Kiedy zadzwonił dzwonek, pierwszy rzuciłem się w stronę
drzwi od klasy. Chciałem wykorzystać chwilę rozgardiaszu i przez krótką chwilę
pogadać z Dave’em. Blondyn jednak nie śpieszył się, jeszcze gdy nauczycielka
otwierała drzwi, on gadał z jakimś brunetem. Cholernie się niecierpliwiłem,
chyba przez te nerwy. Co gorsza matematyczka nawet nie dawała nam szansy na
gadanie, od razu kazała wyciągnąć karteczki. Przekląłem w duchu cały dzisiejszy
dzień i zabrałem się za rozwiązywanie zadań. Po prawdzie nie umiałem zrobić
tylko jednego zadania, ale reszty też nie byłem pewien. Wolałbym już w ogóle
tego nie ruszać.
Potem, na szczęście dla mnie, babka zarządziła pracę w
parach. David’owi też się chyba to spodobało, bo spojrzał na mnie z niemałym
entuzjazmem.
-I co, znowu ci się nie udało okiełznać Kate? – zapytałem
kąśliwie, otwierając podręcznik.
-Jeszcze nie – odparł, czytając zadanie, które mieliśmy
rozwiązać jako pierwsze – Na to potrzebuję czasu.
-I naprawdę myślisz, że ci się uda przekonać ją do
siebie?
-No jasne – odpowiedział radośnie – Kate już czyni
pierwsze kroki w tym kierunku.
-Że co?
-No tak! – uśmiechnął się szeroko – Myślę, że wiem, jak
zrobić to pierwsze!
Nachyliłem się nad podręcznikiem i szybko przeczytałem
zadanie. Prychnąłem cicho i szybko zacząłem liczyć w pamięci.
-Prostackie – wymamrotałem – 24.
-Zgadza się – blondyn zaczął czytać kolejne zadanie,
marszcząc brwi.
-To chyba źle widzisz, David – wybąkałem, usiłując także
nad tym myśleć.
On przerwał i odwrócił głowę w moją stronę. Chyba nie
miał pojęcia, o czym mówię.
-Mówię ci po raz kolejny, Kate nie jest dla ciebie –
próbowałem raz jeszcze go przekonać, ale on tylko uśmiechnął się – Ja wiem, że
ty jesteś uparty jak osioł, ale musisz sobie odpuścić., Tobie się tylko wydaje,
że ona zaczyna robić postępy. Tak naprawdę chce dać tobie nauczkę!
-Rozbiłem A – ucieszył się blondyn. Miałem wrażenie, że
zignorował moje słowa, ale było ono złudne, bo za chwilę dodał – A ja tobie
mówię, że ja ją zmienię, choćbym miał paść trupem w grobie. Już podjąłem
decyzję...
-A nie pomyślałeś czasem o tym, że ona nie chce się
zmieniać? – zapytałem cicho – Może dla jej dobra powinieneś sobie odpuścić?
-Nie, Pierre – zaprzeczył blondyn, w międzyczasie
czytając kolejne zadanie – Jeśli ją zostawię, to wiadomo, którą drogą podąży. A
jeśli będę walczył, to mogę coś zmienić. Jeszcze kiedyś mi za to podziękuje,
zobaczysz!
-Wątpię – prychnąłem. David zaczął mazać w zeszycie od
matmy – Ona ma ciebie już dość. Jest gotowa zrobić wszystko, żeby się ciebie
pozbyć. Słyszałem, że chce przejść do rękoczynów. Więc radzę ci się pilnować.
-Dzięki za ostrzeżenie – odpowiedział mi krótko Dave –
Ale ja dobrze wiem, co robię, Pierre. To moje życie i pozwól, że ja nim
pokieruję, okej?
Wzruszyłem ramionami i wczytałem się w trzecie zadanie,
które blondyn po prawdzie już prawie zrobił. Wiedziałem, że więcej nic nie
wskóram, w końcu ostrzegłem go, a to i tak wiele. Nie mogę wziąć
odpowiedzialności za jego pozostałe czyny. Jeśli tak bardzo chce walczyć o te
Kate, to niech walczy. Ja już więcej nie zamierzam się w to mieszać. Zwłaszcza,
że przecież nie muszę, to tylko moja dobra wola, że trochę mu pomagam.
NARRACJA DAVE’A
Być może nie było tego po mnie widać, ale to, co
powiedział Pierre, trochę mną wstrząsnęło. Właściwie gnębiło mnie to przez
wszystkie lekcje. Na pierwszy rzut oka wszystko było dla mnie jasne, Pierre
kłamał. Z drugiej strony jakie miałby mieć powody, żeby mnie okłamywać? Jedyne
co mi przychodziło do głowy, to zazdrość. To akurat nie mogło być możliwe, bo
zwyczajnie bym to wyczuł. Ale naprawdę nie wydawało mi się, by Kate mogła to
zrobić. Znowu bym się pomylił?
