niedziela, 28 lipca 2013

PART XXXIV

NARRACJA DAVE’A

Specjalnie okrężną drogą wlokłem swoje zwłoki do Chucka. Zwykle leciałem tam jak na skrzydłach, wizja dotknięcia strun mojego basu zawsze wyzwalała we mnie dodatkową energię. Tym razem nawet to nie mogło poprawić mojego ponurego nastroju. No i jeszcze na pewno dobiją mnie chłopaki, zdawałem sobie sprawę z tego, że oni od razu wyczują, że coś jest nie tak. A nie miałem ani sił, ani ochoty opowiadać im o moim i Pat rozstaniu. Westchnąłem ciężko. Właściwie to nie chciałem dzisiaj zjawiać się na próbie, ale wiedziałem, że to będzie niesprawiedliwe wobec chłopaków, zachowałbym się jak egoista. Tylko to zmuszało mnie, bym ruszył tyłek w stronę garażu Chucka.
Znowu westchnąłem ciężko. Zdałem sobie sprawę, że od dziesięciu minut chodzę wzdłuż ulicy, na której mieszka mój kumpel. Schowałem dłonie do kieszeni, wlepiłem wzrok w chodnik i ruszyłem w stronę zadbanego, kremowego domu. Dziwnie szybko minął mi czas dotarcia do tak dobrze znanych sobie drzwi, chociaż modliłem się, by to trwało wiecznie. Powtórzyłem sobie, że przedłużanie tego momentu nie ma sensu. Nacisnąłem na klamkę i bezgłośnie wślizgnąłem się do środka.
To co zobaczyłem, przerosło moje oczekiwania. Na początku myślałem, że to sen, cudowny sen, który za chwilę się skończy. Przetarłem oczy. Nie, nie myliłem się. Obok Pierre’a siedziała ona. Wyglądała jak siedem nieszczęść, ale bez problemu ją rozpoznałem. Zupełnie straciłem głowę. To co się działo wokół mnie chwilę później, działo się tak jakby daleko ode mnie. Ona wstała, chyba coś powiedziała, ruszyła w moim kierunku. Przez moment nasze spojrzenia się skrzyżowały, zauważyłem w jej oczach niepewność i zagubienie. Nie wiedziałem, co robić, ani co się ze mną dzieje. Ona szybko prześlizgnęła się obok i wyszła.
-Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęli chóralnie chłopaki. I wtedy już wiedziałem. Coś się we mnie odblokowało. Wybiegłem z garażu i błagalnie wykrzyknąłem jej imię. Zatrzymała się, ale nie poruszyła się. Serce zabiło mi szybciej. Los dał mi jeszcze jedną szansę. Musiałem z niej skorzystać. Podbiegłem do niej, zastanawiając się, co mam powiedzieć. Wiedziałem, że ona boi się spojrzeć mi prosto w oczy, dlatego stoi ze spuszczoną głową. Dwoma palcami delikatnie uniosłem jej podbródek, by ujrzeć w jej tęczówkach prawdę. Bałem się, że wraz z tym spojrzeniem wszystko się skończy, ale musiałem wiedzieć. I zobaczyłem. Zobaczyłem, że ona nadal to czuje, tak samo jak ja. Zanim zdążyłem pomyśleć nad tym, co robię, już połączyłem jej usta ze swoimi. To chyba był nasz najpiękniejszy pocałunek. Wyczułem zaskoczenie, ale także wszechogarniającą radość Pat. Ja sam nie potrafiłem określić, co się ze mną działo. Jednego byłem pewien: kochałem ją.  Bardzo mocno ją kochałem.
Jeszcze nie skończyliśmy się całować, kiedy usłyszeliśmy gromkie brawa. Reszta SP musiała oczywiście nam o sobie przypomnieć. Delikatnie odkleiłem się od dziewczyny. Przez krótki moment  wpatrywałem się w jej tęczówki z otwartą buzią, nie wiedząc, co powiedzieć. Dlatego ona pierwsza zabrała głos.
-David... Kate obiecała mi, że jeśli do siebie wrócimy, to... ty mnie nie zranisz... – wymamrotała z nadzieją w oczach. Przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem.
-Nigdy ciebie nie zranię – wyszeptałem pewnie.
***
Mimo że po tej kłótni z Pat szybko do siebie wróciliśmy, to i tak coś między nami się zmieniło. Staraliśmy się ponownie kochać, ale w tej naszej miłości brakowało prawdziwego uczucia. Ufaliśmy sobie, chociaż wiedziałem, że Pat nadal nie potrafi zaakceptować Kate. Często o to się sprzeczaliśmy. Wtedy ona wyżalała się Pierre’owi, który potem miał do mnie kupę pretensji. Czułem, że oddalamy się od siebie, a między nami tworzą się swego rodzaju bariery, stajemy się sobie obcy. Naprawdę pragnąłem to naprawić, ale nie miałem zielonego pojęcia, jak to zrobić, co należy uczynić, aby to uczucie się odrodziło.
Ten dzień należał akurat do tych szczęśliwszych. Spędziliśmy z Pat naprawdę miłe kilka godzin i nadzieja odrodzenia naszej miłości została ponownie przez nas wskrzeszona. W dodatku podczas próby zadzwonił do nas jeden z producentów i zgodził się na wydanie naszej płyty. Byłem tak cholernie szczęśliwy, że nie potrafiłem nad sobą zapanować. Zresztą tak jak chłopaki. Nie było mowy o tym, żebyśmy dzisiaj zrobili próbę, wszyscy byliśmy zbyt oszołomieni, żeby się skupić. Postanowiliśmy wieczorem się spotkać i świętować.
Przez te kilka godzin nie miałem co ze sobą zrobić, to po prostu skakałem po Montrealu, pokazując ludziom swoją radość. Nie obchodziło mnie to, co o mnie myślą. Tego dnia byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi i nikt nie mógł tego zniszczyć.
Właśnie po raz trzeci przelatywałem przez ten sam park, kiedy ujrzałem znajomą twarz. Miała słuchawki na uszach i chyba po prostu spacerowała, bo nie zauważyłem, by się śpieszyła. Bez namysłu rzuciłem się w jej stronę. Niespodziewanie dla niej wskoczyłem jej na plecy z głośnym DZIEŃ DOBRY! Na ustach. W odpowiedzi usłyszałem tylko krótki wrzask:
-Zwariowałeś!?
-Być może tak! – wrzasnąłem podniecony i zachwycony, skacząc wesoło wokół dziewczyny. Ona wybuchnęła głośnym śmiechem, co oznaczało, że musiałem wyglądać co najmniej komicznie. Ale właśnie taki miałem cel w życiu. Bawić się, a przede wszystkim bawić innych.
-David, nie poznaję cię! – krzyknęła, usiłując mnie uspokoić, oczywiście z marnym skutkiem – Zachowujesz się jak jeszcze bardziej niż zwykle rozwydrzony bachor!
-Bo jestem wstrętnym rozwydrzonym bachorem w świetnym humorze! -  zachichotałem, atakując ją łaskotkami. Kate upadła na kolana, nie potrafiąc powstrzymać śmiechu. Ja jednak nie zaprzestałem ataku dopóki nie usłyszałem błagalnego głosu, bym skończył. Oboje leżeliśmy w parku na trawie i zanosiliśmy się głośnym śmiechem właściwie bez powodu.
-To powiesz mi wreszcie, co się takiego stało? – zapytała już po raz setny Kate, usiłując ponownie mnie uspokoić. Bezskutecznie. Chyba nikt nie potrafił mnie pohamować, skoro ja sam nie umiałem – Zmieniłeś dilera czy jak?
-To nie ja zmieniłem dilera, to diler zmienił mnie! – roześmiałem się, turlając się po trawie jak dziecko. Powoli brzuch zaczynał mnie boleć – Szczęście się do nas uśmiechnęło! Do nas wszystkich!
To samo Kate usłyszała z moich ust już kilkakrotnie, dlatego po jej minie od razu poznałem, że ta odpowiedź jej nie zadowala. Westchnęła ciężko i zamknęła oczy. Chyba postanowiła już się poddać, nie potrafiąc znaleźć sposobu na rozwiązanie tej zagadki.
-Zachowujesz się jakbyście mieli w końcu nagrać tę swoją wymarzoną płytę – westchnęła. Gdy usłyszałem słowo płyta z czyichś ust, coś we mnie pękło. Zaatakowała mnie nowa siła energii.
 -Bo nagrywamy płytę! – wrzasnąłem wesoło, rzucając się na swoją przyjaciółkę. Ona szeroko otworzyła oczy ze zdumienia i zaczęła piszczeć z radości. W tym momencie chyba oboje nad sobą nie panowaliśmy, a przynajmniej ja nie miałem nad sobą kontroli. Teraz już dostrzegłem identyczną radość, która tym razem wybuchła z jej ciała. Przeturlałem się, ciągnąc ją za sobą. Kiedy się zatrzymaliśmy, ona leżała na moim brzuchu, nie wiem, jakim cudem. Głowę miałem przekrzywioną na bok. Ona chyba chciała mi pogratulować, całując mnie po prostu w policzek. Pech chciał, że akurat w tym momencie obróciłem głowę i ona pocałowała mnie w usta. Od tego wszystko się zaczęło. Patrzyłem prosto w jej oczy, równie zaskoczony co ona. Nie miałem pojęcia, dlaczego delikatnie zacząłem pieścić jej usta własnymi wargami. Nie umiałem tego przerwać, ona chyba także. Między nami zrodziło się bardzo dziwne uczucie, coś, czego nie czułem nigdy, całując się z Pat. Nie potrafiłem nazwać słowami tego czegoś, ale przez moment miałem wrażenie, że jestem w raju. Wtedy to do mnie dotarło. Dopiero wtedy. Zrozumiałem, że Pat przez cały czas mówiła prawdę, dostrzegła to o wiele wcześniej niż ja i Kate. Naprawdę zakochałem się w Kate. Dlatego Pat nigdy nie tolerowała naszej przyjaźni. Bo wiedziała, że to przerodzi się w coś więcej. I miała rację. Tylko... Czy to dobrze czy źle?
To Kate pierwsza zrozumiała, że to wszystko nie powinno się dalej toczyć. To ona przestraszona przerwała to i ode mnie odskoczyła. Nie wiedziała, co robić, jak się zachować, zresztą tak jak ja. Stała roztrzęsiona i przerażona, nie mogła wydobyć z siebie głosu. Chciałem podejść i ją przytulić, ale gdy tylko ona zauważyła, że się zbliżam, natychmiast odskoczyła jeszcze dalej.
-Kate... Nic się nie stało... – zacząłem mówić spokojnie, nie chcąc jej przestraszyć jeszcze bardziej.
-Nic się nie stało? – powtórzyła zaszokowana dziewczyna – Czy ty słyszysz siebie? David, do ciebie dociera, co my przed chwilą zrobiliśmy?! To nie powinno między nami zaistnieć!
-Ale zaistniało, musimy się pogodzić...
-David, posłuchaj – Kate rozejrzała się szybko, jakby bała się, że za chwilę ktoś wyskoczy zza krzaków – Okej, stało się, trochę nas poniosło, ale nikt tego nie widział, tak? Więc lepiej, żeby nikt się nie dowiedział, dobra?
Pokiwałem głową, zupełnie nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. W głowie miałem jeden wielki mętlik, wszystko mi się mieszało. Potrzebowałem czasu, by to wszystko sobie poukładać.
-Lepiej będzie jak już stąd pójdę – wymamrotała dziewczyna, cała czerwona z nerwów – I... Najlepiej ograniczmy spotkania – otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Nie musiałem głośno mówić, że ten pomysł mi się nie podoba, nie rozumiałem, dlaczego mielibyśmy się nie widywać. To oczywiście nie uszło jej uwadze – Tak będzie lepiej, David, uwierz mi – ona odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła ku ścieżce. Do mnie powoli zaczęły docierać jej słowa.
-Zaczekaj! – wrzasnąłem, doganiając ją – Zaczekaj! Ty też czujesz do mnie to...?
-David, przestań! – warknęła ona głośno, obracając na chwilę głowę w moją stronę – Ja obiecałam Pat, że nigdy jej nie zranisz, rozumiesz!? Ja nie mogę! Po prostu... Nie mogę!
-Nie odpowiedziałaś – odparłem. Moje serducho szybko biło, o wiele szybciej niż zwykle – Kate, czy ty mnie kochasz?
Dziewczyna wpatrywała się we mnie, przez cały czas milcząc. Po chwili zaczęła uciekać. Zastanawiałem się, czy uciekała przede mną czy przed własną odpowiedzialnością. Ja nie potrafiłem się ruszyć, a właściwie nie potrafiłem zrobić nic, nawet podjąć samodzielną decyzję. Musiałem jakoś to wszystko poukładać sobie w głowie. Moje serce było rozdarte, jedna część pragnęła Pat, druga pędziła do Kate. Bałem się którąkolwiek dziewczynę wybrać, wiedziałem, że każdy wybór może być tym złym. Nie chciałem zranić Pat, ale jeśli naprawdę kochałem Kate, to popełniłbym ogromny błąd, jeśli pozostałbym przy Pat.

