próbowałem jakoś się wymigać, miałem nadzieję, że uda mi się, wywinąć. I już myślałem, że dała się na to nabrać, bo nawet lekko się zarumieniła. Ale nie, ona dalej ciągnęła temat:
-Ale ja chcę to usłyszeć z twoich ust. Powiedz mi, że mnie kochasz.
-Ja... – zacząłem, ale po krótkiej chwili zrozumiałem, że nie dam rady tego wypowiedzieć, że potrzebuję do tego choć odrobiny miłości. Tymczasem w moim sercu była tylko czysta nienawiść. Odchrząknąłem cicho dla niepoznaki, ona jednak mimo wszystko wciąż patrzyła na mnie wyczekująco. Wziąłem głęboki wdech. Dobrze wiedziałem, że mi nie odpuści. Wlepiłem wzrok w ziemię, błagając siebie, by mieć to już za sobą – K... Kocham cię – wydukałem w końcu jakimś cudem. Czułem, jak coś zaczyna wyżerać mi serducho, czułem brud na honorze. Nati to wszystko widziała, zdawała sobie sprawę z tego, że wszystko, o czym mówiłem, było zwykłym kłamstwem. A mimo to była ze mnie dumna, cieszyła się, że zdołałem to wydukać. Najwyraźniej uznała, że na początek to wystarczy. Jęknąłem cicho. Ja wciąż miałem tę nadzieję, że za chwilę ta zabawa się jej znudzi. A ona wydawała się coraz bardziej w to angażować.

NARRACJA DAVE’A

Kolejny dzień, w którym w poskokach leciałem do szkoły. Znowu mój budzik dziwnym trafem nie zadzwonił, zapewne Julia jak zwykle go nie nastawiła, chociaż to na mnie się wściekała. Oczywiście do łazienki nie miałem już wstępu, moja siora cały czas skrzeczała ze środka, że jak pójdzie bez tapety i w nieułożonych włosach, to koleżanki jej nie rozpoznają. Warknąłem do niej tylko tyle, że sam zapach wystarczy, by potwory zrozumiały, że ten jest ze stada. W sumie to może dobrze, że tam nie wszedłem, być może uda mi się skończyć jedynie ze spóźnieniem na lekcję, a nie z opuszczeniem całej godziny.
Tak jak się spodziewałem, wpadłem w połowie pierwszej lekcji. Od razu zacząłem opowiadać nauczycielce od francuskiego o jakimś napadzie na bank. Cała klasa wybuchnęła głośnym śmiechem, a ja usiadłem obok Pierre’a i szybko wypakowałem książki. Nauczycielka tak bardzo się śmiała, że chyba nawet zapomniała o moim spóźnieniu, bo nic nie zanotowała w dzienniku. A ja nie zamierzałem jej o tym przypominać.   
Spojrzałem na Kate. Słyszałem jej jęk, kiedy zjawiłem się w klasie. Chyba miała mnie już serdecznie dość. I wcale jej się nie dziwiłem. Ja sam też zapewne miałbym siebie dość. W końcu prawie na każdej przerwie ją zaczepiałem i błagałem o rozmowę. Ignoruję wszystkie przygłupie docinki z jej strony i nie zamierzam się nimi przejmować. W końcu wszystko to robię dla jej dobra. I to właśnie pragnę jej przekazać. Tylko że ona wcale nie chce słuchać.
-Kate, zaczekaj! – krzyknąłem za uciekającą przede mną dziewczyną z klasy tuż po dzwonku. Oczywiście nie dałem jej najmniejszych szans na ukrycie się. Szybko ją dogoniłem.
-Kurde, ja to chyba przyczynię się do twoich sukcesów w bieganiu na krótkie dystanse – zażartowałem, chcąc chociaż minimalnie zmniejszyć jej złość.
-Raczej przyczynisz się do pobicia rekordu w rzucie oszczepem. Bo właśnie ty za chwilę będziesz robił za mój oszczep – warknęła, pragnąc mnie chyba tym sposobem postraszyć. Roześmiałem się.
-O, dzisiaj to nawet ładnie się ze mną przywitałaś! – klasnąłem trzy razy z radością – Wcale nie zwykłym „wynoś się!”. To już duży postęp!