Sam dziwiłem się swojemu zachowaniu. Wiedziałem, że dla
ostrożności i własnego dobra powinienem się odczepić od Kate. Chyba przez
ciekawość tego nie zrobiłem. Zastanawiałem się, komu mam ufać, Kate czy
Pierre’owi. Dlatego nadal napastowałem ją na korytarzu. Sam prosiłem się o
oberwanie w twarz. To miał być sprawdzian.
W zasadzie nie przypuszczałem, że to mogło się sprawdzić.
Wracałem ze szkoły z grupą znajomych, która akurat szła w tym samym kierunku.
Tyle że oni przez cały czas szli prosto, a ja w którymś momencie skręcałem.
Wtedy zazwyczaj zakładałem słuchawki na uszy, bo z muzyką zawsze przyjemniej
się maszeruje. Pewnie dlatego nie usłyszałem, że ktoś przez cały czas szedł za
mną. Skapnąłem się dopiero, gdy ktoś mnie pchnął na ścianę kamienicy.
Przekląłem cicho pod nosem, w ogóle nie zaskoczony tym co mnie spotkało. W
jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że Pierre musiał mieć rację. Powoli
się odwróciłem i szybko skalkulowałem swoje szanse na wyjście z tego cało. Były
mniej więcej zerowe. Na pięści na pewno nie miałem z nimi szans.
-Witam – przywitałem się radośnie, prostując się i
patrząc na swoje spodnie, by stwierdzić, czy już jestem brudny – Czyli to wam
Kate kazała mnie pobić? No pięknie... – podrapałem się po głowie – Chyba już
mogę sobie załatwić miejscówkę w szpitalu... – jeszcze zanim zdążyłem skończyć
mówić, już oberwałem pięścią w kark. Ledwo zdołałem zachować równowagę. Co
najdziwniejsze w ogóle się nie bałem, chyba przez ten szok. Ciągle się
zastanawiałem, jak ona mogła mi to zrobić.
-Musisz się nauczyć, cwaniaczku, że ludzie w Montrealu są
inni niż... niż tam skąd przyjechałeś – roześmiał się jeden z nich szyderczo i
uderzył mnie w drugi policzek. Cofnąłem się o dwa kroki i zacisnąłem pięści.
Walczyć bez nadziei to złe rozwiązanie, ale przecież nie mogłem się poddać.
-Uświadomię cię, że tam, gdzie mieszkałem, też żyli
ludzie z gatunku homo sapiens. Nie mam pojęcia, co masz na myśli, mówiąc o
inności – uśmiechnąłem się krzywo. Nie zauważyłem tego kogoś z boku, co dał mi z
pięści prosto w brzuch. Jęknąłem cicho, chwytając się za klatę. Cholernie
zabolało.
-Ej, gdzie twój honor? – prychnąłem – Dwóch na jednego?
-Śmiesz nam jeszcze warunki dyktować? – trzeci zbliżał
się do mnie od tyłu. Obróciłem się na pięcie i pokonując pieprzony ból, przywaliłem
mu z pięści. Zachwiał się, ale jakoś utrzymał równowagę. Zanim zdążyłem zrobić
jakikolwiek inny ruch, znowu poczułem na swojej twarzy cios, tym razem w
okolicy nosa. Odwróciłem się, ale było już za późno, otrzymywałem kolejny cios,
tylko że w żebra. Bolało. Zastanawiałem się, czy czasem czegoś mi tam nie
połamali. Upadłem na chodnik, ale oni nie przestawali. Po chwili wyczułem
zapach krwi. Zamknąłem oczy, zaciskając zęby. Wiedziałem, że sam sobie na to
zasłużyłem, sam to wybrałem. W końcu Pierre próbował mnie ostrzec. Starałem się
nie myśleć o bólu, bo to tylko go zwiększało. Wbrew pozorom to nie było takie
proste, bo ta ich paczka nie dała o sobie zapomnieć. Ale nie krzyczałem.
Wolałem dać sobie rękę odciąć niż wrzeszczeć i błagać o litość.
Dla mnie to wszystko trwało wieczność, choć tak naprawdę
cała robota zajęła im mniej więcej pięć minut. Zniknęli tak szybko jak się
pojawili, wrzeszcząc na koniec, że jeśli nie odczepię się od Kate, to urządzą
mnie jeszcze lepiej. Ja przez moment się nie ruszałem, chyba bałem się
piekielnego bólu. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że i tak musze szybko
dojść do domu. Próbując zignorować ból, usiadłem. Na więcej ruchów już nie
miałem sił. Zacisnąłem pięści. Wciąż nie mogłem się pozbierać po tym moralnym
kopniaku .Łeb mnie bolał, nie mogłem zebrać myśli. Wiedziałem, że musze jak
najszybciej znaleźć się w domu, jeszcze przed mamą. Inaczej będę miał
przechlapane. A wolałem nie być ofiarą matczynej opieki.
