niedziela, 1 września 2013

PART XLII *ostatni*

Starałem się. Naprawdę starałem się, by mnie zauważyła. Gdy tylko nie graliśmy koncertów, ja byłem pod jej drzwiami. Nawet kilka razy obiecywałem jej, że sobie nie odpuszczę. I nie zamierzałem. Gdy ją straciłem, dotarło do mnie, że naprawdę ją kocham jak szaleniec. Nie mogłem stracić jej przez taką głupotę. Nigdy nie traciłem wiary, wiedziałem, że ona w końcu pęknie, nie wytrzyma. Była uparta, zdawałem sobie z tego sprawę, w końcu byłem jej chłopakiem. Ale mnie kochała, czułem to. Dlatego walczyłem dalej.
Tym razem także tam leciałem, jeszcze z własną torbą, prosto z naszej trasy kanadyjskiej. Nie po drodze mi było do domu, ale i tak postanowiłem, że ją odwiedzę, chociażby na kilka minut. Było ciemno, żałowałem, ze nie ubrałem kurtki, a teraz już nie chciałem się zatrzymywać, żeby ją założyć. Ciemne chmury zbierały się na niebie, wyglądało na to, że za chwilę się rozpada. Wstąpiłem do jakiejś kwiaciarni, kupiłem przepiękny bukiet, zresztą jak zwykle. Nie miałem innego pomysłu na pokazanie jej swojej miłości, więc za każdym razem kupowałem inne kwiaty.
Byłem już niedaleko jej domu, kiedy zaczęło padać. Biegiem rzuciłem się w stronę domu, pragnąć po prostu uniknąć deszczu. I tak zmokłem do suchej nitki. Nie zważając na to, wpadłem pod daszek i zmęczony zapukałem do jej drzwi.  
-To ja, Pat! – krzyknąłem, w ogóle nie spodziewając się, że ona mogłaby mi otworzyć – Przyszedłem tylko się przywitać! Nie będę długo siedział, jeszcze nie zdążyłem pójść do domu i wypakować się... – wtedy usłyszałem jej wrzask. Na początku pomyślałem, że denerwuje się na mnie za to, że przyszedłem. Zacząłem krzyczeć coś całkowicie bezsensownego i znowu usłyszałem jej wrzask, tym razem jednak w jej głosie rozpoznałem wołanie o pomoc. Strach zaczął tlić się w moim sercu. Przełknąłem głośno ślinę i po raz kolejny zapukałem. Znowu usłyszałem ten sam wrzask, teraz już nie miałem wątpliwości. Zdenerwowany nacisnąłem na klamkę, ale drzwi nie otworzyły się. Zacząłem napierać na nie ciałem z nadzieją, że uda mi się je wyważyć. Rzucałem sobą z coraz większą siłą, ale to nic nie dawało, zamek był pancerny. Dopiero po jakimś czasie przypomniałem sobie o niewielkim druciku, którego potrzebowałem kilka dni temu i który na pewno pozostał w kieszeni moich spodni. Miałem cholerne szczęście, akurat dzisiaj ubrałem te same ciuchy. Znalazłem ten drut, chwyciłem go i zacząłem grzebać w nim zamku. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej się denerwowałem, jej krzyki robiły się coraz głośniejsze. W końcu coś szczęknęło. Odetchnąłem z ulga, ale tylko na moment, bo zaraz potem cholernie przestraszony wślizgnąłem się do jej mieszkania. Nawet za długo jej nie szukałem, czułem, że jest w kuchni. Gdy ją ujrzałem, zakręciło mi się w głowie. Myślałem, że zemdleję. Krew była dosłownie wszędzie. Śnieżnobiałe płytki zmieniły barwę na czerwień. Dziewczyna przez cały czas się wierzgała i wrzeszczała z bólu. Cierpiała. I dopiero gdy to do mnie dotarło, byłem w stanie się poruszyć. Nie wiedziałem, co robić, nie miałem pojęcia, co się dzieje. Zauważyłem, że krew leci z jej dłoni, porwałem jakiś ręcznik i niezdarnie opatuliłem jej rękę.
-Idioto, dzwoń na pogotowie! – wrzasnęła ona. Pokiwałem nerwowo głową i zacząłem biegać w poszukiwaniu telefonu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, ze trzymam go w dłoni. Szybko wykręciłem numer na pogotowie, ukradkiem zerkając na swoją dziewczynę. Odpowiadał mi ciągle ten sam sygnał. Przekląłem cicho pod nosem i rzuciłem się w stronę Pat, chowając komórkę do kieszeni. Przyklęknąłem przy niej, brudząc się krwią.
-Musimy sami jechać do szpitala – oznajmiłem, udając spokój i usiłując zachować zimną krew. Delikatnie wziąłem ją na ręce. Z jej gardła wydobył się jeszcze głośniejszy wrzask. Jej oczy błagały mnie o pomoc, pragnęły ulgi, a ja nie mogłem nic zrobić. Ostrożnie wyszedłem z nią z mieszkania. Zależało mi na czasie, ale nie mogłem pozwolić, by stała jej się jakakolwiek krzywda. Jej łzy pełne bólu spływały po spoconej ze zmęczenia twarzy. Wciąż próbowałem jakoś ją uspokoić, powtarzałem jej, że zaraz wszystko minie, choć tak naprawdę wciąż miałem wątpliwości co do tego, by to „zaraz” trwało krótko. Gdy w końcu wyszliśmy na dwór, przypomniałem sobie, że nie mam samochodu. Sytuacja nie wyglądała ciekawie, deszcz nadal padał, Pat przemokła do suchej nitki, a ja znowu byłem w kropce. Miałem cholerne szczęście, że akurat ktoś taksówką przejechał nam koło nosa i nas zauważył.  Szybko się cofnął. Spojrzałem błagalnie na kierowcę, ten nawet przez chwilę się nie zawahał, wskazał ręką na tylne siedzenie. Od razu domyślił się, że kierunek to szpital. Przez całą drogę ściskałem dłoń Pat, to jednak chyba w ogóle jej nie pomagało. Pragnąłem jej ulżyć, pragnąłem cokolwiek zrobić, tymczasem właściwie nie mogłem nic. Czas drogi jakby się wydłużał, chociaż wiedziałem, że taksówkarz jedzie tak szybko, że łamie chyba wszystkie możliwe zakazy. Bałem się. Cholernie bałem się, że coś jej się stanie, ale wiedziałem, że muszę być twardy i zachować spokój, bo gdy ona ujrzy, że ja się denerwuję, to ona jeszcze bardziej będzie się bała. Oderwałem wzrok od jej bladej twarzy, wyjrzałem za okno. Powoli szary obraz montrealskich domów się kończył, wjeżdżaliśmy w las. Krople deszczu waliły o szyby taksówki. Zacząłem drżeć. Pat wyraźnie usiłowała pohamować wrzask, ale to było silniejsze od niej. Kierowca stanął pod samymi drzwiami, nie zważając na zakaz. Wiedziałem, że ryzykuje utratą pracy i mandatem. Poczułem ogromna wdzięczność. Ale nie miałem czasu, by jemu podziękować, miałem wrażenie, że nasza sytuacja się pogarsza. Delikatnie wziąłem Pat na ręce. Nie zwracałem uwagi na zmęczenie. Wiedziałem, że musze ją donieść. Dziewczyna wyglądała coraz gorzej, w końcu zemdlała z bólu. Wtedy już w ogóle spanikowałem, straciłem kontrolę nad swoimi dłońmi. Dobrze, że obok wciąż biegł ten taksówkarz, zabrał mi Pat, zauważywszy, co się ze mną dzieje i zaczął gdzieś biec. Pędziłem za nim, nie myśląc nad tym, gdzie właściwie biegnę. Kiedy z powrotem ujrzałem czuprynę,  której szukałem, mój strach jeszcze bardziej wzrósł, nie widziałem w pobliżu mojej Pat. Nawet nie zdążyłem zapytać o nią. Chłopak, zauważywszy , że dobiegłem, wskazał głową na szpitalne łóżko, przy którym zgromadziło się mnóstwo lekarzy i pielęgniarek. Wyczułem, że to nie znaczy nic dobrego. Po moich policzkach spłynęły łzy. Słyszałem milion różnych poleceń i stanowczych krzyków. Próbowałem jakoś tam się dostać, by ścisnąć jej dłoń, by dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Oczywiście nie udało mi się, mogłem jedynie zobaczyć jej twarz. Jakiś żeński głos zaczął wrzeszczeć, że mam się odsunąć, że przeszkadzam, ktoś odciągnął mnie do tyłu, próbowałem się wyrwać, podejść ponownie, ale taksówkarz zagrodził mi drogę ramionami i przecząco pokiwał głową. Zrozumiałem, że to nie ma sensu, że mogę tylko przyglądać się wszystkiemu z daleka. Wlepiłem wzrok w jej nieobecną twarz. Patrzyłem na nią, dopóki nie zniknęła w windzie dla personelu. Dalej stałem w bezruchu, nie mając zielonego pojęcia, co dalej robić. Naprawdę nie wiem, co by się wydarzyło, gdyby nie ten taksówkarz. To on zaprowadził mnie na piętro, na którym, jak się później dowiedzieliśmy, trwała walka o życie Pat i dziecka. Nie miałem pojęcia, jak mu się za to wszystko odwdzięczę.
-Nawet nie mam pieniędzy, żeby zapłacić za drogę – wyznałem z żalem, uświadamiając sobie, co się wydarzyło.
-Przestań – odpowiedziało mi prychnięcie –teraz kasa ma najmniejsze znaczenie.

