Starałem się. Naprawdę starałem się, by mnie zauważyła.
Gdy tylko nie graliśmy koncertów, ja byłem pod jej drzwiami. Nawet kilka razy
obiecywałem jej, że sobie nie odpuszczę. I nie zamierzałem. Gdy ją straciłem,
dotarło do mnie, że naprawdę ją kocham jak szaleniec. Nie mogłem stracić jej
przez taką głupotę. Nigdy nie traciłem wiary, wiedziałem, że ona w końcu
pęknie, nie wytrzyma. Była uparta, zdawałem sobie z tego sprawę, w końcu byłem
jej chłopakiem. Ale mnie kochała, czułem to. Dlatego walczyłem dalej.
Tym razem także tam leciałem, jeszcze z własną torbą,
prosto z naszej trasy kanadyjskiej. Nie po drodze mi było do domu, ale i tak
postanowiłem, że ją odwiedzę, chociażby na kilka minut. Było ciemno, żałowałem,
ze nie ubrałem kurtki, a teraz już nie chciałem się zatrzymywać, żeby ją założyć.
Ciemne chmury zbierały się na niebie, wyglądało na to, że za chwilę się
rozpada. Wstąpiłem do jakiejś kwiaciarni, kupiłem przepiękny bukiet, zresztą
jak zwykle. Nie miałem innego pomysłu na pokazanie jej swojej miłości, więc za
każdym razem kupowałem inne kwiaty.
Byłem już niedaleko jej domu, kiedy zaczęło padać.
Biegiem rzuciłem się w stronę domu, pragnąć po prostu uniknąć deszczu. I tak
zmokłem do suchej nitki. Nie zważając na to, wpadłem pod daszek i zmęczony
zapukałem do jej drzwi.
-To ja, Pat! – krzyknąłem, w ogóle nie spodziewając się,
że ona mogłaby mi otworzyć – Przyszedłem tylko się przywitać! Nie będę długo
siedział, jeszcze nie zdążyłem pójść do domu i wypakować się... – wtedy
usłyszałem jej wrzask. Na początku pomyślałem, że denerwuje się na mnie za to,
że przyszedłem. Zacząłem krzyczeć coś całkowicie bezsensownego i znowu
usłyszałem jej wrzask, tym razem jednak w jej głosie rozpoznałem wołanie o
pomoc. Strach zaczął tlić się w moim sercu. Przełknąłem głośno ślinę i po raz
kolejny zapukałem. Znowu usłyszałem ten sam wrzask, teraz już nie miałem
wątpliwości. Zdenerwowany nacisnąłem na klamkę, ale drzwi nie otworzyły się.
Zacząłem napierać na nie ciałem z nadzieją, że uda mi się je wyważyć. Rzucałem
sobą z coraz większą siłą, ale to nic nie dawało, zamek był pancerny. Dopiero
po jakimś czasie przypomniałem sobie o niewielkim druciku, którego
potrzebowałem kilka dni temu i który na pewno pozostał w kieszeni moich spodni.
Miałem cholerne szczęście, akurat dzisiaj ubrałem te same ciuchy. Znalazłem ten
drut, chwyciłem go i zacząłem grzebać w nim zamku. Z każdą kolejną sekundą
coraz bardziej się denerwowałem, jej krzyki robiły się coraz głośniejsze. W
końcu coś szczęknęło. Odetchnąłem z ulga, ale tylko na moment, bo zaraz potem
cholernie przestraszony wślizgnąłem się do jej mieszkania. Nawet za długo jej
nie szukałem, czułem, że jest w kuchni. Gdy ją ujrzałem, zakręciło mi się w
głowie. Myślałem, że zemdleję. Krew była dosłownie wszędzie. Śnieżnobiałe
płytki zmieniły barwę na czerwień. Dziewczyna przez cały czas się wierzgała i
wrzeszczała z bólu. Cierpiała. I dopiero gdy to do mnie dotarło, byłem w stanie
się poruszyć. Nie wiedziałem, co robić, nie miałem pojęcia, co się dzieje.