-Odwal się! – prychnęła ona, próbując uciec lub łudząc się, że po prostu odejdę.
-Kate, daj sobie pomóc...
-Nie potrzebuję niczyjej pomocy, a już na pewno nie twojej! Odczep się wreszcie!
-Dobrze wiesz, że tego nie zrobię, dopóki nie...
-Mam już ciebie po dziurki w nosie! Ile można powtarzać wciąż to samo!? Przestań mnie napastować na przerwach! Nie chcę cię znać, rozumiesz to?!
-Co ja ci złego zrobiłem? Chcę tylko poroz...
-Cześć, Dave – po plecach poklepał mnie jeden z kumpli, Patrick. Musiałem przyznać Pierre’owi rację. Byłem popularny w tej szkole. Odkryłem to zaledwie kilka dni po przybyciu do Montrealu. Każdy znał moje nazwisko, a ja jedynie wszystkich z widzenia.
-Cześć Patrick! Słuchaj, mógłbyś na chwilę... – odchrząknąłem trzy razy, pragnąc dać mu do zrozumienia, że chcę dokończyć rozmowę. Chłopak zrozumiał i najwyraźniej chciał odejść, ale Kate swoimi słowami go zatrzymała:
-Właśnie. Lepiej pogadaj sobie z koleżką – spojrzała na biedaka lekceważąco – Ja stąd spadam, już i tak wystarczająco od ciebie śmierdzę plebsem – dziewczyna odwróciła się i odeszła dumnym krokiem. Zauważyłem, że Pat zaciska pięści.
-Gdybym ja dostał tę ladacznicę w swoje łapy, to z jej makijażu zostałaby jedna sina plama pod okiem – wymamrotał wkurzony – Dave, jak ty możesz tak jej się dawać?
-No właśnie o to mi chodzi – odparłem bardzo z siebie zadowolony.

NARRACJA PIERRE’A
 - Znowu on? – zapytała Nati jak zwykle przylepiona do mojego ramienia, widząc zbliżającą się zdenerwowaną Kate. Zachichotałem cicho pod nosem. Cała ta sytuacja z Dave’em zaczynała mnie bawić. Wiedziałem, że jak on już się na coś uweźmie, to łatwo nie popuści. A Kate coraz bardziej to wkurzało. Wyraźnie sobie nie radziła.
Chyba jednak nie powinno mnie to cieszyć. Sam nie chciałbym mieć do czynienia z wkurzonymi dziewczynami.
-Znowu – prychnęła ona, siadając obok mnie – Czego on może ode mnie chcieć? – myślała głośno.
-Głupie pytanie – zachichotała moja dziewczyna – Czego może chcieć od ciebie, zajebistej dziewczyny, przedstawiciel plebsu? – zapytała, wybuchając głośnym śmiechem. Wszyscy siedzący w pobliżu i przysłuchujący się tej rozmowie także się zaśmiali.
-Przestań! – warknęła Kate – Już ja dobrze wiem, że nie o to tu chodzi! Cholera, jeszcze tak upartego człowieka nie spotkałam. Upierdliwiec jeden... Już nie wiem, jak sobie z nim radzić...
-To może zlituj się nad biedakiem? – podsunęła delikatnie blondynka, ale w jej głosie ponownie usłyszałem odrobinę żartu. Kate chyba też.
-Śmiej się, śmiej, a ja naprawdę mam problem – westchnęła tak ciężko, że aż żal jej się zrobiło przyjaciółce.
-Dobra, jeśli tak bardzo chcesz, to możemy zrobić z nim porządek.
Zamarłem na moment, skupiając się na ich rozmowie. Dobrze wiedziałem, co w ustach Nati oznacza porządek.
-Dałoby radę trochę go uciszyć? – zapytała z nadzieją moja koleżanka – Tak tylko trochę... przestraszyć...