NARRACJA DAVE’A
Nerwowo po raz kolejny wykręciłem ostatni numer. Przyłożyłem słuchawkę do ucha, modląc się, by tym razem odebrał. Nie odebrał. Przełknąłem ślinę, przylepiając dłonie do szyby. Moje oczy ponownie wypełniły się łzami. Byłem tak blisko, a nawet nie mogłem jej dotknąć. Powoli zaczynałem wariować. Czarne myśli przychodziły mi do głowy. Chyba panikowałem, traciłem kontrolę nad własnymi emocjami. Telefon wyślizgnął mi się z dłoni. Dlaczego ona nie powiedziała, że źle się czuje? Dlaczego kilka dni wcześniej nie pojechała do lekarza? Przecież doskonale wiedziała, że teraz musi za każdym razem  na siebie uważać. Czułem się winny, że ją zostawiłem na tyle dni, chociaż tak naprawdę ona sama namawiała mnie, żebym wyjechał i odpoczął. Przełknąłem głośno ślinę. Ten kaszel zawsze mnie niepokoił, nawet kilkakrotnie pytałem o niego Kate. Mówiła, że przy tej chorobie to normalne. Wierzyłem jej, bo jakie miałem inne wyjście? Ufałem jej przez cały czas. A teraz zastanawiałem się, czy ona znowu mnie nie oszukała, czy po prostu sama nie wiedziała, że jej organizm jest tak wyniszczony przez chorobę. Ja dowiedziałem się dopiero teraz, od lekarzy. Postanowiłem zapytać się jej o to, gdy tylko się obudzi. Bo nie miałem żadnych wątpliwości co do tego, że się obudzi, do głowy mi nic takiego nie przychodziło. Denerwowałem się tylko tym, że nie mogłem tam wejść i ścisnąć jej dłoni.
Zadrżałem, gdy ktoś objął mnie ramieniem. Błękitne oczy Seba także wlepiały wzrok w szybę. Mój przyjaciel milczał jakby bał się użyć jakiegokolwiek słowa. Czułem dokładnie to samo. Ale pomimo ciszy jego obecność mi pomogła, myśli powoli zaczynały mi się układać, docierała do mnie sytuacja, w której tkwiłem, i jej beznadziejność. Seb chyba to wyczuł, delikatnie pociągnął mnie w stronę krzeseł i zmusił, bym usiadł. Powoli traciłem nad sobą kontrolę. Wszystko jakby działo się obok mnie. Nie uczestniczyłem we własnym życiu.
-Najważniejsze jest to, żeby nie stracić wiary – powtarzał w kółko mój przyjaciel –Bo wtedy wpadniesz w kompletny dół. Ona jeszcze się obudzi i jeszcze będziecie zjadać banany na łące.
Wlepiłem wzrok w błękit tęczówek chłopaka, a potem moje spojrzenie oparło się na podłodze. Teraz już bałem się zaufać nawet jemu. Zaufanie Kate mnie zawiodło, bałem się zaufać po raz drugi. Sam już nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć. Nie chciałem w ogóle myśleć, ale to było zbyt trudne. Schowałem twarz w dłoniach. Powoli zaczynało do mnie docierać, że ta druga wersja też jest możliwa, że ona może już nigdy nie otworzyć oczu. Co wtedy będzie? Jak wyglądałaby moja przyszłość?
-Pat zaczęła rodzić – usłyszałem ponury głos błękitnookiego. Przez moment nie wiedziałem, czy on mówi do mnie, ale po chwili uświadomiłem sobie, że przecież wokół nikogo innego nie ma. Uniosłem głowę do góry i ujrzałem Seba wlepiającego wzrok w wyświetlacz komórki. Na moim sercu rósł kolejny ciężar.
-Moment – wymamrotałem zamyślony – Czy Pat... Czy ona czasem... Nie była w ósmym miesiącu?
-Tak – pokiwał głową Seb – Właśnie dlatego teraz lekarze walczą o jej życie.
Przekląłem cicho pod nosem. Mieszanka żalu i goryczy walczyła z kolejnym pytaniem. Pytaniem którego odpowiedź mogła mnie tylko zdołować.
-A... A dziecko? – zapytałem, czujnie obserwując twarz kumpla, która była biała jak papier.
-Żyje –odparł twardo błękitnooki – ale jest bardzo słabe i jego stan... No... Nie wiadomo, czy przeżyje – powiedział wprost. Poczułem się jakby ktoś nożem przecinał moje plecy. Zamknąłem oczy, opierając głowę o ścianę. Cholerny pech cały czas mi dokuczał i w żaden sposób nie chciał mnie opuścić. Pieprzony los znowu był przeciwko mnie. Serce zaczęło mi walić mocniej. Miałem wrażenie, że to wszystko to jakiś koszmar, że za chwilę się obudzę i będę leżał w swojej komorze w tourbusie. Chciałem już, żeby to wszystko się skończyło, żeby w końcu padł wybór: albo w prawo, albo w lewo. Czekanie i ciągłe modlitwy już mnie dobijały, bezsilnie pastwiły się nade mną. Spojrzałem z powrotem na Kate, dziewczyna nie dawała żadnego znaku życia, nikt się nią nie interesował. Zacisnąłem mocno pięści. Błagam, niech to już się skończy...
Rozwiązanie przyszło szybciej niż przewidywałem, choć dla mnie wtedy wydawało się, że to wieczność. Myślałem, że lekarz po prostu przyszedł sprawdzić, jak Kate się trzyma i oznajmić mi, że mam dalej czekać. Tymczasem on wszedł na chwilę, odczytał coś z ekranów i wyszedł. Chyba nawet by nas nie zauważył, gdyby Seb go nie zawołał i nie zapytał o stan Kate. Już po mimice twarzy lekarza rozpoznałem, że to koniec. Nawet nie zdążył wypowiedzieć słowa, po moich policzkach spływały łzy. Mężczyzna mówił, że mu przykro, recytował stałą śpiewkę, że robili co mogli. Chciałem cos powiedzieć, ale z moich ust nie wypadł żaden dźwięk. Zacząłem się cofać, czułem jakąś złą energię. Nie docierało to do mnie. Nie mogłem zrozumieć tego, że już nigdy nie poczuję jej dotyku, smaku jej ust. Obróciłem się na pięcie i biegiem ruszyłem... Sam właściwie nie wiedziałem, gdzie. Serce dyktowało mi drogę. Chciałem przed tym uciec, uciec przed tą wiedzą, której tak cholernie się bałem. Uciekłem gdzieś, gdzie nadzieja jeszcze płonęła.
To dziecko było dziwnie spokojne, o wiele spokojniejsze niż inne maleństwa. Dlatego od razu je rozpoznałem. Nie musiałem patrzeć na nazwisko. To była moja jedyna szansa, moja nadzieja na przyszłość. Zacisnąłem mocniej pięści, wlepiając wzrok w te wszystkie rurki przylepione do jego delikatnego ciałka. Poczułem, że robi mi się słabo, ledwo stałem na nogach. To okrutne uczucie znowu się pojawiło, znowu zacząłem sobie zadawać pytania „co jeśli...”. Złe przeczucia chyba uwielbiały się ze mną droczyć. Skupiłem się tylko i wyłącznie na tym dziecku, ofiarowałem mu całe swoje ojcowskie serce i ojcowską miłość. To musiało mu dać siłę. Ono przecież musiało walczyć. Musiało mieć ten dar po mnie. Musiało to odziedziczyć.
Różni lekarze przychodzili i przyglądali się dziecku, żaden nie uśmiechnął się. Ja zresztą na to nie czekałem. Pragnąłem tylko jakiejkolwiek informacji na jego temat. A ciągle odpowiadała mi ta sama cisza, której wręcz nienawidziłem.
-Dave... Pamiętasz jak w szkole walczyłeś o jedną rozmowę z Kate? – smutno pokiwałem głową, nadal wlepiając wzrok w dziecko. To bolało. Wspomnienia cholernie bolały. Pierre musiał to zauważyć, ale twardo kontynuował – Pamiętasz jak to się skończyło? – spuściłem nisko głowę. Pamiętałem. Porażką – Chcę ci udowodnić, że nie każdą walkę się wygrywa. Nawet ty raz przegrałeś. To wiele zależy od siły przeciwnika. Są tacy, z którymi nie masz szans...
W moich oczach ponownie tego dnia zawitały łzy. Domyśliłem się, co Pierre chciał mi powiedzieć. Domyśliłem się, ale i tak chciałem mieć to czarno na białym.

-Pierre... Pierre, ono nie żyje... Prawda? – wydusiłem z siebie. Brunet nie odpowiedział nic, tylko objął mnie ramieniem i mocno przytulił. Koszmar się skończył. Teraz rozpoczynał się horror. Cały świat jakby się rozmył. Nie widziałem przyszłości, przeszłości teraźniejszości. Zamknąłem oczy. 

------------------------------------------------------------------------------------
No i jakimś cudem dotarliśmy do ostatniego parta :) Chciałabym bardzo, bardzo serdecznie podziękować każdemu czytelnikowi, który dotarł do tego miejsca, bo wiem, że kilkoro Was było :D No a 42 party to nie jest tak mało, zmarnowaliście pół życia, żeby to przeczytać :P Także raz jeszcze dziękuję za wsparcie, bo zdecydowanie łatwiej mi się pisze z wiedzą, że komuś podobają się moje bazgroły :D

czwartek, 29 sierpnia 2013

PART XLI

Westchnąłem cicho, chwytając torbę. W ciszy wciskałem na siłę swoje ubrania i rzeczy do środka. Blondyn położył się na łóżku i obserwował moją walkę z zamkiem, który oczywiście nie chciał się domknąć.
-Może poskładasz swoje ciuchy? – zapytał delikatnie, kiedy za cholerę nie mogłem sobie poradzić z tą torba. Spojrzałem na niego piorunującym wzrokiem, a po chwili zrozumiałem, że jego rada może być pomocna. Czerwony ze złości, że sam na to nie wpadłem, z powrotem wszystko wyrzuciłem i zacząłem pokornie składać. Blondyn westchnął i chyba z nudów wspiął się na moje łóżko i zaczął mi pomagać. Wtedy po raz kolejny dotarło do mnie, że to nie ja powinienem być ojcem dziecka Pat. Zarumieniłem się. Znowu zaczynało mnie to dręczyć. W ostatnim czasie nie miałem w ogóle czasu, żeby myśleć o swoim życiu. Tymczasem zegar ciągle chodził. Dni mijały, a moja dziewczyna niedługo miała urodzić.
-Pierre, co ty taki zamyślony? – usłyszałem pytanie Dave’a. Westchnąłem cicho, szybko główkując nad odpowiedzią, która nie byłaby kłamstwem.
-Myślę... Myślę o dziecku – wymamrotałem, składając koszulkę – Ja... cholera, chyba się boję. Chyba... nie jestem gotowy, żeby zostać ojcem.
-Przestań, Pie – blondyn poklepał mnie po plecach, szeroko się uśmiechając – Kto inny miałby zająć twoje miejsce? – zapytał. Jakimś cudem powstrzymałem się przed odpowiedzią, że on – Dasz sobie radę, kochasz Pat, a Pat kocha ciebie. We dwójkę poskromicie nawet dziecko – zachichotał, a potem westchnął. Przez moment milczeliśmy, potem on jeszcze dodał – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ja tobie teraz zazdroszczę...
-Zazdrościsz? – powtórzyłem, czując się jeszcze gorzej. Spojrzałem na kumpla ze zdumieniem, ale on tego nie zauważył, bo akurat patrzył na szarą koszulkę, która na pewno nie należała do mnie.
-Jak cholera – wymamrotał – Wiesz, że Jeff ma identyczną koszulkę? – zauważył, przegryzając dolna wargę.
-To musi być jego – zabrałem mu tę część garderoby i rzuciłem na łóżko właściciela – Czego mi zazdrościsz?
-No... wszystkiego – odparł trochę smutny blondyn, chwytając moje spodenki – Będziesz mógł... robić z nim wszystko. Nauczysz go grać na perkusji i w hokeja...
-Karmić, sprzątać kupy, wysłuchiwać płaczu.... – wymieniałem dalej, bardziej zniechęcony niż on.
-Daj spokój – prychnął mój kumpel, wrzucając poskładane spodenki do mojej torby – To sama przyjemność opiekować się takim bobasem. Za dwadzieścia lat zobaczysz, jaki będziesz z niego dumny!
-Taa... – odparłem niechętnie, odkładając ostatnią parę slipek – Dzięki za pomoc – dodałem, opierając się o ścianę i prostując nogi. Dave zrobił to samo. Przez jakiś czas siedzieliśmy w ciszy. Wciąż walczyłem ze sobą, toczyłem bój pomiędzy dziewczyną a kumplem. Cholernie zależało mi na nich obu. Nikogo nie chciałem ranić. Tego dziecka też nie.
-Słuchaj Pierre – usłyszałem nieśmiały głos blondyna – Tak sobie myślę... Jakie to uczucie dowiedzieć się, że będzie się ojcem? Pewnie cholernie podniecające, nie?
Wtedy coś we mnie pękło. Spojrzałem na Dave’a i uznałem, że to koniec, że dłużej już nie mogę tego trzymać w sobie. Zdecydowałem, że prawda musi wyjść na jaw, bo kiedyś i tak wszyscy się dowiedzą. To po prostu nie miało sensu. Szczególnie jeśli chodzi o jego dziecko. Ono też ma prawo wiedzieć.
-Kurde – wybąkałem chyba bardziej do siebie niż do niego – Kurde, przecież ja nie mogę żyć w kłamstwie.
-Co? – zdziwiony blondyn uniósł jedną brew do góry. Przypomniałem sobie o jego obecności. Ręce zaczęły mi drżeć. Przekląłem cicho pod nosem, powtarzając sobie, ze muszę mu to powiedzieć.
-To nie ja jestem ojcem tego dziecka – wydusiłem z siebie. Nie mogłem dokończyć wypowiedzi. Szczerze mówiąc nie myślałem, że to będzie aż tak bardzo ciężkie. Kątem oka zauważyłem zaskoczone spojrzenie mojego kolegi. Odczytałem to pytanie z jego oczu wcześniej, ale dopiero gdy zadał je na głos, byłem w stanie na nie odpowiedzieć:
-Więc czyje to dziecko?
-Twoje.
Dave’a oczy momentalnie się rozszerzyły, właśnie z nich odczytałem, że takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Był tak bardzo zaszokowany, że nie mógł się poruszyć. Gapił się na mnie jakby myślał, że za chwilę wybuchnę śmiechem i powiem, że to żart. Nie zamierzałem tego zrobić, miałem dość okłamywania go.
-N... Naprawdę? – zająkał się biedak. Pokiwałem głową w milczeniu – A... Ale... Jakim... cudem? Cholera... – wymamrotał – N... No tak... To możliwe... A... Ale dlaczego... Nikt nic mi nie powiedział?
-Ona bała się – odpowiedziałem z wyrzutami sumienia – Bała się, że odbierzesz jej dziecko.
Blondyn przegryzł dolną wargę i ześlizgnął się z mojego łóżka. Zaczął krążyć po przyciasnym pokoiku. Nie mogło to do niego dotrzeć, tak jak i do mnie to, że naprawdę puściłem farbę. Dave mamrotał coś do siebie, po chwili nie wytrzymał i wyszedł. Rozumiałem jego zachowanie i nie zamierzałem go gonić. Powinien sam to wszystko poukładać sobie w głowie. Położyłem się na łóżku i wlepiłem wzrok w sufit. Nie potrafiłem wyobrazić sobie reakcji Pat na to wszystko. Bałem się wracać do Montrealu. Nie chciałem się z nią kłócić, a wątpiłem w to, by ona zachowała spokój.
Nagle usłyszałem czyjeś kroki i żywy śmiech. Za chwilę do naszej wspólnej sypialni wpadli Seb, Chuck i Jeff, wszyscy kompletnie pijani.
-Spać, Pierrrrrrrrnik! – wrzasnęli chórem – Spać trzeba, bo energia się kumuluje i...
Dalsze i gadanie od rzeczy uciszyłem, rzucając poduszką w perkusistę, który spadł na łóżko, głową uderzając o jego kant. Gitarzyści chyba chcieli mi oddać, ale nie mogli podnieść poduszki, która w rzeczywistości była torbą Davida. Głośno zarechotałem.
***
Powrót do Montrealu okazał się być jeszcze spokojniejszy niż zwykle. Tym razem ciężarówkę wziął David, który, jako jedyny poza mną nie miał kaca. Chłopaki się kurowali. Radość sprawiało mi włączenie radia i jego ciągłe podgłaśnianie. Po jakimś czasie jednak i to przestało mnie bawić. Droga minęła nam dziwnie szybko, co bardzo ucieszyło chłopaków, a mnie zasmuciło, bo już niedługo miałem spotkać się ze swoją dziewczyną i o wszystkim jej powiedzieć. A chciałem ten moment jak najbardziej oddalić, bo coraz bardziej się tego bałem. Dlatego wlokłem się o wiele bardziej niż reszta chłopaków.
Wydawało mi się, że minęło zaledwie pięć minut od naszego przyjazdu do czasu, w którym stałem pod jej drzwiami. Westchnąłem ciężko i niepewnie zapukałem dwa razy. Z bijącym serduchem zastanawiałem się, co mam jej powiedzieć. Wiedziałem, że nie ma co zwlekać, że muszę wyprzedzić Davida w poinformowaniu jej, jak wygląda sytuacja. Otarłem pot z czoła. Nie miałem zielonego pojęcia, jak zacząć rozmowę. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, a ja nadal się wahałem nad tym, jakich użyć słów.
-Cześć, Pierre – odezwała się pierwsza z podejrzanym chłodem w głosie. Oparła się o framugę drzwi, wpatrując się we mnie wyczekująco. Przez moment zamarłem, zaskoczony tym zimnym prysznicem. Zrozumiałem, że jednak się spóźniłem, David już musiał się z nią jakoś skontaktować. Nic dziwnego.
-Cześć, Pat – przywitałem się, chcąc ją pocałować. Odsunęła głowę – Przyszedłem się przywitać. No i pogadać – dodałem po krótkiej chwili.
-Chyba nie mamy o czym gadać – odparła chłodno dziewczyna, mierząc mnie wzrokiem. Uniosłem brwi do góry, po raz kolejny zaskoczony jej bezpośredniością. Przekląłem cicho pod nosem. To wyglądało gorzej niż myślałem.
-Nie mamy? – powtórzyłem głupio, brakowało mi pomysłu na odpowiedź.
-Nie mamy – prychnęła dziewczyna, prostując się – Pierre, obiecałeś mi. Obiecałeś mi, że mu nie powiesz.
-A myślisz, że łatwo było żyć pod jednym dachem z kimś, kogo się ciągle okłamuje, w dodatku z kimś, kogo uważa się za przyjaciela? Postaw się w mojej sytuacji. Myślisz, że ja nie próbowałem się powstrzymać?
-Skoro wszystko wyszło na jaw, to najwidoczniej za mało się starałeś!
-Przestań, przecież z tym walczyłem. Przez cały czas milczałem.
-Do czasu! – warknęła ona.
-Bo to tak naprawdę bardziej skomplikowane niż myślisz! – krzyknąłem, reagując tym samym na jej wrzask. Zaczynało mnie denerwować jej zachowanie – Dave jest moim przyjacielem! Zresztą on lepiej nadaje się na ojca niż ja!
-Czyli ja i dziecko jesteśmy dla ciebie mniej ważni niż postawa wobec Dave’a!? – warknęła dziewczyna, w jej oczach pojawiły się łzy. Przekląłem siebie w myślach. To nie tak miało wyglądać. Nie chciałem doprowadzać jej do takiego stanu.
-Jak możesz o coś takiego pytać? – zapytałem cicho i ze smutkiem – Jak możesz kazać mi wybierać między sobą a przyjaciółmi? Doskonale wiesz, że wszyscy są dla mnie tak samo ważni.
-Przestań tak mówić, nie jestem ślepa! – dziewczyna wybuchnęła głośnym płaczem, co już w ogóle mnie rozwaliło. Chciałem delikatnie ją przytulić, ale ona odskoczyła ode mnie jak poparzona – Pierre, ja wszystko widzę! Ja już się tobie znudziłam! Nie chcesz być ze mną!
-Proszę cię, uspokój się, to nieprawda – próbowałem jakoś ugasić tę sytuację, ale było już za późno.
-Jaka nieprawda?! Nie udawaj, że cokolwiek do mnie czujesz! Wiem, że to kłamstwa! To się czuje, rozumiesz?! JA wiem, że ty mnie już nie kochasz!
-Pat, ochłoń trochę, zastanów się nad tym, co mówisz...
-Doskonale wiem, co mówię i wiesz, co? To koniec, rozumiesz?! Jesteś wolny! idź i się ciesz!
-Co? – szeroko otworzyłem oczy ze zdumienia – Koniec? – powtórzyłem głupio – Ale jak... Dlaczego?
-Bo nasz związek jest chory, nie widzisz tego?! Ty mnie nie kochasz, byłeś ze mną tylko ze względu na to dziecko. Teraz masz to z głowy, w końcu David się wszystkim zajmie, nie?!
-Pat, ja ciebie kocham, nigdy bym tobie czegoś takiego nie zrobił...
-Kochasz mnie?! To dlaczego nie dotrzymałeś tajemnicy?! Co to za miłość?! No sam powiedz, co to za miłość!?
-Już tobie mówiłem, że to wcale nie ma nic do naszej miłości – tymi słowami tylko wbiłem ostatni gwóźdź do trumny. Od razu poznałem to po minie Pat.
-Skoro tak uważasz, to ja nie mam pojęcia, o co my tak właściwie się sprzeczamy – warknęła ona, cofając się i zamykając drzwi.

