sobota, 29 czerwca 2013

PART XXIX

NARRACJA PIERRE’A
Kolejna kłótnia z Marie nie wróżyła szczególnie dobrej przyszłości naszego związku. Znowu przeklinałem siebie za to, że nie potrafiłem ugryźć się w język. W końcu kochamy się i powinniśmy się wspierać. Ale ja nie mogłem przeżyć tego, że ona naprawdę chce iść na studia, chce mnie tu zostawić. Ja wiem, że nasza miłość przetrwałaby tę rozłąkę, ale bałem się. Cholernie bałem się, że ją stracę, że ona nie wytrzyma i z kimś się prześpi, a potem będzie to ukrywała. A nie chciałbym, żeby tak się to skończyło.
Ze złością kopnąłem leżący w pobliżu kamień. Ten z głośnym pluskiem wylądował w niewielkim stawie. Zatrzymałem się i schowałem twarz w dłoniach. Nie chciałem się kłócić. Ja tak bardzo nie chciałem się kłócić, a czułem, że ona podjęła już decyzję, w końcu wysłała już te papiery do uczelni. A ja mogłem jedynie stać i przyglądać się temu wszystkiemu z zaciśniętymi pięściami. ona nawet nie zapytała się o moją opinię. To chyba najbardziej mnie zabolało. Moje zdanie nie ma dla niej żadnego znaczenia. Po prostu mnie olewa.
Rozejrzałem się, gdy dotarło do mnie, że słyszę czyiś płacz. Na początku to zignorowałem, dopiero po chwili dotarło do mnie, że znam osobę, która skulona siedzi na ławce. Przez moment się zawahałem, nie wiedziałem, czy mam podejść, czy raczej ona potrzebuje spokoju. W końcu postanowiłem zagadać chociażby po to, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.
-Cześć, Pat! – przywitałem się wesoło, chcąc zarazić ją swoją radością. Tak jak przypuszczałem to w ogóle nie podziałało. Ona spojrzała na mnie swoimi smutnymi oczyma i ponownie wybuchnęła głośnym płaczem. Nieśmiało przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem. Czułem, że teraz ona musi mi się wypłakać, dopiero potem  będzie w stanie mi się wyżalić. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Zwykle rozpromieniona i wesoła Pat nie mogła być tą dziewczyną, na którą patrzyłem. Nie wiedziałem, co Dave jej zrobił, ale jeśli to on doprowadził dziewczynę do takiego stanu, to nie zamierzałem mu podarować.
-Dave... On... On chyba mnie zdradza...  – wyszlochała przez łzy Pat i z powrotem wtuliła się w moją pierś. Przekląłem w duchu mojego kumpla. Przeczuwałem, że to wszystko przez niego. Ale nie odzywałem się, chociaż miałem ochotę powiedzieć parę słów. Postanowiłem dać wypowiedzieć się swojej przyjaciółce – Słuchaj, Pierre... Ja już w ogóle go nie widuję... – szlochała z beznadzieją w głosie – Czuję, że go tracę... Gdy czasem go odwiedzę w pracy, zawsze przy nim jest Kate... Czuję, że on mnie zdradza... – dziewczyna ponownie wybuchnęła głośnym płaczem. Jeszcze mocniej ją przytuliłem, wiedziałem, że potrzebuje wsparcia. To dla niej musiał być naprawdę trudny okres. Spędzaliśmy z chłopakami strasznie dużo czasu, chcieliśmy nagrać w końcu demo piosenek, żeby powysyłać je po wytwórniach. Poza tym Dave miał pracę, to także zabierało mu mnóstwo czasu. Mi też wspominał o Kate, ale ja próbowałem namówić go, żeby dał sobie spokój, bo inaczej będą z tego kłopoty, jednak czułem, że to go nie przekona. Postanowiłem pomóc Pat i trochę powęszyć w sprawie Dave’a. Nie zamierzałem nic mówić o swoich domysłach dziewczynie. Nie chciałem jej dobijać, bo i tak wyglądała fatalnie.  
-Nie martw się – próbowałem jakoś ją pocieszyć – Na pewno trochę przesadzasz, ja też nie mam zbyt wiele czasu dla Marie, wiesz, że pracujemy nad demówką. A Kate to przecież tylko koleżanka, przecież wiesz, że nie zostawiłby takiej świetnej dziewczyny jak ty! – wmawiałem jej, starając się, by brzmiało to pewnie, bo ja sam nie wiedziałem, czy to co mówię, jest prawdą. Ale i tak zamierzałem ochrzanić blondyna za to, że za mało uwagi poświęca Pat. Przecież nagrywanie płyty wcale go z tego nie zwalnia. Westchnąłem cicho, wsłuchując się w kolejne zażalenia dziewczyny. Ciągle powtarzałem jej, że Dave taki nie jest, że głupota do niego pasuje, ale nie aż tak wielka. Nie miałem pojęcia, czy to ją przekonuje, ale nie mogłem ni stąd n i zowąd zacząć oczerniać kumpla, w końcu Dave to dalej mój najlepszy przyjaciel, czego by nie zrobił, ja zawsze będę przy nim. Dlatego musiałem z nim poważnie porozmawiać.

NARRACJA DAVE’A
Jak zwykle spóźniony biegłem w stronę domu Chuck’a. Kątem oka zerknąłem na jeden z ozdabiających zegarów montrealskich. Odetchnąłem z ulgą i zwolniłem nieco. 10 minut to jeszcze nie tak źle. W końcu miałem już o wiele gorsze problemy z czasem i chłopaki mnie jeszcze nie zabili, więc teraz też chyba jakoś uda mi się przeżyć. A przecież to nie moja wina, że szef znowu kazał mi wysprzątać całą restaurację na błysk. Oczywiście Kate mi pomogła, zresztą jak zwykle, chociaż głośno protestowałem. Uważałem, że się przemęcza, po swojej zmianie była zwykle tak bardzo  padnięta, że ledwo trzymała się na nogach. A nie chciałem, by przeze mnie stała jej się krzywda. W końcu to ja wkręciłem ją w tę pracę.
Z daleko widziałem już tak dobrze znany sobie dach. Przyspieszyłem nieco, znowu obawiając się reakcji chłopaków. Po chwili wszedłem do garażu Chucka, gdzie urządziliśmy sobie małe studio. Sporo się tu zmieniło, odkąd pierwszy raz przekroczyłem próg tego miejsca. Przede wszystkim stało tu więcej instrumentów i więcej kabli. No i stać było nas na zakup komputera.
Trochę zaskoczyła mnie ta pustka, gdy znalazłem się w środku. Spodziewałem się, że kumple od razu rzucą się na mnie z pretensjami, tak jak zwykle to robili, ale na kanapie siedział jedynie Pierre.
-Wyszli po picie – odpowiedział na moje pytające spojrzenie – Powiedzieli, że i tak nie przyjdziesz szybciej niż za pół godziny. Ale to dobrze, będziemy mogli spokojnie porozmawiać.
Jego ton był tak bardzo poważny, że aż byłem zdumiony. Pierre zwykle robił sobie ze wszystkiego jaja,  gdybym poznał go teraz, nie przypuszczałbym, że on kiedykolwiek potrafi być poważny. Ale ja znałem jego przeszłość i pamiętałem, jak się zachowywał, zanim zdołał w końcu nam zaufać. Już dawno taki chłód nie witał na jego twarzy.
-Dave, w co ty do cholery grasz? – zapytał spokojnie, wpatrując się w moje oczy. Usiadłem na kanapie, zastanawiając się, co ja znowu mogłem spaprać.
-Czasami gram z siostrą w monopoly – prychnąłem, on jednak nie parsknął śmiechem.
-Przestań sobie robić jaja, to nie pora na żarty – warknął tak ostro, że aż się go przestraszyłem.
-Więc wyjaśnij mi, o co ci chodzi – odparłem swobodnie. On przez moment się we mnie wpatrywał, chyba nie dowierzając, a ja coraz bardziej się denerwowałem.
-Naprawdę nie widzisz, co robisz?
-Widzę. Teraz marnuję czas na rozmowę z tobą – prychnąłem po raz drugi, dopiero po fakcie wyczuwając, że przekroczyłem jakąś granicę. On jednak się tym nie przejął, tylko moją głupotą. Załamany złapał się za głowę.
-stary... Jesteś ślepy jak kret.
-Ej! – warknąłem obrażony – Może mój wzrok nie jest tak dobry jak twój, ale...
-To była przenośnia! – jęknął brunet, ponownie łapiąc się za głowę.
-Dobra – machnąłem dłonią – Przejdźmy do rzeczy, a nie mącisz i mącisz...
-Spotkałem wczoraj Pat – zaczął chłodno Pierre – Ona płakała, Dave.
Coś w sercu lekko mnie zakuło. Chyba trochę zazdrościłem brunetowi, że to on mógł pomóc mojej dziewczynie. Z drugiej strony zastanawiałem się, dlaczego ja nic nie zauważyłem. Przecież ona co chwilę wpadała do mojej roboty, przecież my razem rozmawialiśmy. Zachowywała się normalnie, nie widziałem, by coś ją gnębiło. Tymczasem coś musiało ją dręczyć, skoro płakała. Tylko dlaczego o niczym mi nie powiedziała? Nie ufa mi?
-David, o co chodzi z Kate? – dopytywał się brunet. Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczyma, zastanawiając się, skąd to pytanie. W ogóle nie rozumiałem logiki tej rozmowy. Co ma Kate do Pat?
-O nic. Kolegujemy się z Kate – wysyczałem, trochę niezadowolony, że Pierre się w to miesza. Czułem, że nie przepada za tą dziewczyną, że nadal nie pozbył się jej szkolnego wizerunku – Ona jest tylko kolezanką, która poprosiła mnie o pomoc.
-Pat się boi – znowu zmienił temat Bouvier – Pat się boi, że Kate odbije ciebie.
Słysząc słowa Pierre’a wybuchnąłem głośnym śmiechem, jednocześnie czując wielka ulgę. Kasztanowe oczy bruneta zdawały się dziwić moim zachowaniem, zresztą jak zwykle.  Cholernie się bałem, że Pat coś się stało i nie chciała mnie martwić, dlatego nic mi nie mówiła. A ona po prostu przejmowała się taką głupotą.
-Dave, to nie jest śmieszne! – burknął wkurzony Pierre, zaciskając pięści – skoro ona się martwi, to chyba ma jakieś powody, co?
-Pierre, nie osłabiaj mnie! – krzyknąłem – Przecież znasz mnie nie od dzisiaj! Wiesz, że nie zrobiłbym tego Pat! Jasna cholera, przecież ja ją kocham! Naprawdę uważasz mnie za aż takiego gnoja?
-Nie uważam cię za żadnego gnoja, tylko wiem, jak galerianki potrafią zamieszać w głowie. Ostrzegam cię, lepiej uważaj na Kate. Nie będę ci mówił, żebyś ją porzucił, bo wiem, że tego nie zrobisz, ale pilnuj Pat, bo ona widzi, że coś się dzieje. Proszę cię, lepiej otwórz oczy.
-Spokojnie, Pie – uśmiechnąłem się – Ja wiem, co robię i panuje nad sytuacją. Znam granice między przyjaźnią a miłością. Naprawdę i ty, i Pat nie macie o co się martwić. Nie zamierzam zniszczyć tego, co jest między nami. Ale nie chce też zostawić Kate na lodzie, obiecałem jej, że ją z tego wyciągnę i dotrzymam obietnicy.
-No ja mam nadzieję – wymamrotał chłopak pod nosem, chyba nie do końca przekonany moimi argumentami – Słuchaj, ja znam Kate bardzo dobrze, wiem, że ona...
-Przestań – przerwałem mu – Przestań, to przeszłość. Teraz ona jest już inną dziewczyną.
-Okej – brunet wzruszył ramionami – Nie zamierzam włazić tobie z buciorami w życie. Ale pamiętaj, że są tacy ludzie, dla których czyjeś zaufanie jest niczym.