-Boże, jeśli istniejesz, to mi pomóż – wyszeptałem błagalnie, spoglądając w stronę nieba, które zasłaniały kłęby brudnoszarych chmur. Drzewa zadrżały pod wpływem leciutkiego wiatru, pozostawiając mnie w identycznej sytuacji jak przed kilkoma sekundami.

wtorek, 23 lipca 2013

PART XXXIII

-Pat! – wrzasnąłem, co właściwie nie miało żadnego sensu. Nie zwracając na nic uwagi, rzuciłem się w tę samą stronę, w którą pobiegła dziewczyna. Ktoś zagrodził mi drogę, odepchnąłem go.  Wybiegłem z budynku, rozglądając się za znajomą czupryną. Od razu wyhaczyłem ją swoim wzrokiem. Z bijącym serduchem rzuciłem się w jej stronę, ciągle wywrzaskując jej imię. Nie reagowała, a ja nie wierzyłem w to, że mnie nie słyszała. Cała nadzieja w moim biegu i w jej nogach. Zacisnąłem pięści. Powoli odległość między nami się zmniejszała, doganiałem ją.
-Stój... – poprosiłem. Nie posłuchała mnie. Zebrałem w sobie siły i wyprzedziłem ją, zagradzając jej drogę ramionami. Coś w sercu mnie zakuło. Ona płakała. Znowu sprawiłem, że ona płakała.
-Przepuść mnie! – warknęła, próbując się przecisnąć obok mnie, oczywiście bez skutku. Chwyciłem ją za ręce, by się uspokoiła, co przyniosło zupełnie odwrotny skutek. Dziewczyna zaczęła się szarpać i wierzgać – Puszczaj mnie! Nie masz prawa mnie dotykać! – wrzeszczała głośno. Po prawdzie miała rację, ale ja i tak nie zamierzałem jej tego odpuścić.
-To nie tak jak myślisz – próbowałem jakoś przerwać jej głośne krzyki, ale mój głos wyraźnie ją denerwował.
-Daj spokój, wiem, co widziałam! – warknęła, chyba wciąż nie dowierzając – Masz mnie natychmiast puścić!
-Nie puszczę cię, dopóki na spokojnie nie porozmawiamy!
-Nasza rozmowa nie ma już żadnego sensu! Mam oczy i widzę, co się dzieje!
-Zrozum, to nie tak jak myślisz! Ja i Kate nie...
-Ty i Kate się kochacie, idioto! – wrzasnęła dziewczyna. Jej oczy ponownie wypełniły się łzami. Otworzyłem buzię ze zdumienia – Zaskoczony?! David, tu już nie ma dla mnie miejsca! Ty i ona jesteście sobie przeznaczeni!
-Pat, to nieprawda! – zaprzeczyłem – Wmawiasz to sobie. Między mną a Kate nic nie ma i nie będzie! Kocham cię i tylko ty jesteś dla mnie ważna.
-Przestań! – krzyknęła zrozpaczona dziewczyna. Jej dłonie wyślizgiwały się z moich rąk – Przestań oszukiwać siebie i wszystkich wokół, dobra?! Nie widzisz, że nas krzywdzisz?!
-Nie rób cyrków, przecież wiesz, że to ty...
-Ja jestem dla ciebie nikim! – dziewczyna wybuchneła głośnym płaczem i z powrotem zaczęła biec, pozostawiając mnie samego. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że tracę własną miłość. Ona już w tym czasie dobiegła do swojego samochodu.
-Zaczekaj! – krzyknąłem, rzucając się beznadziejnie w jej stronę, ale było za późno. Ona zapałała już silnik. Waliłem pięściami w jej szyby, ale odpowiedziała mi jedynie smutnym spojrzeniem. Wiedziałem, co to oznacza, ale nie mogłem pozwolić, by nasz związek zakończył się w taki sposób. W głowie zaświtał mi jeszcze jeden pomysł, nieco szalony, ale innego wyjścia niestety nie widziałem. Wyskoczyłem na sam środek ulicy z nadzieją, że ona jednak coś do mnie czuje i się zatrzyma. Słyszałem jak trąbi, ale nie zamierzałem ustąpić. Rozłożyłem ramiona na znak własnego uporu. Ona przez moment chyba zastanawiała się, co robić, ale nie zawahała się, ruszyła w moim kierunku. Serce podeszło mi do gardła. Miałem moment na podjęcie decyzji, nie odskoczyłem. Zamknąłem oczy, spodziewając się bólu. Usłyszałem głośny pisk opon i to zmusiło mnie do uniesienia powiek. Ona zatrzymała się zaledwie kilka metrów przede mną. Odetchnąłem z ulgą, ale widząc, że się cofa, znowu strach się zrodził w moim sercu. Myślałem, że jeśli się zatrzyma, wszystko sobie wyjaśnimy, tymczasem ona uciekała. Wjechała na trawę, a stamtąd na drogę. Ze smutną miną patrzyłem, jak jej samochód robi się coraz mniejszy. W końcu zniknął. Upadłem na kolana, nie wierząc w to, co przed chwilą widziałem. Straciłem Pat. Straciłem ją na zawsze.
Nie miałem zielonego pojęcia, co dalej robić. W mojej głowie kłębiło się milion różnych myśli. Nie potrafiłem ułożyć ich w jedno. Nie docierało do mnie to, co przed chwilą się wydarzyło, że  w tak głupi sposób ją straciłem. Niewiele myśląc nad tym co robię wróciłem do budynku. Szef od razu na mnie naskoczył, ale byłem już w tak fatalnym stanie, że nawet nie próbowałem go słuchać. Zwyczajnie go olałem, co musiało mocno go wkurzyć, bo później wręczył mi wypowiedzenie.
-Co się stało?  -zapytała Kate, zauważając mój kiepski nastrój. Usiadłem przy barze, dokładnie naprzeciwko niej i schowałem twarz w dłoniach. Ten gest musiał mówić sam za siebie, bo dziewczyna chociaż nic nie powiedziała, to współczująco poklepała mnie po ramieniu. Chyba sama nie bardzo wiedziała, co robić.
-Przepraszam – usłyszałem z jej ust. Uniosłem głowę do góry, zaskoczony jej słowem. Dziewczyna wydawała się być zmieszana i zdenerwowana.
-Przestań – prychnąłem cicho – To na pewno nie jest twoja wina. Już... Chyba bardziej moja...
-Dave, gdybym ja się nie pojawiła, dalej bylibyście parą...
-Czy ja wiem, Kate – wymamrotałem cicho pod nosem – Z zazdrością Pat zawsze musieliśmy walczyć.
-I dalej byście sobie radzili, gdybym nie wtargnęła do waszego życia – wyszeptała zawstydzona dziewczyna. W duchu przyznałem jej rację. Ona przyczyniła się do rozpadu mojego związku. Westchnąłem ciężko, znowu chowając twarz we własne dłonie. Tylko co to teraz może zmienić? Nawet jeśli obraziłbym się na Kate, to nic by nie zmieniło. Nie cofnę się w czasie.
-Porozmawiam z nią – pewny głos Kate ponownie mną wstrząsnął. Jeszcze raz prychnąłem, już przewidując, jak ta rozmowa się skończy, o ile w ogóle się zacznie.
-Myślisz, że skoro ona ze mną nie chciała gadać, to tobie poświęci tę odrobinę czasu? – zapytałem ironicznie. Od razu przekląłem siebie w duchu. Powoli docierało do mnie, co ja najlepszego nawyprawiałem. Zastanawiałem się, dlaczego akurat ja miałem takiego pecha, dlaczego Pat w tym momencie musiała wejść. Nie panując nad złością, wyrwałem sobie kępkę włosów z głowy. To niestety w niczym mi nie pomogło ani nie zmieniło mojego położenia.
-Nie mów hop, póki nie przeskoczysz – powiedziała entuzjastycznie dziewczyna, chyba pragnąc jakoś podnieść mnie na duchu, co raczej jej się nie udało. Z każda kolejną minutą docierało do mnie to, ze to moja wina, że to ja za mało się starałem, że powinienem bardziej zwracać uwagę na swoją dziewczynę. Westchnąłem ciężko. Nawaliłem co było do przewidzenia.
A przecież Pierre mnie ostrzegał...