-Pat, zaczekaj, porozma... – zdążyłem jeszcze krzyknąć, ale właściwie to było na nic. Próbowałem wślizgnąć się do jej mieszkania, ale zamknęła drzwi na zamek, więc nie mogłem nic zrobić. Ale przez cały czas próbowałem się do niej dobić. Pukałem, błagałem, krzyczałem, by mnie wpuściła, żebym tylko mógł z nią porozmawiać. Koniec końców wrzasnąłem, że się stąd nie ruszę, dopóki nie zobaczę jej twarzy. I naprawdę zamierzałem tak zrobić. Usiadłem przed drzwiami i czekałem, powtarzając, że nie odpuszczę. Dopiero jej rodzice, którzy do mnie wyszli, zdołali mnie wygonić, mówiąc, że Pat musi ochłonąć i się uspokoić, a przy mnie nie ma takiej szansy. Przyznałem im rację, pomyślałem, że jeśli Pat się z tym prześpi i to przemyśli, na pewno zmieni zdanie. Co i tak nie odmieniło mojego paskudnego humoru. Latałem jak struty po Montrealu, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. Cholernie zabolały mnie słowa Pat, przecież wiedziała, że ją kocham. Dlaczego w to wątpiła? Czy ona się bała? No tak, to mogłaby być odpowiedź. Po tym wszystkim, przez co przeszła z Davidem, pewnie wolała być ostrożna. Ale była zbyt ostrożna. Przecież ja nie zrobiłem nic złego, by od razu rozbijać nasz związek. 

niedziela, 25 sierpnia 2013

PART XL

-I co, znalazłeś portfel? – zapytał blondyn ściskając dłoń swojej dziewczyny. Otrząsnąłem się z zamyślenia, przez moment zastanawiając się, o jaki portfel chodzi. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o kłamstwie.
-Tak, znalazłem – westchnąłem ciężko, podchodząc do łóżka chorej – Cześć, Kate, jak zdrowie? – zapytałem, nie chcąc dalej ciągnąć poprzedniego tematu. Widziałem już na jej twarzy ślady chemii, ale chyba tylko dzięki blondynowi ciągle się uśmiechała, co skutecznie ukrywało to wszystko.
-Mogło być gorzej – odparła słabo, o wiele słabiej niż normalnie. Spojrzałem na nią ze współczuciem. Wcześniej nigdy nie zauważyłem tego, jak bardzo ona jest szczupła, przypomina szkielet. Westchnąłem ciężko i usiadłem obok kolegi, który ciekawie przypatrywał mi się.
-Coś się stało? - Zapytał ostrożnie, kiedy wlepiłem wzrok w dłonie i znowu się zawiesiłem. Spojrzałem w jego brązowe oczy i uznałem, że właściwie o dziecku mogę mu już powiedzieć.
-Tak naprawdę to nic złego – odparłem, wciąż zamyślony – Po prostu... Jak tu szedłem, spotkałem Pat. Ona.. Ona jest w ciąży – wydusiłem z siebie. Davida źrenice momentalnie się rozszerzyły ze zdumienia. Chłopak spojrzał na swoją dziewczynę, która także wydawała się być zaskoczona. Za chwilę jednak miejsce szoku zajęła ogromna radość. Oboje zaczęli mi gratulować, co sprawiło, że czułem się cholernie głupio. Omal nie powiedziałem im, że to nie ja powinienem odbierać gratulacje, ale szybko przed oczami stanęła mi twarz Pat. Nie potrafiłem złamać danego jej słowa, nie umiałem. Przekląłem siebie w duchu, wysłuchując, jak Dave już truje mi, że koniecznie musi być ojcem chrzestnym. Wiedziałem, że on lepiej nadawałby się na rolę taty niż ja.
Wstałem, nie potrafiąc już wytrzymać wesołej paplaniny mojego kumpla. Wymówiłem się toaletą. Szybko wyślizgnąłem się z sali i ruszyłem w stronę kiblów przeznaczonych dla odwiedzających. Spojrzałem na własne zmęczone odbicie w lustrze. To całe udawanie już zaczynało mi dokuczać, a miałem wytrzymać to przez kilka miesięcy. W jaki sposób? Zamrugałem kilkakrotnie. Wiedziałem, że w końcu puszczę farbę, nie mogłem okłamywać najbliższych mi osób. Oparłem się rękoma o zlew. Cholera, co ja mam robić? Zacząć unikać Dave’a? Bez sensu. Jakim cudem miałem utrzymać język za zębami? Przegryzłem dolną wargę. Mogłem szukać przez cały czas odpowiedzi na to pytanie,  a i tak bym  jej nie znalazł. Przemyłem szybko twarz, by pozbyć się potu. Spojrzałem na własne odbicie i przywołałem na twarz delikatny uśmiech. Nie mogłem dać po sobie poznać, że cos mnie gnębi. Powoli wyślizgnąłem się z toalety i ślimaczym tempem ruszyłem ku sali, w której leżała Kate. Już miałem wejść do środka, kiedy usłyszałem głos Dave’a:
-Skarbie, dziecko można zaadoptować...
I pomimo głosu mojego serca wrzeszczącego, że powinienem w tym momencie odejść od drzwi, ja jeszcze bardziej się do nich przysunąłem. Robiłem coś, czego Dave nigdy by mi nie wybaczył: podsłuchiwałem rozmowę, której oni najwyraźniej nie chcieli przy mnie prowadzić.
-Dobrze wiesz, że z tą chorobą nie udałoby się nam go wychować. Zresztą jaki dom dziecka oddałby nam wychowanka? Dave, to niemożliwe...
Na moment zapadła cisza. Zajrzałem przez szparę do środka. Dave stał tyłem do mnie, wlepiał wzrok w coś, co akurat działo się pod oknem. Kate patrzyła na swoje palce. Westchnąłem cicho i ruszyłem dłonią w stronę klamki, jednak cofnąłem ją, ponownie słysząc głos Davida.
-A jakie to ma teraz znaczenie? We dwoje jesteśmy szczęśliwi. Wcale nie potrzebujemy dziecka.
-Ma ogromne znaczenie. Widzę, że chciałbyś być ojcem, a... a przeze mnie... nie zostaniesz nim nigdy. Ja... Ja chciałabym.... Po prostu chciałabym... żebyś... był szczęśliwy...
-I jestem szczęśliwy. Z tobą jestem szczęśliwy. Może i chciałbym zostać tatą, ale nie możemy mówić o nierealnej przyszłości. Kate, jeśli miałbym wybrać między tobą a dzieckiem z kimś innym, to wybrałbym ciebie. Zdążyłem już zauważyć, że mając taki skarb jak ty, muszę tracić coś w zamian. Tak jest zbudowany ten świat i trzeba się z tym pogodzić, rozumiesz?
Ponownie zapadła cisza. Wyczułem, że to już koniec tej rozmowy, rozmowy, która znowu narobiła mi wielkiego mętliku w głowie. Jeszcze przez chwilę na wszelki wypadek poczekałem, ale sytuacja się nie zmieniała, więc wszedłem do środka. Obraz, który ujrzałem, cholernie mnie wzruszył. Dave z taką miłością przytulał do swojej piersi Kate, że aż im zazdrościłem. Nawet mnie nie zauważyli, tak bardzo byli zajęci sobą. Trochę im tego zazdrościłem, ale ja miałem swoją Pat i przytulałem ją tak samo. A jutro ponownie próbuję przekonać ją, że Dave zasługuje na wiedzę.
Swoje plany mogłem zrealizować dopiero następnego dnia późnym wieczorem, bo od rana robiliśmy ciężką próbę, ostatnią przed wyjazdem do studia. Nie wiedziałem już czy mam poruszać kwestię Dave’a podczas naszej pożegnalnej nocy, w końcu nie chciałem tego niszczyć. A poza tym nie zapomniałem, że ona jest w ciąży i nie może się denerwować. Mimo wszystko ostrożnie zasugerowałem jej, że powinna o wszystkim powiedzieć prawdziwemu ojcu. Dziewczyna zaczęła warczeć, że jeżeli mi się taki układ nie podoba, to możemy się przestać spotykać. Tego oczywiście nie chciałem, oboje nie chcieliśmy, na szczęście jakoś zdołałem ją uspokoić i przekonać, że naprawdę ją kocham.
Następne dni były tak bardzo zakręcone, że właściwie nie miałem czasu, by o tym wszystkim myśleć. Do studia mieliśmy dojechać sami. Tata Chucka na szczęście pozwolił nam pożyczyć sobie furgonetkę, którą zwykle dowoziliśmy sprzęt na koncerty. Z chłopakami załadowaliśmy wszystko, wątpiłem, by chociaż mysz zdołała się tam prześlizgnąć. Ja prowadziłem wóz, obok mnie siedział podniecony Chuck. Reszta miała jechać z Jeffem. Na szczęście podróż obyła się bez niespodzianek, chociaż perkusista SP mylił się we wskazywaniu mi drogi, co kilka razy prawie doprowadziło do stłuczki. Ale mimo wszystko udało nam się tam dotrzeć.
Oczywiście cały sprzęt musieliśmy wnosić sami, nikt nie chciał nam pomóc, a raczej my tak bardzo baliśmy się o nasze instrumenty, że nie pozwalaliśmy nikomu ich dotknąć. Gdy już wszystko wypakowaliśmy, byliśmy tak bardzo podnieceni, że producent tylko machnął ręką i powiedział, że dzisiaj zrobimy sobie wolne, a od jutra zaczniemy ciężką pracę. Pokazał nam łóżka, od razu zaczęliśmy kłócić się o to, które będzie czyje. Udało mi się zarezerwować pod oknem, na samej górze. Pode mną spał Jeff, który już narzekał na moje chrapanie, chociaż jeszcze go nie słyszał. Naprzeciwko nas miejsca zajęli Dave i Chuck, którzy umówili się, że będą się wymieniać. Ostatnie zajął zadowolony z takiego obrotu sprawy Seb, który miał jedno podwójne łóżko całe dla siebie. W nocy oczywiście zrobiliśmy sobie pięcioosobowa imprezę, musieliśmy uczcić pierwszą noc w studiu. Rano byliśmy skacowani jak po porządnej bibie, za co dostaliśmy ochrzan od producenta. Tego jednego dnia nam nie odpuścił. I miał rację, czekała nas kupa roboty. Przez kilka miesięcy nawet nie pomyśleliśmy o tym, by napić się po raz drugi, tak bardzo wieczorami byliśmy zmęczeni. Ale to wszystko nam się odpłacało atmosferą. Jeszcze nigdy się tak świetnie nie bawiłem.
Cały ten czas zleciał szybko nie tylko mnie, ale także pozostałej czwórce chłopaków. Teraz już byliśmy pewni, że muzyka to nasze przeznaczenie. Ostatniego dnia to producent postawił nam szampana za dobrze wykonana robotę, choć zwykle to on wydzierał się na mnie, że nie umiem ogarnąć własnego zespołu. Ja tylko wzruszałem ramionami, nie bardzo wiedząc, co mam zrobić.
-O, Dave! – krzyknąłem zaskoczony, wchodząc do naszej „sypialni” i widząc blondyna, który kończył się pakować. Przekląłem cicho pod nosem i zerknąłem na swoje porozwalane rzeczy na szafce i na łóżku. Chyba jako jedyny jeszcze nie tknąłem własnej torby. Tak naprawdę nie chciałem stąd wyjeżdżać, chociaż cholernie tęskniłem za Pat, za jej dotykiem i pocałunkami. Ale to był idealny świat, świat bez problemów. Tymczasem trzeba było wrócić do rzeczywistości. 