Chyba za pomocą samej siły woli udało mi się wstać i
jakoś dojść do mieszkania. Odetchnąłem z ulgą, zauważając, że mamy samochodu
jeszcze nie ma. Pewnie musiała zostać dłużej w pracy. Drzwi były otwarte, czyli
Julia wróciła do domu. Bardzo powoli wspiąłem się schodami na górę. Dotarłem do
pokoju siostry i oparłem się o klamkę.
-Czego? – usłyszałem jej jakże miłe powitanie. Nawet na
mnie nie spojrzała, najwyraźniej ekran laptopa był ciekawszy. Nie
odpowiedziałem nic tylko wszedłem do środka i ześlizgnąłem się po ścianie. Ona
leniwie odwróciła głowę w moją stronę.
-O Boże! – wymsknęło jej się z buzi. Uśmiechnąłem się
krzywo.
-Bogiem to ja nie jestem, ale jeżeli chcesz, to
oczywiście możesz tak się do mnie zwracać.
Ona tylko prychnęła cicho i zaniepokojona podeszła do
mnie.
-Znowu się zaczyna? – zapytała, oglądając moją twarz –
Ledwo przyjechaliśmy do Montrealu, a ty już się lejesz! Skończą się kiedyś te
wasze głupie zabawy? – dotknęła palcem mojego policzka. Zasyczałem cicho –
Człowieku, kiedy ty w końcu dorośniesz?
-To było pytanie zadane na serio? – wystękałem, patrząc
jak ona prostuje się i grzebie w jednej ze swoich nowych szafek.
-Nie – odparła – Znam cię na tyle dobrze, że już się
domyślam, że zawsze będziesz przygłupim bachorem – dziewczyna z powrotem przy
mnie przyklęknęła z apteczką w dłoni – Masz szczęście, że tego nie wyrzuciłam.
-Nie ufasz mi – wyszczerzyłem się – Ale to chyba dobre.
-W tym przypadku akurat dobrze – siostra namoczyła wacik
wodą utlenioną i ostrożnie przyłożyła go do mojej twarzy. Ostro zapiekło. Tak
ostro, że aż zasyczałem cicho – Masz za swoje!
-Już zdążyłem zapomnieć, co to znaczy oberwać –
wymamrotałem – Auuuu! – jęknąłem, jednak nie poruszyłem się.
-Lepiej cicho bądź. Jeśli mama usłyszy twoje wrzaski,
kiedy wejdzie do domu, to dla ciebie nie będzie miło. Z drugiej strony takiej
komedii dawno już nie oglądałam... – Julia zastygła w bezruchu, chyba zaczęła
się zastanawiać, czy czasem mnie nie zostawić. Spojrzałem na nią błagalnym
wzrokiem – dobrze, żartowałam przecież! – krzyknęła śmiejąc się – Dawaj tę
swoją mordkę – znowu zaczęła wpatrywać mi się w twarz. Wszystko cholernie mnie
piekło, ale już znałem to cierpienie.
-Zejdzie do jutra? – zapytałem, ślamazarnie wstając i
usiłując w miarę normalnie chodzić. Nie za bardzo mi to wychodziło, ciągle
kulałem.
-Wątpię – odparła moja siostra, chowając wszystko do
apteczki – Ale może przynajmniej wszystko się zmniejszy. Idź do pokoju i nie
wychodź. Powiem mamie, że masz ważny sprawdzian i nie można ci przeszkadzać.
-Dzięki! – odetchnąłem z ulgą – Będę miał dużo czasu,
żeby nauczyć się z powrotem chodzić – zachichotałem cicho.
-O co znowu poszło? – zapytała dziewczyna, odkładając
swój sprzęt na miejsce – Znowu ktoś obraził tego twojego greeneye’a?
-GREEN DAY’A! – poprawiłem ją – Nie tym razem. Jak ci
powiem, to nie uwierzysz.
-Co ty, Desrosiers, ja jestem twoją siostrą. Już wiele
słyszałam i widziałam. Możesz śmiało mówić.
-O dziewczynę.
-Hahaha – roześmiała się sztucznie – Okej, pośmialiśmy
się, a teraz na poważnie.
-Naprawdę poszło o dziewczynę!
-I myślisz, że ja ci w to uwierzę? Jasne – pokiwała
ironicznie głową, a potem z powrotem wróciła do laptopa –Idź już lepiej do
swojego pokoju, bo mam Charlotte na skypie. No chyba że chcesz sobie posłuchać
ploteczek...
-Podaruję sobie tę przyjemność – burknąłem – To jeszcze
raz dzięki – powiedziałem, wdzięczny za jej opiekę. Ostrożnie otworzyłem drzwi.
Przez moment nasłuchiwałem, czy mama nie
wróciła. Na szczęście jej jeszcze nie było, więc mogłem spokojnie przeskoczyć
do pokoju.
ale ten Dave jest uparty...
OdpowiedzUsuńDobrze, że skończyło się na siniakach ;) Bo już się bałam, że zrobią mu coś gorszego...
Przynajmniej teraz wie, że powinien ufać Pierre'owi a nie Kate. :)
Part świetny... jak zwykle ;D