Zauważyłem, że krew leci z jej dłoni, porwałem jakiś ręcznik i niezdarnie
opatuliłem jej rękę.
-Idioto, dzwoń na pogotowie! – wrzasnęła ona. Pokiwałem
nerwowo głową i zacząłem biegać w poszukiwaniu telefonu. Dopiero po chwili
przypomniałem sobie, ze trzymam go w dłoni. Szybko wykręciłem numer na
pogotowie, ukradkiem zerkając na swoją dziewczynę. Odpowiadał mi ciągle ten sam
sygnał. Przekląłem cicho pod nosem i rzuciłem się w stronę Pat, chowając
komórkę do kieszeni. Przyklęknąłem przy niej, brudząc się krwią.
-Musimy sami jechać do szpitala – oznajmiłem, udając
spokój i usiłując zachować zimną krew. Delikatnie wziąłem ją na ręce. Z jej
gardła wydobył się jeszcze głośniejszy wrzask. Jej oczy błagały mnie o pomoc,
pragnęły ulgi, a ja nie mogłem nic zrobić. Ostrożnie wyszedłem z nią z
mieszkania. Zależało mi na czasie, ale nie mogłem pozwolić, by stała jej się
jakakolwiek krzywda. Jej łzy pełne bólu spływały po spoconej ze zmęczenia
twarzy. Wciąż próbowałem jakoś ją uspokoić, powtarzałem jej, że zaraz wszystko
minie, choć tak naprawdę wciąż miałem wątpliwości co do tego, by to „zaraz” trwało
krótko. Gdy w końcu wyszliśmy na dwór, przypomniałem sobie, że nie mam
samochodu. Sytuacja nie wyglądała ciekawie, deszcz nadal padał, Pat przemokła
do suchej nitki, a ja znowu byłem w kropce. Miałem cholerne szczęście, że
akurat ktoś taksówką przejechał nam koło nosa i nas zauważył. Szybko się cofnął. Spojrzałem błagalnie na
kierowcę, ten nawet przez chwilę się nie zawahał, wskazał ręką na tylne
siedzenie. Od razu domyślił się, że kierunek to szpital. Przez całą drogę
ściskałem dłoń Pat, to jednak chyba w ogóle jej nie pomagało. Pragnąłem jej
ulżyć, pragnąłem cokolwiek zrobić, tymczasem właściwie nie mogłem nic. Czas
drogi jakby się wydłużał, chociaż wiedziałem, że taksówkarz jedzie tak szybko,
że łamie chyba wszystkie możliwe zakazy. Bałem się. Cholernie bałem się, że coś
jej się stanie, ale wiedziałem, że muszę być twardy i zachować spokój, bo gdy
ona ujrzy, że ja się denerwuję, to ona jeszcze bardziej będzie się bała.
Oderwałem wzrok od jej bladej twarzy, wyjrzałem za okno. Powoli szary obraz
montrealskich domów się kończył, wjeżdżaliśmy w las. Krople deszczu waliły o
szyby taksówki. Zacząłem drżeć. Pat wyraźnie usiłowała pohamować wrzask, ale to
było silniejsze od niej. Kierowca stanął pod samymi drzwiami, nie zważając na
zakaz. Wiedziałem, że ryzykuje utratą pracy i mandatem. Poczułem ogromna
wdzięczność. Ale nie miałem czasu, by jemu podziękować, miałem wrażenie, że
nasza sytuacja się pogarsza. Delikatnie wziąłem Pat na ręce. Nie zwracałem
uwagi na zmęczenie. Wiedziałem, że musze ją donieść. Dziewczyna wyglądała coraz
gorzej, w końcu zemdlała z bólu. Wtedy już w ogóle spanikowałem, straciłem
kontrolę nad swoimi dłońmi. Dobrze, że obok wciąż biegł ten taksówkarz, zabrał
mi Pat, zauważywszy, co się ze mną dzieje i zaczął gdzieś biec. Pędziłem za nim,
nie myśląc nad tym, gdzie właściwie biegnę. Kiedy z powrotem ujrzałem
czuprynę, której szukałem, mój strach
jeszcze bardziej wzrósł, nie widziałem w pobliżu mojej Pat. Nawet nie zdążyłem
zapytać o nią. Chłopak, zauważywszy , że dobiegłem, wskazał głową na szpitalne
łóżko, przy którym zgromadziło się mnóstwo lekarzy i pielęgniarek. Wyczułem, że
to nie znaczy nic dobrego. Po moich policzkach spłynęły łzy. Słyszałem milion
różnych poleceń i stanowczych krzyków. Próbowałem jakoś tam się dostać, by
ścisnąć jej dłoń, by dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Oczywiście nie udało
mi się, mogłem jedynie zobaczyć jej twarz. Jakiś żeński głos zaczął wrzeszczeć,
że mam się odsunąć, że przeszkadzam, ktoś odciągnął mnie do tyłu, próbowałem
się wyrwać, podejść ponownie, ale taksówkarz zagrodził mi drogę ramionami i
przecząco pokiwał głową. Zrozumiałem, że to nie ma sensu, że mogę tylko
przyglądać się wszystkiemu z daleka. Wlepiłem wzrok w jej nieobecną twarz.