NARRACJA KATE
Właściwie to nie miałam ochoty jej odwiedzać. Czułam, że wciąż nie jestem dobrze przygotowana do tej rozgrywki, a przecież zależało mi na tym, by ona wybaczyła Davidowi. Blondyn jak nikt inny zasługiwał na szczęście. Tymczasem właśnie jemu tego brakowało. Nie mogłam pozwolić, by przeze mnie w taki sposób to wszystko się zakończyło. Byłam gotowa nawet zniknąć z ich pola widzenia, byleby tylko się pogodzili. Po całym dniu widoku tak bardzo przygnębionego Dave’a miałam już serdecznie dość.
Miałam szczęście, o ile to można było nazwać szczęściem, bo Pat akurat wychodziła ze swojej kamienicy, gdy ja dotarłam na miejsce. Wyglądała bardzo podobnie do Davida, więc musiała tak bardzo lub nawet bardziej przejmować się tym wszystkim. Miałam tylko ułamek sekundy na podjęcie decyzji, czy chcę z nią porozmawiać, chociaż ja i tak nie potrzebowałam tego czasu, bo się nie wahałam.
Ona, gdy tylko mnie zauważyła, obróciła się na pięcie i zaczęła iść szybkim krokiem w przeciwnym kierunku. Ale ja tak łatwo nie zamierzałam się poddać. Dogoniłam ją i złapałam za ramię.
-Chociaż wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia – warknęłam trochę zdenerwowana jej postawą. Dziewczyna prychnęła cicho i znowu próbowała się wyszarpać z mojego uścisku. To jej się udało. Szybko próbowała ode mnie uciec, ale i tym razem bez problemu ją złapałam i przygwoździłam do muru. Nie chciałam używać siły, ale to ona mnie do tego zmuszała.
-Nie słyszysz, co do ciebie mówię?! Chcę tylko porozmawiać!
-A ja nie chcę ciebie słuchać! Mam dość Davida, rozumiesz?! – krzyknęła ona, ale ja od razu zorientowałam się, że to kłamstwa. Przez moment zastanawiałam się, czy mam jej to powiedzieć na głos, ale zrezygnowałam z tego wyjścia.
-On ciebie kocha, rozumiesz? Ciebie i tylko ciebie! – wrzasnęłam, czując gdzieś w głębi serca zazdrosne ukłucie. Olałam je, właściwie już automatycznie, bo ostatnio ono pojawiało się bardzo często.
-Jasne! A to co z tobą wyprawia, to tylko przyjaźń, prawda? I ty jesteś tylko jego przyjaciółką? Piszczała ze łzami w oczach Pat – Takie bajki możecie wmawiać sobie sami, a nie mnie!
-To nie są żadne bajki, tak jest naprawdę!
-Przestań! Przecież znam Davida nie od dzisiaj, widzę, co się z nim dzieje! On się w tobie zakochał, a ty  w nim! To naprawdę widać!
-Dziewczyno, ty sobie to wymyśliłaś! Ja i David nigdy się w sobie nie zakochamy, każdy podąża swoją drogą!
-No i co z tego, skoro za jakiś czas się połączą?! – wrzasnęła histerycznie dziewczyna, w jej oczach ponownie pojawiły się łzy – Myślisz, że ja jestem głupia?
-Nie jesteś głupia, tylko uczucia przejmują nad tobą kontrolę – tłumaczyłam jej zaskakująco łagodnie – Pomyśl logicznie! Czy gdybym ja go kochała, przychodziłabym tutaj, żeby ratować wasz związek? – zamilkałam na chwilę, ale odpowiedzi się nie doczekałam – David jest moim przyjacielem, nie mogę pozwolić, by się poddał, a wszystko wskazuje na to, że długo tego nie wytrzyma.
-Ja... Ja się boję – wymamrotała Pat, teraz już mniej pewna swoich poprzednich przekonań – JA... Nie chcę ryzykować... Nie chcę, żeby on mnie zranił... Boję się...
-Obiecuje ci, że on ciebie nie zrani, jeśli tylko do siebie wrócicie – oparłam dłoń o własną pierś, chcąc udowodnić, że moje słowa są jak najbardziej poważne. Byłam pewna, że Dave nigdy nie zrobiłby czegoś takiego dziewczynie, którą naprawdę kocha – Tylko musisz mu zaufać, słyszysz?

-Tobie to tak łatwo mówić! – krzyknęła ona, cofając się o krok – Wam wszystkim łatwo mówić, tymczasem nie macie pojęcia, co ja czuję!  - odwróciła się szybko i biegiem zwiała. Nie zamierzałem już jej gonić. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, dałam jej sporo do przemyślenia. Powoli się obróciłam, mocno zaciskając pięści i modląc się w duchu, by moja pogadanka na coś się przydała. Po jej reakcji poznałam, że była nieco wstrząśnięta. Tylko czy to trochę wystarczy? No właśnie... Teraz pozostaje mi tylko w to wierzyć.