-No jasne, że tak! My, siostry, musimy trzymać się razem! – dziewczyny przybiły piątki. Przekląłem cicho pod nosem. Musiałem ostrzec Davida. Chłopak jaki jest, taki jest, ale na pewno nie zasługuję na oberwanie po mordzie. Zdawałem sobie sprawę, że znowu ryzykuję. Gdyby Nati się dowiedziała, że znowu kombinuję, mógłbym na zawsze pożegnać się z mikrofonem. Z drugiej strony, mimo obawy David nie raz uratował mi tyłek na chemii, chociaż w ogóle go o to nie prosiłem. Powinienem mu napomknąć, że jest w niebezpieczeństwie.

środa, 3 kwietnia 2013

PART XIV


-Nie moglibyśmy pójść normalnym chodnikiem jak normalni ludzie? – zaproponowałem, sapiąc ciężko.
-Oczywiście, ze moglibyśmy – odparł Pierre, również dysząc ze zmęczenia – Ale trwało by to ze trzy razy dłużej. A my nie mamy czasu na takie wędrówki.
-To gdzie my idziemy? – powtórzyłem znowu pytanie nieco już wkurzony. Brunet przez jakiś czas milczał, jednak to on zadał kolejne pytanie:
-Domyślam się, że niedawno rozmawiałeś z Kate, prawda?
-Tak – przytaknąłem, zaskoczony tą nagłą zmianą tematu – Tak, spotkałem się z nią wczoraj, zanim ją zobaczyłem dzisiaj. I była całkiem inną Kate niż ta, z którą rozmawiałem w szkole.
-Nie, David. To ta sama Kate. Tylko ty nie zauważyłeś, że on przed tobą grała.
-Nieprawda – prychnąłem, upierając się przy swoim zdaniu – Ona gra przed wami! Wtedy przy mnie była sobą!
Pierre zatrzymał się i głęboko westchnął. Jego chyba też już bolały nogi. Otarł pot z czoła i ruszył dalej.
-Ona jest naprawdę genialną aktorką. Dałeś się nabrać David, zrozum to.
-A ja tobie powtarzam, że ona gra przed wami i choćbyś próbował mi na siłę wybić to z głowy, nie uda ci się, bo ja doskonale pamiętam naszą rozmowę i umiem porównać ją z rozmową ze szkoły.
-Teraz już możemy iść normalną ścieżką! – ucieszył się brunet, za moment jednak kontynuował temat – Ty jej nie znasz. Ona potrafi okłamywać najbliższych w żywe oczy. Uwielbia bawić się ludźmi i ich ranić. One wszystkie takie są.
-One? – powtórzyłem głupio – Jakie one?
-Galerianki – odparł obojętnie Pierre jakby mówił o pogodzie. Zatrzymałem się gwałtownie. Nie wierzyłem. Nie wierzyłem w to, co usłyszałem. Brunet nawet na początku nie zwrócił uwagi na moje zachowanie, potem zauważył, że nie idę za nim i przystanął zniecierpliwiony – Kurde, David, ja naprawdę nie mam całego dnia na łażenie po Montrealu! Rusz się! – pospieszył mnie.
-Zaczekaj moment... – wymamrotałem powoli, wciąż zastanawiając się nad poprzednimi słowami Pierre’a – Powtórz to! – rozkazałem – Powiedz mi prosto w oczy, że ona... – przełknąłem ślinę, nie mogąc wypowiedzieć tego głośno. Bouvier uśmiechnął się lekko pod nosem.
-Tak, dobrze usłyszałeś – potwierdził – Kate spędza całe dnie na wyhaczaniu obleśnych czterdziestolatków i przymila się do nich, żeby zdobyć jakieś buty czy sukienkę.
Powoli wlokłem się za Pierre’em, usiłując  strawić to, co przed chwilą usłyszałem. To nie mogła być prawda, to było wręcz niemożliwe, by ona mogła tak nisko się stoczyć. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, na samą myśl chciało mi się rzygać. A ona... Nie. Pierre coś kombinuje.
-Nie wierzę ci! – powiedziałem głośno, zaciskając pięści – Przecież widziałem ją po szkole. Nie wyglądała jak.. galerianka.
-o rany, jak jedna dziewczyna może zawrócić w głowie – westchnął brunet, w ogóle nie przejmując się moim uporem – Bo one przebierają się na miejscu.