-Dzięki za radę. I za to, że powiedziałeś mi o Pat – dodałem po chwili namysłu – Chyba rzeczywiście powinienem spędzać z nią trochę więcej czasu – powiedziałem bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, dręcząc brodę. Zamierzałem jeszcze dzisiaj porozmawiać ze swoją dziewczyną. Podejrzewałem, że ona zaczyna wątpić w to, że ją kocham. Nie mogłem tego pozostawić. Zależało mi na niej, cholernie mi na niej zależało. Bo po raz pierwszy naprawdę czułem, że ktoś mnie rozumie, po raz pierwszy jakaś dziewczyna sprawiła, że straciłem dla niej głowę. Chociaż chłopaki ciągle powtarzali mi, że aby stracić głowę, najpierw trzeba ją mieć. 

niedziela, 23 czerwca 2013

PART XXVIII

-DESROSIERS! Znowu spóźniony! – warknął mój szef jak zwykle – Czy ty kiedyś przyjdziesz punktualnie do pracy?!
-Kiedyś na pewno się zdarzy – zachichotałem – Ale chyba musiałbym nastawić budzik na godzinę wcześniej, a ciągle o tym zapominam...
-Nie kazałem ci odpowiadać! – krzyknął mężczyzna po raz drugi, ale zauważyłem, że już się uśmiechał pod nosem. Nie byłby w stanie mnie wyrzucić, bo jestem zbyt dobrym pracownikiem. Nie dlatego, że wszystko dokładnie robię, bo najczęściej to nic nie robię poza bieganiem wśród klientów, a raczej dlatego, że mam poczucie humoru, które przyciąga ludzi.
-Zostajesz dzisiaj po godzinach – rozkazał, wracając do swojej powagi – Posprzątasz restaurację.
Jęknąłem cicho, ale na moje nieszczęście on to usłyszał – No cóż, trzeba było nauczyć się ustawiać dobrze budzik. Jesteś gorszym pracownikiem niż te wszystkie panienki, które przed jakimkolwiek wyjściem muszą stroić się przez pół godziny.
Marudząc cicho pod nosem, wróciłem za kasę. Dzisiaj była sobota, a to oznaczało niemałe tłumy, bo w weekendy ludzie chętniej tu chadzają. Już o poranku zauważyłem, że ten dzień będzie szalony. Wszyscy biegaliśmy jak głupi, przy kasach właściwie nikt nie stał. Każdy mógł wyciągnąć sobie stamtąd pieniądze przez naszą nieuwagę. Na szczęście nikomu nie przyszło to do głowy. Później było już tylko gorzej. Dwoiliśmy się i troiliśmy, żeby zdążyć, a i tak było nas za mało.
-Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – wyrecytowałem ze sztucznie przyklejonym, uśmiechem, gotów do zapisania zamówienia.
-Ty dobrze wiesz, w czym! – usłyszałem głos Kate.
-Cześć! – krzyknąłem zaskoczony, ale także i rozweselony. Natychmiast zapomniałem o swoich obowiązkach i usiadłem naprzeciwko niej – Jak fajnie, że przyszłaś...
-No nie wiem, czy tak fajnie – wymamrotała dziewczyna jak zwykle pesymistycznie nastawiona do wszystkiego wokół – David, naprawdę myślisz, że to się może udać? – zapytała, w jej głosie usłyszałem zwątpienie.
-Oczywiście że tak – potwierdziłem, bardzo pewny siebie – Ty się także nie wahasz, prawda?
-Szczerze to...
-Świetnie, ze nie! – klasnąłem w dłonie – Wiara to jest akurat to, czego najbardziej nam potrzeba, dlatego ważne, żeby nam jej nie zabrakło, rozumiesz? – ona pokiwała głową, ale szczerze mówiąc nie przekonała mnie tym. Westchnąłem cicho – Słuchaj Kate, samo to, że tu przyszłaś, to już wielki wyczyn. To znaczy, że chcesz walczyć. Może ty tego nie widzisz, ale ja widzę...
-DESROSIERS! – jak na rozkaz się zerwałem – Desrosiers, a ty sobie piknik urządzasz, czy jak? Do roboty!
-Cholera! – jęknąłem – Znowu ja! Przepraszam cię na chwilę... – ona tylko po raz kolejny ze zrozumieniem pokiwała głową. Rzuciłem się w stronę wchodzących ludzi, proponując im pomoc. Pech chciał, że moment trwał trochę dłużej niż myślałem, bo przez jakąś godzinę. Ale Kate ciągle czekała na mnie cierpliwie.
-W końcu! – z ulgą usiadłem, a raczej rzuciłem się na krzesełko stojące naprzeciwko niej – Ta praca mnie kiedyś wykończy... – jęknąłem, rozmasowując sobie ręce – Nawet nie ma tutaj smacznych bananów, więc nie można podjeść... Ale za to mam darmowe shaki. Chcesz?
-Nie...
-To i tak ci załatwię – zerwałem się ochoczo i zanim zdążyłem wysłuchać, co ona ma mi do powiedzenia, ruszyłem ku kasie. Wszedłem za bar, chwyciłem duży kubek i nalałem sobie shaka czekoladowego z nadzieją, że Kate nie ma uczulenia na czekoladę.
-Ty, blondas, tylko nie zapomnij zapłacić, tak jak ostatnio, przedostatnio i przed... - pogroził mi palcem jeden z kumpli.
-Nie martw się, tym razem wziąłem ze sobą kasę – skłamałem, uśmiechając się szeroko. On chyba od razu to wyczuł, ale na mój urok osobisty nie było mocnych.
-Proszę! – z dumą postawiłem przed dziewczyną shaka. Ona przez moment przyglądała się kubkowi – Spokojnie – zachichotałem – Ładnych kobiet nie truję!
-A skąd mam mieć pewność, że według ciebie jestem ładna? – zapytała ona, unosząc jedną brew do góry.
-Bo nie ma brzydkich kobiet – wzruszyłem ramionami.
-Nieprawda – zaprzeczyła, wkładając sobie słonkę do buzi.
-Prawda – prychnąłem.
-Nie – odparła po krótkiej ciszy, podczas której piła shaka – Czekoladowy?
-Tak – potwierdziłem, uśmiechając się szeroko – I nie kłóć się ze mną w sprawach kobiet, bo ja wiem więcej na ten temat niż ty, rozumiemy się? – zauważyłem, ze ona otwiera usta, by dalej się ze mną sprzeczać, ale zdążyłem temu zapobiec – To naprawdę świetnie, że się rozumiemy, nie lubię kłócić się o takie głupoty. Swoją drogą to skandal, że są shaki czekoladowe i waniliowe, a nie ma innych smaków, na przykład bananowych! – na znak buntu skrzyżowałem ramiona na piersiach. Zaciekawił mnie jej trochę zdumiony wzrok. Co ją we mnie mogło tak zainteresować? Przez chwilę myślałem, że to coś za mną, ale kiedy się rozejrzałem, nikogo nie zobaczyłem. Podrapałem się po głowie - Naprawdę jestem aż tak dziwny?