poniedziałek, 15 lipca 2013

PART XXXII

NARRACJA DAVE’A
-Jeszcze nie ma Pierre’a? – zapytałem ze zmarszczonymi brwiami, usiłując przekrzyczeć podniecony tłum – Zaraz będzie grało Bad Religion, on by takiej okazji nie przepuścił – wymamrotałem, drapiąc się po głowie. Miałem złe przeczucia, zresztą tak samo jak chłopaki, poznałem to po ich twarzach.
-Pewnie jest w namiocie, razem z Marie – odparła rozluźniona Kate, która już przygotowywała się do kolejnego występu - Zapomnieli się, jak to zakochańcy.
Spojrzeliśmy z Chuckiem po sobie. Kate mogła mieć rację, ale... No właśnie, Pierre taki nie był. Jeśli mu bardzo zależało, to mógł porzucić nawet Marie, co nieraz wywoływało kłótnię. A na tym koncercie szczególnie mu zależało. Wszyscy widzieliśmy, jak w ciągu kilku ostatnich dni na dźwięk nazwy zespołu podskakiwał z radości.
-Lepiej sprawdzę, co się dzieje – wymamrotałem nieco zaniepokojony, wstając i otrzepując się z trawy. Chuck od razu zaoferował się, że pójdzie ze mną. Razem ruszyliśmy w stronę pola namiotowego, zastanawiając się nad tym, co się mogło wydarzyć. Doznaliśmy szoku, kiedy po wślizgnięciu się do namiotu ujrzeliśmy półnagą i zapłakaną Marie. Spojrzeliśmy z Chuckiem po sobie. Wielkoczoły niepewnie podszedł do dziewczyny i przytulił ją. Ja nie potrafiłem tego zrobić, od razu domyśliłem się, co się musiało dziać podczas naszej nieobecności. Serce zabiło mi mocniej. Gdzie jest Pierre? Czy to możliwe by on.. naciskał na tę biedną dziewczynę? Nie umiałem w to uwierzyć, ale jednak cos nie dawało mi spokoju. Zacisnąłem mocniej pięści i wycofałem się z namiotu. Rozejrzałem się. Musiałem odnaleźć mojego kumpla. Coś złego się z nim działo, coś, czego nie dostrzegłem. Niestety, bo gdybym widział, to jakoś bym temu przeszkodził. A tak... Nic nie zauważyłem w jego oczach. Złapałem się za głowę i przekląłem cicho pod nosem. Biegałem po terenie całego festiwalu przez jakieś pół godziny. Z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej się denerwowałem. Pomyślałem, że się przestraszył i zwiał. Zacząłem wkurzać się na siebie, że nie przyszło mi do głowy, by wcześniej  zacząć go szukać. Już miałem dać sobie święty spokój, kiedy go zauważyłem, chociaż tak naprawdę na początku nie rozpoznałem jego sylwetki. Siedział skulony, z twarzą schowaną pomiędzy kolanami. Wtedy coś we mnie pękło. Już nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Pierre był wyraźnie załamany, chyba jeszcze bardziej niż Marie. Nie miałem zielonego pojęcia, o co w tym wszystkim chodziło. Ale żal mi było bruneta. Jakim człowiekiem był, takim był, ale teraz pluł sobie w twarz. Zasługiwał na to, bym chociaż z nim porozmawiał.
Powoli podszedłem, zastanawiając się, czy aby na pewno podjąłem dobrą decyzję. Nie poruszył się, chyba nawet nie zauważył, że się zjawiłem.
-Co się dzieje? – zapytałem cicho. On uniósł głowę do góry. Nerwowo cofnąłem się o krok. Jego twarz w ogóle nie przypominała twarzy mojego przyjaciela. Wyglądał starzej o co najmniej kilkanaście lat. Z jego oczu wyczytałem smutek i żal.
-Co się dzieje? – powtórzyłem nieco bardziej zdenerwowany, siadając obok niego. Zauważyłem, że pomimo ogromnego przygnębienia, nie płakał. Życie nauczyło go, że płacz w niczym nie pomaga.
-Spieprzyłem, Dave – wymamrotał niespokojnie – Wszystko spieprzyłem... – zamilkł, wyraźnie załamany. Nic nie powiedziałem, czekałem, aż on będzie w stanie mówić. Chociaż domyślałem się, co zrobił. Ale on potrzebował czasu, żeby to wszystko sobie poukładać. Musiał się wygadać.
-Może jeszcze da się to naprawić... – wyszeptałem, wlepiając wzrok w scenę. Tłum ludzi robił się coraz większy. Westchnąłem cicho. W takim stanie Pierre na pewno nie będzie miał ochoty poskakać. A ja nie zamierzałem go zostawiać.
-Nie da się – odparł brunet – Już nic nie da się zrobić. Dave... Co jest ze mną nie tak? Gdzie ja popełniłem błąd?
-Za bardzo dałeś się ponieść uczuciom – wymamrotałem, wciąż nie patrząc na przyjaciela. Spuściłem wzrok. Brudna zielona trawa kuła mnie w nogi, ale ja już nie zwracałem na to uwagi – Powinieneś liczyć się z tym, co ona czuje.
-Łatwo tak mówić – kątem oka zauważyłem, jak Pierre ponownie chowa twarz w dłoniach. Współczułem mu. Tak, popełnił błąd, ale wiedział o tym. A w końcu na błędach człowiek się uczy – Za bardzo się w niej zakochałem... Cholera, może to i tak.
-Kochasz ją, prawda? – zapytałem cicho. Przez moment słyszeliśmy tylko gitary i perkusję. Potem dotarła do mnie odpowiedź Bouviera:
-No jasne, że ją kocham.
-to pozwól jej żyć własnym tempem – poradziłem mu ostrożnie – Może czasami ona nie chce tego, co ty...
-Muszę tak zrobić – jęknął brunet – Teraz już i tak nie mam innego wyjścia. Tylko... Dave, dlaczego ona mi po prostu o tym nie powiedziała? Przecież mogła... Ja jej od siebie nigdy... – reszta jego słów zatonęła w głośnym szlochaniu.
-Może krzyczała? – podsunąłem mu delikatnie – Może to ty nie słyszałeś?
-Może... Co ze mnie za chłopak, który nie potrafi dostrzec sygnałów ze strony dziewczyny... No co ze mnie za chłopak...
Nie chciałem jeszcze bardziej dobijać kumpla, więc nie powiedziałem mu tego, co akurat przyszło mi na myśl. Zamiast tego, chcąc podnieść go na duchu, odezwałem się:
-Pierre, życie nigdy nie jest kolorowe, zresztą sam przekonałeś się o tym już nie jeden raz. Ludzie popełniają błędy, gdyby ich nie popełniali, wszystko byłoby idealne.
-Moje życie to jeden wielki błąd – wydusił brunet, zaginając mnie. Zupełnie nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. To prawda, większego pechowca w swoim życiu jeszcze nie spotkałem. Ale przecież Pierre się podniósł, Pierre miał swój zespół. Pierre’owe życie nie mogło być błędem.
-No i co z tego? – zapytał brunet w odpowiedzi na moje słowa, z powrotem unosząc głowę do góry i wlepiając wzrok w niebo – David, ja nie wiem, jak ja mam żyć bez Marie. Ja ją kocham. I nigdy nie przestanę.
-Może to jeszcze nie koniec...
-To jest koniec – Pierre zacisnął mocniej pięści – To musi być koniec. Ja nigdy nie będę w stanie z nią żyć, nie po tym, jak zobaczyłem ją z tym facetem.
-Co zobaczyłeś?! – przerwałem mu, szeroko otwierając oczy ze zdziwieniem .To co usłyszałem, zwróciło mi w głowie i zrobiło mi w mózgu taki bałagan, że już w ogóle nie wiedziałem, co tu się dzieje.
-Zdradziła mnie – wydusił z siebie brunet z ogromnym bólem w głosie. Coś na chwilę zablokowało moje gardło. To wszystko tłumaczyło, odpowiadało na luki w mojej poprzedniej wersji. Poczułem, że moja twarz nabiera koloru dojrzałego buraka. A ja oskarżałem mojego przyjaciela o tak okrutną rzecz...
Na szczęście brunet był w tak fatalnym stanie, że nie zauważył mojego zażenowania. Urywanymi zdaniami o wszystkim mi opowiedział, chyba chciał się już tego pozbyć. A ja w końcu dowiedziałem się, o co chodzi w tej całej grze. Ale pomimo swojej wiedzy nie miałem pojęcia, jak mu pomóc. Chyba byłem w jeszcze większym szoku niż on. Nigdy bym nie przypuszczał, że Marie może coś takiego zrobić Pierre’owi. Po prawdzie to ona zwykle zaczynała te bezsensowne kłótnie pomiędzy nią a moim kumplem. Żaden facet nie zasługuje na to, żeby zakończyć związek w taki sposób. Miałem ochotę wrócić do namiotu i powiedzieć dziewczynie wprost, co o niej sądzę, ale kiedy wpatrywałem się w Pierre’a, zrozumiałem, że on w tym momencie nie poradzi sobie sam. Postanowiłem jednak zostać tutaj i nie oddalać się nawet na chwilę od kumpla. Bałem się. Po tym jak jakiś czas temu próbował się zabić, nie mogłem go tu zostawić. Z daleka słyszeliśmy muzykę i wrzask ludzi. Tyle że do nas jakoś to nie doleciało. Ta atmosfera od nas uciekła.
Z Bouvierem do namiotu wróciliśmy dopiero nad ranem. Na szczęście Marie nie było, Chuck powiedział nam, że nie chciała z nimi rozmawiać. Wzięła swoje rzeczy, więc domyśliłem się, że już tu nie wróci. Zaproponowałem Pierre’owi, że prześpimy się przez kilka godzin, a potem razem z Kate wrócimy do Montrealu. Zgodził się, chociaż wciąż nie przepadał za moją koleżanką. Pewnie dlatego, że ciągle miał mi za złe zachowanie wobec Pat.
***
W ogóle nie wyobrażałem sobie po powrocie do Montrealu przespać jedynie kilka godzin, a potem maszerować do pracy. Ale mój szef niestety nigdy nie bywał na koncertach, więc pewnie nie wie, ile po takiej zabawie powinno się wypoczywać. Niestety również musiałem kurczawo trzymać się swojej roboty, nasz zespół pomimo częstego koncertowania wciąż jeszcze nie wychodził na prostą. A szef groził mi, że jeśli zrobię sobie choć jeden dzień wolnego więcej, to on mi nogi z tyłka powyrywa. Odpowiedziałem mu, że wolałbym zatrzymać ciało w jednym kawałku, chyba go to przekonało.
Jakim cudem udało mi się wstać z łóżka, ubrać się i wyjść z domu, to chyba na zawsze dla mnie pozostanie zagadką. Dopiero w połowie drogi uświadomiłem sobie, że powinienem uważać. Miałem szczęście, że dotąd na nikogo nie wpadłem ani nie przejechał mnie żaden samochód, bo w tym stanie to rzeczywiście mogło się skończyć tragicznie. Westchnąłem ciężko. Dzisiejszy dzień chyba nie będzie lekki.
Mojego szefa zauważyłem przy samych drzwiach, chyba postanowił osobiście przyjść i zobaczyć, czy stawię się na czas. Miałem szczęście, przyszedłem pięć minut przed rozpoczęciem mojej zmiany. Uśmiechnąłem się tryumfalnie, mijając go. Dobrze wiedziałem, że miał ochotę dać mi popalić. A ja uwielbiałem grać ludziom na nerwach.
-Cześć, Dave! – zanim ten głos do mnie dotarł, a mój mózg przetworzył te słowa, poczułem jak ktoś, a raczej coś się na mnie rzuca. Ledwo zdołałem utrzymać równowagę. Gdy spojrzałem na bok, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Kate roześmiana i rozbrykana skakała wokół mnie.
-Dziewczyno, skąd ty bierzesz tę energię? – wymamrotałem sennie, podziwiając swoją koleżankę, która leciała już w stronę pierwszych swoich klientów. W ogóle nie było widać po niej zmęczenia. Poszedłem w stronę zaplecza, żeby przebrać się w firmowy strój. Wychodząc z przebieralni, uśmiechałem, się. Zdawałem sobie sprawę z tego, że po części to też moja zasługa. Dokonałem tego, czego tak bardzo chciałem dokonać, pokazałem jej, jak się bawić życiem.
Kate działała lepiej na rozbudzenie niż cztery kawy. Chyba tylko dzięki niej udało mi się nie zasnąć przed ladą, więcej, po jakimś czasie ona zaraziła mnie swoim entuzjazmem. Razem brykaliśmy, przyjmując od klientów zamówienia i po raz setny przeżywając każdą sekundę naszego wyjazdu.