-I tak ci nie wierzę!
-Tak myślałem. Dlatego musze ci to udowodnić.
-A skąd mam wiedzieć, że mogę ci ufać? – zapytałem cicho, czując coraz mniejszą sympatię do bruneta – A jeśli to jest jakiś podły żart z twojej strony?
-Rany, Desrosiers... – jęknął Pierre – To oczywiste, że jak ufasz Kate, to mi tym bardziej powinieneś. Zresztą jak chcesz, to nie musisz za mną iść. Do niczego ciebie nie zmuszam, tak? – prychnął głośno i ruszył dalej. Ja stałem niezdecydowany. Usiłowałem wybrać między ciekawością a ostrożnością. Decyzję podjąłem w ciągu ułamka sekundy. W końcu z Pierre’em przeszliśmy już dobry kawał drogi, głupio byłoby to teraz zaprzepaścić.
Bouvier zauważył, że do niego doszedłem. Nie powiedział nic, ja także się nie odzywałem przez resztę drogi. Nawet nie zobaczyłem tej zmiany. Drzewa powoli zaczęły zmieniać się w budynki, a my przekroczyliśmy granicę między parkiem a miastem. Pierre prowadził, ja już w ogóle nie miałem pojęcia, gdzie się znajdujemy. Bałem się, że znowu będę miał problem z dotarciem do domu.
-Jesteśmy – odetchnął z ulgą brunet, zatrzymując się przed drzwiami centrum handlowego. Roześmiałem się nieco sztucznie.
-Taaak, moje pieniądze aż skaczą w portfelu, żeby je wydać – prychnąłem z ironią – Pierre, wybrałeś fatalne miejsce na zakupy, tu musi być cholernie drogo.
-Przynajmniej to zauważyłeś. Użyj mózgu, David! Skoro tu są tylko drogie rzeczy, to muszą tu też przychodzić tylko nadziani ludzie, nie?
Wtedy dopiero zrozumiałem, co on miał na myśli. Powoli to wszystko zaczynało do mnie docierać i lepić się w jedno. Ale mimo że miałem to wszystko podane na tacy, nie wierzyłem. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Pierre już wchodził do środka.
-Bądź czujny – ostrzegł mnie, rozglądając się czujnie – Tutaj są sami sprzedawcy. Jeśli ktoś nas tutaj zauważy, nie będzie miło. Musimy szybko je znaleźć. Która godzina? – zapytał, widząc kątem oka, że na nadgarstku mam zegarek.
-Piętnaście po szóstej – odparłem – Nie, czekaj, piętnaście po czwartej – poprawiłem się szybko.
-cyferki ci się mylą? – zarechotał Pierre, wskakując na ruchome schody. Powtórzyłem jego ruch.
-Tak jak tobie dziewczyny z galeriankami.
-Z tym akurat nie mam najmniejszego problemu.
-Nie byłbym tego taki pewien – prychnąłem cicho, ale on na szczęście tego nie usłyszał. Wjechaliśmy ruchomymi schodami na pierwsze piętro. Bouvier bez wahania ruszył w stronę kolejnych. Dopiero gdy wspięliśmy się na szczyt, Pierre stanął przy barierkach i zaczął się czujnie rozglądać.
-Widzę je – wyszeptał, ale zanim ja zdążyłem chociażby ich szukać, on już gdzieś poleciał. Westchnąłem cicho, w ogóle nie rozumiejąc jego zachowania, ale i tak pobiegłem za nim.
-Tu nas nie zobaczą – odezwał się, zatrzymując się za kolumną. Musiałem przyznać mu rację. Wybrał świetne miejsce, a poza tym... Pomyślał o tym znacznie szybciej niż ja – A my mamy niezły widok. Byle tylko nikt z tamtych nas nie dojrzał... – brunet zacisnął pięści – Inaczej obaj mamy przesrane.