-Nie da się ukryć – zachichotała ona, chociaż ja nawet nie wiedziałem, czy na moje pytanie, bo nie miałem pojęcia, czy w ogóle zadałem je na głos – Ty powinieneś siedzieć w klatce z napisem „niecodzienny gatunek”!
-Hmm... – zamyśliłem się na chwilę – W sumie jakby mi dali dużo bananów, to czemu nie...
-Desrosiers, czy ja tobie już dzisiaj nie zwracałem uwagi? – głos mojego szefa ponownie przywołał moje ego do porządku. Chyba jednak dzisiaj nie uda mi się porozmawiać z Kate.
-Nawet dwa razy! – przypomniałem mu ochoczo – Już zabieram się do pracy! Słuchaj... – zwróciłem się do dziewczyny – Raczej...
-Przydałaby się wam jeszcze jedna para rąk, prawda? – zapytała – Jasne, wracaj do roboty, ja bym nie chciała mieć do czynienia z pięściami twojego szefa.
-Dobra, wracam – wymamrotałem, leniwie wstając – Żebyś wiedziała, że przydałaby mi się – westchnąłem – Długo tak w trójkę nie pociągniemy. A szef i tak twierdzi, że jest tu nas za dużo. Na razie musimy sobie radzić...
-Dave, a może ja bym ci pomogła, co? – zapytała nieśmiało – I tak nie mam co robić, a na spotkanie z dziewczynami tez jakoś nie mam ochoty...
-Nie! – krzyknąłem przestraszony – W ogóle nie ma takiej możliwości! Nie będziesz za mnie pracować!
-Przestań, no jasne, że nie będę za ciebie pracować! Ja tylko troszeczkę tobie pomogę!
-Nie, nie, nie! Nie przyszłaś tutaj po to, żeby cokolwiek robić!
-to co, mam przez cały czas siedzieć i się nudzić? – spojrzała na mnie błagalnie. Zaczynałem mięknąć – No Dave! Ja będę zbierać zamówienia, a ty je realizować! Będziemy zgranym duetem! No ej, mojej prośby nie spełnisz? – zapytała w taki sposób, że nie potrafiłem odmówić. Machnąłem lekceważąco dłonią.
-Tylko mi nie marudź potem, że stopy cię bolą! – pogroziłem wciąż jednak z niewielką nadzieją na to, że ona się rozmyśli. Ale dziewczyna wstała równie szybko jak ja.
W rzeczywiście musiałem przyznać jej rację, we dwójkę szło nam znacznie szybciej. Ona chodziła po klientach i zbierała zamówienia, a ja je realizowałem. Mieliśmy przy tym naprawdę sporo zabawy, śmialiśmy się nawet z najzwyklejszych na świecie frytek. Przy okazji to nas do siebie zbliżyło. Akurat na tym najbardziej mi zależało, bo taki był mój plan. Ona musiała nam zaufać, musiała zapomnieć o tym, z czym walczy. Wtedy wszystko byłoby prostsze.
-co podać? – wydarła się Kate z końca McDonalda. Akurat zdołałem się z kimś zamienić na kasę i razem z dziewczyną urządziliśmy wyścigi. Biliśmy się o niemal każdego klienta.
-To niesprawiedliwe, koleżanko! – wrzasnąłem, biegnąc już w stronę osoby, która właśnie wparowała do środka. Kątem oka zauważyłem, jak roześmiana dziewczyna już biegnie w moją stronę – Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – zapytałem i wtedy zobaczyłem, że przecież bardzo dobrze znam tę osobę – Pati! – ucieszyłem się, natychmiast przyciągając do siebie swoją dziewczynę i przytulając, a następnie całując w czoło.
-Akurat przechodziłam obok i tak mi serducho zabiło, że musiałam ciebie zobaczyć – wytłumaczyła radośnie. Chwyciłem jej dłoń i pociągnąłem w stronę wolnego stolika. Siedzieliśmy oboje przez dłuższy czas, ona z przejęciem opowiadała mi o jakimś koncercie, a ja wpatrywałem się w jej uśmiech, po raz kolejny doceniając to, że taka dziewczyna jak ona chciała być z takim chłopakiem jak ja. Cieszyłem się jak dziecko każdą chwilą, którą mogłem z nią spędzić. A niestety nie miałem ich za dużo, nie mogłem olewać naszych prób. Na szczęście ona to rozumiała.
-Oczywiście – przekonująco pokiwałem głową, wpatrując się w jej bajeczne oczy. Ona roześmiała się głośno, zadziwiając mnie tym. Uniosłem jedną brew do góry, zastanawiając się, co ja znowu głupiego powiedziałem.
-Przed chwilą zgodziłeś się z moim stwierdzeniem, że banany powinny zostać wycofane ze sprzedaży – śmiała się perlistym śmiechem, trzymając się za brzuch – Naprawdę tak myślisz...?
-Nie!  - wrzasnąłem – Nigdy!
Niestety mój krzyk dodatkowo mnie upokorzył, znowu zauważono, że nic nie robię i pogoniono mnie do roboty. Całkowicie zapomniałem o Kate i naszym zakładzie, którego nie mogłem już wygrać. Na szczęście moja koleżanka to zrozumiała i nie miała do mnie pretensji.
-Ale tego zakładu to nie odpuszczę! – krzyknęła, gdy leciałem do jednego z klientów z wielkim hamburgerem na tacy. Uniosłem kciuk do góry. Właściwie to nawet chciałem przegrać. Miałem świetny pomysł na jej nagrodę. Szybko obsłużyłem tego kolesia i wróciłem do kasy, gdzie Pat swobodnie rozmawiała sobie z Kate.
-Dave, nie mówiłeś mi, że masz w pracy nową koleżankę – powiedziała trochę z żalem w głosie moja dziewczyna, gdy zatrzymałem się obok nich.
-A nie, Kate tu nie pracuje – zachichotałem cicho, tłumacząc nieporozumienie – Kate tylko mi pomaga. Chociaż... – strzeliłem palcami, wpatrując się w blondynkę – Pat, to nie jest głupi pomysł! Kate jest już zaznajomiona z tym środowiskiem, wie, co robić – mówiłem chyba bardziej do siebie niż do dziewcząt, drapiąc się po brodzie – Pat, jesteś genialna! – pocałowałem dziewczynę w policzek. Za to ona wydawała się mniej zadowolona z takiego rozwiązania, ale ja wtedy nie zwróciłem na to uwagi.
-Kate, co o tym myślisz? – zapytałem wesoło. Ona chyba nie podzielała mojego entuzjazmu – Słuchaj, ja mógłbym pogadać z moim szefem, on mnie lubi, na pewno dałby się przekonać. A ty i tak nie masz teraz co robić.
-Dave, ja nie wiem, czy...

-Daj spokój – machnąłem lekceważąco dłonią. Wiedziałem już, w jaki sposób mam z nią rozmawiać, po prostu muszę podejmować za nią decyzje. To był naprawdę genialny pomysł. Kate zajęłaby się pracą, a ja miałbym ją na oku i mógłbym ją kontrolować. 