środa, 21 sierpnia 2013

PART XXXIX

Tak naprawdę ja wciąż miałem nadzieję, że za kilka minut obudzę się obok nagiej Kate i stwierdzę, że to wszystko to koszmarny sen. Tak się nie stało. Przynajmniej do momentu, w którym wsiadłem do samochodu Seba pożyczonego przez Pierre’a. Brunet jakoś próbował nawiązać rozmowę, ale słabo mu to wychodziło. Nie miałem ochoty na gadanie, słuchanie w kółko tego samego „wszystko będzie dobrze”. Próbowałem jakoś pogodzić się z najgorszym, bo dobrze wiedziałem, że rozczarowanie jeszcze bardziej by bolało. Po ujrzeniu wyników miałem jeszcze odwiedzić Kate, ale to chyba nie był dobry pomysł. Żałowałem, że obiecałem jej, że się zjawię.  Już nawet Pierre przestał gadać, zauważając, że wcale go nie słucham. Też się denerwował, chociaż nie pokazywał tego po sobie. I po prawdzie byłem mu za to wdzięczny. Jeszcze brakowałoby mi tego, żeby wzięli nas za szaleńców, a łatwo było nas pomylić.
Od zawsze nienawidziłem czekać. Chyba wolałbym o wszystkim się dowiedzieć od razu. Albo w lewo, albo w prawo. Tymczasem sekundy pozamieniały się w minuty, a minuty w godziny. Czas chyba specjalnie zwalniał, żeby mi dokuczyć. Lekko spocone dłonie ślizgały mi się po ławce pozostawiając po sobie ciemny ślad. Modliłem się, by to wszystko już się skończyło. Nie chciałem już tutaj siedzieć, pragnąłem wziąć łyk świeżego powietrza. Coraz gorzej się tu czułem. Te wszystkie spojrzenia mnie dobijały. Miałem już serdecznie dość tej niepewności, która ciągnęła się tygodniami.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy wreszcie pielęgniarka przyniosła mi dużą, brązową kopertę z wypisanym moim nazwiskiem. Niepewnie ją chwyciłem. Tysiące myśli przeleciało przez moją głowę. Ale ja nie chciałem już myśleć, chciałem po prostu mieć to wszystko za sobą. Spojrzałem na Pierre’a, był blady jak kreda. Pokiwał powoli głową, kierując wzrok na kopertę. Westchnąłem cicho i zabrałem się za rozrywanie papieru. Serce mocno mi waliło, kiedy przelatywałem wzrokiem przez te wszystkie informacje, których i tak nie rozumiałem w poszukiwaniu tej jednej wiadomości. Gdy wreszcie ją odnalazłem i trzy razy przeczytałem, wcale nie odczułem tej ulgi. Uniosłem głowę do góry, papiery wyślizgnęły mi się z dłoni. Kątem oka zauważyłem, jak Pierre zbiera dokumenty z podłogi i sam zaczyna szukać odpowiedzi na to pytanie.
-No stary! – wrzasnął na cały oddział – Jesteś zdrowy! Nie cieszysz się?!
-Uspokój się – wymamrotałem ponuro, czując się trochę głupio przez lekkomyślne zachowanie kumpla. Brunet nie rozumiał, co się ze mną dzieje, dlaczego w ogóle nie widać u mnie optymizmu.
-O co ci znowu chodzi, Dave? – zapytał rozdrażniony moim zachowaniem
-Co z tego, że ja jestem zdrowy? – zapytałem cicho chyba bardziej siebie niż jego – To nie zmienia faktu, że Kate jest chora. Pierre, ja... Nie mogę jej w żaden sposób pomóc.
-Dave, możesz jej pomóc. Ty ciągle jej pomagasz. Wystarczy to, że jesteś przy niej – odpowiedział Bouvier, wciąż patrząc na mnie ze współczuciem. Westchnąłem ciężko, chwytając się za głowę. To mnie przytłaczało.
-Ja... Pierre, ja nie wiem... czy ja wytrzymam...Widziałeś... Sam widziałeś... co się działo przed chwilą... Nie wytrzymam, Pie... Nie wytrzymam psychicznie...
-Dasz radę! – brunet z entuzjazmem poklepał mnie po plecach – Najważniejsze, że ty jesteś cały i zdrowy! Teraz musisz się nią opiekować na każdym kroku, pokazywać, że z nią jesteś. Ona musi mieć przede wszystkim w tobie wsparcie.
-Taaak. – wymamrotałem pod nosem – tylko że ja... Powinienem też być odporny psychicznie. Najgorsze dopiero przed nami. Ja nie wiem, czy uda mi się... – nie dokończyłem zdania, tylko schowałem głowę w dłoniach.
-David! – krzyknął Pierre, nadal optymistycznie nastawiony do całej sytuacji – Masz nas! Pomożemy tobie jak tylko będziemy mogli! Tylko ważne, abyś przy niej się nie załamał, bo wtedy ona przestanie walczyć, rozumiesz?
Powoli pokiwałem głową, zdając sobie sprawę z tego, jak trudne stoi przede mną zadanie. Nie miałem pojęcia, czy na pewno podołam. Wiedziałem, że będę miał wsparcie przyjaciół, ale... Walka ze śmiercią wcale nie należy do najprostszych. Muszę sprawić, by ona przestała się bać, by te lata były najpiękniejszymi latami jej życia. Będę musiał wytrzymywać z nią na dobre i na złe, wytrzymywać widok jej słabości. Westchnąłem ciężko i wstałem.
-Masz coś przeciwko, bym ją teraz odwiedził? – zapytałem, trochę się wahając. Nie za bardzo chciałem w to wszystko mieszać kumpla i dodatkowo zajmować jego czas. Pierre pokiwał głową, chyba nawet nie słysząc mojej prośby. Cały czas patrzył się na coś, co działo się z tyłu, za mną. Odwróciłem się, ale zauważyłem tylko nieznane sobie twarze ludzi.
-Co się dzieje? – zapytałem, widząc zamyślonego bruneta.
-A nie, nie – odparł Pierre, również szybko wstając – Wydawało mi się, że widzę znajomego, ale to nie on. To co, idziemy do Kate?