Patrzyłem na nią, dopóki nie zniknęła w windzie dla personelu. Dalej stałem w
bezruchu, nie mając zielonego pojęcia, co dalej robić. Naprawdę nie wiem, co by
się wydarzyło, gdyby nie ten taksówkarz. To on zaprowadził mnie na piętro, na
którym, jak się później dowiedzieliśmy, trwała walka o życie Pat i dziecka. Nie
miałem pojęcia, jak mu się za to wszystko odwdzięczę.
-Nawet nie mam pieniędzy, żeby zapłacić za drogę –
wyznałem z żalem, uświadamiając sobie, co się wydarzyło.
-Przestań – odpowiedziało mi prychnięcie –teraz kasa ma
najmniejsze znaczenie.
NARRACJA DAVE’A
Nerwowo po raz kolejny wykręciłem ostatni numer.
Przyłożyłem słuchawkę do ucha, modląc się, by tym razem odebrał. Nie odebrał.
Przełknąłem ślinę, przylepiając dłonie do szyby. Moje oczy ponownie wypełniły
się łzami. Byłem tak blisko, a nawet nie mogłem jej dotknąć. Powoli zaczynałem
wariować. Czarne myśli przychodziły mi do głowy. Chyba panikowałem, traciłem
kontrolę nad własnymi emocjami. Telefon wyślizgnął mi się z dłoni. Dlaczego ona
nie powiedziała, że źle się czuje? Dlaczego kilka dni wcześniej nie pojechała
do lekarza? Przecież doskonale wiedziała, że teraz musi za każdym razem na siebie uważać. Czułem się winny, że ją
zostawiłem na tyle dni, chociaż tak naprawdę ona sama namawiała mnie, żebym
wyjechał i odpoczął. Przełknąłem głośno ślinę. Ten kaszel zawsze mnie
niepokoił, nawet kilkakrotnie pytałem o niego Kate. Mówiła, że przy tej
chorobie to normalne. Wierzyłem jej, bo jakie miałem inne wyjście? Ufałem jej
przez cały czas. A teraz zastanawiałem się, czy ona znowu mnie nie oszukała,
czy po prostu sama nie wiedziała, że jej organizm jest tak wyniszczony przez
chorobę. Ja dowiedziałem się dopiero teraz, od lekarzy. Postanowiłem zapytać
się jej o to, gdy tylko się obudzi. Bo nie miałem żadnych wątpliwości co do
tego, że się obudzi, do głowy mi nic takiego nie przychodziło. Denerwowałem się
tylko tym, że nie mogłem tam wejść i ścisnąć jej dłoni.
Zadrżałem, gdy ktoś objął mnie ramieniem. Błękitne oczy
Seba także wlepiały wzrok w szybę. Mój przyjaciel milczał jakby bał się użyć
jakiegokolwiek słowa. Czułem dokładnie to samo. Ale pomimo ciszy jego obecność
mi pomogła, myśli powoli zaczynały mi się układać, docierała do mnie sytuacja,
w której tkwiłem, i jej beznadziejność. Seb chyba to wyczuł, delikatnie
pociągnął mnie w stronę krzeseł i zmusił, bym usiadł. Powoli traciłem nad sobą
kontrolę. Wszystko jakby działo się obok mnie. Nie uczestniczyłem we własnym życiu.
