środa, 17 kwietnia 2013

PART XVI


Kiedy zadzwonił dzwonek, pierwszy rzuciłem się w stronę drzwi od klasy. Chciałem wykorzystać chwilę rozgardiaszu i przez krótką chwilę pogadać z Dave’em. Blondyn jednak nie śpieszył się, jeszcze gdy nauczycielka otwierała drzwi, on gadał z jakimś brunetem. Cholernie się niecierpliwiłem, chyba przez te nerwy. Co gorsza matematyczka nawet nie dawała nam szansy na gadanie, od razu kazała wyciągnąć karteczki. Przekląłem w duchu cały dzisiejszy dzień i zabrałem się za rozwiązywanie zadań. Po prawdzie nie umiałem zrobić tylko jednego zadania, ale reszty też nie byłem pewien. Wolałbym już w ogóle tego nie ruszać.
Potem, na szczęście dla mnie, babka zarządziła pracę w parach. David’owi też się chyba to spodobało, bo spojrzał na mnie z niemałym entuzjazmem.
-I co, znowu ci się nie udało okiełznać Kate? – zapytałem kąśliwie, otwierając podręcznik.
-Jeszcze nie – odparł, czytając zadanie, które mieliśmy rozwiązać jako pierwsze – Na to potrzebuję czasu.
-I naprawdę myślisz, że ci się uda przekonać ją do siebie?
-No jasne – odpowiedział radośnie – Kate już czyni pierwsze kroki w tym kierunku.
-Że co?
-No tak! – uśmiechnął się szeroko – Myślę, że wiem, jak zrobić to pierwsze!
Nachyliłem się nad podręcznikiem i szybko przeczytałem zadanie. Prychnąłem cicho i szybko zacząłem liczyć w pamięci.
-Prostackie – wymamrotałem – 24.
-Zgadza się – blondyn zaczął czytać kolejne zadanie, marszcząc brwi.
-To chyba źle widzisz, David – wybąkałem, usiłując także nad tym myśleć.
On przerwał i odwrócił głowę w moją stronę. Chyba nie miał pojęcia, o czym mówię.
-Mówię ci po raz kolejny, Kate nie jest dla ciebie – próbowałem raz jeszcze go przekonać, ale on tylko uśmiechnął się – Ja wiem, że ty jesteś uparty jak osioł, ale musisz sobie odpuścić., Tobie się tylko wydaje, że ona zaczyna robić postępy. Tak naprawdę chce dać tobie nauczkę!
-Rozbiłem A – ucieszył się blondyn. Miałem wrażenie, że zignorował moje słowa, ale było ono złudne, bo za chwilę dodał – A ja tobie mówię, że ja ją zmienię, choćbym miał paść trupem w grobie. Już podjąłem decyzję...
-A nie pomyślałeś czasem o tym, że ona nie chce się zmieniać? – zapytałem cicho – Może dla jej dobra powinieneś sobie odpuścić?
-Nie, Pierre – zaprzeczył blondyn, w międzyczasie czytając kolejne zadanie – Jeśli ją zostawię, to wiadomo, którą drogą podąży. A jeśli będę walczył, to mogę coś zmienić. Jeszcze kiedyś mi za to podziękuje, zobaczysz!
-Wątpię – prychnąłem. David zaczął mazać w zeszycie od matmy – Ona ma ciebie już dość. Jest gotowa zrobić wszystko, żeby się ciebie pozbyć. Słyszałem, że chce przejść do rękoczynów. Więc radzę ci się pilnować.
-Dzięki za ostrzeżenie – odpowiedział mi krótko Dave – Ale ja dobrze wiem, co robię, Pierre. To moje życie i pozwól, że ja nim pokieruję, okej?
Wzruszyłem ramionami i wczytałem się w trzecie zadanie, które blondyn po prawdzie już prawie zrobił. Wiedziałem, że więcej nic nie wskóram, w końcu ostrzegłem go, a to i tak wiele. Nie mogę wziąć odpowiedzialności za jego pozostałe czyny. Jeśli tak bardzo chce walczyć o te Kate, to niech walczy. Ja już więcej nie zamierzam się w to mieszać. Zwłaszcza, że przecież nie muszę, to tylko moja dobra wola, że trochę mu pomagam.