środa, 19 czerwca 2013

PART XXVII

Teraz już sam nie wiem, jak doszło do tego, że ja i Patricia zostaliśmy parą. Chyba wszystko zaczęło się od tej całej przygłupiej gry w butelkę, którą wymyślił Seb na jednej z naszych wspólnych imprez. Wtedy oboje to coś poczuliśmy, to coś, co przyciągnęło nas tak do siebie. Ale oboje nie chcieliśmy się do tego przyznać. A to uczucie nie dawało spokoju. Chłopaki powtarzali mi, że wyglądam całkiem inaczej w jej obecności, że robię się jeszcze bardziej fajtłapowaty niż jestem zwykle. Próbowałem wmówić sobie, że to żadna miłość, że to zaraz przeminie. Walczyłem, ale z tym nie dało się wygrać. Moi przyjaciele z politowaniem na to patrzyli. Ja nie chciałem się zakochiwać, nie lubiłem ryzykować. Mogłem swatać ludzi, ale sam nie chciałem być jedną z tych dwóch osób.
W końcu dotarło do mnie, że od tego nie ucieknę, że na to nie znajdę lekarstwa. Po jednym piwie postanowiłem jej o tym powiedzieć. Ona tańczyła na parkiecie, na jej twarzy malował się uśmiech. Uwielbiała to. Uwielbiała muzykę, śpiew i taniec. No i nasze wygłupy. Czyli to samo co ja. Byliśmy identyczni, pasowaliśmy do siebie jak dwie połówki jabłka. Mimo wszystko wciąż się wahałem, czy na pewno tego chcę, czy na pewno nie popełniam błędu. Natychmiast odpowiedziałem sobie na to pytanie. Jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam.
I to właśnie od tego wieczoru wszyscy zaczęli mówić o nas zakochańce. Rzeczywiście nie było chwili, w której ktokolwiek zobaczyłby nas osobno. Czasami Pat wpadała do mnie nawet do pracy, a byłem kelnerem w McDonaldzie, więc rzadko mogłem sobie pozwolić na rozmowę z nią. A jednak jej obecność dawała mi sporo entuzjazmu i radości. Nie miałem dla niej zbyt wiele czasu, w końcu całe moje życie to latanie od Mcdonalda do Chucka na próby. Czasami dziewczyny robiły sobie u mojego kumpla kącik plotkarski. Nas to jakoś nie denerwowało, wiedzieliśmy, że to niewiele. Staraliśmy się gospodarować każdą wolną chwilę.
Było już dobrze po północy, kiedy wykończony, po kilkugodzinnej próbie, wyszedłem z chłopakami od Chucka. Pierre, Seb i Jeff ledwo trzymali się na nogach, zresztą wszyscy marzyliśmy o ciepłych łóżkach. Niedługo mieliśmy wziąć udział w kolejnym konkursie. Ostro ćwiczyliśmy, by w końcu coś osiągnąć, bo na koncie mieliśmy zaledwie kilka festiwali. Ludzie lubili naszą muzykę, nawet kilka razy byliśmy pokazywani w telewizji i nazywani jako debiut z przyszłością. Tylko że żadna wytwórnia nie chciała się nami zainteresować. A naszym skryty marzeniem było wydanie płyty. Nie po to, żeby zdobyć popularność. Chcieliśmy po prostu poczuć ten klimat, poczuć, że jesteśmy dojrzałym zespołem.
Po jakimś czasie pożegnałem się z chłopakami i skręciłem w jedną z licznych uliczek Montrealu. Zastanawiałem się, jakim cudem jutro mam się zerwać o szóstej nad ranem, żeby o siódmej dotrzeć do roboty. Westchnąłem ciężko. Chyba będę musiał znaleźć sobie jakąś lepszą pracę.
W sumie już z daleka ją zauważyłem. Rozpoznałem ją po sylwetce, jednak nadal nie byłem pewien, czy to ta osoba. Siedziała na krawężniku z podkulonymi nogami, na szczęście po drugiej stronie ulicy, więc mogłem ją spokojnie ominąć. I tak też zrobiłem. Nie zamierzałem się zatrzymywać. Już minął ten okres czasu, kiedy pragnąłem ją ratować. Teraz już wiem, że to nie ma najmniejszego sensu.
-David, zaczekaj!
Coś w sercu mnie zakuło. Ułamek sekundy i moje poprzednie myśli szlag trafił. Jej głos, od tak dawna przeze mnie niesłyszany, teraz koszmarnie zamieszał w mojej głowie. Tak, zatrzymałem się. Zatrzymałem się, ale nie mogłem się odwrócić. Mimo wszystko wciąż czułem chłód.
-Możemy porozmawiać? – usłyszałem jej drżący i napięty głos. Przełknąłem cicho ślinę. Po prawdzie nie chciałem mieć już z nią nic wspólnego, ale nie mogłem powiedzieć tego na głos, żeby nie wyjść na palanta.
-Trochę mi się śpieszy – odparłem, ale nie odwróciłem się.
-To nie zajmie wiele czasu – nalegała. Wyczułem, że jej zależy. Spojrzałem na zegarek. Dziesięć minut przed pierwszą.
-O szóstej muszę wstać, więc...
-Proszę... To dla mnie naprawdę ważne – błagała. Westchnąłem cicho. Nie mogłem jej wygonić, nie byłbym sobą. Powoli się odwróciłem. W blasku latarni dokładnie widziałem jej rysy twarzy. Nie przypominała Kate, którą tak dobrze znałem. Wyglądała na jeszcze bardziej wykończoną ode mnie. Smutek jeszcze bardziej pogłębiał jej ponurość. Przypominała mi upiora. I to wyjątkowo przerażającego upiora.
-Okej – skrzyżowałem ramiona na piersiach, zastanawiając się, gdzie ona zgubiła swoją świetność – Okej, masz pięć minut i nie więcej, rozumiesz?
Ona pokiwała głową ze zrozumieniem, ale nie odezwała się. Drżała. Wiedziałem, że się bała tej rozmowy. Ponownie zacząłem zastanawiać się, czy ona nie chce czasem wrobić mnie w jakieś bagno. Westchnąłem niecierpliwie, próbując ją pospieszyć. Chyba nie odczytała tego w taki sposób, w jaki powinna. Po raz drugi spojrzałem na zegarek.
-Dobra, słuchaj, jeśli tak ma wyglądać ta nasza rozmowa, to ja jednak wrócę do domu –przerwałem tę okrutna ciszę. Już miałem się odwrócić, kiedy ponownie usłyszałem jej głos błagający mnie bym został. Wtedy już się wkurzyłem.
-Mam zostać po to, żebyśmy na siebie patrzyli?! Proszę cię, już wystarczająco dużo razy widziałem twoją twarz i szczerze mówiąc mam jej już dość, więc proszę, oszczędź mi, okej? Mów o co chodzi, bo ja naprawdę mam niewiele czasu!
-Dobra... O nic już – wyczułem w jej głosie odrobinę żalu i smutku – Przepraszam, że zawracałam ci głowę, to już się więcej nie powtórzy – ona obróciła się na pięcie i chyba chciała odejść. Wtedy dotarło do mnie, że zachowałem się jak pieprzony egoista i dupek. Przekląłem siebie w duchu i podbiegłem do dziewczyny, która zdążyła już się oddalić kawałek. Zatorowałem jej drogę ramionami.
-Co się dzieje, Kate? – zapytałem, tym razem dostrzegając w jej tęczówkach coś jeszcze głębszego niż smutek. Dziewczyna spuściła głowę, po jej policzku spłynęły łzy. Poczułem się trochę głupio za to, że tak na nią naskoczyłem. Przyciągnąłem ja do siebie i przytuliłem, chociaż nie byłem pewien, czy właśnie tak powinienem postępować.
-No już... – próbowałem jakoś ją uspokoić, ale to nic nie dawało, szczególnie dlatego, że właściwie nie wiedziałem, o co tu chodzi.
-Masz rację – wychlipała – Nie powinnam do ciebie przychodzić... Masz swoje życie...
-Ale przyszłaś – mówiłem cierpliwie, nadal ją przytulając – Więc powiedz mi, co się stało.
-B... Bo t... Ty jeden... Widziałeś we mnie... Inną Kate... Ty... Ty nie widziałeś... Galerianki...  – mówiła, przerywając łkaniem. Próbowałem z tego płaczu coś wyciągnąć, cokolwiek – Ja... Ja pomyślałem, że wiedziałbyś... – nie dokończyła, niepohamowany wybuch płaczu nie pozwolił jej dalej mówić. Ja wciąż nie miałem pojęcia, o co chodzi, więc powtarzałem tylko, że wszystko będzie dobrze, chociaż nie wiedziałem, czy będzie.
-Ja po prostu pomyślałam... Pomyślałam, że tylko ty jeden mógłbyś mi pomóc... Pomóc wyrwać się z tego wszystkiego... Ja pomyślałam... W końcu zrozumiałam, co wtedy miałeś na myśli... To... To wszystko jest okropne... Ja nie chcę tak żyć... Mam dość... Tylko... T... To uzależnienie... JA ot tak nie mogę stamtąd odejść... Nie poradzę sobie...
-A... Ale... Co ja niby miałby, zrobić? – zapytałem głupio. Ona tylko westchnęła cicho i posmutniała. Wyswobodziła się z moich objęć i z powrotem spuściła głowę.
-No właśnie... Co ty możesz zrobić... Idę, Dave, nic tu po mnie.
Właściwie to nadal nie wiedziałem, czego ona nadal ode mnie oczekiwała. Ale miałem wrażenie, że nie tylko roli pocieszyciela. Przez moją głowę przeleciało milion myśli, między innymi taka, że nie mam teraz czasu, by dodatkowo widywać się z Kate. Ale... Miałem ją tak po prostu zostawić? W takim stanie?
-Pomogę ci!- krzyknąłem. Mój głos odbił się od osiedlowych domów, tworząc echo. Ona się zatrzymała, ale jakby z wahaniem. W końcu obróciła się na pięcie, ale nie zbliżyła się w moją stronę.
-Nie rób tego – wyszeptała na tyle głośno, bym usłyszał – Dave, nie możesz tego zrobić. Ja... Słuchaj, to naprawdę nie jest dobry pomysł.
-Ale chcę – zacisnąłem mocno pięści – chce ci pomóc, rozumiesz?
-Ale ja nie mogę tak... Przepraszam, Dave, to był zły pomysł, nie powinnam w ogóle tu przychodzić.
-Przestań, Kate – prychnąłem, robiąc ostrożnie jeden krok do przodu – Jeśli przyszłaś, to coś musi znaczyć, nie uważasz?
-Przyprowadziło mnie tu sumienie, a nie przypadek.
-Sumienie! – ucieszyłem się, klaszcząc w dłonie – To wspaniale! Naprawdę wspaniale!
Ona spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczyma, chyba dziwiąc się mojemu entuzjazmowi. A ja musiałem szczerze przyznać, że mnie zaskoczyła swoją odpowiedzią. I zacząłem myśleć, że ona naprawdę chce się zmienić i nawet już zaczyna to robić. Coraz bardziej mi się to wszystko podobało, coraz bardziej chciałem się nią zaopiekować.
-Dave, nie wiesz, w co się pakujesz... – wymamrotała cicho, chyba nadal próbując mnie zniechęcić.
-Znasz mnie – prychnąłem – Jak ja się do czegoś przylepię, to szybko się nie odlepię – zachichotałem, a ona w odpowiedzi westchnęła zrezygnowana.
-Niestety ciebie znam – jęknęła – Kurde, to naprawdę...
-Przestań marudzić i przyjmij moją propozycję, dopóki jeszcze ładnie i kulturalnie proszę, bo znam jeszcze kilka innych sposobów, żeby ciebie przekonać...
-chyba nie chcę ich poznać – roześmiała się Kate, ale za chwilę spoważniała – Dave, ale właściwie to jak ty chcesz mi pomóc? Co chcesz zrobić? Ja chyba powinnam sama sobie z tym poradzić...
-To prawda, powinnaś – zgodziłem się – Ale przecież wsparcie nie zaszkodzi – uśmiechnąłem się i rozłożyłem ramiona – Słuchaj, ja wiem, może między nami nie zawsze się układało, ale ktoś musi ci pomóc, bo sama sobie nie dasz rady. A skoro u mnie szukasz pomocy, to znaczy, że mi ufasz. Lub... Lub po prostu nie masz do kogo się z tym zwrócić.
-Nieprawda! – zaprzeczyła głośno, a ja zrozumiałem, że trafiłem w sedno – Mam wielu przyjaciół, tylko oni nie potrafiliby zrozumieć...
-Przyjaciele? – roześmiałem się – Przyjaciele rozumieją wszystko!
-Przestań ich oczerniać!
-Ja ich nie oczerniam, ty to robisz.
Mimo osłony nocy zauważyłem, jak jej twarz przybiera kolor buraka. Przez moment bałem się, że przesadziłem z tymi przyjaciółmi .Teraz ona mogła się nie zgodzić na moją propozycję. Przekląłem siebie w duchu. Powinienem trzymać język za zębami. Na szczęście ona chyba zrozumiała, o czym mówię, najwyraźniej ta pseudo przyjaźń niewiele dla niej znaczyła. Byłem bardzo ciekawy, dlaczego ona nie chroniła swoich przyjaciół.
-To... Pomożesz mi? – zapytała z innej beczki, zrezygnowana. Domyśliłem się, że już jest zmęczona tą rozmową.