-Najważniejsze jest to, żeby nie stracić wiary – powtarzał
w kółko mój przyjaciel –Bo wtedy wpadniesz w kompletny dół. Ona jeszcze się
obudzi i jeszcze będziecie zjadać banany na łące.
Wlepiłem wzrok w błękit tęczówek chłopaka, a potem moje
spojrzenie oparło się na podłodze. Teraz już bałem się zaufać nawet jemu. Zaufanie
Kate mnie zawiodło, bałem się zaufać po raz drugi. Sam już nie wiedziałem, co
mam o tym wszystkim myśleć. Nie chciałem w ogóle myśleć, ale to było zbyt
trudne. Schowałem twarz w dłoniach. Powoli zaczynało do mnie docierać, że ta
druga wersja też jest możliwa, że ona może już nigdy nie otworzyć oczu. Co
wtedy będzie? Jak wyglądałaby moja przyszłość?
-Pat zaczęła rodzić – usłyszałem ponury głos
błękitnookiego. Przez moment nie wiedziałem, czy on mówi do mnie, ale po chwili
uświadomiłem sobie, że przecież wokół nikogo innego nie ma. Uniosłem głowę do
góry i ujrzałem Seba wlepiającego wzrok w wyświetlacz komórki. Na moim sercu
rósł kolejny ciężar.
-Moment – wymamrotałem zamyślony – Czy Pat... Czy ona
czasem... Nie była w ósmym miesiącu?
-Tak – pokiwał głową Seb – Właśnie dlatego teraz lekarze
walczą o jej życie.
Przekląłem cicho pod nosem. Mieszanka żalu i goryczy
walczyła z kolejnym pytaniem. Pytaniem którego odpowiedź mogła mnie tylko
zdołować.
-A... A dziecko? – zapytałem, czujnie obserwując twarz kumpla,
która była biała jak papier.
-Żyje –odparł twardo błękitnooki – ale jest bardzo słabe
i jego stan... No... Nie wiadomo, czy przeżyje – powiedział wprost. Poczułem
się jakby ktoś nożem przecinał moje plecy. Zamknąłem oczy, opierając głowę o
ścianę. Cholerny pech cały czas mi dokuczał i w żaden sposób nie chciał mnie
opuścić. Pieprzony los znowu był przeciwko mnie. Serce zaczęło mi walić
mocniej. Miałem wrażenie, że to wszystko to jakiś koszmar, że za chwilę się
obudzę i będę leżał w swojej komorze w tourbusie. Chciałem już, żeby to
wszystko się skończyło, żeby w końcu padł wybór: albo w prawo, albo w lewo.
Czekanie i ciągłe modlitwy już mnie dobijały, bezsilnie pastwiły się nade mną.
Spojrzałem z powrotem na Kate, dziewczyna nie dawała żadnego znaku życia, nikt
się nią nie interesował. Zacisnąłem mocno pięści. Błagam, niech to już się
skończy...
Rozwiązanie przyszło szybciej niż przewidywałem, choć dla
mnie wtedy wydawało się, że to wieczność. Myślałem, że lekarz po prostu
przyszedł sprawdzić, jak Kate się trzyma i oznajmić mi, że mam dalej czekać.
Tymczasem on wszedł na chwilę, odczytał coś z ekranów i wyszedł. Chyba nawet by
nas nie zauważył, gdyby Seb go nie zawołał i nie zapytał o stan Kate. Już po
mimice twarzy lekarza rozpoznałem, że to koniec. Nawet nie zdążył wypowiedzieć
słowa, po moich policzkach spływały łzy. Mężczyzna mówił, że mu przykro,
recytował stałą śpiewkę, że robili co mogli. Chciałem cos powiedzieć, ale z
moich ust nie wypadł żaden dźwięk. Zacząłem się cofać, czułem jakąś złą energię.