NARRACJA PIERRE’A
Rzeczywiście ujrzałem dobrze znaną sobie twarz  i Dave’owi zapewne też. I wcale mi się to nie wydawało, kiedy z kumplem przeciskaliśmy się przez trochę przyciasny korytarz. Na szczęście nas nie zauważyła, chociaż i tak zamierzałem wybadać całą sprawę. Mniej więcej w połowie drogi pomyślałem sobie, że najlepiej będzie, gdy zaczepię ją już teraz. Gwałtownie się zatrzymałem, czego blondyn nie zauważył. Na poczekaniu wymyśliłem kłamstwo, że chyba portfel mi wyleciał z kieszeni i muszę go poszukać. Dowiedziałem się, gdzie leży Kate, obiecując, ze gdy tylko znajdę zgubę, od razu tam przylecę. Odwróciłem się i schodami zbiegłem na dół, przeklinając pod nosem zepsutą windę. Zaczynałem się bać, zauważyłem, że ręce mi drżały. Nie chciałem myśleć o najgorszym, wmawiałem sobie, że to muszą być jakieś kontrolne badania. Tylko dlaczego nic by mi o nich nie wspomniała? Myślałem, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Tymczasem.. No właśnie... czy ona przede mną coś ukrywa?
Wciąż siedziała w tym samym miejscu i wciąż przeglądała tę samą ulotkę co przed kilkoma minutami. Nie zobaczyła mnie nawet gdy stałem tuż przed nią. Chyba była bardzo zdenerwowana, bo jej dłonie świeciły się od potu.
-Co ty tu robisz? – zapytałem cicho, z odrobiną chłodu w głosie. Ona, wyraźnie przestraszona, uniosła głowę do góry. Próbowała coś powiedzieć, ale żadne słowo nie wyszło z jej buzi. Pech chciał, że akurat pielęgniarka wyszła z gabinetu lekarskiego i wyczytała jej nazwisko. Dziewczyna wstała z przepraszającym uśmiechem, ja jednak nie chciałem jej puścić.
-O co tu chodzi? – zapytałem, patrząc w jej oczy. Ona nerwowo się rozejrzała.
-Pierre, nie rób scen, puść mnie! – warknęła, ale ja nie dałem za wygraną, dalej nie ruszałem się z miejsca.
-Powiedz mi, o co tu chodzi! – powtórzyłem pytanie, nadal spokojnie.
-Wszystko ci później wyjaśnię – wymamrotała zdenerwowana dziewczyna – Ale zrozum, teraz muszę iść.
-Okej – odparłem, wpadając na inny pomysł – Okej, ja tu na ciebi9e zaczekam – odwróciłem się. Dopiero wtedy zauważyłem mnóstwo wpatrujących się we mnie twarzy. Miałem ochotę powiedzieć kilka słów tym ludziom, ale się rozmyśliłem. Przepuściłem Pat, a sam zająłem jej miejsce. Oparłem głowę o zgięte w łokciach ręce, wlepiając wzrok w tabliczkę z napisem „ginekolog” i zastanawiając się, w co ona do jasnej cholery gra.
Czekałem na nią blisko pół godziny. Strasznie mi się nudziło, ale nie poddawałem się, nie zamierzałem sobie odpuścić. Nie teraz. Kiedy wyszła, z ulgą odetchnąłem, ale tylko na ułamek sekundy. Jej smutek ozdabiający twarz wstrząsnął mną tak bardzo, że aż na moment zdrętwiałem. Na szczęście ona nie zamierzała przede mną uciekać, zapewne uważała, ze nie ma sensu. Stanęła przede mną, ale nie powiedziała nic, tylko chwyciła moją dłoń i pociągnęła mnie w stronę drzwi. Szliśmy w milczeniu, chociaż ja nie mogłem już wytrzymać tej chorej ciszy. Wydostaliśmy się na zewnątrz, świeże powietrze próbowało nas orzeźwić, ale właściwie to mi nie pomogło, Pat chyba także. Oboje usiedliśmy na jakiejś ławce, oboje chyba tak samo zdenerwowani. Nie chciałem jej pospieszać, wiedziałem, że to dla niej ogromny stres.
-Jestem w ciąży – wyleciało jej z ust ku mojemu zdziwieniu. Odwróciłem głowę, by na nią spojrzeć. Odetchnąłem z ulgą i uśmiechnąłem się lekko, chociaż szczerze mówiąc, do śmiechu mi nie było. Ale i tak cieszyłem się, ze to tylko ciąża, a nie jakaś choroba.
-to świetnie! – krzyknąłem z udawanym entuzjazmem, chcąc przekonać ją, że naprawdę się cieszę. Wciąż jeszcze byłem w szoku, ale przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem. Wtedy wyczułem, jak coś spływa po mojej dłoni. Łza – skarbie, przecież to powód do radości, a nie do płaczu! Wszystko się ułoży. Zaczniemy nagrywać płytę, dostaniemy za nią jakąś kasę. Nie martw się, damy sobie radę.
-T... Ty nic... Nic nie rozumiesz! – wyszlochała dziewczyna, wtulając się w moją pierś – Ono nie jest twoje! – dziewczyna wybuchła jeszcze większym płaczem, czyniąc mnie jeszcze bardziej zaszokowanym. Do głowy od razu wpadło mi pytanie o to, czyje jest to dziecko. Nie zadałem go głośno, chyba się bałem. Przełknąłem ślinę, nadal ją przytulając, chociaż nie wiedziałem, czy powinienem.
-O... Ono j... jest... Dave’a... – wyrzuciła z siebie Pat. Spojrzałem na nią szeroko otwartymi oczyma. Ona... z moim kumplem... Ze swoim byłym... To wydawało mi się niemożliwe.
-Nie, Pierre! To nie tak! – krzyknęła, uspakajając się nieco, zauważywszy moją minę i zapewne odczytawszy to, o czym pomyślałem – to dziecko ma już ponad dwa miesiące, przecież my się wtedy nie spotykaliśmy!
-A... aha – odparłem, momentalnie się rumieniąc – Przepraszam – wymamrotałem ze wstydem – Nie powinienem w ogóle tak myśleć.
-Przestań – prychnęła dziewczyna, wlepiając wzrok w chodnik. Znowu zapadła cisza, tak niewygodna dla nas obojga. Czułem, że lada chwila Pat ponownie wybuchnie płaczem. Chyba wciąż nie mogła uwierzyć w to, że zostanie matką.  
– Trzeba powiedzieć Davidowi – oznajmiłem wpatrując się w najwyższe piętro szpitala. Dziewczyna odkleiła się ode mnie jak poparzona i krzyknęła przerażona:
-Na głowę upadłeś?!
Spojrzałem na nią rozszerzonymi ze zdumienia oczyma, bardzo zaskoczony jej reakcją. To chyba normalne, że Dave jako pierwszy powinienem się o wszystkim dowiedzieć i oni oboje powinni ustalić, co dalej z tym zrobić. Tymczasem moja dziewczyna chyba wpadła na kolejny pomysł, który zapewne nie uzyska u mnie aprobaty.
-No co? – zapytałem głupio, wzruszając ramionami.
-Pierre, David nie może się dowiedzieć, że to dziecko jest jego! Najlepiej będzie, jak rozgłosimy, ze to dziecko jest twoje! Z tego co mi wczoraj opowiadałeś, on cały czas zajmuje się Kate, więc nic nie zauważy...
-Pati! – przerwałem jęknięciem jej plany – Tak nie można!
-Pierre, chcesz być ojcem, prawda?  - zapytała, chwytając mnie za słaby punkt. Odpowiedź była oczywista. Pragnąłem stworzyć z nią i bobaskiem wspaniałą rodzinę – No właśnie – dodała po chwili ciszy – A co jeśli David będzie chciał odebrać nam maleństwo?
-Odebrać? – powtórzyłem jak echo. Jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić kłócącego się Davida.
-Pierre, ty nie wiesz, do czego zdolni są ludzie, gdy gra toczy się o ich dziecko! Proszę cię, zostawmy to tak jak jest, okej?
-Co?! – wrzasnąłem zaskoczony jej prośbą. Oczywiście nie mogłem jej spełnić, przecież Dave to mój kumpel – Posłuchaj, ja tak nie mogę... Pat, ogarnij się. Nie mogę przypisywać sobie ojcostwa.
-Czy ty nie rozumiesz, co ja do ciebie mówię? Nikt się nie dowie! Wszystkim powiemy, że to ty jesteś ojcem, nikt się nie domyśli! Tylko obiecaj mi, że nikomu nie powiesz!
-Wybacz, ale...
-Pierre, zależy ci na mnie i na własnej rodzinie? Zależy ci? – zapytała, patrząc prosto w moje oczy. Spuściłem nisko głowę. Odpowiedź na to pytanie była oczywista – Więc zrób to dla nas, dla naszej szczęśliwej rodziny. Zrozum, że inaczej nie możemy. Jeśli naprawdę tobie na nas zależy, to obiecaj nam, że nie puścisz pary z ust!

Westchnąłem cicho. Jeszcze przez jakiś czas próbowałem wybić ten głupi pomysł z głowy Pat, ale ona nie dawała sobie nic przetłumaczyć. W końcu i mnie zmusiła, bym pod przysięgą obiecał, że dotrzymam obietnicy, chociaż ja zdawałem sobie sprawę z tego, że to nie jest dobry pomysł. Nie miałem pojęcia, jak mam się zachowywać przy Davidzie, żeby nie wzbudzić jego podejrzeń. Ciągle się nad tym zastanawiałem, nawet gdy odwiozłem swoją dziewczynę do domu i wracałem do Davida i Kate. Przez to wszystko dwa razy pomyliłem piętra. Kiedy w końcu dotarłem do odpowiedniej sali, ujrzałem szczęśliwą parę zakochanych. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułem sympatię do Kate. Dlaczego wtedy? Dotarło do mnie, że Kate potrafiła uczynić coś, czego mi się nie udało. Ona umiała spowodować, by na twarzy Dave’a pojawił się szczery uśmiech. Oni naprawdę się kochali. A dziecko by im chyba nie pomogło,  a wręcz przeciwnie. Być może Pat wpadła na dobry pomysł. 