-Oczywiście, że ci pomogę – pokiwałem głową kończąc naszą rozmowę – Słuchaj, chyba lepiej będzie, jak już oboje pójdziemy do domów. Wpadniesz do mnie jutro do pracy? - Ona powoli pokiwała głową, jakby nadal niezdecydowana. Szybko wytłumaczyłem jej, jak dojść do mojego McDonalda, potem pożegnaliśmy się i rozdzieliliśmy. Na szczęście rodzice już spali, więc nie miałem problemu z przemknięciem do swojego pokoju. Kładąc się do łóżka, zastanawiałem się nad tym, co we mnie takiego jest, że tak bardzo przyciągam do siebie ludzi. I co takiego się wydarzyło, że Kate znudziła się zabawa w galeriankę? Niestety nic mądrego nie zdążyłem wymyślić. Powieki bardzo szybko zasłoniły mi tęczówki.

piątek, 14 czerwca 2013

PART XXVI

NARRACJA PIERRE’A
Nie umiałem opisać tego, co się ze mną działo. Być może to wszystko przez ten szał koncertowy, przez te cholerne nerwy. Wciąż to czułem, chociaż ostatnimi czasy zniknęło, a raczej zostało przysłonięte przez codzienność. Teraz wróciło, teraz, kiedy zobaczyłem, że ona bawi się pod sceną. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że można by spróbować, że coś z tego dałoby się jeszcze wycisnąć, że to jeszcze istnieje, zwłaszcza, że „Meet you there” podziałało na nią jak narkotyk. Ale wpatrując się w jej osobę teraz, po koncercie, nie potrafiłem po prostu podejść i zagadać. Chyba się bałem. Bałem się nie tego, że ona mnie odrzuci, a raczej tego, że znowu ją skrzywdzę. Dotarło do mnie, że ona na to nie zasługuje. A ja nie zasługuję na jej miłość. Tylko dlatego, że naprawdę ją kocham.
Naprawdę nie miałem ochoty przez ten cały czas stać. Ale zupełnie straciłem kontrolę nad sobą i nad czasem. Zapuściłem korzenie. Wiedziałem, że powinienem odejść. Ona mogła w każdej siły odwrócić się. A ja nie potrafiłem. Chyba chciałem nasycić swój wzrok jej widokiem, a raczej widokiem jej radości, bo czułem, ze ten obraz nie będzie przeze mnie często oglądany.
Gdy mnie zauważyła, a do mnie dotarło, że się zbliża, było już za późno na ucieczkę. Nawet nie próbowałem wiać, wiedziałem, że to nie ma sensu. Spodziewałem się krzyku, może nawet awantury, w końcu zapewne wciąż bolało ją to, w jaki sposób ją potraktowałem i wcale się nie dziwiłem. Wlepiłem wzrok we własne buty. Nawet wstydziłem się patrzyć prosto w jej oczy. Marie zatrzymała się, ale nadal milczała. Przez moment staliśmy w ciszy, nikt się nie odezwał. To ja zacząłem mówić, chyba nie mogłem wytrzymać tego uczucia, przygniatającego moje serce.
-Przepraszam – wyszeptałem – Przepraszam, ja chyba nie powinienem..  – urwałem, nie widząc właściwie, co ja mam powiedzieć. Po prawdzie nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie – Dobra, rozumiem, spadam. Już nie będę cię napastować – chciałem się odwrócić i odejść, ale jej wzrok mnie zatrzymał. Nie było w nim złości, ale inne uczucie, jakby... ciekawość.
-Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała cicho – Dlaczego zadedykowałeś tę piosenkę dla mnie?
Przez moment nie wiedziałem, co mam powiedzieć. W uszach coś mi szumiało, serce niespokojnie kołotało się w piersi, a myśli kręciły się po głowie. Otworzyłem usta, ale nic nie powiedziałem. Właściwie to samo wypłynęło z mojej buzi.
-Ta piosenka kojarzy mi się z tobą, jej tekst jest o tobie, gdy ją pisałem, myślałem o tobie i gdy po raz pierwszy  śpiewałem ją przed publicznością, widziałem ciebie. Ja cię kocham, Marie – wydusiłem z siebie, chyba nie do końca kontrolując to co mówię. Ona z powagą się we mnie wpatrywała, chyba także nie wiedziała, co powiedzieć. Staliśmy w bezruchu, zastygliśmy. Wokół nas chodzili ludzie, coś się działo, ale do nas nie docierało to wszystko. Wiedziałem, że powinienem odejść, że ona cierpi, patrząc na moją osobę. Westchnąłem cicho.
Wtedy na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Na początku nie rozumiałem, dlaczego. Gdyby ona nie chciała mnie widzieć, to po prostu by do mnie nie podchodziła i nie rozmawiała ze mną. W co ona gra? O co tu chodzi?
-Pierre – wyszeptała, dotykając swoją dłonią mojego nieco zaróżowionego policzka. Moje ciało pokryły dreszcze – Pierre, posłuchaj... – zaczęła delikatnym, ale także przerażonym głosem – Skąd mam mieć pewność, że mnie znowu nie zostawisz?
Przez moment milczałem, zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. To prawda, już raz ją pozostawiłem. A nie mogę pozwolić na to, by ona po raz kolejny została przeze mnie skrzywdzona. Teraz byłem innym człowiekiem. Z mieniłem się.
-Musisz po prostu mi zaufać – wyciągnąłem dłoń w jej stronę. Ona przez krótką chwilę się wahała. Czekałem. Nie wiedziałem, czy mam spodziewać się jej przychylności, czy raczej nie. Podejmowanie przez nią decyzji trwało kilka sekund, dla mnie była to wieczność. W końcu jednak ścisnęła moja dłoń. Przez ułamek sekundy nie wierzyłem we własne szczęście. Potem uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i przyciągnąłem ją do siebie.
-Na pewno? – zapytałem radośnie – Na pewno już jesteś gotowa?
-A mam powody, by czegoś się bać? – odparła zaczepnie. Nie dała mi już odpowiedzieć. Zanim zdążyłem kiwnąć palcem, ona już połączyła nasze wargi. Byłem zaskoczony jej szybkim tempem. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego tak bardzo się śpieszyła. Ona już nie mogła wytrzymać z tym uczuciem, nie mogła już tego w sobie nosić. Zrozumiałem, że ona ciągle czuła to samo co ja. Za każdym razem, kiedy wpatrywała się we mnie i Nati, cierpiała. Ona wciąż mnie kochała, chociaż zgrabnie to ukrywała przed wszystkimi. Nareszcie zdołaliśmy się połączyć. Uwolnienie tego uczucia było cudowne, nawet cudowniejsze niż struny gitary. W końcu dotknąłem tej lekkości, mogłem unosić się w powietrzu. Wszystkie smutki odeszły w siną dal, najważniejsze dla mnie było jej towarzystwo, jej dotyk, jej bliskość. Jej pocałunki odróżniały ją od innych dziewcząt, z którymi się spotykałem. Nawet nie próbowałem porównywać Marie z Nati, przepaść między nimi była zbyt wielka. Jej dłonie mieszały się z moimi włosami. Miałem nadzieję, że to nie skończy się nigdy, żadne z nas nie chciało tego przerywać. Pragnąłem, by ona zapamiętała ten moment do końca swojego życia, a nie moment, w którym ją zostawiłem. Wtedy dotarło do mnie, jak ogromnym jestem szczęściarzem. Przez własną głupotę porzuciłem dziewczynę swoich marzeń i tylko dzięki przychylności losu udało mi się ją odzyskać. Zdobyłem wspaniałych przyjaciół, odnalazłem swój plan na życie, receptę na przyszłość. I rzuciłem tę cholerną robotę. W końcu udało mi się wyjść na prostą.

