środa, 29 maja 2013

PART XXIV

Wciąż trochę się wahałem, czułem, że to będzie okropne doświadczenie. Ale powtarzałem sobie, że robię to dla kumpla, by wyciągnąć go z dołka. Dlatego nie cofnąłem swojej decyzji. Czekałem. Czekałem co przerwę, pilnie ją obserwując. Wiedziałem, że prędzej czy później pójdzie do tego cholernego kibla sama, bez tych swoich psiapsiół, choć miałem jednak nadzieję, że tego nie zrobi. Wtedy miałbym wytłumaczenie, że nie wykonałem planu.
Ale ona, zgodnie z moimi oczekiwaniami, na czwartej przerwie opuściła Pierre’a i ruszyła w kierunku toalet. Wziąłem głęboki wdech i bez zastanowienia ruszyłem za nią. Zanim tam wszedłem, czujnie rozejrzałem się, czy nikt na mnie nie zwraca uwagi. Trochę głupio było mi tam włazić, ale przecież nie miałem innego wyjścia.
-Nati! – zawołałem, zamykając za sobą drzwi. Ona zatrzymała się w pół kroku do kabiny i powoli się odwróciła.
-To żeńska – odezwała się chyba trochę zaskoczona. Ale właśnie to miało odegrać tutaj największą rolę. Zaskoczenie.
-Wiem – odparłem. Zanim ona zdążyła chociażby otworzyć usta, już obejmowałem ją w pasie. Miałem cholerne szczęście, że akurat nikogo tutaj nie było. Czułem, że nie mam czasu do stracenia, nie mogłem się wycofać. W myślach powtarzałem sobie, że to nie trwa długo, że musze tylko ją omotać.
Nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażałem sobie czegoś takiego. Gdy tylko dotknąłem jej ust, miałem ochotę przerwać to wszystko i zwiać stamtąd. Jakoś zdołałem się powstrzymać. Potem było już tylko gorzej, ona coraz bardziej się w to angażowała. Nie przerwałem tego. Powtarzałem sobie, że to dla Pierre’a, że teraz się nie cofnę, że zaszedłem zbyt daleko. Odważyłem się na taki krok, którego chyba nikt oprócz mnie nie wykonałby. Czułem jej obleśny dotyk, udawałem, że to mi się podoba, że to mnie bawi. I w sumie dobrze mi to szło, ona nie skapnęła się, że to pułapka, że nie przyszedłem tutaj, żeby się z nią widzieć. Miałem rację, ona rzucała się na każdego, kto tylko zjawił się pod jej czujnym nosem. Chwytała każdą okazję, a potem wyśmiewała się z ludzi, których udało jej się przelecieć. Ze mną miało być identycznie. Zapomniała tylko o czymś cholernie ważnym.
Kiedy tylko byłem pewien, że połknęła haczyk, przeszedłem do ataku. Specjalnie zacząłem błądzić dłońmi pod jej koszulką. Poczułem coś miękkiego, od razu domyśliłem się, że to silikon. Zacząłem mocować się z zapięciami, chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, jak się pozbyć tego czegoś. Odetchnąłem  ulgą. To koniec. Koniec już tej całej zabawy z Pierre’em. Ona chyba skapnęła się, że coś tu nie gra, ale nie miała już ze mną szans. Po ułamku sekundy się od niej odkleiłem i odskoczyłem, chwytając tę poduszkę i szeroko się uśmiechając.
-T... Ty... Ty to wszystko... – jąkała się wściekła jak osa Nati  - Specjalnie... Żeby...
-Straciłaś czujność – wyszczerzyłem się, machając poduszką, by trochę ją podenerwować.
-Oddawaj! – warknęła dziewczyna, próbując wyrwać mi swoją własność. Oczywiście jej się nie udało, nie miała ze mną szans.
-Więc mnie złap – wystawiłem jej język, a potem odwróciłem się i wybiegłem z toalety. Nigdy nie przewidywałem, że powietrze szkolnej toalety, w dodatku damskiej będzie dla mnie jak potężny łyk orzeźwiającej wody. Miałem wrażenie, ze cudowna lekkość pozwoli mi na latanie. Ale nie mogłem zbyt długo się cieszyć.  Wiedziałem, że muszę jak najszybciej dotrzeć do Pierre’a . Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie on może być, liczyłem na odrobinę szczęścia i swoją intuicję. Zacisnąłem mocniej pięści i przyspieszyłem. Dobrze wiedziałem, że Nati będzie leciała za mną jak pies za patykiem. Przeleciałem obok swojej szafki. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, kogo tam widziałem. Zrobiłem wielki obrót, przeklinając siebie w duchu.
-Pierre! – wrzasnąłem z ulgą, zauważając znajomo wyglądającą brązową czuprynę. Brunet odwrócił się, chyba zaskoczony moją niecodzienną radością na jego widok. Od razu zainteresował się moją dłonią – Pierre, to jest twoje dziecko – wydusiłem z siebie na jednym oddechu.
-Co? - Zapytał głupio brunet, patrząc na mnie jak na ufo. Wziąłem głęboki wdech, ale nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo ktoś rzucił się na mnie z przekleństwami. Nati omal mnie nie przewróciła, ale na szczęście zdążyłem odrzucić tę poduszkę. Pierre zręcznie ją złapał, patrząc się na swoją dziewczynę, na mnie i na tę feralną poduszkę. Próbował jakoś to wszystko poukładać sobie w głowie.