sobota, 17 sierpnia 2013

PART XXXVIII

Starałem się nie odstępować nawet na krok Kate. Wiedziałem, że teraz ona szczególnie potrzebuje mojej osoby. Całe swoje życie poświęciłem jej. Staraliśmy się żyć normalnie, tak jak przed tym, jak o wszystkim się dowiedziałem. Dopiero teraz zauważyłem objawy choroby.  Na szczęście udało mi się namówić ją na leczenie, więc przez cały czas poświęcałem się poszukiwaniu fundacji, która zgodziłaby się sfinansować leczenie.  Gdy już takową znalazłem, okazało się, że potrzebne są jakieś papiery. Tak zeszło mi kilka tygodni. Nie myślałem o niczym innym, tylko o Kate. I to właściwie było dobre, nie miałem czasu, żeby myśleć o czymkolwiek innym. Ja sam badania mogłem przeprowadzić dopiero po jakimś czasie. Cholernie się bałem ich wyniku, ale musiałem go poznać.
Tego dnia nie miałem co ze sobą zrobić. Kate leżała w szpitalu, lekarz powiedział mi, że robią jakieś badania, które będą trwały przez cały dzień, więc nie mam na co czekać. Na początku mimo wszystko nadal tam siedziałem, ale po jakimś czasie uznałem, że to nie ma sensu. Wyszedłem ze szpitala i wtedy dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, co dalej robić. Z Kate już wszystko było dopięte na ostatni guzik, sprawdzałem to kilkakrotnie. Nie mogłem wrócić do domu, bo wiedziałem, że myśli o mojej chorobie mnie dopadną, bo dopadały zawsze. A nie mogłem o tym myśleć, przecież musiałem udawać przed Kate, że jestem dobrej myśli. To było cholernie trudne, chyba najtrudniejsze. Przez cały czas się uśmiechać i powtarzać, że trzeba żyć teraźniejszością.
Nogi same przywlekły mnie pod dom Chucka. Wtedy przypomniałem sobie o obietnicy, którą złożyłem Kate. Że porozmawiam z kumplami. Do dzisiaj nie rozmawiałem. Już wiedziałem, że zachowałem się jak idiota, Pierre po prostu zakochał się w Pat, tak jak ja zakochałem się w Kate. Ale wiedziałem też, że chłopaki pewnie by mi nie wybaczyli, ja sam pewnie bym sobie nie wybaczył. Mimo wszystko coś kazało mi tutaj zostać. Usiadłem na krawężniku, bawiąc się piaskiem. Tęskniłem. Cholernie tęskniłem za grą na basie, za naszymi wyjazdami, za naszym śmiechem, za tą jednością, którą rozwaliłem. Wiele bym dał, by to naprawić, by po prostu cofnąć czas.
-Kiedyś Pierre siedział dokładnie w tym samym miejscu co ty – usłyszałem głos Chucka. Nie poruszyłem się. Nie miałem pojęcia, co robić. Zaskoczył mnie – Zastanawialiśmy się z Jeffem i Sebem, po co on tu przyszedł. Wiesz, co się okazało? Chciał z nami pograć – wielkoczoły zamilkł. Nie odezwałem się, nie bardzo wiedząc, co ja mam z tym wszystkim wspólnego. Comeau chyba to zauważył, bo za chwilę dodał te słowa – to miejsce cholernie przyciąga, wiesz dlaczego? Bo jesteśmy jednością. Nasza piątka to coś w rodzaju piosenki. Całość jest oszałamiająca, ale jeśli zabraknie nam jakiegoś niewielkiego detalu, wszystko upada.
Chuck przez moment się we mnie wpatrywał, wiedząc, że usiłuję zrozumieć jego słowa, a potem wyciągnął dłoń w moją stronę:
-Chodź – zachęcił mnie z uśmiechem, którego mi brakowało w ciągu kilku ostatnich dni – Musisz sobie pograć. Dawno nie grałeś, prawda? – zapytał, zaskakując mnie swoją wiedzą. Widząc moją twarz, zachichotał cicho – Dave, wszystko masz wypisane na twarzy. Także to, że za chwilę chwycisz moją dłoń.
Jeszcze przez ułamek sekundy się wahałem, ale jednak chęć dotknięcia strun mojego basu zwyciężyła. Chwyciłem jego dłoń i wciąż jeszcze niepewnie, wstałem.
-tylko na chwilę wejdę, nie chcę ci przeszkadzać – wymamrotałem niemal bezgłośnie. Chuck oczywiście machnął ręką. Chyba cieszył się, że przyszedłem.
-Przestań – prychnął, grzebiąc po kieszeniach swoich spodni w poszukiwaniu kluczy do garażu – Możesz siedzieć, ile chcesz, ja i tak muszę wyczyścić perkusję – westchnął ciężko. Wiedziałem, że on nienawidzi tego zajęcia, ale nie wiedzieć czemu ciągle to robi. Uśmiechnąłem się lekko, powoli za nim ruszając. Przypomniało mi się, jak kiedyś Pierre schował jego płyn. Comeau łaził wściekły jak osa, nie mogliśmy zacząć próby.
-Proszę bardzo – zadowolony z siebie Chuck otworzył przede mną drzwi. Niepewnie wślizgnąłem się do środka, rozglądając się. Dosłownie nic tu się nie zmieniło, wszystko stało na swoim miejscu. Poczułem ten zapach, za którym tak bardzo tęskniłem. Zamknąłem oczy i uśmiechnąłem się. Właśnie tego było mi trzeba.
-Nie krępuj się – zachęcił mnie Comeau, zauważając, że się nie ruszam. Spojrzałem na niego. Musiał wiedzieć, co czuję, jak bardzo się za tym sprzętem stęskniłem. Coś we mnie pękło, podbiegłem do swojego basu, dotknąłem jego strun. Cudowny prąd przeszedł przez moje ciało. Bez wahania chwyciłem gitarę, szybko podłączyłem ją do wzmacniacza. Radość, jaka we mnie wybuchła, kiedy usłyszałem te piękne, przyjemne dla moich uszu dźwięki, była nie do opisania. Co prawda miałem w domu swoją gitarę, ale ten bas to dla mnie coś w rodzaju talizmanu. Wpadłem w trans, w który wpadałem zawsze, kiedy grałem na gitarze. Zupełnie straciłem poczucie czasu. Zapomniałem o otaczającym mnie świecie i napastującym moją głowę problemami.
Obudziłem się dopiero, gdy zauważyłem, że Chuck z kimś rozmawia. Odwróciłem się w ich stronę i zobaczyłem Pierre’a. Od razu przestałem grać, co oczywiście przykuło uwagę chłopaków. Poczułem, że robię się czerwony. Przekląłem w duchu Chucka, chociaż wiedziałem, że nie powinienem go winić za nagłe przyjście Pierre’a. Przez moment wpatrywaliśmy się sobie prosto w oczy, po czym westchnąłem ciężko i zdjąłem bas.
-Sorry chłopaki – wymamrotał, trochę z żalem, odkładając gitarę na swoje miejsce – Zasiedziałem się. Już spadam – powoli ruszyłem w stronę drzwi, modląc się, abym w tym momencie zniknął na zawsze. Czułem na sobie czujny wzrok chłopaków. Było mi cholernie głupio, żałowałem, że tutaj przyszedłem.
-Zaczekaj! – zatrzymał mnie głos Chucka – Jeśli chcesz, możesz jeszcze pograć...
-Nie będę wam przeszkadzał – wymamrotałem, nie poruszając się jednak.
-Nie przeszkadzasz nam – odezwał się łagodnie Pierre. Odwróciłem się w jego stronę. Zauważyłem, że to nieco go zdenerwowało. Zastanawiałem się nad tym, co odpowiedzieć. Nie chciałem tutaj zostać, bo atmosfera i tak była  już wystarczająco napięta.
-To ja... Pójdę po picie – wtrącił Chuck, chociaż w kącie stała zgrzewka wody. Zanim zdążyłem powiedzieć to kumplowi, jego nie było już w środku. Z powrotem wróciłem wzrokiem do Pierre’a. Obaj w tym samym momencie spuściliśmy głowy, ale żaden z nas się nie odezwał.
-Ja już naprawdę pójdę – wymamrotałem, obracając się na pięcie.
-Zaczekaj – poprosił cicho Pierre, ale ja zaprzeczyłem ruchem głowy.
-To bez sensu – odparłem – Bez sensu, żeby przeze mnie była taka atmosfera.
-to nie przez ciebie.
-Właśnie przeze mnie – westchnąłem cicho – Cześć – pożegnałem się, naciskając na klamkę. Ku mojemu zdziwieniu drzwi się nie otworzyły. Nacisnąłem po raz drugi, chociaż miałem wrażenie, że to nic nie da. Miałem ochotę zamordować Chucka. Odwróciłem się. Pierre także wydawał się być zaskoczony całą tą sytuacją, ale  w gruncie rzeczy był zadowolony. Chyba chciał ze mną porozmawiać, chociaż cholernie się denerwował.
-To chyba jednak nie wyjdę – wyszeptałem wściekły, siadając na kanapie i wlepiając wzrok we własne stopy. Katem oka zauważyłem, jak brunet drży. Chyba bał się zacząć mówić – Wal – powiedziałem spokojnie, chociaż złość na Chucka wciąż we mnie buzowała. wiedziałem, czego mam się spodziewać. Pierre spojrzał na mnie rozszerzonymi oczyma. W jego tęczówkach zauważyłem zazdrość.
-Jak ty możesz być tak spokojny, wiedząc, o czym chcę z tobą porozmawiać? – warknął, zaciskając pięści. Wzruszyłem ramionami. Ja sam nie mogłem tego zrozumieć.
-A ja nie rozumiem, dlaczego ty się tak denerwujesz – odparłem lekko – Jak wam się układa z Pat? – zapytałem, sam dziwiąc się zadanemu przez siebie pytaniu. On także był zaskoczony.
-W porządku – odparł z czymś podejrzanym w oczach – Nawet lepiej niż w porządku.
-Cholera – wymamrotałem pod nosem, dopiero wtedy uświadamiając sobie pewną rzecz – Nawet jej nie przeprosiłem – westchnąłem ciężko – Mam nadzieję, że tobie ułoży się z nią lepiej niż mi.
-Ja też mam taką nadzieję – brunet zamilkł na chwilę, wpatrując się we mnie, a potem z powrotem zaczął mówić – Słuchaj, Dave, to nie było tak jak ty myślisz. My po prostu...
-Wiem – przerwałem mu, czując, że robię się czerwony – Zakochaliście się w sobie. Pierre, ja to rozumiem. Ja też kocham Kate – dodałem po krótkiej ciszy – Doskonale ciebie rozumiem, Pierre i... przepraszam. Nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. I na chłopaków też nie.
-Przestań – prychnął Bouvier jakby mu ulżyło  - To ja powinienem przeprosić ciebie za tę całą sytuację z Pat. Zachowałem się jak debil, a nie jak kumpel.
-To normalne, Pierre. Ja... Dziwię się sobie, że sam tego nie zauważyłem.
Brunet uśmiechnął się do mnie. Ogromny kamień z serca musiał mu spaść na ziemię, zauważyłem to na jego twarzy. Tego mi brakowało. Ujrzenia szczęśliwej twarzy. To mi dawało swego rodzaju kopa, nadziei, że moje życie może jednak nie skończy się tak szybko.
-czyli... Wiesz, teraz, jak już wszystko sobie wyjaśniliśmy... Wrócisz do zespołu? – tym pytaniem Bouvier mnie zaskoczył. Powoli obróciłem głowę w jego stronę. Serce zaczęło bić mi znacznie szybciej. Miałbym... Miałbym wrócić? Tak po prostu?
-Zaczekaj... Powiedziałem powoli – A chłopaki? Nie wiadomo, czy oni się zgodzą. Im też zalazłem za skórę.
-Przestań – prychnął Pierre – Nam wszystkim zależało na tym, żeby przenieść datę nagrywania płyty. Wiedzieliśmy, że wrócisz. Chłopaki nie będą mieli nic przeciwko, nawet się ucieszą.
-Czekaliście? – zapytałem cicho, po prawdzie trochę nie dowierzając. Z drugiej strony byłem cholernie dumny. Szczerze mówiąc nie myślałem nad tym, czy my nadal jesteśmy przyjaciółmi. Oni przez cały czas wierzyli. Nigdy nie przestali wierzyć w Simple Plan, w zespół. Znali mnie na tyle dobrze, , że wiedzieli, że wrócę, że bez muzyki nie wytrzymam długo.
-Czyli? – dotarł do mnie pewien już głos Pierre’a. Pokiwałem głową, potwierdzając jego przypuszczenia. Szeroko się uśmiechnąłem, kiedy zobaczyłem, ze brunet chwyta się za serce – A już powoli zaczynałem tracić nadzieję, że zespół kiedykolwiek zagra razem! Jak dobrze... Pojutrze mamy dwa koncerty, nie wiem, jak to zrobimy, ale Seb mówi, że damy radę. Trzeba zrobić próbę. Chociaż... Chyba nie zapomniałeś, jak się gra na basie, co? – zaczął mówić z prędkością światła.
-O co ty mnie posądzasz! – zarzuciłem mu, oskarżycielsko wskazując palcem na bruneta. Oboje się roześmialiśmy i znowu zapadła cisza. Zauważyłem, że Pierre mi się przygląda trochę niezdecydowany. Ponownie chciał o coś zapytać i najwyraźniej nie wytrzymał, bo za chwilę z jego ust wypadło pytanie:
-Co się z tobą dzieje?
Spojrzałem na niego pytająco, udając, że nie wiem, co ma na myśli. Z jego twarzy wyczytałem, że naprawdę się martwił, wyglądał poważnie.
-Nie jestem ślepy ani głuchy. Umiem rozpoznać, kiedy coś cię dręczy, a kiedy wszystko jest w porządku. Oczywiście jeśli nie chcesz, nie musisz mi mówić – wzruszył ramionami – Ale dobrze wiesz, że lepiej będzie, jak się wygadasz. Pamiętaj, co dwie głowy to nie jedna.
-Aż tak to po mnie widać? – westchnąłem ponuro, spuszczając głowę. Przez cudowny moment zdążyłem o tym wszystkim zapomnieć. Mimo wszystko Pierre zauważył. Chyba nigdy nie dowiem się, w jaki sposób on to wyczuwa.
-Widać – odparł zdecydowanie brunet – Nie jesteś sobą. Poza tym nie wysypiasz się. Coś cię dręczy.
Przegryzłem dolną wargę, zastanawiając się, czy mam go martwić. Nie chciałem tego robić, szczęśliwy Pierre dodawał mi trochę optymizmu. Bałem się, że gdy o wszystkim mu opowiem, to pozytywne myślenie zniknie, a wiedziałem, ze musze myśleć pozytywnie chociażby po to, by nie dołować Kate. Tak naprawdę sam ledwo to wszystko wytrzymywałem i po prawdzie miałem ochotę komuś się wygadać. No i nie potrafiłem przewidzieć reakcji mojego przyjaciela.
Mimo wszystko jednak pękłem. Opowiedziałem Pierre’owi o wszystkim co mnie spotkało, odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Widziałem, jak jego twarz przechodzi metamorfozę, z powagi zmieniała się w przerażenie. Na szczęście do końca mojej opowieści został przy mnie i chociaż był przestraszony, to wiedziałem, ze mnie nie zostawi.
-Boże, David – wyrzucił z siebie na jednym oddechu, gdy zamilkłem. Nic więcej nie był w stanie powiedzieć. Ja siedziałem. Po prostu siedziałem i wcale nie odczuwałem ulgi. Wręcz przeciwnie, trochę żałowałem, że podzieliłem się z nim moją historią. Nie podobała mi się jego reakcja, nie podobał mi się jego strach.
-Słuchaj, Dave... Czy ja... Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał wciąż trochę zaszokowany brunet. Westchnąłem cicho.
-Na razie możesz tylko modlić się o to, by to wszystko okazało się jednym wielkim koszmarem – odparłem, uśmiechając się krzywo. Pierre spojrzał na mnie. Chyba od razu domyślił się, że to miało brzmieć jak żart. Tylko że na takie dowcipy teraz nie pora.
-Daj spokój – prychnął zdenerwowany brunet – W życiu zdarzają się i takie niespodzianki, ale ludzie sobie z nimi radzą. Zresztą nie możemy zakładać, że jesteś chory. Kiedy jedziesz po wyniki?  - zapytał dociekliwie. Przez moment zastanawiałem się, czy mam powiedzieć mu prawdę. Postanowiłem tak właśnie zrobić, uznałem, ze kłamstwo się nie opłaca.
-Jutro – odparłem, wlepiając wzrok we własne dłonie. Drżały. Tak, bałem się. Cholernie bałem się, że testy dadzą wynik pozytywny. Pierre miał rację, nie spałem przez kilka nocy, nie mogłem zasnąć, ciągle dręczyły mnie złe przeczucia. Jeśli okazałoby się, że jestem chory, całe moje życie straciłoby sens. Bo po co miałbym żyć, skoro na mojej drodze stałyby jedynie ból i cierpienie?
Wtedy poczułem, jak ktoś delikatnie ściska moje dłonie. Uniosłem głowę do góry i ujrzałem szeroki uśmiech Pierre’a.
-David! – krzyknął optymistycznie – Ty jesteś basistą Simple Plan! Ciebie choroby się boją! Nas się boją! Jesteśmy zespołem! Jeśli ktoś zadziera z jednym z nas, to zadziera ze wszystkimi! A z naszą grupą po prostu nie da się wygrać, rozumiesz?!
Pokiwałem głową, jednak milczałem. Pierre najwyraźniej bardzo chciał jakoś podnieść mnie na duchu, ale po prawdzie nawet on nie potrafił mi poprawić humoru ani wybić z głowy czarnego scenariusza. Brunet widział, że wszystkie jego starania nie dają oczekiwanych skutków, ale nie poddawał się. A ja nawet nie udawałem, że mam dobry humor czy nadzieję. Nie musiałem.