NARRACJA SEB’A
Domyślałem się, że to jej sprawka. Nati znowu próbowała zniszczyć nam życie. Tylko wciąż jeszcze zastanawiałem się, jak jej się udało wleźć za kulisy. Przecież cały ten obszar otaczali ochroniarze. Musiała jakoś ich przekupić, bo nie wyobrażałem sobie jej wspinającej się na swoich szpileczkach przez siatkę.
Nie chciałem mówić o tym chłopakom, wolałem najpierw porozmawiać z nią. Moi przyjaciele chyba rozerwaliby tę dziewczynę ze złości, gdyby dowiedzieli się, kto jest przyczyną tych wszystkich problemów podczas naszego występu. Dlatego wolałem milczeć. Po prostu byłem ciekaw jej relacji wydarzeń.
Przez jakiś czas wypatrywałem jej wśród tłumu, ale miałem wrażenie, że nie tędy droga, że Nati raczej nie przyszła tutaj, by pobawić się przy rytmie muzyki. Odwróciłem się i właśnie wtedy w oczy rzuciła mi się ta blond grzywa. Westchnąłem cicho i powoli ruszyłem w jej kierunku. Zerwał się zimny wiatr, ale ona, pomimo swojego kusego ubioru, nawet nie zadrżała. Zastanawiało mnie, co mogło się stać, dlaczego ona, zwykle ruchliwa i latająca, teraz stoi w bezruchu. Wszystko rozjaśniło mi się w głowie, kiedy podszedłem nieco bliżej. Ona wptrywała się w Pierre’a. Pierre’a namiętnie całującego Marie.
W sercu zrobiło mi się cieplej. Poczułem dumę z przyjaciela. W końcu. W końcu udało mu się zrozumieć, kto jest naprawdę dla niego ważny. Miał z tym ogromny problem, my także to widzieliśmy. Ale nawet David stwierdził, że nie można mu pomóc, że on sam musi to zobaczyć. I zobaczył, chociaż zmarnował na to okropnie duży okres czasu.
-Boli, prawda? – zapytałem cicho, chowając dłonie w kieszeniach. Ona, słysząc mój głos, zadrżała. Przez moment próbowała udawać obojętność, ale słabo jej to wychodziło – Przestań – prychnąłem – Twoja gra zimnej i twardej nie robi na mnie żadnego wrażenia.
Ona zacisnęła swoje słabe piąstki. Czułem, że ma ochotę mi przywalić, Marie także. Intuicja mówiła mi, że jednak tego nie zrobi, że jakoś uda jej się powstrzymać
-Boli jak cholera – wymamrotała. Oboje dalej wpatrywaliśmy się w parę zakochanych.
-Powiem ci, że czasami zastanawiałem się, jak to jest być taką osobą jak ty. Pruć do przodu i nie patrzeć na krzywdy innych ludzi. Teraz już wiem. Powiedz mi, warto było? – skierowałem wzrok w jej stronę. Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Nati nie zwróciła na to najmniejszej uwagi.
-Nie warto – odparła drżącym głosem – Ale czasu i tak nie cofnę. Pierre już nigdy mi nie wybaczy. Chyba... Chyba zbyt późno się zorientowałam... – nie dokończyła zdania.
-Tak – potwierdziłem, kradnąc jej resztki nadziei – Tak, Pierre tobie nie wybaczy – mówiłem zamyślony – Nati... Jeśli naprawdę kochasz Pierre’a, zostaw go w spokoju. On... On jest szczęśliwy i uwierz mi, psucie tego szczęścia nie będzie miało żadnego sensu. To taka mała prośba z mojej strony.
Przez krótki moment jej twarz nic nie wyrażała, przypominała mi kamień. Szczerze mówiąc byłem pewien, że się nie zgodzi. Znałem jej upór i jej stosunek do pseudo miłości, jaką darzyła Pierre’a. Chwilę później jednak jej oczy złagodniały, a właściwie wypełniły się łzami. Jeszcze próbowała jakoś powstrzymać przede mną płacz, ale wiedziałem, że to nie ma żadnego sensu. W końcu dziewczyna olała to wszystko i dała upust swoim prawdziwym emocjom.
-Masz rację – wychlipała – To nie ma żadnego sensu. Już nigdy nie zbliżę się do Pierre’a. Ani do żadnego z was.
Pokiwałem w milczeniu głową. Nadal stałem, wpatrując się w jej żałosną sylwetkę. Blondynka nie przypominała siebie, dumnej i żałosnej, w tej chwili była swoim przeciwieństwem. Oddalała się w kierunku bramek, żeby opuścić teren imprezy. Jej rozmazany makijaż wręcz odstraszał ludzi od swojej osoby, chociaż skulona sylwetka wzbudzała żal. Nawet ja w głębi serca jej współczułem, ale szybko przypomniałem sobie, co ona z nami wyczyniała. Z czystym sumieniem mogłem powiedzieć, że zasłużyła sobie na taki los.
Jeszcze przez krótką chwilę wpatrywałem się w Pierre’a, uśmiechając się lekko. Brunet był tak zakochany, że świata poza Marie nie widział. Nie chciałem im przeszkadzać, a tym bardziej nie chciałem, żeby zauważyli, że im się przyglądam. Odwróciłem się, gwiżdżąc wesoło. Wszystko powoli zaczynało nabierać odpowiedniego kształtu. I co najważniejsze, simple plan stało się niepokonaną jednością, a chłopaki nie potrzebowali dużo czasu, żeby się zbratać.
-Sebciu-marchewciu! – krzyk Davida rozpoznałbym nawet o drugiej w nocy – Czy ty się przed nami czasem nie ukrywasz? Szukaliśmy ciebie przez dobre pół godziny!
-To słabo szukaliście, ciągle tu byłem.
-A widziałeś naszego Piernika? On też gdzieś nam zniknął z oczu – wzburzony blondyn skrzyżował ramiona na piersiach i podskoczył – Idziemy na afterparty!

-Idziemy – powtórzyłem, uśmiechając się – A Pierre’owi lepiej nie przeszkadzajmy. Sądzę, że teraz nie będzie nami zainteresowany – chłopaki otworzyli szeroko oczy ze zdumienia, w ogóle nie rozumiejąc, o co mi chodzi. Zachichotałem cicho, ruszając w stronę sceny. Byłem pewien, że teraz chłopaki z pobudzoną wyobraźnią szybko nie dadzą mi spokoju. 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

