piątek, 14 czerwca 2013

PART XXVI

NARRACJA PIERRE’A
Nie umiałem opisać tego, co się ze mną działo. Być może to wszystko przez ten szał koncertowy, przez te cholerne nerwy. Wciąż to czułem, chociaż ostatnimi czasy zniknęło, a raczej zostało przysłonięte przez codzienność. Teraz wróciło, teraz, kiedy zobaczyłem, że ona bawi się pod sceną. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że można by spróbować, że coś z tego dałoby się jeszcze wycisnąć, że to jeszcze istnieje, zwłaszcza, że „Meet you there” podziałało na nią jak narkotyk. Ale wpatrując się w jej osobę teraz, po koncercie, nie potrafiłem po prostu podejść i zagadać. Chyba się bałem. Bałem się nie tego, że ona mnie odrzuci, a raczej tego, że znowu ją skrzywdzę. Dotarło do mnie, że ona na to nie zasługuje. A ja nie zasługuję na jej miłość. Tylko dlatego, że naprawdę ją kocham.
Naprawdę nie miałem ochoty przez ten cały czas stać. Ale zupełnie straciłem kontrolę nad sobą i nad czasem. Zapuściłem korzenie. Wiedziałem, że powinienem odejść. Ona mogła w każdej siły odwrócić się. A ja nie potrafiłem. Chyba chciałem nasycić swój wzrok jej widokiem, a raczej widokiem jej radości, bo czułem, ze ten obraz nie będzie przeze mnie często oglądany.
Gdy mnie zauważyła, a do mnie dotarło, że się zbliża, było już za późno na ucieczkę. Nawet nie próbowałem wiać, wiedziałem, że to nie ma sensu. Spodziewałem się krzyku, może nawet awantury, w końcu zapewne wciąż bolało ją to, w jaki sposób ją potraktowałem i wcale się nie dziwiłem. Wlepiłem wzrok we własne buty. Nawet wstydziłem się patrzyć prosto w jej oczy. Marie zatrzymała się, ale nadal milczała. Przez moment staliśmy w ciszy, nikt się nie odezwał. To ja zacząłem mówić, chyba nie mogłem wytrzymać tego uczucia, przygniatającego moje serce.
-Przepraszam – wyszeptałem – Przepraszam, ja chyba nie powinienem..  – urwałem, nie widząc właściwie, co ja mam powiedzieć. Po prawdzie nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie – Dobra, rozumiem, spadam. Już nie będę cię napastować – chciałem się odwrócić i odejść, ale jej wzrok mnie zatrzymał. Nie było w nim złości, ale inne uczucie, jakby... ciekawość.
-Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała cicho – Dlaczego zadedykowałeś tę piosenkę dla mnie?
Przez moment nie wiedziałem, co mam powiedzieć. W uszach coś mi szumiało, serce niespokojnie kołotało się w piersi, a myśli kręciły się po głowie. Otworzyłem usta, ale nic nie powiedziałem. Właściwie to samo wypłynęło z mojej buzi.
-Ta piosenka kojarzy mi się z tobą, jej tekst jest o tobie, gdy ją pisałem, myślałem o tobie i gdy po raz pierwszy  śpiewałem ją przed publicznością, widziałem ciebie. Ja cię kocham, Marie – wydusiłem z siebie, chyba nie do końca kontrolując to co mówię. Ona z powagą się we mnie wpatrywała, chyba także nie wiedziała, co powiedzieć. Staliśmy w bezruchu, zastygliśmy. Wokół nas chodzili ludzie, coś się działo, ale do nas nie docierało to wszystko. Wiedziałem, że powinienem odejść, że ona cierpi, patrząc na moją osobę. Westchnąłem cicho.