Zatrzymałem się obok niego i wyostrzyłem wzrok, poszukując Kate i reszty dziewcząt. Nie zajęło mi to wiele czasu. Grupa wyróżniała się, zdawała się błyszczeć. Rozmawiali, a właściwie to wrzeszczeli tak głośno, że ja i Pierre doskonale je słyszeliśmy. Ich ubiór mnie zaskoczył. One wszystkie wyglądały jak... Jak zwykłe dziwki. Spojrzałem na Pierre’a. Powoli zaczynałem wierzyć w jego słowa. Chociaż nie, po prawdzie nadal nie docierało to do mnie. Musiałem ujrzeć na własne oczy, że ona... przystawia się do innych facetów.
-To jeszcze o niczym nie świadczy – wymamrotałem niepewnie i najwyraźniej on tę niepewność wyczuł, bo uśmiechnął się ironicznie – Każdy sobie może przychodzić do centrum handlowego.
-Powiedziałeś to żeby przekonać mnie czy siebie?
Milczałem. Odpowiedź była oczywista. Nie musiałem nic dodawać. Wlepiłem wzrok w dziewczęta zachowujące się co najmniej podejrzanie. Zacząłem im się czujniej przyglądać. I zauważyłem, że wśród nich jest także dziewczyna Pierre’a.
-Ty! – podniecony szarpnąłem bruneta za ramię – Ty, tam jest Nati!
On chyba się tym za bardzo nie przejął, bo tylko beznadziejnie wzruszył ramionami i odwrócił się, opierając się o kolumnę. Chyba nie chciał na to patrzeć.
-No tak, może tam być – wymamrotał cicho, spuszczając głowę. Wpatrywałem się w niego, zastanawiając się, o czym może myśleć. Cholernie mnie to ciekawiło, ciekawił mnie on, bo właściwie nic o nim nie wiem. Dla mnie to człowiek-tajemnica.
-Czekaj... – myślałem na głos – To ty wiesz, że ona... ten... – przełknąłem cicho ślinę – I nic z tym nie zamierzasz zrobić?
-A co mam zrobić? – zapytał bezsilnie brunet, wciąż wlepiając wzrok w krystalicznie czystą podłogę – Co ja niby mam zrobić? Zakazać jej? – prychnął.
-Porozmawiać z nią. Ona chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi. Ktoś musi jej to uświadomić i to musisz być ty, bo tylko ty jesteś w stanie to zrobić.
-Nie mogę – wyszeptał wciąż unikając mojego wzroku. Przez krótki moment nie odzywałem się, w ogóle nie rozumiejąc, co on ma na myśli.
-Jak to... – wymamrotałem zaszokowany. On nie pokazywał żadnych znaków, jego twarz była pusta i kamienista. Umiał zachować spokój i tamować emocje. Już coś o nim wiedziałem.
-Ty nic nie rozumiesz – prychnął, obracając się na pięcie i ponownie wlepiając wzrok w grupę dziewczyn. Ale tam nic ciekawego się nie działo, kontrolowałem sytuację.
-Więc mi wytłumacz – drążyłem dalej temat. Czułem, że on nie powinien tego dusić w sobie, że czegoś cholernie się boi lub wstydzi. Poznałem to po jego przygłupim i sztucznym zachowaniu.
-To nie jest ważne – wymamrotał wymijająco. Zacisnąłem pięści w bezsilności.
-Jest ważne. Przecież ci na niej zależy, tak? – przez cały czas wpatrywałem się w jego twarz, wiedząc, że nie powinienem spuszczać z niej wzroku. I ujrzałem to. Przez ułamek sekundy on chciał zaprzeczyć. Wychwyciłem to – Czekaj... – wskazałem na niego palcem – Czekaj... Ty w ogóle jej nie kochasz?
-Co?! – roześmiał się Pierre, ale jego śmiech był sztuczny.
-Nie musisz mnie okłamywać. Wszystko widziałem, wiem...
-To nie jest twoja sprawa! – warknął wkurzony Bouvier. Ale ja nie zamierzałem się poddawać. Czułem, że zahaczyłem o bolesny punkt i musiałem wydusić z niego jak najwięcej.
-Ale twoja! –krzyknąłem – A lepiej dla ciebie będzie jak wyrzuci....