-... a wiesz, Jeff oczywiście szukał swojego portfela i wrzeszczał do Seba, że ma mu oddać – opowiadała mi roześmiana Kate – I wtedy ja się odwróciłam... – dziewczyna urwała, zauważając, że ktoś zagląda  do środka. Chyba chciała go obsłużyć szybko, zbyt szybko, bo gdy się odwróciła, potknęła się. Na pewno by upadła, gdybym nie przewidział takiej sytuacji i nie wyciągnąłbym rąk, żeby ją złapać. Po prostu miała szczęście. Nasze spojrzenia się spotkały i w tym samym momencie wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Przez moment czułem w sercu coś dziwnego. Chciałem powiedzieć o tym Kate, ale wtedy zauważyłem, że dziewczyna jest biała jak papier. Domyśliłem się, że to coś, co sprawiło, że jej twarz zmieniła barwę, stało za mną. Szybko się odwróciłem, uprzednio stawiając Kate na nogi. Ujrzałem jedynie czyjeś włosy, ale od razu domyśliłem się, kto to był. 

wtorek, 9 lipca 2013

PART XXXI

-Dave słuchaj... Ja przecież tam nie wejdę. Nie mam kasy – przyznała mi się w pewnym momencie ze wstydem, gdy już widzieliśmy wielką scenę. Roześmiałem się głośno, przyjmując jej ponure spojrzenie.
-Skarbie, a kto powiedział, że my będziemy płacić?
Ona zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad moimi słowami. Postanowiłem jej to ułatwić i powiedzieć, o co mi chodzi.
-Simple Plan gra na tym festiwalu – uśmiechnąłem się – Zarówno ja, jak i ty mamy wejście za darmo.
-Ty może tak – wymamrotała ona – ale ja nie mam prawa się tam pchać.
-Spokojnie – poklepałem ją po plecach z entuzjazmem – Nie będziemy mieć żadnych kłopotów. Nawet jeśli nas tam nie wpuszczą, to mój łeb coś wymyśli.
-No i właśnie tego się boję – zachichotała Kate, za co obsypałem ją jakimś zielskiem, które akurat nasunęło mi się do dłoni. W miarę zbliżania się w stronę sceny nasze nastroje jeszcze bardziej się rozpogadzały, o ile było to w ogóle możliwe. Na miejscu grupa ludzi czekała już pod barierkami. My jednak ominęliśmy ich i ruszyliśmy w poszukiwaniu tylnego wejścia. Byłem pewien, że bez problemu uda nam się tam wślizgnąć. Tymczasem przed bramą zupełnie nikogo nie było, tak jakby nikt tego nie pilnował. Na początku się ucieszyłem, potem zrobiło się to podejrzane. Nacisnąłem na klamkę i ku swojemu zdumieniu brama nie otworzyła się. Przekląłem cicho pod nosem. Musieliśmy spóźnić się o kilka minut.
-I co teraz, filozofie? – zapytała ironicznie Kate, zauważając, że zaczynam gryźć dolną wargę. Nie odpowiedziałem jej. Wiedziałem, że nawet jeśli będziemy krzyczeć, nikt nas nie usłyszy, bo niektóre zespoły już zaczynały swoje próby. Sytuacja nie wyglądała za wesoło, ale ja nie zamierzałem stać i czekać na cud. Do głowy przychodził mi tylko jeden pomysł.
-Myślisz, że udałoby się tobie przejść przez ten płot? – zapytałem, uśmiechając się. Ona wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
-Dave, ja wiedziałam, że ty jesteś kopnięty, ale nie aż tak! – wrzasnęła oburzona moim pomysłem. Wzruszyłem ramionami z łobuzerskim uśmieszkiem.
-To jak, dasz radę? – powtórzyłem pytanie. Ona wpatrywała się we mnie z kamienną twarzą. Ale na mój uśmieszek nie było mocnych, ona także z nim przegrała. Poznałem to po jej świecących się tęczówkach.
-To jest szalone – wyszeptała niespokojnie – Dam radę – pokiwała głową – Oczywiście, że dam radę.
Z radosnym uśmiechem chwyciłem w dłonie trochę ciążącą mi już na ramieniu torbę. Przerzuciłem ją, choć nie bez problemów, bo za pierwszym razem mi się nie udało. Potem z powrotem odwróciłem się do dziewczyny. Wyglądała na rozbawioną. Nie zauważyłem na jej twarzy nawet cienia strachu.
-Mam iść pierwszy czy ciebie przepuścić? – zapytałem. Ona wskazała na mnie, więc z powrotem się odwróciłem. Na szczęście płot nie był wysoki, wspinałem się już na większe. Ledwie dotknąłem go nogą, już byłem na szczycie. Jak pająk wspiąłem się na górę. Na dół po prostu zeskoczyłem. Oczywiście nie udało mi się utrzymać równowagi i przewróciłem się. Zza płotu usłyszałem głośny śmiech Kate.
-Nic mi nie jest, nie musisz się przejmować! – wrzasnąłem ironicznie – Ale czekam tu na ciebie! – zaśmiałem się, stając na dwie nogi. Z drugiej strony usłyszałem prychnięcie i już po chwili ujrzałem kawałek głowy ślamazarnie wspinającej się dziewczyny. Z dumą patrzyłem, jak zza płotu wyłania się jej  uśmiech, a potem cała sylwetka. Promieniała szczęściem, gdy dotarła na sam szczyt.
-Skacz! – krzyknąłem, klaszcząc wesoło. Ona, trzymając się jedną dłonią, popukała się w czoło – No skacz! – zachęciłem ją – Przecież cię złapię! – Ona odwróciła się i kpiąco się uśmiechnęła. Chyba nie do końca mi ufała, ale jednak zaryzykowała.
-Jestem aniołem! – krzyknęła i wyskoczyła wprost na moje wyciągnięte dłonie. Złapałem ją, ale ponownie tego dnia upadłem, tym razem jednak już nie samotnie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
-Aniele, ważysz chyba ze sto kilo! – wrzasnąłem. Ona zerwała się, udając wzburzenie.
-Ja ci zaraz dam sto kilo! – wrzasnęła, chwytając torb ę – Za chwilę to twoje sto kilo da ci w mordę! – dziewczyna jednak przeceniła swoje siły, bo zdołała zaledwie unieść ją do góry. Jeszcze głośniej się roześmiałem.
-To moje sto kilo chyba nie zjadło dzisiaj śniadania. Albo zjadło za małe. Trzeba będzie cię tutaj dokarmić, ale to dopiero później, na razie musisz wytrzymać, chociaż wiem, że twoje sto kilo potrzebuje energii – zerwałem się i podskoczyłem do dziewczyny, która nie mogła opanować śmiechu. Chwyciłem te feralną torbę.
-Chodźmy – pospieszyłem ją, klaszcząc wesoło w dłonie. Wiedziałem, że musimy szybko poszukać któregokolwiek z moich kumpli, by dowiedzieć się, skąd wytrzasnąć plakietki, które umożliwiałby nam bezkarne poruszanie się po całym terenie imprezy. Na razie byliśmy tutaj nie do końca legalnie. Musieliśmy unikać ochroniarzy, co czasami miało naprawdę wesołe skutki. Mieliśmy jednak cholernego pecha, bo pomimo naszych starań i tak jeden z nich zdołał dostrzec, że nie mamy odpowiednich dokumentów. Próbowałem wziąć go na ładne oczy, ale po jego kamiennym wzroku poznałem, że to bezcelowe. Dlatego starałem się jakoś go zagadać, by zyskać jego przyjaźń. Jednak, to go chyba bardziej denerwowało, bo po pewnym czasie miał mnie już serdecznie dość. Już miał ochotę mnie wywalić, nawet podchodził w moim kierunku. Dosłownie w ostatniej chwili z podziemi wyrósł Pierre.
-No w końcu jesteś! – wrzasnął, przez co ten ochroniarz spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami – A ja już chciałem zgłaszać twoje zaginięcie, akurat szedłem do biura rzeczy znalezionych, żeby zobaczyć, czy ciebie tam nie ma. Masz szczęście.
-Pierre! – odetchnąłem z ulgą – Po raz pierwszy z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że cieszę się, że ciebie widzę!
-Desrosiers, lepiej cofnij swoje słowa, bo wiedz, że twoje być albo nie być jest teraz w moich rękach – brunet z kpiącym uśmieszkiem skrzyżował ramiona na piersiach. Wystawiłem mu język.
-Równie dobrze poradziłbym sobie bez ciebie! – prychnąłem obojętnie, zaraz jednak tego pożałowałem, bo Bouvier, obrócił się na pięcie i zaczął odchodzić, machając wesoło mi i Kate, zostawiając nas sam na sam z umięśnionym ochroniarzem. Zanim jednak brunet zdołał się oddalić, ja już klęczałem, zagradzając mu drogę i błagałem o litość.
-No nie wiem – Pierre udawał obrażonego, na co tamten koleś chyba dawał się nabrać, bo wciąż patrzył na mojego kumpla, czekając na rozkazy – To co powiedziałeś, naprawdę mnie dotknęło... – chwycił się za serce, żeby wyglądało to jeszcze bardziej dramatycznie. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, ale nie chciałem niszczyć widowiska marnej gry Pierre’a.
-Moje życie będzie czymś gorszym niż najpospolitsze gówno, jeśli nie zdołasz zapomnieć o moich słowach!
Pierre, udając wzruszenie, wysunął dłoń w moją stronę. Spojrzałem na niego z nadzieją i zacząłem wstawać, ale on jeszcze mnie zatrzymał.