-Jutro pójdę tam z tobą – westchnął brunet, chyba domyślając się, że w takim stanie nie uda mi się samodzielnie dotrzeć do szpitala. Biedak nie miał pojęcia, co jeszcze wpajać mi do głowy, żebym się uśmiechnął. Nawet zaśpiewał mi piosenkę, ale i to nie pomogło. Spojrzałem na niego i słabo wykrzywiłem wargi w uśmiechu. Chciałem coś odpowiedzieć, ale akurat do garażu wskoczyli Jeff, Chuck i Seb. Zdążyłem tylko na migi poprosić Pierre’a, by o niczym nie mówił chłopakom, zanim zniknąłem w objęciach radosnych przyjaciół. 

wtorek, 13 sierpnia 2013

PART XXXVII

Nie miałem lepszego pomysłu niż odszukanie jej i wyjaśnienie całej sprawy. Szybko porwałem swoje ubrania i nałożyłem je. Z bijącym serduchem wyleciałem na klatkę schodową, zupełnie zapominając o zamknięciu mieszkania. Zastanawiałem się, gdzie ona może być i po krótkiej analizie własnych myśli stwierdziłem, że nie mam pojęcia. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że właściwie to ja wcale jej nie znam, nigdy nie powiedziała mi, gdzie lubi chodzić, co lubi jeść ani żadnych takich głupot. A jednak ją kochałem i nie chciałem, żebyśmy się rozstawali. Nie w taki sposób. Zawsze miałem to do siebie, że walczyłem. Walczyłem nawet gdy szanse były niemal zerowe, do upadłego. Przebiegłem chyba z pół Montrealu, rozglądając się za jej osobą. Przeszukiwałem wszystkie puby i kawiarnie, wszystkie miejsca, które kojarzyły mi się właśnie z nią. Coraz bardziej się denerwowałem, moje pomysły zaczynały się już kończyć, a ja sam miałem wrażenie, że za chwilę zemdleję ze zmęczenia. Wiedziałem, że musze ją znaleźć już teraz nie tylko po to, by odpowiedziała na moje pytania, ale aby po prostu przekonać się, że jest cała i zdrowa.
Po dwóch godzinach ledwo stałem na nogach. Powoli zaczynałem się poddawać, myśleć, że to wszystko nie ma sensu. Ale nie mogłem zaprzestać poszukiwań, chociaż potrzebowałem odpoczynku. Otarłem pot z czoła, po raz kolejny się rozglądając. Dokładnie naprzeciwko mnie znajdował się sklep. Westchnąłem ciężko, uznając, że powinienem tam wejść, żeby sobie kupić chociażby wodę. Przeszedłem na drugą stronę i wślizgnąłem się do budynku. Przeleciałem wzrokiem po wszystkich nazwach wód, akurat mojej ulubionej nie było. Właśnie zastanawiałem się, którą wybrać, kiedy kątem oka zauważyłem, że do sklepu wchodzą Chuck i Seb. Przekląłem cicho pod nosem, porywając pierwszą lepszą butelkę i modląc się, by żaden z chłopaków mnie nie zauważył. Pobiegłem w stronę kas. W Montrealu jest dosłownie milion sklepów, czy oni musieli przyjść akurat tutaj i akurat o tej porze? Zacisnąłem pięści. Strasznie się niecierpliwiłem, stojąc w kolejce. Ciągle patrzyłem w ich stronę, nadal mnie nie widzieli, Seb chyba wybierał ryż. Naprawdę mi ulżyło, kiedy w końcu dotarłem do kasy. Myślałem, że mi się uda. Już zamykałem portfel, kiedy usłyszałem, jak ktoś wywrzaskuje moje imię. Przekląłem, ale starałem się nie zwracać uwagi na dobrze znany sobie głos. Porwałem swoje picie i wyślizgnąłem się z budynku. Nie chciałem ich wysłuchiwać, nie miałem na to najmniejszej ochoty. Postanowiłem jak najszybciej stamtąd spieprzyć. Miałem ich za kumpli, a oni byli po prostu fałszywi. Wszyscy grali za moimi plecami. Po czymś takim nie mogłem z nimi zwyczajnie rozmawiać.
Wszedłem w jakąś ponurą uliczkę. Byłem pewien, że tutaj mnie nie znajdą, nawet jeśli będą kontynuowali poszukiwania. Postanowiłem przez jakiś czas tutaj posiedzieć, tak dla bezpieczeństwa. Uważnie się rozejrzałem. Nagle ją ujrzałem. Otworzyłem szeroko oczy, nie wierząc we własne szczęście. Powolnym krokiem ruszyłem w jej kierunku. Katem oka ujrzałem butelkę po wódce. Nie wątpiłem w jej przynależność do Kate. Westchnąłem cicho, wyczuwając problem. Usiadłem tuż obok niej i chociaż dziewczyna ani razu na mnie nie zerknęła, wiedziałem, że wie o mojej obecności.
-Idź stąd – wymamrotała zachrypniętym głosem, nadal nie patrząc w moje oczy – Nie powinieneś tutaj przychodzić, nie powinieneś mnie szukać.
-Dlaczego? - Zapytałem cicho – Nie odejdę stąd, dopóki nie wyjaśnisz mi, o co tu chodzi – oznajmiłem. Ona chyba nie chciała mi nic wyjaśniać, bo tylko zapytała, nieco skrępowana:
-Ty... Nie zakładałeś prezerwatywy, prawda?
Moje oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej i odwróciłem głowę w jej stronę. Zaprzeczyłem, wpatrując się w jej oczy. Ona tylko jęknęła głośno i schowała twarz pomiędzy kolanami. Usłyszałem, jak wybucha głośnym płaczem. Ostrożnie przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem, nadal nie pojmując, o co chodzi.
-P... Przepraszam, Dave – wybąkała historycznie – Ja nie chciałam... Tak bardzo nie chciałam...
-Kate – uśmiechnąłem się pokrzepująco -  Przecież nic się nie stało, jesteśmy dwójką dorosłych ludzi...
-T... ty nic... nie rozumiesz... M... Musisz jak najszybciej... M... Musisz.... iść do lekarza...
-Do lekarza? – powtórzyłem zdumiony, zastanawiając się, o co do jasnej cholery w tym wszystkim chodzi. Co do tego wszystkiego ma... lekarz?
-T... tak.... – potwierdziła nerwowo – Mu... Musisz zrobić badania... JA... Ja... mam...
-Co masz? – zapytałem nerwowo, czując jak coraz bardziej zaczynam drżeć. Przełknąłem ślinę, modląc się, by to nie było to, co akurat przyszło mi na myśl.
-Mam HIV-a... Jestem chora na AIDS – Kate ponownie wybuchła głośnym płaczem, pozostawiając mnie w ogromnym szoku i z wielkim mętlikiem w głowie. Ostatnie słowa dziewczyny wstrząsnęły mną tak bardzo, że nie potrafiłem się ruszyć, nie miałem pojęcia, co robić. To wszystko spłynęło na mnie tak szybko, stanowczo za szybko, nie umiałem sobie z tym poradzić. Schowałem twarz w dłoniach załamany. Jeśli ona była chora... to oznacza... To oznacza, że mogłem się zarazić. A jeśli się zaraziłem... Umrę.
-Dlaczego mi nic nie powiedziałaś? – zapytałem cicho. Przez moment czekałem, aż dziewczyna się uspokoi, co i tak nie nastąpiło.
-Miałam powiedzieć tobie... Jedynemu przyjacielowi... Jedynej osobie, która przy mnie pozostała... Miałam się przyznać?... Myślałam... Myślałam, że ciebie stracę... A bez ciebie to życie w ogóle nie miałoby sensu... Zrozum... Ja myślałem... że my... Że my nigdy nie... – dalej dziewczyna nie mogła już mówić. Znowu płakała. Ja sam nie miałem pojęcia, co dalej robić. Z jednej strony Kate mnie oszukała, ale z drugiej strony rozumiałem ją. Ja sam chyba najlepszemu kumplowi nie byłbym w stanie o tym powiedzieć. Spojrzałem na dziewczynę. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak zdruzgotanej i załamanej. Serce mi się krajało na jej widok. Nie mogłem zostawić jej w takim stanie, w tym miejscu samej. W końcu mimo wszystko kochałem ją. Kochałem ją cholernie mocno. Po raz kolejny przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem. Chciałem tylko, by wiedziała, że nie jest z tym wszystkim sama, że nigdy nie będzie. Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. W tej jednej chwili wszystkie moje plany na przyszłość legły w gruzach. Zrozumiałem, że w każdym momencie to może zniknąć. Ja mogę umrzeć.
-Przecież można zahamować rozwój tego wirusa – wymamrotałem z nadzieją, ściskając jej dłoń.
-T... to jest cholernie drogie... – odparła ona, nadal nie potrafiąc się uspokoić.
-No tak, ale przecież to da się załatwić... Są jakieś fundacje, nie wiem... – starałem się jakoś podnieść ją na duchu, ale to chyba nie pomogło, bo im bardziej się starałem, tym bardziej ona popadła w depresję.
-Przestań – prychnęła ona – Dobrze wiesz, że ja sama nie jestem w stanie tego wszystkiego pozałatwiać. Zresztą nie chcę bawić się w tę biurokrację.
-Przecież nie jesteś sama! – krzyknąłem, próbując wykrzesić z siebie choć odrobinę entuzjazmu – Ja przez cały czas jestem z tobą!
-Ty... – ona wybuchła jeszcze głośniejszym płaczem, ponownie nie wiedziałem, dlaczego – Ty... ty pewnie zaraz wstaniesz i sobie stąd pójdziesz...I... I nigdy.... Nie wrócisz...
-Nieprawda! – zaprzeczyłem i jeszcze mocniej ją przytuliłem – zostanę z tobą do samego końca, bez względu na wszystko słyszysz? Czy jesteś chora, czy zdrowa, wciąż jesteś moją Kate, którą pokochałem. Spójrz na mnie! – poprosiłem. Ona, słysząc mój głos, uniosła głowę do góry. Nasze spojrzenia się spotkały. Jej ogromne oczy były wypełnione łzami. Otarłem je rękawem mojej bluzy. Przez moment wpatrywałem się w jej twarz. Oddałbym wszystko, by ujrzeć na jej twarzy ponownie szeroki uśmiech.
-Dave... Ja... Zrozumiem... Naprawdę... Nie powinieneś tak bardzo się starać... Powinieneś przestać się mną interesować...
-Kate, uwierz mi, ja dobrze wiem, co powinienem robić i na pewno powinienem przez cały czas przy tobie być. Kocham cię i do końca życia bym sobie nie wybaczył, gdybym teraz ciebie zostawił.
-D... Dave ja... nie wiem, co powiedzieć...  – wyszeptała ona, przyklejając się do mojej piersi. Jej serce mocno biło. Wyczułem, że swoimi słowami zapaliłem niewielką iskierkę nadziei na lepszą przyszłość. Ja sam jakoś nie potrafiłem uwierzyć we własne słowa, nie umiałem wyobrazić sobie przyszłości. Ale nie mogłem powiedzieć tego Kate. Musiałem podtrzymywać ją na duchu, w końcu nikogo więcej nie miała. Teraz czeka mnie naprawdę trudny okres mojego życia.