-Chyba ja wiem, co będzie dla mnie najlepsze! – prychnął – A ty lepiej nie wąchaj nieswojego gówna, bo nie wyjdziesz na tym dobrze. Powtarzam, to moja i tylko moja sprawa, co czuję do Nati! Odwal się od nas i od Kate najlepiej też! – zakończył krzykiem. Domyśliłem się, że nie powinienem dalej ciągnąć tego tematu. Ale i tak postanowiłem w tej sprawie trochę powęszyć, bo według mnie jego gra nie była prawdziwa, jego złość tylko mnie w tym upewniła. Tym razem dałem sobie spokój, nie chciałem bardziej go denerwować, bo przecież nie mógł się na mnie obrazić on, jedyna osoba, z którą mogłem pogadać w tym pieprzonym mieście.
-Patrz! – szturchnął mnie brunet. Spojrzałem na dziewczęta, zauważyłem, że zaczęły gdzieś iść. Nie w grupie, każda osobno – Polowanie – wymamrotał Pierre, poruszając się niezwykle ostrożnie, by nie rzucać się w oczy – Zwykle jak chcą znaleźć stałych bywalców, chodzą po centrum i zwracają na siebie uwagę. Patrz, jak owijają sobie wokół palców chłopaków. Wszyscy się na nie gapią...
Miał rację. Młode rzucały się w oczy, dosłownie każdy, kogo mijały, się za nimi oglądał. Ale one też nie wyhaczały byle kogo. Zagadywały jedynie do tych samotnych, bez kobiet i rodzin. Potem ich zostawiały. Gorączkowo zastanawiałem się, po co to robią. Przekonałem się o tym kilka minut później. Ci mężczyźni dawali się na to nabrać. Oni wracali jak wierne pieski. A dziewczyny to wykorzystywały. Na początku tylko gadały, potem flirtowały, a później razem gdzieś wychodzili. Nie musiałem pytać Pierre’a, gdzie, domyślałem się.
Po jakimś czasie już mi zbrzydło ich oglądanie. Patrzyłem na Kate, która z pewnością siebie a nawet wyższością patrzyła na swojego rozmówcę. Wiedziałem, że ona taka nie jest, że ona tak nie mogła, a jednak, moje oczy mówiły co innego.
-Dość! – powiedziałem głośno, obracając się na pięcie – Chodźmy stąd, mam już dość – powtórzyłem, połykając ślinę i odchodząc. Coś mnie ostro kuło w okolicy serca. To miasto budziło we mnie wstręt, wydawało mi się, że nikt tu nie jest prawdziwy. Bo jak na razie wszyscy siebie oszukiwali.
-Boli, nie? – zapytał cicho Pierre – Dowiedzieć się, że laska, którą się kocha, robi takie rzeczy...
-Ja się nie zakochałem w Kate – zaprzeczyłem zgodnie z prawdą.
-Nie? – zapytał Bouvier, unosząc jedną brew do góry. Pokiwałem przecząco głową – To do jasnej cholery czego ty od niej chcesz?
-Zaprzyjaźnić się – odparłem twardo. On tylko roześmiał się głośno, czego w ogóle nie zrozumiałem.
-Widziałeś, co ona robi i kim jest – spoważniał szybko – W tej szkole jest mnóstwo innych ludzi, na pewno znajdziesz sobie bratnią duszę...
-Pierre, ja już znalazłem swoją bratnią duszę – odparłem ku jego zdumieniu – To Kate.
-Przestań – prychnął brunet – Przecież widziałeś ją. Wiesz kim jest, czym się zajmuje, nawet próbowałeś z nią rozmawiać. Czemu do ciebie nie dociera, że to potwór, a nie człowiek.
-Masz rację – potwierdziłem – Ale ja poznałem inną Kate. Wiem, że ona ma w sobie kogoś innego. Ja sobie nie odpuszczę. Jestem pewien, że ona może wyjść z tego bagna przy mojej pomocy, tylko musi mnie wysłuchać i się zgodzić. Zobaczysz, jeszcze zrobię z niej świetną dziewczynę! – zakończyłem z entuzjazmem.
-Jasne – prychnął mój kolega bez wiary w moje możliwości. Ale on jeszcze w ogóle mnie nie znał. Ja, jeśli czegoś zazwyczaj pragnę, otrzymuję to. Po prostu.