NARRACJA DAVE’A

Być może nie było tego po mnie widać, ale to, co powiedział Pierre, trochę mną wstrząsnęło. Właściwie gnębiło mnie to przez wszystkie lekcje. Na pierwszy rzut oka wszystko było dla mnie jasne, Pierre kłamał. Z drugiej strony jakie miałby mieć powody, żeby mnie okłamywać? Jedyne co mi przychodziło do głowy, to zazdrość. To akurat nie mogło być możliwe, bo zwyczajnie bym to wyczuł. Ale naprawdę nie wydawało mi się, by Kate mogła to zrobić. Znowu bym się pomylił?
Sam dziwiłem się swojemu zachowaniu. Wiedziałem, że dla ostrożności i własnego dobra powinienem się odczepić od Kate. Chyba przez ciekawość tego nie zrobiłem. Zastanawiałem się, komu mam ufać, Kate czy Pierre’owi. Dlatego nadal napastowałem ją na korytarzu. Sam prosiłem się o oberwanie w twarz. To miał być sprawdzian.
W zasadzie nie przypuszczałem, że to mogło się sprawdzić. Wracałem ze szkoły z grupą znajomych, która akurat szła w tym samym kierunku. Tyle że oni przez cały czas szli prosto, a ja w którymś momencie skręcałem. Wtedy zazwyczaj zakładałem słuchawki na uszy, bo z muzyką zawsze przyjemniej się maszeruje. Pewnie dlatego nie usłyszałem, że ktoś przez cały czas szedł za mną. Skapnąłem się dopiero, gdy ktoś mnie pchnął na ścianę kamienicy. Przekląłem cicho pod nosem, w ogóle nie zaskoczony tym co mnie spotkało. W jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że Pierre musiał mieć rację. Powoli się odwróciłem i szybko skalkulowałem swoje szanse na wyjście z tego cało. Były mniej więcej zerowe. Na pięści na pewno nie miałem z nimi szans.
-Witam – przywitałem się radośnie, prostując się i patrząc na swoje spodnie, by stwierdzić, czy już jestem brudny – Czyli to wam Kate kazała mnie pobić? No pięknie... – podrapałem się po głowie – Chyba już mogę sobie załatwić miejscówkę w szpitalu... – jeszcze zanim zdążyłem skończyć mówić, już oberwałem pięścią w kark. Ledwo zdołałem zachować równowagę. Co najdziwniejsze w ogóle się nie bałem, chyba przez ten szok. Ciągle się zastanawiałem, jak ona mogła mi to zrobić.
-Musisz się nauczyć, cwaniaczku, że ludzie w Montrealu są inni niż... niż tam skąd przyjechałeś – roześmiał się jeden z nich szyderczo i uderzył mnie w drugi policzek. Cofnąłem się o dwa kroki i zacisnąłem pięści. Walczyć bez nadziei to złe rozwiązanie, ale przecież nie mogłem się poddać.
-Uświadomię cię, że tam, gdzie mieszkałem, też żyli ludzie z gatunku homo sapiens. Nie mam pojęcia, co masz na myśli, mówiąc o inności – uśmiechnąłem się krzywo. Nie zauważyłem tego kogoś z boku, co dał mi z pięści prosto w brzuch. Jęknąłem cicho, chwytając się za klatę. Cholernie zabolało.
-Ej, gdzie twój honor? – prychnąłem – Dwóch na jednego?
-Śmiesz nam jeszcze warunki dyktować? – trzeci zbliżał się do mnie od tyłu. Obróciłem się na pięcie i pokonując pieprzony ból, przywaliłem mu z pięści. Zachwiał się, ale jakoś utrzymał równowagę. Zanim zdążyłem zrobić jakikolwiek inny ruch, znowu poczułem na swojej twarzy cios, tym razem w okolicy nosa. Odwróciłem się, ale było już za późno, otrzymywałem kolejny cios, tylko że w żebra. Bolało. Zastanawiałem się, czy czasem czegoś mi tam nie połamali. Upadłem na chodnik, ale oni nie przestawali. Po chwili wyczułem zapach krwi. Zamknąłem oczy, zaciskając zęby. Wiedziałem, że sam sobie na to zasłużyłem, sam to wybrałem. W końcu Pierre próbował mnie ostrzec. Starałem się nie myśleć o bólu, bo to tylko go zwiększało. Wbrew pozorom to nie było takie proste, bo ta ich paczka nie dała o sobie zapomnieć. Ale nie krzyczałem. Wolałem dać sobie rękę odciąć niż wrzeszczeć i błagać o litość.
Dla mnie to wszystko trwało wieczność, choć tak naprawdę cała robota zajęła im mniej więcej pięć minut. Zniknęli tak szybko jak się pojawili, wrzeszcząc na koniec, że jeśli nie odczepię się od Kate, to urządzą mnie jeszcze lepiej. Ja przez moment się nie ruszałem, chyba bałem się piekielnego bólu. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że i tak musze szybko dojść do domu. Próbując zignorować ból, usiadłem. Na więcej ruchów już nie miałem sił. Zacisnąłem pięści. Wciąż nie mogłem się pozbierać po tym moralnym kopniaku .Łeb mnie bolał, nie mogłem zebrać myśli. Wiedziałem, że musze jak najszybciej znaleźć się w domu, jeszcze przed mamą. Inaczej będę miał przechlapane. A wolałem nie być ofiarą matczynej opieki.