PART XXV

-Przepraszam – wrzasnęła nieogarnięta dziewczyna, która już zdążyła się zerwać – cholera, taki tu bałagan, że ja już nie wiem, gdzie jestem!
-Nie szkodzi – wymamrotałem pod nosem, nadal nieco zaszokowany. Ale szybko się uśmiechnąłem i wstałem. Nic więcej nie zdążyłem powiedzieć, ona już paplała jak nakręcona o tym festiwalu i o tym, jak się tu znalazła. Po raz pierwszy spotkałem osobę, która mówiła więcej i szybciej ode mnie. Byłem zdumiony, że ktoś potrafi mnie przegadać, bo chłopaki zawsze powtarzali, że takiej osoby jak ja to nigdy nikt nie przebije w paplaniu bez sensu. Próbowałem jej przerwać, ale ona nadawała jak jakaś katarynka. Po paru próbach poddałem się i po prostu słuchałem, śmiejąc się.
-... dlatego tu jestem... Kurde, słuchaj, muszę już iść! Co ty mnie w ogóle zagadujesz!? – oburzyła się, na co wybuchłem jeszcze głośniejszym śmiechem.
-No jasne, przecież to ja gadam najwięcej... – zachichotałem, korzystając z chwili ciszy, gdy zauważyłem, że ona zagląda do swoich notatek. Chyba nawet nie usłyszała moich słów.
-Dobra, muszę spadać – mamrotała pod nosem. Nie do końca byłem pewien, czy to zdanie kierowała do mnie – Muszę znaleźć ten zespół... – podrapała się po głowie zamyślona – Gdzie oni mogli poleźć?
-Jaki zespół? – zapytałem z ciekawością, bo właściwie nie miałem pojęcia, kto, oprócz nas, ma dzisiaj zagrać na scenie.
-A żebym ja wiedziała! – wymamrotała ona wyraźnie niezadowolona, patrząc na te swoje papierki – No właśnie w tym cały problem! Oni wciąż nie mają nazwy, czaisz? Zespół bez nazwy! Jak my niby mamy ich zapowiedzieć?! Kurde, no same problemy, a ich jak na złość nigdzie nie ma!
-Bez nazwy? – przegryzłem głupio dolną wargę – To chyba będę mógł tobie pomóc! Tylko powiedz mi jedną rzecz, jak się nazywa wokalista?
-Czekaj, musze sprawdzić...  – dziewczyna z powrotem zagłębiła się w swoich papierach. Przez moment czegoś pilnie szukała, a potem z dumą krzyknęła – Mam! Pierre Bouvier!
Klasnąłem z radością w dłonie.
-Chodź! – chwyciłem ją za rękę i zacząłem ciągnąć. W sumie to nie wiedziałem, gdzie są chłopaki. W końcu nie miałem pojęcia, dokąd mogli pójść. Od razu domyśliłem się, że jej chodziło o nas, w końcu tylko jeden zespół może być tak bardzo zakręcony, by zapomnieć o czymś tak ważnym jak nazwa. To prawda, myśleliśmy już nad tym nie raz, ale żadna do nas nie pasowała, każdej brakowało tej prawdy, którą mieliśmy w muzyce.
-Idioto, słyszysz mnie?! – dotarł do mnie głos mojej koleżanki – Puszczaj mnie, bo to wygląda podejrzanie, a ja mam chłopaka, który jest tu ochroniarzem i lepiej dla ciebie, żeby nas razem nie zobaczył!
-A tam! – machnąłem lekceważąco dłonią, jednak na wszelki wypadek puściłem ją – Już nie raz dostawałem z pięści od zazdrosnych kumpli.
-I zupełnie nic cię to nie nauczyło? – zachichotała ona – Nadal podkładasz głowę pod topór?
-No – odparłem z entuzjazmem, rozglądając się za kumplami – Ja po prostu uwielbiam grać ludziom na nerwach.
-I za to obrywać – zakończyła ona, nadal chichocząc. Przytaknąłem z uśmiechem. Ona nadawała coś o swoim chłopaku. Słuchałem tego jednym uchem, drugiego używałem, by wsłuchać się w tłum ględzących ludzi z nadzieją, że wychwycę głosy przyjaciół. Wtedy zauważyłem tę dziwną postać. Wydawało mi się, że skądś ją znam, ale zanim zdążyłem się jej przyjrzeć, zniknęła w tłumie.
-Chodź! – krzyknąłem po raz kolejny do swojej nowopoznanej koleżanki, zmieniając szybki chód na bieg. Cholernie zaniepokoiła mnie ta postać, miałem złe przeczucia. Sam nie wiedziałem, dlaczego, dziewczyna nie wyglądała podejrzanie, wręcz przeciwnie, w ogóle nie rzucała się w oczy. Nie powinienem się nią przejmować. Ale serce mówiło mi, że powinienem uważać. Rozejrzałem się, biegnąc coraz wolniej. Zniknęła.
-Czyś ty zwariował? – usłyszałem obok siebie dziewczęcy głos, przerywany głośnym oddychaniem – Może ty to masz kondycję, ale ja nienawidzę biegać!
-Za to mówisz z prędkością światła! – odparłem, skupiając się ponownie na jej poszukiwaniach. Niestety upewniłem się, że jej tu nie ma.
-Dave! – usłyszałem gdzieś za sobą. Zanim zdążyłem zareagować, ktoś od tyłu się na mnie rzucił, przewracając moje ciało wprost w kałużę błota. Na tego kogoś musiał wskoczyć ktoś jeszcze lub nawet dwie osoby, tyle wywnioskowałem z głośnych wrzasków. Ale nie potrzebowałem wiele czasu, by odgadnąć kto na mnie leży.
-Pierre, Seb, Chuck i Jeff – przedstawiłem swojej koleżance moich kumpli, wciąż jeszcze leżąc na brzuchu.
-Skąd wiedziałeś?! – wrzasnął rozczarowany brunet – Przecież nas nie widziałeś!
-Wasze głosy już tak zapadły mi w pamięć, że już nawet w koszmarach je słyszę. A właśnie to jest jeden z nich.
-Bez przesady – prychnął Chuck – Gdyby twojego koszmaru nie było, twoje życie przypominałoby komedie romantyczne – długie i nudne...
-Co masz do komedii romantycznych?! – wrzasnęli razem Pierre i moja koleżanka – Ja lubię!
-Naprawdę?! – krzyknęliśmy z Jeffe’em radośnie – Kiedyś musimy razem obejrzeć titanica! Mógłbym patrzeć na to milion razy!
Załamany Chuck złapał się za głowę. Chyba go jeszcze bardziej dobiliśmy.
-Dobra, przejdźmy do rzeczy – westchnęła dziewczyna, zaglądając z powrotem do swoich papierów – Który z was to Pierre Bouvier?
-Ja! – wrzasnęliśmy chóralnie i od razu zaczęliśmy się kłócić o własne imiona. Dopiero po dziesięciu minutach dziewczyna otrzymała swoją odpowiedź.
-Panie wokalisto – zwróciła się do bruneta, który wypiął się dumnie – Panie wokalisto, pana zespół wciąż jeszcze nie ma nazwy! Czy zamierza pan coś z tym zrobić?
-Nie – odparł najzwyczajniej w świecie Pierre, trochę zaskoczony tym pytaniem – Znaczy... Jeśli będziemy mieli dobry pomysł na nazwę, to się nazwiemy. Póki co takiego pomysłu nie mamy, więc...
-Okej, rozumiem – przerwała mu ostro dziewczyna. Miałem wrażenie, że nie chce tworzyć kolejnej niepotrzebnej dyskusji – Dobra, ale na czas festiwalu musicie przyjąć jakąś nazwę. Byle co, tylko nie zgapiajcie od innych zespołów.
Spojrzeliśmy po sobie z chłopakami zagubieni. To nie miało tak wyglądać. Nazwa miała przyjść sama. Nazwa zespołu miała być czymś symbolicznym, czymś, co oznaczałoby naszą miłość do gry. To nie mogła być pierwsza lepsza nazwa. Na szczęście potrafiliśmy porozumiewać się niewerbalnie, więc każdy od razu sczaił na czym polegał plan. Musieliśmy tak zagadać dziewczynę, by zapomniała, po co tu przyszła. Często tak robiliśmy, gdy chcieliśmy odwlec jakąś decyzję. A mogliśmy tak maglować nawet przez kilka godzin.
-Słuchajcie... – zaczął powoli błękitnooki jakby zastanawiał się, co ma powiedzieć – Ja już tak o filmach mówimy, to ostatnio oglądałem taki jeden, simple plan...
-SIMPLE PLAN?! – wrzasnąłem z entuzjazmem – Genialny film, też go oglądałem!
-Simple plan! – wrzasnął Chuck – To jest to!
-Co jest to? – zapytaliśmy wszyscy razem zaskoczeni jego nagłym wybuchem.
-Naprawdę nie rozumiecie?! – wrzasnął głośno nasz perkusista, oburzony – No popatrzcie, to takie łatwe! Prosty plan! My mamy prosty plan! Grać! Tylko grać! Do samego końca!
-Rzeczywiście genialne! – ryknął Pierre, klaszcząc swojemu kumplowi. Chłopak wypiął się dumnie, a że nasz perkusista rzadko miał przebłyski inteligencji, dlatego dziwiliśmy się, kiedy miał dobre pomysły. Akurat ten był tym jednym z nielicznych. Chłopaki głośnym chórem potwierdzili tę nazwę, a Patricia, której imię poznałem nieco później, zapisała naszą nazwę.
***
Nigdy nie patrzyłem na ludzi bawiących się pod sceną zza kulis. Zawsze sam starałem się utrzymać przed barierkami, a jednocześnie skakać i wrzeszczeć. A to wyglądało naprawdę niesamowicie, gdy na scenę wchodził ktoś znany i potrafił złapać kontakt z ludźmi. Marzyłem o tym, by nasz zespół to dzisiaj osiągnął. Niestety to niemożliwe, w końcu jesteśmy początkujący, gramy swój pierwszy koncert na większej scenie. Byliśmy przygotowani na wszystko, nawet na gwizdy ze strony publiki.