Wtedy na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Na początku nie rozumiałem, dlaczego. Gdyby ona nie chciała mnie widzieć, to po prostu by do mnie nie podchodziła i nie rozmawiała ze mną. W co ona gra? O co tu chodzi?
-Pierre – wyszeptała, dotykając swoją dłonią mojego nieco zaróżowionego policzka. Moje ciało pokryły dreszcze – Pierre, posłuchaj... – zaczęła delikatnym, ale także przerażonym głosem – Skąd mam mieć pewność, że mnie znowu nie zostawisz?
Przez moment milczałem, zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. To prawda, już raz ją pozostawiłem. A nie mogę pozwolić na to, by ona po raz kolejny została przeze mnie skrzywdzona. Teraz byłem innym człowiekiem. Z mieniłem się.
-Musisz po prostu mi zaufać – wyciągnąłem dłoń w jej stronę. Ona przez krótką chwilę się wahała. Czekałem. Nie wiedziałem, czy mam spodziewać się jej przychylności, czy raczej nie. Podejmowanie przez nią decyzji trwało kilka sekund, dla mnie była to wieczność. W końcu jednak ścisnęła moja dłoń. Przez ułamek sekundy nie wierzyłem we własne szczęście. Potem uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i przyciągnąłem ją do siebie.
-Na pewno? – zapytałem radośnie – Na pewno już jesteś gotowa?
-A mam powody, by czegoś się bać? – odparła zaczepnie. Nie dała mi już odpowiedzieć. Zanim zdążyłem kiwnąć palcem, ona już połączyła nasze wargi. Byłem zaskoczony jej szybkim tempem. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego tak bardzo się śpieszyła. Ona już nie mogła wytrzymać z tym uczuciem, nie mogła już tego w sobie nosić. Zrozumiałem, że ona ciągle czuła to samo co ja. Za każdym razem, kiedy wpatrywała się we mnie i Nati, cierpiała. Ona wciąż mnie kochała, chociaż zgrabnie to ukrywała przed wszystkimi. Nareszcie zdołaliśmy się połączyć. Uwolnienie tego uczucia było cudowne, nawet cudowniejsze niż struny gitary. W końcu dotknąłem tej lekkości, mogłem unosić się w powietrzu. Wszystkie smutki odeszły w siną dal, najważniejsze dla mnie było jej towarzystwo, jej dotyk, jej bliskość. Jej pocałunki odróżniały ją od innych dziewcząt, z którymi się spotykałem. Nawet nie próbowałem porównywać Marie z Nati, przepaść między nimi była zbyt wielka. Jej dłonie mieszały się z moimi włosami. Miałem nadzieję, że to nie skończy się nigdy, żadne z nas nie chciało tego przerywać. Pragnąłem, by ona zapamiętała ten moment do końca swojego życia, a nie moment, w którym ją zostawiłem. Wtedy dotarło do mnie, jak ogromnym jestem szczęściarzem. Przez własną głupotę porzuciłem dziewczynę swoich marzeń i tylko dzięki przychylności losu udało mi się ją odzyskać. Zdobyłem wspaniałych przyjaciół, odnalazłem swój plan na życie, receptę na przyszłość. I rzuciłem tę cholerną robotę. W końcu udało mi się wyjść na prostą.