Chyba za pomocą samej siły woli udało mi się wstać i jakoś dojść do mieszkania. Odetchnąłem z ulgą, zauważając, że mamy samochodu jeszcze nie ma. Pewnie musiała zostać dłużej w pracy. Drzwi były otwarte, czyli Julia wróciła do domu. Bardzo powoli wspiąłem się schodami na górę. Dotarłem do pokoju siostry i oparłem się o klamkę.
-Czego? – usłyszałem jej jakże miłe powitanie. Nawet na mnie nie spojrzała, najwyraźniej ekran laptopa był ciekawszy. Nie odpowiedziałem nic tylko wszedłem do środka i ześlizgnąłem się po ścianie. Ona leniwie odwróciła głowę w moją stronę.
-O Boże! – wymsknęło jej się z buzi. Uśmiechnąłem się krzywo.
-Bogiem to ja nie jestem, ale jeżeli chcesz, to oczywiście możesz tak się do mnie zwracać.
Ona tylko prychnęła cicho i zaniepokojona podeszła do mnie.
-Znowu się zaczyna? – zapytała, oglądając moją twarz – Ledwo przyjechaliśmy do Montrealu, a ty już się lejesz! Skończą się kiedyś te wasze głupie zabawy? – dotknęła palcem mojego policzka. Zasyczałem cicho – Człowieku, kiedy ty w końcu dorośniesz?
-To było pytanie zadane na serio? – wystękałem, patrząc jak ona prostuje się i grzebie w jednej ze swoich nowych szafek.
-Nie – odparła – Znam cię na tyle dobrze, że już się domyślam, że zawsze będziesz przygłupim bachorem – dziewczyna z powrotem przy mnie przyklęknęła z apteczką w dłoni – Masz szczęście, że tego nie wyrzuciłam.
-Nie ufasz mi – wyszczerzyłem się – Ale to chyba dobre.
-W tym przypadku akurat dobrze – siostra namoczyła wacik wodą utlenioną i ostrożnie przyłożyła go do mojej twarzy. Ostro zapiekło. Tak ostro, że aż zasyczałem cicho – Masz za swoje!
-Już zdążyłem zapomnieć, co to znaczy oberwać – wymamrotałem – Auuuu! – jęknąłem, jednak nie poruszyłem się.
-Lepiej cicho bądź. Jeśli mama usłyszy twoje wrzaski, kiedy wejdzie do domu, to dla ciebie nie będzie miło. Z drugiej strony takiej komedii dawno już nie oglądałam... – Julia zastygła w bezruchu, chyba zaczęła się zastanawiać, czy czasem mnie nie zostawić. Spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem – dobrze, żartowałam przecież! – krzyknęła śmiejąc się – Dawaj tę swoją mordkę – znowu zaczęła wpatrywać mi się w twarz. Wszystko cholernie mnie piekło, ale już znałem to cierpienie.
-Zejdzie do jutra? – zapytałem, ślamazarnie wstając i usiłując w miarę normalnie chodzić. Nie za bardzo mi to wychodziło, ciągle kulałem.
-Wątpię – odparła moja siostra, chowając wszystko do apteczki – Ale może przynajmniej wszystko się zmniejszy. Idź do pokoju i nie wychodź. Powiem mamie, że masz ważny sprawdzian i nie można ci przeszkadzać.
-Dzięki! – odetchnąłem z ulgą – Będę miał dużo czasu, żeby nauczyć się z powrotem chodzić – zachichotałem cicho.
-O co znowu poszło? – zapytała dziewczyna, odkładając swój sprzęt na miejsce – Znowu ktoś obraził tego twojego greeneye’a?
-GREEN DAY’A! – poprawiłem ją – Nie tym razem. Jak ci powiem, to nie uwierzysz.
-Co ty, Desrosiers, ja jestem twoją siostrą. Już wiele słyszałam i widziałam. Możesz śmiało mówić.
-O dziewczynę.
-Hahaha – roześmiała się sztucznie – Okej, pośmialiśmy się, a teraz na poważnie.
-Naprawdę poszło o dziewczynę!
-I myślisz, że ja ci w to uwierzę? Jasne – pokiwała ironicznie głową, a potem z powrotem wróciła do laptopa –Idź już lepiej do swojego pokoju, bo mam Charlotte na skypie. No chyba że chcesz sobie posłuchać ploteczek...
-Podaruję sobie tę przyjemność – burknąłem – To jeszcze raz dzięki – powiedziałem, wdzięczny za jej opiekę. Ostrożnie otworzyłem drzwi. Przez moment nasłuchiwałem, czy mama  nie wróciła. Na szczęście jej jeszcze nie było, więc mogłem spokojnie przeskoczyć do pokoju.

1 komentarz:

  1. ale ten Dave jest uparty...
    Dobrze, że skończyło się na siniakach ;) Bo już się bałam, że zrobią mu coś gorszego...
    Przynajmniej teraz wie, że powinien ufać Pierre'owi a nie Kate. :)

    Part świetny... jak zwykle ;D

    OdpowiedzUsuń