-Nie musisz nic mówić. Wystarczy mi, ze jesteś. 

piątek, 9 sierpnia 2013

PART XXXVI

Musiałem nieźle zblednąć, bo Chuck aż się przestraszył. Dopiero gdy zza mojego ramienia zerknął do środka, zrozumiał, co się ze mną działo. Przeklął głośno, co obudziło parę, która wtedy zauważyła naszą obecność. Wtedy wszystko do mnie dotarło. Już wiedziałem, dlaczego Pierre’owi tak bardzo zależało, żebym o wszystkim powiedział Pat. Zacisnąłem mocniej pięści. Złość we mnie wzrastała i chyba było to po mnie widać.
-Nazywasz mnie debilem... – wysyczałem, usiłując jeszcze jakoś się pohamować. Pierre próbował mi przerwać, ale nie zważałem na to - ... a sam nie jesteś lepszy. Jak ty mogłeś... – nie potrafiłem dokończyć tego zdania. Brunet ponownie chciał coś powiedzieć, znowu to olałem – Jeszcze gdyby to był ktoś inny... Ale przecież ja ciebie uważałem za kumpla! Cholera, Pierre! JA... W głowie mi się to nie mieści! Chciałeś wykorzystać mój błąd, tak!? To trwało dłużej, prawda?! Oboje to uknuliście!
-Co?! O co ci cho..
-Chcieliście mieć wolną drogę, tak? Przeszkadzałem wam?! Chcieliście winę zniszczenia związku z Pat zrzucić na mnie, mnie oczernić!?
-Dave!
-Ja już wszystko wiem, nie chcę was słuchać – obróciłem się na pięcie, stając twarzą w twarz z Chuckiem. Wtedy sobie uświadomiłem kolejną rzecz – Ty też byłeś w to zamieszany? – mój przyjaciel nie musiał odpowiadać, wiedziałem, że zaprzeczy. Ale ja nie potrafiłem wierzyć w jego niewinność. Głośno prychnąłem i przecisnąłem się obok niego.  W głowie miałem jeden wielki mętlik. Musiałem to sobie poukładać z daleka od nich wszystkich.
-Dave... – ktoś złapał mnie za ramię. Zamaszyście obróciłem się na pięcie.
-Zostaw mnie w spokoju – wysyczałem tak zjadliwie, że brunet aż cofnął się o krok. Za chwilę jednak ponownie próbował mnie zatrzymać – Odwal się ode mnie! – wrzasnąłem. Wiedziałem, że Pierre sam z siebie by się nie odczepił, ale zauważyłem, jak Chuck szepcze mu do ucha, żeby dał sobie spokój. Znowu się odwróciłem i tym razem nieco szybszym krokiem ruszyłem w stronę miasta, usiłując to wszystko sobie poukładać w głowie. Przez kilka godzin łaziłem bezcelowo po  Montrealu. W końcu trafiłem do parku. Ludzie spacerowali, trzymając się za dłonie, bachory hałasowały, a jakieś przygłupie nastolatki łaziły zachowując się jakby pochodziły z dżungli. Przysiadłem w takim miejscu, bo nie miałem już ani sił ani ochoty na łażenie. Po chwili to wszystko przestało mi przeszkadzać. Znowu zaatakowały mnie moje myśli. Wciąż zadawałem sobie te same pytania i nie mogłem znaleźć na nie odpowiedzi. Powoli wszystko zaczynało do mnie docierać. Straciłem wszystko. Kumpli, zespół, miłość, szczęście. Zadrżałem. Podkuliłem nogi i oplotłem je rękoma. Nie miałem pojęcia, co dalej robić,  nie miałem żadnego planu na życie. Wlepiłem wzrok w spadający liść. Uratować mógł mnie już tylko cud.
I cud ten wydarzył się, bo nie miałem pojęcia, jak inaczej miałbym nazwać jej pojawienie się. Akurat tego potrzebowałem. Jej głosu i jej słów pocieszenia. Jedynej osoby, której wciąż mogłem ufać.
-David... – ta barwa sprawiła, że otworzyłem oczy. Nie wierzyłem w to, że akurat tędy przechodziła, że w ogóle zwróciła na mnie uwagę, bo w końcu po naszej ostatniej rozmowie nie spodziewałem się, że będzie chciała mnie jeszcze widzieć. Myślałem, że to moja wyobraźnia, dlatego wciąż nie unosiłem głowy do góry.  Dopiero gdy poczułem jej dotyk, zrozumiałem, że naprawdę siedzi tuż obok. Posmutniałem. Chyba wolałem, by stąd odeszła, zostawiła mnie samego. Po prostu nie chciałem kolejnego rozczarowania.
-Zostaw mnie, Kate – wymamrotałem – Miałaś rację, nie powinniśmy się spotykać.
-Jak ja potrzebowałam pomocy, zawsze przy mnie byłeś. Pozwól teraz mi tobie pomóc – odparła ciepło. Uniosłem głowę do góry i spojrzałem w jej lśniące oczęta. Moje serce podejrzanie zakołotało. Ona trochę z litością się we mnie wpatrywała. Musiałem wyglądać jeszcze gorzej niż się czułem, bo po chwili ona przyciągnęła mnie do siebie i mocno przytuliła. Tego mi brakowało. Ciepła przepełnionego nadzieją. Właśnie tego, co ostatnio zaginęło w związku moim i Pat.
-Dlaczego? – zapytałem cicho, ale po chwili zamilkłem, nie za bardzo wiedząc, jakie mam zadać pytanie. Tyle mi się ich kłębiło w głowie, że nie mogłem się zdecydować na jedno. A zapewne i tak Kate na żadne nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Dziwny ciężar pojawił się w moim sercu, ale nie miałem pojęcia, jak się go pozbyć.
-Wygadaj się – poradziła mi mądrze – Ulży tobie.
Wtedy coś we mnie pękło. Wszystko, co mnie w jakiś sposób raniło,  w jednym momencie ze mnie wyleciało. Opowiedziałem jej dosłownie o wszystkim. Miała rację, cholernie mi ulżyło. Może nie sprawiło to, że przeszłość zniknęła, ale przynajmniej wiedziałem, że mam wsparcie, że mam osobę, z którą mogę porozmawiać.
-Zaczyna padać – wyszeptała ona, nadal przytulając mnie do swojej piersi. Delikatnie zmusiła mnie, bym normalnie usiadł. Rzeczywiście kropiło. Wcześniej nie zauważyłem ciemnych chmur nad blokami. Kate wstała, chwytając mnie za rękę – chodźmy! – zawołała entuzjastycznie. Spojrzałem na nią zdumiony. Spodziewałem się, że będzie chciała iść, ale nie ze mną – No rusz się, bo nie zdążymy!
-Ale gdzie? – zapytałem głupio, powoli wstając. Ona z szerokim uśmiechem zaczęła biec, ciągnąc mnie za sobą.
-Do mnie! Przecież mieszkam tutaj! No pospiesz się! – krzyknęła Kate. Gdzieś za nami rozległ się głośny grzmot. Nadchodziła burza. Przyspieszyliśmy kroku. Deszcz robił się coraz bardziej gęsty, wokół nas błyskało i grzmiało. Po chwili nie widziałem już drogi, którą biegłem. Gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy przemoczeni do suchej nitki, chociaż wcale nie biegliśmy tak długo. Kate nie mogła trafić kluczem do dziurki drzwi od swojego mieszkania, tak bardzo drżała z zimna. Zresztą ja też pewnie miałbym ten sam problem.
-Nie ściągaj butów – powiedziała, gdy wreszcie znaleźliśmy się w środku – I tak dawno tutaj nie sprzątałam – zachichotała. Spojrzałem na nią i wybuchłem głośnym śmiechem. Ona także się roześmiała, chociaż nie wiedziała, o co mi chodzi.
-Wyglądasz jak topielica! – śmiałem się. Ona natychmiast spoważniała i odwróciła się do lustra. Ujrzawszy własne odbicie, krótko wrzasnęła i zaczęła poprawiać fryzurę, co właściwie nie miało żadnego sensu, bo wcale nie pomagało.
-Twój wygląd wcale nie jest lepszy! – prychnęła, zauważając, że ja wciąż się śmieję. Spoważniałem i zacząłem naśladować jej ruchy, co oczywiście nie uszło jej uwadze -  Debil! – warknęła, rzucając we mnie klapkiem i również wybuchając głośnym śmiechem. Już chwytała drugiego, ale ja zdążyłem ukryć się za kanapą, zręcznie ją przeskakując. Niestety akurat stopą trafiłem na skórkę po bananie, przez co się poślizgnąłem i głową zahaczyłem, o kant stolika. Przez moment Kate wpatrywała się we mnie z przerażeniem, widząc jednak, że nic mi nie jest, znowu zaczęła się śmiać.
-Napijesz się czegoś? – zapytała po jakimś czasie, nadal chichocząc pod nosem.
-Martini z dodatkiem likieru czekoladowego i dwoma kostkami lodu! – zawołałem.
-A może jeszcze gwiazdkę z nieba? – prychnęła, ruszając w stronę kuchni.
-Jedną już mam – krzyknąłem. Oczywiście miałem na myśli właśnie ją. Odpowiedzi nie usłyszałem, za to dziewczyna chwilę później zjawiła się z butelką wina w dłoni. Razem usiedliśmy na kanapie, żartując z siebie nawzajem. Bez problemu otworzyłem butelkę i podałem ją Kate. Ta bez żadnego skrępowania wzięła potężnego łyka prosto z butelki.
-Wybacz, że tak bez kieliszków – powiedziała, oddając mi wino – Ale wszystkie są brudne. Jeśli ci zależy, możesz sobie wymyć.
-Nie chcę – odparłem, również pociągając potężnego łyka z butelki – Takie smakuje najlepiej.
Po tej krótkiej wymianie zdań zamilkliśmy. Wina powoli zaczynało ubywać, podawaliśmy sobie butelkę z rąk do rąk. Mordercza cisza powoli zaczynała mnie przytłaczać, dla Kate chyba też nie była rozwiązaniem na rękę. Luz sprzed kilku minut zniknął. Czułem jedynie dziwne napięcie.
-Dave – odezwała się wreszcie dziewczyna – Słuchaj... Porozmawiaj z chłopakami, okej? Być może tutaj jest klucz. Tylko... Tylko wiesz... Bez krzyków. Inaczej nigdy nie dojdziecie do porozumienia. Po prostu wysłuchaj, co oni mają do powiedzenia. Obiecasz mi to? – zauważyłem jej wzrok pełen nadziei. Nie potrafiłem jej odmówić. Nie potrafiłem odmówić tym oczom.
-Obiecuję – odparłem, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robię. Upiłem spory łyk z butelki. Znowu zapadła ta cholerna cisza. Chyba przez przypadek ponownie spojrzałem w jej oczy. Wtedy mnie poniosło. Nie wiem, dlaczego, nie wiem, co mną kierowało. Poczułem to coś, czego nie potrafiłem określić słowami. Nie mogłem powstrzymać własnych uczuć. Dosłownie się na nią rzuciłem, łącząc nasze usta w gorącym pocałunku. Przez moment dziewczyna się wahała, ale nie przerwała tego, a nawet zaczęła oddawać moje pocałunki. Chyba wszystko przez to cholernie wino, nie panowaliśmy  nad sobą. Zmusiłem ją, by zmieniła pozycję na leżącą. Jej dotyk był dla mnie tak cudowny i tak wytęskniony, że pragnąłem go więcej. Świat się rozmył, liczyliśmy się tylko my. Jej oczy wydawały się płonąć, widziałem w nich radość, tę samą radość, którą widziałem wtedy. Chciałem się z nią połączyć, być z nią tą samą duszą i chyba nam się to udało. To jej dłonie wszystko rozpoczęły, to one błądziły po moich plecach, to one zdarły ze mnie koszulkę. Dalej już wszystko samo się potoczyło, podniecenie wzięło nad nami górę. Już znałem odpowiedzi na wszystkie pytania. Ona mnie kochała. Kochała mnie, dlatego wtedy wróciła. Nie wiedziała o tym i myślała, ze panuje nad uczuciem. Tymczasem to przez cały czas między nami wzrastało. I rozpad związku mojego i Pat to wcale nie była czyjaś wina. Po prostu ja i Pat się w sobie zadurzylismy, a potem między nami to coś zniknęło.
***
Bałem się otworzyć oczy. Bałem się, że wszystko co się wydarzyło, to tylko moja chora wyobraźnia, że jak uniosę powieki do góry, wszystko zniknie i wróci szara codzienność, czyli bieg na próbę, a potem spotkanie z Pat. A ja chyba tego nie chciałem. Teraz już byłem pewien, że kocham Kate.
Mimo wszystko w końcu odważyłem się otworzyć oczy. Ku mojemu zdziwieniu nie znajdowałem się we własnym pokoju, a w obcym mieszkaniu. Uśmiechnąłem się szeroko. Czyli to się stało naprawdę. Ja i Kate naprawdę spędziliśmy ze sobą cudowną noc. Leniwie się przeciągnąłem. Rozejrzałem się, spodziewając się ujrzeć gdzieś w pobliżu dziewczynę. Rozczarowałem się, bo akurat w tym pokoju jej nie było. Wstałem, wyczuwając lekki niepokój. Zawinąłem się w koc i wyruszyłem na jej poszukiwania, mając nadzieję, że jednak jest gdzieś w domu. Przeszukałem całe mieszkanie, ale bez skutków. Nie znalazłem żadnej żywej duszy. Znalazłem za to coś, co cholernie mnie przestraszyło i stworzyło nowy, kolejny mętlik w głowie.

Popełniliśmy błąd. Nie szukaj mnie, nie przychodź tu nigdy. Klucze zostaw w skrzynce


 Odczytałem po raz setny tę wiadomość, zastanawiając się, o co tu do jasnej cholery chodzi. Popełniliśmy błąd? Przecież ona też tego chciała, przecież ona mnie kocha! Dlaczego nie możemy być razem? Dlaczego ona uciekła?