-Paziu, nie pozwoliłem ci się ruszyć! – burknął, na co z powrotem osunąłem się na kolana – Jeszcze ci nie wybaczyłem! Zaczekaj, co ty możesz za karę...  – myślał, drapiąc się po brodzie – Wiem! – zawołał, unosząc palec do góry – Pochwal mój głos!
-O najznakomitszy! – zacząłem, szybko układając obie w głowie dalszy ciąg przemowy – Nosicielu najcudowniejszego pospolitego gówna, twój nieziemsko brzmiący wokal niczym strzała amora rozciął ściany mego serca...
-David! – usłyszałem za sobą radosny głos mojego kolejnego kumpla, a po chwili poczułem, jak ktoś, a raczej stado rzuca się na mnie. Nie zdołałem utrzymać równowagi i przewróciłem się. Wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, a najgłośniej śmiała się chyba Kate, która przyglądała się całej tej komedii.
-Idioci! – jęknąłem, ciesząc się jednak, że mam takich przyjaciół debili.
-I kto to mówi! – prychnął Seb – To ty i Pierre odgrywacie jakieś przygłupie scenki!
-My tworzymy sztukę – warknął oburzony Bouvier – To w przyszłości będzie wystawione na brodway’u!
-Na czym? – roześmiał się Chuck, ale Pierre nie zdążył powtórzyć, bo wszyscy usłyszeliśmy głośny wrzask Jeffa.
-RROOOBAAAAK! – wrzeszczał łysy, ze strachu aż podskakując – Taki wielki, owłosiony, czarny! – Stinco nie mógł usiedzieć w jednym miejscu, w oczach miał łzy. Wszyscy znaliśmy jego fobię dotyczącą niewielkich stworzeń.
-Jeff, za tobą! – krzyknął Seb, wskazując na coś palcem. Łysy z głośnym piskiem odskoczył na co najmniej dwa metry, co znowu wywołało w naszej grupie głośny śmiech. Dopiero jakieś pół godziny później udało nam się dojść do siebie, choć ani trochę nie spoważnieliśmy. Wręcz przeciwnie, z każdą kolejną sekundą bawiliśmy się coraz lepiej. Bez problemu udało nam się zdobyć plakietkę dla Kate. W trakcie trwającej próby dołączyły do nas również dziewczyny Chucka i Pierre’a.  Miałem wrażenie, ze ta ostatnia nie podziela radości i entuzjazmu reszty towarzystwa, choć nie chciała, by ktokolwiek to zauważył. Ale nie zamierzałem wpychać się w jej zycie, w końcu to Pierre’a dziewczyna.
Na swoim występie bawiliśmy się jeszcze lepiej niż zwykle i zrobiliśmy jeszcze większe show. Oczywiście, nie byliśmy głównymi gwiazdami, ale trochę ludzi się zeszło, żeby nas obejrzeć. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że robimy się coraz bardziej popularni. Ale spodziewaliśmy się także tego, że za chwilę to przeminie, wiedzieliśmy, że wieczni e na fali nie możemy być. Dlatego na każdym koncercie dawaliśmy z siebie wszystko.
Chociaż teoretycznie już tego samego wieczoru mieliśmy stamtąd pryskać, postanowiliśmy zostać na cały festiwal. Chucka ojciec nam pomógł, to on zabrał cały nas sprzęt, dzięki czemu spokojni o nasze instrumenty mogliśmy rozłożyć namiot, który przytargałem w swojej torbie. Mieliśmy przy tym kupę śmiechu, ale z drugiej strony, gdy wszyscy wpakowaliśmy się do środka, poczuliśmy dumę, że tak szybko zbudowaliśmy to cudo. Często zostawialiśmy je puste, nie baliśmy się o swoje rzeczy, bo właściwie nic ze sobą nie mieliśmy oprócz ciuchów. Zresztą tutaj ludzie nie przyjeżdżali po to, żeby kraść, tylko po to, by posłuchać muzyki i poznać się z innymi ludźmi. To miejsce było skupiskiem całej młodzieży z Kanady.
NARRACJA PIERRE’A
To rzeczywiście był genialny pomysł, by zrobić sobie przerwę w graniu i zostać tutaj na kilka dni. Atmosfera tego festiwalu sprawiała, że muzyka zyskała w moich oczach jeszcze większe zaufanie, o ile to w ogóle było możliwe. Widziałem na scenie zespoły, o których ujrzeniu w Montrealu mogłem jedynie pomarzyć. Ten wyjazd był czymś, czego potrzebowałem, by uwierzyć, że moje życie też ma jakieś zalety.
Myślałem, że to także pomoże mi z powrotem połączyć się z Marie, bo ostatnio między nami nie układało się najlepiej. Bardzo często kłóciliśmy się o jakieś głupoty, drobiazgi, coś na co normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Nie miałem pojęcia, co się działo. Marie naprawdę stawała się nie do zniesienia. A mi na niej zależało, pragnąłem, żebyśmy byli sobie tak bliscy jak na początku naszego związku. Cholernie ją kochałem i nie mogłem pozwolić, by taki skarb wyślizgnął się z moich dłoni. W końcu to ona nauczyła mnie kochać. A przecież to uczucie nie mogło wyparować.
-Widzieliście Marie? – zapytałem szalejących pod sceną Kate i Davida. Dziewczyna znowu zniknęła mi z oczu, właściwie przeze mnie, bo znowu omal nie doprowadziłem do kłótni. Chciałem ją tylko przeprosić.
-Poszła do namiotu! – wrzasnął blondyn, klaszcząc w rytm jednej z piosenek. Westchnąłem ciężko. Tak bardzo bym chciał porzucić wszystkie swoje problemy i bawić się tak jak on. Niestety nie potrafiłem. Nie umiałem o wszystkim zapomnieć i mieć Marie gdzieś.
-Dzięki! – krzyknąłem w odpowiedzi i odwróciłem się, myśląc gorączkowo nad tym, co mam powiedzieć własnej dziewczynie w ramach przeprosin. Miałem mnóstwo pomysłów, ale wszystkie wydawały mi się płytkie. Nie potrafiłem znaleźć takich słów, które mogłyby ją udobruchać. Westchnąłem ciężko, mijając dwójkę kompletnie pijanych dziewcząt i olewając ich prośby o kwiaty. Musiałem improwizować. Znowu.
Wahałem się jeszcze przed samym wejściem do namiotu. Bałem się, właściwie tak jak przed każdym przepraszaniem. Ona mogła w każdym momencie to zakończyć, stwierdzić, że ten związek nie ma sensu. A wtedy moje życie już całkiem straciłoby sens i zmieniłoby się w piekło. Ale postanowiłem jednak zaryzykować, w końcu miałem o co walczyć. Drugiej takiej kobiety jak Marie nie znajdę nigdy.
Akurat takiego widoku we wnętrzu namiotu w ogóle się nie spodziewałem. Wślizgnąłem się cicho, specjalnie, żeby jej nie przeszkadzać, a raczej nie wkurzać jeszcze bardziej. Na początku to do mnie nie docierało, a raczej ja nie chciałem w to wierzyć. Przecierałem ze trzy razy oczy, ale niestety to nie było złudzenie. Jakiś obcy facet, którego nigdy na oczy nie widziałem, pieprzył się z moją Marie. Obojgu najwyraźniej się to bardzo podobało, nie zwracali na mnie uwagi, tak bardzo byli sobą zajęci. A ja nawet nie potrafiłem się poruszyć. Zamarłem, śledząc ruch ich dłoni. Bardzo powoli docierało do mnie to, co widziałem. Patrzyłem i coraz bardziej chciało mi się rzygać. Dopiero wtedy coś we mnie pękło. Wcześniej widziałem jej maślane oczy, teraz dostrzegałem także ten fałszywy blask. Zacisnąłem mocno pięści. Nie mogłem już znieść ich widoku. Postanowiłem zaznaczyć swoją obecność kasłaniem. Na początku oni nic sobie z tego nie robili, dopiero kiedy to zaakcentowałem, Marie odczepiła się od tego faceta. Nasze spojrzenia się spotkały, jej twarz ozdobił strach, a ja tylko się upewniłem. Przez moment stałem, wpatrując się w jej otwartą buzię. Łzy wypełniły moje oczy. Odwróciłem się, nie chcąc, by dziewczyna zauważyła moją słabość. Wyszedłem, nie zważając na jej błagalne krzyki. Nie zamierzałem tam wracać, nie zamierzałem już więcej na nią patrzeć. Coś w sercu mnie zakuło. Im bardziej oddalałem się od tego miejsca, tym bardziej mnie bolało. Chciałem już zapomnieć. Zapomnieć o niej i o tym wszystkim, co mnie spotkało. A zdążyłem już uwierzyć, że miłość tez jest dla mnie, że ona jest osobą, która zmieni moje zycie na lepsze. Tymczasem ona tylko jeszcze bardziej je pogrążyła. Dlaczego? Dlaczego ona mnie zdradziła? I to w dodatku z przypadkowym facetem?
Nawet nie zauważyłem, kiedy mój chód zmienił się w bieg. Łzy wręcz rzeką lały się z moich oczu. Dotarłem do płotu, oparłem się o niego plecami. Złość kłębiła się we mnie, ale jakoś potrafiłem nad nią zapanować. Wciąż trzymałem nerwy na wodzy, chociaż płakałem. Moja niemoc mnie dobijała. Jak ona mogła mi to zrobić? Wciąż to do mnie nie docierało. Przecież to była Marie, moja ukochana Marie... Marie, którą przecież tak długo znałem...