-Gotowi? – zakręcona Patricia zatrzymała się zaledwie na ułamek sekundy przy nas – Zaraz tamci skończą, musicie szybko uwinąć się ze sprzętem i zaczynać. Powodzenia! – krzyknęła na odchodne. Ścisnąłem nerwowo swój bas. Chyba zaczynałem czuć to, co przez cały czas czuł Seb. Pierre’owi wyraźnie się nudziło, chyba chciał jakoś się uspokoić, więc kłócił się z Chuckiem, a raczej dokuczał brunetowi. Najlepiej kontaktował chyba Jeff, a przynajmniej on wydawał się być skoncentrowany, a jednocześnie spokojny.
Ręce mi cholernie drżały, gdy z chłopakami ustawialiśmy sprzęt.  Gapiła się na nas kupa ludzi, widziałem to, chociaż starałem się nie patrzeć w ich stronę. Chyba się bałem, że będziemy grac do ziemi, a nie do ludzi. I niewiele mijałem się z prawdą, bo gdy już przybiliśmy żółwika, a ja założyłem bas i spojrzałem na publiczność, ogarnął mnie szok, chociaż tego mogłem się spodziewać. Przy scenie stało zaledwie kilka osób. Pierre rzucił mi ukradkowe spojrzenie. Musiał zauważyć moją minę bo znacząco się uśmiechnął i wymamrotał: Zaraz sprowadzimy tutaj tłumy! Potem wybiegł na scenę i zaczął witać się z publicznością, trochę żartując sobie z frekwencji. Zaczęliśmy grac i wtedy już żaden z nas nie zwracał uwagi na ludzi, daliśmy porwać się muzyce. Najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że ludzie także poznali się na naszej muzyce, także to czuli.
Problemy zaczęły się przy „I’m just a kid”, Pierre nagle zamilkł, i to nie dlatego, że przestał śpiewać. On sam był tym wszystkim bardzo zaskoczony. Za bardzo nie wiedział co robić. My graliśmy dalej spanikowani. Wokalista naszego zespołu próbował coś zrobić, włączał i wyłączał mikrofon, ale nic nie działało. W ciągu ułamka sekundy do głowy przyszedł mi pomysł. Podbiegłem do mikrofonu, śpiewając głośne „woooohooooo!”  i zachęcając ludzi, by powtarzali za mną. Dopiero gdy kątem oka zauważyłem, że Pierre wraca zza kulis, oddałem mu głos. Tym razem na szczęście wszystko działało. Jeszcze kilkakrotnie mieliśmy problemy ze sprzętem. Ale zawsze udawało się nam jakoś wyślizgnąć z tego tak, by nikt nie zauważył niedyspozycji.
-Zagrajmy „Meet you there”! – zaproponował wokalista, kiedy wszyscy skupiliśmy się wokół Chucka.
-Pierre, nie mamy tego na liście! Zresztą ta piosenka jest niedopracowana! – burknął Seb.
-No proszę was, to bardzo ważne! Zagrajmy to najlepiej jak potrafimy!
-To może być nasz gwóźdź do trumny!
-Ale może to być też hit!
Błękitnooki dalej nie dyskutował, chociaż z jego miny wyczytałem, że nie uważa tego za dobry pomysł. Reszta się nie sprzeciwiała, wręcz przeciwnie, my także byliśmy właśnie za tą piosenką.
-A teraz... – wrzasnął Pierre, tym razem już do mikrofonu, obracając się na pięcie – Zagramy naszą piosenkę, której tekst pojawił się jako pierwszy. Dedykuję ją naszej pierwszej fance. Ta piosenka jest dla ciebie, skarbie...
Zanim jeszcze skupiłem się na grze, podążyłem wzrokiem za spojrzeniem bruneta. Omal się nie przewróciłem, kiedy zobaczyłem zapatrzoną w Bouviera Marie, dziewczynę z całkiem innej klasy. Chłopaki kiedyś opowiadali mi o historii tej miłości. Ale myślałem, że Pierre zdążył się już odkochać, przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Tymczasem śpiewał jej prosto w oczy piosenkę właśnie o miłości. I na pierwszy rzut oka dostrzegłem, że najbardziej przykładał się właśnie do tej piosenki. Coś musiało być na rzeczy.
Nie mieliśmy w planach grania na bis, ale ludzie chyba pragnęli, byśmy zagrali jeszcze raz, bo nie mogli się nawrzeszczeć. Chcieliśmy zrobić to efektowanie, wyjść zza kulis tuż za muzyką. Wtedy zorientowałem się, że mój bas nie gra. To samo mieli Seb i Jeff. Znowu byliśmy w kropce, prowadzący ciągle powtarzał, że musimy już wyjść, bo nie może przekrzyczeć tłumu.
-Potrzebuję dwóch minut! – wrzasnęła Patricia, zjawiając się dosłownie znikąd. Najwyraźniej wiedziała w czym tkwi problem.
-Dwóch minut?! – powtórzył nerwowo Pierre – To za długo! – Ona jednak już tego nie usłyszała, tylko gdzieś zniknęła. Słyszeliśmy jak wrzask powoli zaczyna gasnąć. Zacisnąłem mocno pięści. Musieliśmy coś wymyślić, żeby nie wyjść w oczach ludzi na idiotów.
Wtedy Seb wcisnął w dłonie bruneta akustyka. Wokalista SP spojrzał na niego ze zdumieniem, zapewne chcąc o coś zapytać, ale gitarzysta nie dał mu na to szansy.
-Zrób z tego dobry użytek! - Wrzasnął i nie wyjaśniając nic więcej, wypchnął go na scenę. Pierre nie miał wyjścia, ludzie już zaczęli mu klaskać. Nie mógł się wycofać. Przez jakiś czas coś mówił, ale chyba zrozumiał, że na dłuższą metę to nie miało sensu. Nie lubił grać solo, nigdy nie powiedział nam, dlaczego. Tym razem to zrobił. Zaczął grać „Perfect”, jedną z naszych najpiękniejszych piosenek. Niestety nie mogłem długo się w to wsłuchiwać, próbowałem znaleźć przyczynę naszych kłopotów. Ale to myślenie na nic się nie zdało. Pierre akurat skończył śpiewać refren, kiedy Patricia krzyknęła, że możemy już grać. Nawet tego nie sprawdziliśmy, nie mieliśmy na to czasu. Ufaliśmy jej. I nie przejechaliśmy się na tym. Wyszło idealnie. Wyszliśmy akurat w momencie, gdy Bouvier miał zacząć śpiewać drugą zwrotkę. Nasz kumpel powitał nas uśmiechem, zaczekał, aż skończymy grać przygrywkę i wrócił do piosenki. Ludzie byli zaskoczeni naszym wejściem i samym pomysłem na zagranie piosenki prawie tak samo jak my. Na szczęście spodobało im się to. Na szczęście pomyśleli, że taki był nasz plan i przyjęli to naprawdę ciepło.
Po dwóch utworach ponownie zeszliśmy ze sceny, tym razem już bez zamiaru powrotu na nią. Od razu wzrokiem wyhaczyłem biegnącą w naszym kierunku zachwyconą Patricię. Porwałem butelkę wody, nawet nie zwracając uwagi na to, czy butelka należy do mnie. Byłem tak padnięty jak po całym dniu prób z chłopakami.
-Wy naprawdę jesteście kimś! – wrzeszczała z podziwem dziewczyna – Takiego zespołu już dawno nie słyszałam!
-Dzięki – odparłem, odrywając na moment usta od butelki. Już kilkakrotnie słyszeliśmy to z czyichś ust, ale ja wciąż nie mogłem nadziwić się zdumieniu tych ludzi. Przecież my byliśmy zwykłym zespołem. A wszyscy widzieli w naszej grze coś niezwykłego. To samo chciałem powiedzieć Patrici, ale ona znowu nie dawała nikomu dojść do głosu.
-Dziewczyno, gadasz więcej niż Dave po butelce taniego wina! – roześmiał się Chuck, a ja prychnąłem cicho.
-Za to ty śpisz! – warknąłem, wyrzucając pustą butelkę po wodzie do kosza.
-Wolę spać niż przez pół nocy naiwjać o gaciach Axla Rose’a
-O czym? – wybałuszyłem oczy, na co perkusista wybuchnął głośnym śmiechem.
-Już nie pamiętasz? – wystawił język w moją stronę – Mogę ci jeszcze parę rzeczy przypomnieć, to się pośmiejemy! Na przykład...
-Dzięki – machnąłem dłonią, by zmusić go do milczenia. Zupełnie nie pamiętałem nic z tamtego wieczora, kiedy akurat mogłem sobie pozwolić na zabawę z chłopakami, bo rodziców nie było w domu. Teraz miałem czarną dziurę w głowie. I wolałem, by tak pozostało.
-To co? – zatarł dłonie Jeff – Chyba możemy oblać nasz sukces, co? – zapytał z dzikim uśmiechem – Czas na imprezę! Patricia, ciebie też zapraszam, zasługujesz na to!
-Chętnie bym poszła, ale robota czeka – dziewczyna beznadziejnie wzruszyła ramionami, a my ciężko westchnęliśmy – Ale może innym razem – uśmiechnęła się szeroko. I właśnie ten uśmiech  miał w sobie coś dziwnego, takiego nieziemskiego. Coś co sprawiło, że moje serce zaczęło szybciej walić. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z takim uczuciem, nie wiedziałem, co ono oznacza, nie miałem pojęcia, jak to się nazywa. To było tak wielkie, że az mnie przytłaczało, nie mogłem dźwignąć tego na swoich barkach.
-David! – wrzasnął Chuck, machając przede mną swoją dłonią. Odskoczyłem na dwa metry, pech chciał,  że zahaczyłem o jakiś kabel i upadłem na plecy. Przez moment widziałem tylko czerń, ale za to słyszałem śmiech Chucka, Jeffa i Patrici.
-Śmieszne – burknąłem pod nosem. Powoli rzeczywiste kształty wracały przed moje oczy.

-Pytałem się ciebie tylko, czy nie widziałeś Seba i Pierre’a...