NARRACJA SEB’A
Domyślałem się, że to jej sprawka. Nati znowu próbowała zniszczyć nam życie. Tylko wciąż jeszcze zastanawiałem się, jak jej się udało wleźć za kulisy. Przecież cały ten obszar otaczali ochroniarze. Musiała jakoś ich przekupić, bo nie wyobrażałem sobie jej wspinającej się na swoich szpileczkach przez siatkę.
Nie chciałem mówić o tym chłopakom, wolałem najpierw porozmawiać z nią. Moi przyjaciele chyba rozerwaliby tę dziewczynę ze złości, gdyby dowiedzieli się, kto jest przyczyną tych wszystkich problemów podczas naszego występu. Dlatego wolałem milczeć. Po prostu byłem ciekaw jej relacji wydarzeń.
Przez jakiś czas wypatrywałem jej wśród tłumu, ale miałem wrażenie, że nie tędy droga, że Nati raczej nie przyszła tutaj, by pobawić się przy rytmie muzyki. Odwróciłem się i właśnie wtedy w oczy rzuciła mi się ta blond grzywa. Westchnąłem cicho i powoli ruszyłem w jej kierunku. Zerwał się zimny wiatr, ale ona, pomimo swojego kusego ubioru, nawet nie zadrżała. Zastanawiało mnie, co mogło się stać, dlaczego ona, zwykle ruchliwa i latająca, teraz stoi w bezruchu. Wszystko rozjaśniło mi się w głowie, kiedy podszedłem nieco bliżej. Ona wptrywała się w Pierre’a. Pierre’a namiętnie całującego Marie.
W sercu zrobiło mi się cieplej. Poczułem dumę z przyjaciela. W końcu. W końcu udało mu się zrozumieć, kto jest naprawdę dla niego ważny. Miał z tym ogromny problem, my także to widzieliśmy. Ale nawet David stwierdził, że nie można mu pomóc, że on sam musi to zobaczyć. I zobaczył, chociaż zmarnował na to okropnie duży okres czasu.
-Boli, prawda? – zapytałem cicho, chowając dłonie w kieszeniach. Ona, słysząc mój głos, zadrżała. Przez moment próbowała udawać obojętność, ale słabo jej to wychodziło – Przestań – prychnąłem – Twoja gra zimnej i twardej nie robi na mnie żadnego wrażenia.
Ona zacisnęła swoje słabe piąstki. Czułem, że ma ochotę mi przywalić, Marie także. Intuicja mówiła mi, że jednak tego nie zrobi, że jakoś uda jej się powstrzymać
-Boli jak cholera – wymamrotała. Oboje dalej wpatrywaliśmy się w parę zakochanych.
-Powiem ci, że czasami zastanawiałem się, jak to jest być taką osobą jak ty. Pruć do przodu i nie patrzeć na krzywdy innych ludzi. Teraz już wiem. Powiedz mi, warto było? – skierowałem wzrok w jej stronę. Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Nati nie zwróciła na to najmniejszej uwagi.
-Nie warto – odparła drżącym głosem – Ale czasu i tak nie cofnę. Pierre już nigdy mi nie wybaczy. Chyba... Chyba zbyt późno się zorientowałam... – nie dokończyła zdania.
-Tak – potwierdziłem, kradnąc jej resztki nadziei – Tak, Pierre tobie nie wybaczy – mówiłem zamyślony – Nati... Jeśli naprawdę kochasz Pierre’a, zostaw go w spokoju. On... On jest szczęśliwy i uwierz mi, psucie tego szczęścia nie będzie miało żadnego sensu. To taka mała prośba z mojej strony.
Przez krótki moment jej twarz nic nie wyrażała, przypominała mi kamień. Szczerze mówiąc byłem pewien, że się nie zgodzi. Znałem jej upór i jej stosunek do pseudo miłości, jaką darzyła Pierre’a. Chwilę później jednak jej oczy złagodniały, a właściwie wypełniły się łzami. Jeszcze próbowała jakoś powstrzymać przede mną płacz, ale wiedziałem, że to nie ma żadnego sensu. W końcu dziewczyna olała to wszystko i dała upust swoim prawdziwym emocjom.
-Masz rację – wychlipała – To nie ma żadnego sensu. Już nigdy nie zbliżę się do Pierre’a. Ani do żadnego z was.
Pokiwałem w milczeniu głową. Nadal stałem, wpatrując się w jej żałosną sylwetkę. Blondynka nie przypominała siebie, dumnej i żałosnej, w tej chwili była swoim przeciwieństwem. Oddalała się w kierunku bramek, żeby opuścić teren imprezy. Jej rozmazany makijaż wręcz odstraszał ludzi od swojej osoby, chociaż skulona sylwetka wzbudzała żal. Nawet ja w głębi serca jej współczułem, ale szybko przypomniałem sobie, co ona z nami wyczyniała. Z czystym sumieniem mogłem powiedzieć, że zasłużyła sobie na taki los.
Jeszcze przez krótką chwilę wpatrywałem się w Pierre’a, uśmiechając się lekko. Brunet był tak zakochany, że świata poza Marie nie widział. Nie chciałem im przeszkadzać, a tym bardziej nie chciałem, żeby zauważyli, że im się przyglądam. Odwróciłem się, gwiżdżąc wesoło. Wszystko powoli zaczynało nabierać odpowiedniego kształtu. I co najważniejsze, simple plan stało się niepokonaną jednością, a chłopaki nie potrzebowali dużo czasu, żeby się zbratać.
-Sebciu-marchewciu! – krzyk Davida rozpoznałbym nawet o drugiej w nocy – Czy ty się przed nami czasem nie ukrywasz? Szukaliśmy ciebie przez dobre pół godziny!
-To słabo szukaliście, ciągle tu byłem.
-A widziałeś naszego Piernika? On też gdzieś nam zniknął z oczu – wzburzony blondyn skrzyżował ramiona na piersiach i podskoczył – Idziemy na afterparty!

-Idziemy – powtórzyłem, uśmiechając się – A Pierre’owi lepiej nie przeszkadzajmy. Sądzę, że teraz nie będzie nami zainteresowany – chłopaki otworzyli szeroko oczy ze zdumienia, w ogóle nie rozumiejąc, o co mi chodzi. Zachichotałem cicho, ruszając w stronę sceny. Byłem pewien, że teraz chłopaki z pobudzoną wyobraźnią szybko nie dadzą mi spokoju. 

1 komentarz:

  1. TAAAAAK!!!! Wiedziałam, że dzięki chłopakom Pierre'owi uda się wyjść na prsotą :)
    Teraz z Marie powinni mieć już tylko z górki :)

    Seb ma rację! Nati zasłużyła sobie na to!!! Mam nadzieję, że teraz naprawdę zostawi Pierre'a w spokoju. ;)

    OdpowiedzUsuń