Upadłem na kolana. W jednej chwili wszystkie siły ze mnie wyparowały. Nie umiałem wyobrazić sobie swojej przyszłości. Nie miałem pojęcia, co robić dalej. Wybaczyć jej? Ale jak tu żyć z wiedzą, że najbliższa osoba mnie oszukała? Zerwać? I co dalej? Jak to wszystko ma wyparować z mojej głowy? Bo zostać nie może na pewno. Usiadłem, chowając twarz w dłoniach. To wszystko było tak cholernie trudne... Życie po czymś takim jest niemożliwe... Bo jak teraz z dumą się podnieść i udawać, że wszystko jest okej, kiedy z drugiej strony mam ochotę się powiesić?

środa, 3 lipca 2013

PART XXX

Na szczęście dzisiejsza próba się skróciła, bo Seb musiał jechać do babci. Błękitnooki mówił nam, że przez dwa dni go nie będzie, ale to miało nam nie zaszkodzić w pracy. Pierre od razy zobowiązał się opiekować jego gitarami, na co chytry błękitnooki niezbyt chętnie przystał, ale i tak nie miał innego wyjścia.
Tak czy inaczej godzina nie była późna, co pozwoliło mi jeszcze podskoczyć do Pat. Wiedziałem, że dziewczyna nie miałaby nic przeciwko takim odwiedzinom, ale jeśli zadzwonię do drzwi, jej rodzice zamordują mnie na miejscu, a chciałem jeszcze trochę pożyć. Ale i na to miałem sposoby. Serducho waliło mi niczym młot, kiedy zatrzymałem się przed jej oknem. W dłoni ściskałem jakąś gazetę, chyba Seba, bo Lefebvre czegoś tam szukał. Wyrwałem z niej dwie kartki i złożyłem w kulkę. Przełknąłem cicho ślinę i rzuciłem nią w szybę. Przez krótki moment stałem w bezruchu, potem znowu umodelowałem coś na kształt kulki i rzuciłem. Moja metoda dała efekty dopiero za czwartym razem. Już bawiłem się piątą kulka, kiedy okno się otworzyło.
-Ty debilu, zwariowałeś? – warknęła szeptem, ale wyczułem, że wcale nie obrażała się na mnie. Szeroko się wyszczerzyłem. Jej głos naprawdę napawał mnie radością.  
-Spałaś? –zapytałem, widząc, że ma na sobie piżamę. Ona serdecznie się roześmiała.
-Żartujesz sobie? Ja o tej porze zaczynam imprezować!
-O! – podskoczyłem radośnie – Jak zwykle jestem na czas! – poprawiłem szybko fryzurę, udając, że przyglądam się sobie w lustrze – Wyglądam idealnie! – zapiszczałem – Jak myślisz, ile panienek dzisiaj na mnie poleci?
-Nie mam pojęcia, ale jedna już do ciebie leci! – krzyknęła wesoło dziewczyna, wychodząc na balkon. Na początku nie domyśliłem się, o co jej chodzi, ale na szczęście w porę zorientowałem się, że ona dosłownie leci i w odpowiednim momencie zdołałem ją złapać, choć nieco się przy tym zachwiałem i omal nie upadłem. Na szczęście zachowałem równowagę, a w nagrodę dostałem namiętny pocałunek.
-Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się cieszę! – dziewczyna przytuliła się do mnie jeszcze mocniej. Poczułem nerwowe bicie jej serca i dopiero wtedy zauważyłem to, co ona musiała przezywać, podczas gdy ja śmiałem się z Kate. Zrozumiałem w końcu, że postępowałem źle, chociaż chciałem dobrze. Szczerze mówiąc, to nie domyślałem się, że sprawiam jej aż tak wielki ból. Ale teraz zamierzałem to zmienić. Bez wahania ją pocałowałem, starając się włożyć w ten pocałunek jak najwięcej miłości.
-Zakazuję ci wątpić kiedykolwiek w moją miłość, rozumiesz? – wymamrotałem cicho, głaskając delikatnie jej policzek. W jej oczach dostrzegłem niewielkie iskierki – Kocham ciebie i tylko ciebie, Kate nie ma dla mnie żadnego znaczenia, rozumiesz? – ona przytaknęła głową, chyba mi wierząc – I nie będziesz już przeze mnie płakała? – upewniłem się. Ona tylko uśmiechnęła się jeszcze szerzej, co dla mnie oznaczało krótkie tak – Ale wiesz, takiej zazdrości to ja się po tobie nie spodziewałem! – roześmiałem się – W końcu ja jestem tak rozchwytywany przez panienki, że powinnaś się już przyzwyczaić!
-Ty podły egoisto i nędzny podrywaczu!- wrzasnęła wzburzona dziewczyna, tłukąc moją klatkę piersiową swoimi słabymi piąstkami – Ja ci zaraz dam te podłe panienki! Zaraz wszystkie je pogonię! Będą stąd spieprzać! Ty jesteś mój i tylko mój!
-I chcę być tylko twój – zbliżyłem usta do jej ust i soczyście pocałowałem. Naprawdę ją kochałem i czułem, że moje życie bez tego wszystkiego nie ma sensu. I bardzo dobrze wiedziałem, że Kate nie zniszczy tego, co jest między nami, nawet jeśli chciałaby to zrobić. Ja jednak wierzyłem w to, że zazdrość Pat jest naszym największym wrogiem.
***
Dopiero wpół do drugiej odprowadziłem swoją dziewczynę do domu, choć ona i tak nie chciała, bym odchodził. Powiedziałem jej, że tak nie można, że przyjdę do niej następnego dnia. W końcu zdołałem ją namówić, by wróciła, dzięki czemu i ja także mogłem wyruszyć w stronę mojego domu.
Ledwo trzymałem się na nogach, w głowie tak mi się kręciło jakbym był pijany, chociaż nic nie piłem. Marzyłem tylko o tym, by położyć się do łóżka i spać przez całą dobę. Miałem szczęście, akurat jutro nie musiałem iść do pracy, mogłem trochę poleniuchować. Z drugiej strony umówiłem się już z chłopakami, że zrobimy próbę. Wiedziałem, że trochę czasu nam na to zejdzie, dlatego spotkać się z Pat planowałem jeszcze wcześniej, by nie zajmować jej całego wieczoru. Zresztą pojutrze musiałem z powrotem wracać za kasę.
Było zupełnie ciemno na ulicach, zwłaszcza tych bocznych, gdzie nawet lamp nie zapalano. Trochę się bałem przechodzić tędy samotnie, w końcu nie wiadomo, kto skrywa się za rogiem. Ale nie raz oberwałem, więc właściwie to nie miałem czego ryzykować. Zresztą znajdowałem się już niedaleko domu. Modliłem się jedynie o to, żebym przez to zmęczenie nie zgubił drogi.
Na początku nie zwróciłem na nią uwagi. Przeszliśmy obok siebie jak dwoje obcych sobie ludzi. Nawet zdziwiłem się, że widzę kogokolwiek o tej porze. Obróciłem głowę i wtedy coś mnie tknęło. Poznałem ją po sylwetce. Przez moment stałem w bezruchu, zastanawiając się, co robić. Machnąłem, lekceważąco dłonią. Właściwie w ciągu sekundy podjąłem decyzję. Ruszyłem za nią, chociaż to właściwie nie było potrzebne, po jej stroju domyśliłem się, gdzie idzie. Nie miałem pojęcia, dlaczego to robię, równie dobrze mógłby zostawić ją bez opieki. Oszukiwała mnie. Przez cały czas mnie oszukiwała. Miałem prawo zwyczajnie całą tę grę olać. A jednak coś mnie do niej ciągnęło.
Zaledwie po kilku minutach zauważyła, że za nią idę. Musiała wiedzieć, że to ja. Zatrzymała się, ale chyba nie miała odwagi się odwrócić i spojrzeć mi prosto w oczy. Torebka wyślizgnęła jej się z dłoni i z głośnym szumem upadła na chodnik. Czekałem, aż się odezwie, ale ona chyba także nie miała pojęcia, co powiedzieć. Między nami stworzyło się swego rodzaju napięcie.
-Możesz się śmiać – wymamrotała zawstydzona dziewczyna jak małe dziecko, które przyłapano na gorącym uczynku – Tak, nie udało mi się. Nie wytrzymałam – słyszałem jak jej głos się załamuje – No powiedz, że jestem zła i fałszywa, przecież wiem, że tak myślisz... – prychnęła. Wtedy zrobiło mi się wstyd. Dotarło do mnie, że to powinno wyglądać zupełnie inaczej, że to ja zawaliłem. A ona miała rację, pomyślałem, że to wszystko jej wina. Ja spieprzyłem. Ona nad tym nie panuje, nie potrafi sobie z tym poradzić. To jest jak uzależnienie.
-Dlaczego? – zapytałem cicho – Dlaczego znowu tam wracasz? Przecież dobrze wiesz, że nie powinnaś... – nie dokończyłem, czułem, że ona wie, co mam na myśli.
-Nie wiem – wymamrotała żałośnie. W tym momencie nie wytrzymała i wybuchła głośnym płaczem – Ja... Ja nie umiem bez tego żyć... Potrzebuję rozrywki, zabawy... Ja... jestem samotna. Odkąd postanowiłam to rzucić, ja...  nie mam nikogo. Ty... Ty nie zrozumiesz, bo ty zawsze będziesz miał przy sobie przyjaciół... Przepraszam, Dave... JA wiem, że ty się starałeś... To na nic... Nigdy się nie uwolnię...