Nie docierało to do mnie. Nie mogłem zrozumieć tego, że już nigdy nie poczuję
jej dotyku, smaku jej ust. Obróciłem się na pięcie i biegiem ruszyłem... Sam
właściwie nie wiedziałem, gdzie. Serce dyktowało mi drogę. Chciałem przed tym
uciec, uciec przed tą wiedzą, której tak cholernie się bałem. Uciekłem gdzieś,
gdzie nadzieja jeszcze płonęła.
To dziecko było dziwnie spokojne, o wiele spokojniejsze
niż inne maleństwa. Dlatego od razu je rozpoznałem. Nie musiałem patrzeć na nazwisko.
To była moja jedyna szansa, moja nadzieja na przyszłość. Zacisnąłem mocniej
pięści, wlepiając wzrok w te wszystkie rurki przylepione do jego delikatnego
ciałka. Poczułem, że robi mi się słabo, ledwo stałem na nogach. To okrutne uczucie
znowu się pojawiło, znowu zacząłem sobie zadawać pytania „co jeśli...”. Złe
przeczucia chyba uwielbiały się ze mną droczyć. Skupiłem się tylko i wyłącznie
na tym dziecku, ofiarowałem mu całe swoje ojcowskie serce i ojcowską miłość. To
musiało mu dać siłę. Ono przecież musiało walczyć. Musiało mieć ten dar po
mnie. Musiało to odziedziczyć.
Różni lekarze przychodzili i przyglądali się dziecku,
żaden nie uśmiechnął się. Ja zresztą na to nie czekałem. Pragnąłem tylko
jakiejkolwiek informacji na jego temat. A ciągle odpowiadała mi ta sama cisza,
której wręcz nienawidziłem.
-Dave... Pamiętasz jak w szkole walczyłeś o jedną rozmowę
z Kate? – smutno pokiwałem głową, nadal wlepiając wzrok w dziecko. To bolało.
Wspomnienia cholernie bolały. Pierre musiał to zauważyć, ale twardo kontynuował
– Pamiętasz jak to się skończyło? – spuściłem nisko głowę. Pamiętałem. Porażką
– Chcę ci udowodnić, że nie każdą walkę się wygrywa. Nawet ty raz przegrałeś.
To wiele zależy od siły przeciwnika. Są tacy, z którymi nie masz szans...
W moich oczach ponownie tego dnia zawitały łzy.
Domyśliłem się, co Pierre chciał mi powiedzieć. Domyśliłem się, ale i tak
chciałem mieć to czarno na białym.
-Pierre... Pierre, ono nie żyje... Prawda? – wydusiłem z
siebie. Brunet nie odpowiedział nic, tylko objął mnie ramieniem i mocno
przytulił. Koszmar się skończył. Teraz rozpoczynał się horror. Cały świat jakby
się rozmył. Nie widziałem przyszłości, przeszłości teraźniejszości. Zamknąłem
oczy.
------------------------------------------------------------------------------------
No i jakimś cudem dotarliśmy do ostatniego parta :) Chciałabym bardzo, bardzo serdecznie podziękować każdemu czytelnikowi, który dotarł do tego miejsca, bo wiem, że kilkoro Was było :D No a 42 party to nie jest tak mało, zmarnowaliście pół życia, żeby to przeczytać :P Także raz jeszcze dziękuję za wsparcie, bo zdecydowanie łatwiej mi się pisze z wiedzą, że komuś podobają się moje bazgroły :D
------------------------------------------------------------------------------------
No i jakimś cudem dotarliśmy do ostatniego parta :) Chciałabym bardzo, bardzo serdecznie podziękować każdemu czytelnikowi, który dotarł do tego miejsca, bo wiem, że kilkoro Was było :D No a 42 party to nie jest tak mało, zmarnowaliście pół życia, żeby to przeczytać :P Także raz jeszcze dziękuję za wsparcie, bo zdecydowanie łatwiej mi się pisze z wiedzą, że komuś podobają się moje bazgroły :D