-Przestań – początkowo miałem nie okazywać żadnych ciepłych uczuć, jedynie płonąć chłodem, ale mój plan się nie udał. Serce mnie zabolało, gdy zobaczyłem, że ona płacze. A nie potrafiłem zachowywać się obojętnie wobec zrozpaczonej kobiety. Powoli do niej podszedłem i delikatnie przytuliłem – Przestań tak mówić. Jeszcze nie przegraliśmy tej walki.
-Jak to nie? – wybąkała ona załamana – Dave, czy ty słyszysz, co ja do ciebie mówię?
-Oczywiście, że ciebie słucham – przytaknąłem, zastanawiając się, w jaki sposób mam dodać jej otuchy – Kate, każdy ma wzloty i upadki. Ty na razie miałaś swój pierwszy upadek. Musisz postarać się, żeby nie było kolejnego, rozumiesz? - Ona nieśmiało pokiwała głową. Delikatnie otarłem jej łzy z oczu – Człowiek popełnia błędy, ważne jest to, żeby w  przyszłości ich nie powtarzać.
-Ty... Ty wierzysz, że ja...
-Oczywiście, że tak! – krzyknąłem z entuzjazmem – I ty też powinnaś! Już tobie mówiłem, że czego jak czego, ale wiary to tobie nie powinno zabraknąć! A z tego co widzę ty masz czarne myśli, więc ktoś tu musi myśleć pozytywnie – poklepałem ją po plecach, usiłując choć trochę dodać jej otuchy. To niestety było cholernie trudne, bo to co dzisiaj zrobiła, jeszcze bardziej ją dobiło. Dlatego gdy się rozdzieliliśmy, nie byłem pewien, czy dobrze robię, zostawiając ją samą. W sumie wiedziałem, że teraz powinienem jak najczęściej dotrzymywać jej towarzystwa, bo ona sama o to nie zadba. Wciąż nie mogłem znaleźć tego haczyka, tego czegoś, co powiedziałoby mi, co zrobiłem źle.
-Gdzie je popełniłem błąd? – wyszeptałem, kopiąc pustą puszkę po coli i wpatrując się w jej krążenie po chodniku.
***
-Załatwiłem nam trzy dni wolnego! – z radością rzuciłem się na zdumioną Kate. Być może wyglądało to dwuznacznie, ale nie zamierzałem się tym przejmować. Teraz myślałem jedynie o powodzie mojej rozmowy.
-Zwariowałeś?! – krzyknęła dziewczyna – Ja dopiero zaczęłam tutaj pracować! Co sobie pomyśli o mnie szef?
-Nic sobie nie pomyśli – wzruszyłem ramionami, trochę przygaszony jej wrzaskiem. Zaraz jednak mój entuzjazm wrócił – Kochana, szykuj się na trzydniową wycieczkę!  - zatarłem dłonie z zadowoleniem. Ona tylko jeszcze szerzej otworzyła oczy
-Ale.... Czekaj... Przecież... Ja nie mogę wyjechać...
-Co? Dlaczego? – zapytałem nieco rozczarowany. Właściwie wszystko miałem już dokładnie rozpracowane, cały plan był gotowy. Musiałem tylko namówić ją, żeby się zgodziła. Wiedziałem, że to będzie ta najtrudniejsza część, dlatego zostawiłem ją na sam koniec.
-Bo... bo po prostu nie mogę! Nie zostawię mojego życia na trzy dni!
-Kate, ty właśnie tego potrzebujesz! Musisz na jakiś czas odpocząć, zapomnieć o Montrealu i zaszaleć! Musisz po prostu być sobą i się tego nie wstydzić! Zresztą nie możesz mi odmówić. Wygrałaś zakład. Muszę coś tobie postawić i stawiam tobie wycieczkę. Nie możesz odmówić. Czekam na ciebie o siódmej, stoi?
-Ale Da...
-Czyli stoi! – klasnąłem trzy razy w dłonie, nie dając jej dojść do słowa – To świetnie, bo już wszystko mam zaplanowane. Ale będzie zabawa! – ucieszyłem się. Znowu przejąłem tę samą strategię niedoprowadzenia jej do głosu. Trochę wkurzało mnie to, że nie chciała zgodzić się po dobroci, powinna przecież wiedzieć, że chcę dla niej dobra.
-Okej – dała za wygraną w końcu dziewczyna, chyba także zdenerwowana całą tą sytuacją. Zamilkłem, pozwalając jej powiedzieć to, co tak bardzo chciała mi oznajmić – Pojadę z tobą, tylko zamknij się wreszcie!
Ucieszyłem się tak bardzo, że kompletnie zapomniałem o tej drugiej części zdania. Zacząłem nawijać z jeszcze większym entuzjazmem, podskakując z radością. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie powinienem się odzywać. Zamilkłem, chociaż tak naprawdę i tak nie musiałem, bo Kate wcale nie zwracała na mnie uwagi, tylko się śmiała.
Na szczęście szef dłużej nie chciał trzymać mnie w pracy. Chyba także miał mnie już serdecznie dość. Jakoś wcale mnie to nie dziwiło, dzisiaj naprawdę mi odbijało. Do domu leciałem szybciej niż zwykle, miałem tylko pół godziny, żeby wszystko pozałatwiać. Na szczęście mój precyzyjny plan zawierał wszystkie szczególiki. Kate miała czekać na mnie na placu, dokładnie w samym centrum Montrealu. Tymczasem to ja musiałem na nią czekać, bo kiedy zajechałem na parking, jej jeszcze nie było. Zjawiła się punktualnie, od razu wyhaczyłem ją swoim wzrokiem. Ja jednak musiałem wyjść z samochodu, by ona mnie zauważyła.
-David, nie wiedziałam, że masz prawko! – krzyknęła z podziwem, wsiadając do mojego starego grata. Uśmiechnąłem się pod nosem i zapaliłem silnik.
-Bo nie mam – wzruszyłem ramionami, rozglądając się po drodze. Widziałem kątem oka zdumiona minę Kate. Dziewczyna przez moment milczała, chyba nie miała pomysłu na to, co powiedzieć.
-Mogę ci zaufać? – zapytała niepewnie, patrząc jak omal nie potrąciłem przechodzącej kobiety.
-To już pytanie nie do mnie – zachichotałem – Ale powiem ci, że jeszcze nigdy nikogo żywego nie potrąciłem.
-Żywego – powtórzyła dziewczyna, marszcząc brwi – Czyli oni wszyscy już nie żyją?! – zawołała, udając przerażenie. Wybuchnąłem głośnym śmiechem, nawet na ułamek sekundy nie spuszczając wzroku z drogi. Wiedziałem, że mi ufała, dlatego musiałem pokazać, że zasługuję na to zaufanie.
-Skąd ty wziąłeś tę furę? – zapytała. W jej głosie wyczułem żart. Ona śmiała się z mojego wozu. Prychnąłem cicho pod nosem.
-Ciesz się, że w ogóle możesz nią jechać! – wrzasnąłem obrażony – To edycja limitowana! Takiej w Montrealu nie zobaczysz! A następnym razem zanim coś powiesz, to się zastanów, co chcesz mówić, bo teraz twoje życie ode mnie zależy! – zachichotałem – Mogę wszystko więc lepiej trzymaj język za zębami!
Ona roześmiała się głośno, tak głośno, że aż zaraziła mnie swoim śmiechem. Atmosfera w naszym samochodzie była tak bardzo luźna, że aż sam dziwiłem się Kate, która stała mi się tak bliska. Chyba już byliśmy przyjaciółmi.
Na szczęście podczas drogi nie mieliśmy żadnych niespodzianek, a policja nawet nie próbowała nas zatrzymywać. Nie wiem, dlaczego i nie zamierzałem się nad tym zastanawiać. Cieszyłem się, że mogłem bezpiecznie przejechać bez prawka. Robiłem to już tak wiele razy, że właściwie nie bałem się policji. Komisariaty też już zdążyłem wszystkie odwiedzić, błękitni mnie znali, przynajmniej ci z poprzedniej okolicy. Więc nawet gdyby nas złapali, mógłbym z nimi się dogadać.
Ciągle nie mówiłem Kate, gdzie tak naprawdę jedziemy. Powtarzałem cierpliwie, że to niespodzianka. Dlatego była cholernie zdumiona, gdy zaparkowaliśmy przed blokiem.
-Kawałek będziemy musieli się przejść – odparłem dumny z siebie, wyskakując z wozu. Ona z mniejszym entuzjazmem wysiadła. Wiedziałem, że była już tym  wszystkim zmęczona, ale wiedziałem również, że ten cudny widok doda jej energii do zabawy. Mi zawsze dodawał, chociaż dojeżdżałem tutaj właściwie z drugiego końca Kanady. I co roku przyrzekałem sobie, że tutaj wrócę.
-Gdzie ty mnie ciągniesz?! – piszczała dziewczyna, kiedy otworzyłem bagażnik i wyciągnąłem z niego wielką torbę.

-Zaczekałaś tyle godzin, to jeszcze połowa nie zrobi ci różnicy – wystawiłem jej język. Ona tylko prychnęła cicho, udając obrażoną. Jeszcze raz sprawdziłem, czy wszystko dokładnie zamknąłem i wyruszyliśmy. Przez cały czas ona błagała mnie, bym powiedział, gdzie idziemy. Ja tylko się z niej śmiałem, a szczególnie z jej zdumienia przez zmianę krajobrazu. Przez kilka pierwszych minut szliśmy jeszcze przez obrzeża miasta, potem weszliśmy w jakiś las, a na końcu wędrowaliśmy przez pole. Kate chyba specjalnie narzekała, żebym się ugiął. Ale ja nie puściłem pary z ust. Kiedy i ona usłyszała te niesamowite dźwięki strun i perkusji, zrozumiała, gdzie pędzimy. Czułem, że w głębi serca się cieszy, choć udawała, że nadal jest obrażona. Zauważyłem, że coś zaczęło ją gnębić.