-Możesz mi to oddać? - zapytała nerwowo, widząc, że nie mam już jej rzeczy. Chyba dopiero wtedy zauważyła, że osobą, do której się zwraca, jest jej chłopak. Próbowała szybko zasłonić swój brzuch, ale było już stanowczo za późno. Pierre wszystko zrozumiał, widziałam to po jego twarzy. Odetchnąłem z ulgą, opierając się o ścianę. Brunet wpatrywał się w blondynkę wzrokiem pełnym bólu. Nie mówił nic, zupełnie nic. Jego twarz przybrała postać kamienia, nie wyrażała żadnych emocji. Stali tak do końca przerwy, ona, po raz pierwszy zbita z tropu, i on, chłodny i nieczuły. Dopiero gdy zadzwonił dzwonek, Pierre zaczął iść w kierunku klasy. Ruszyłem za nim, trochę przestraszony reakcją kumpla. W połowie drogi brunet zatrzymał się gwałtownie.
-David... – zaczął mówić, ale chyba nie do końca wiedział, jak to wszystko ubrać w słowa.
-Nie musisz dziękować – machnąłem lekceważąco dłonią – Drobiazg – dopowiedziałem, chociaż prawie natychmiast przypomniałem sobie, jak wiele ten drobiazg musiał mnie kosztować. Ale było warto. Było warto chociażby po to, by ujrzeć ten szeroki uśmiech Pierre’a, którego nie widziałem przez kilka ostatnich dni, nawet miesięcy. Zrozumiałem, że udało mi się dokonać czegoś niezwykłego, uratować przyjaciela.
***
-David! – usłyszałem przez głośniki swoje imię, wywrzaskiwane przez błękitnookiego przyjaciela – David, zostaw w spokoju moją gitarę, bo za chwilę oberwiesz po łbie swoim basem! – odgrażał się. Zachichotałem cicho, odkładając instrument na miejsce. Zupełnie nie wiedziałem, dlaczego on aż tak bardzo się denerwuje. Ja i chłopaki byliśmy wyluzowani. Tak, tak, niby to nasz pierwszy koncert na większej scenie, ale to przecież jeszcze nie powód, by zachowywać się jakby to była nasza jedyna szansa na zabłyśnięcie. W końcu jesteśmy dobrym zespołem i poradzimy sobie nawet, gdy zawalimy ten występ. Chociaż oczywiście lepiej dla nas byłoby gdyby ten koncert jednak się udał. A gdybyśmy zostali suportem, to już w ogóle dla nas byłby sukces.
-Pierre, Jeff! – wrzeszczał Seb do mikrofonu – Gdzie wy się znowu podzialiście! Dave! –jęknął - Zostaw tego banana! Musimy zacząć próbę! Ludzie ogarnijcie się!
Z żalem pochłonąłem pół banana za jednym rozmachem i chwyciłem swój bas. Kątem oka ujrzałem i usłyszałem, jak Pierre i Jeff wrzeszczą do mikrofonów, że są za Sebem. Zachichotałem cicho, zauważając jak błękitnooki podskakuje i znowu zaczyna krzyczeć bez powodu.
-Seb! – wrzasnąłem – Przez ciebie nie możemy zacząć próby! Weź się do roboty!
Czerwony ze złości chłopak już się nie odzywał, tylko zaczął grać. Dołączyłem do niego ze swoim basem, a potem usłyszałem także perkusję i gitarę Jeffa.  Czekaliśmy jeszcze na Pierre’a, który, jak zauważyliśmy dopiero po minucie, zajął miejsce Chuck’a.
-No nie, ja zwariuję – marudził znowu Seb, przerywając grę. Ja dalej dręczyłem struny mojego basu. Bardzo nie lubiłem przerywać gry, a uwielbiałem dźwięk strun gitary. Zaczynałem wpadać w trans, a z tego już trudno było mi się wybudzić. Grałem i grałem, nie zważając na krzyki przyjaciół. Dopiero, kiedy Jeff kopnął mnie w kostkę, przerwałem, warcząc niemiło. Stinco nie przejął się tym, tylko głową wskazał mi na Chucka, który tłumaczył cierpliwie wkurzonemu Sebowi, że musiał zrobić sobie przerwę w tej ciężkiej próbie i pobiec do toalety. Westchnąłem cicho, łapiąc się za głowę i z tęsknotą wpatrując się w skórkę po bananie.
-Mam złe przeczucia – wymamrotał Seb, gdy już skończyliśmy próbę i szliśmy w kierunku swojej garderoby. Cudem udało nam się zagrać cztery piosenki z naszej setlisty, bo w międzyczasie wyskoczyło również milion innych spraw – Chyba coś nie wypali.
-Pesymista! – prychnął Pierre, którego już powoli zaczynała ogarniać fala koncertowa – Sebciu, nic nie może się nie udać. Zrobiliśmy próbę, wszystko działa, nic nie jest zepsute. Nic nie może się stać!

-Może i tak – odparł nadal zadumany błękitnooki – Ale i tak coś nie daje mi spokoju... – mój przyjaciel mówił dalej, ale ja już nie zwracałem na to uwagi. Ciekawie rozglądałem się po terenie przeznaczonym dla gwiazd. Nigdy nie miałem okazji tutaj przebywać, stałem jedynie przy barierkach. Kręciło się tutaj mnóstwo ludzi z identycznymi identyfikatorami jak mój, roztrzepanych i zabieganych. Chciałem szybko dobiec do chłopaków, bo znikali już za rogiem, ale wtedy poczułem, że lecę. Naprawdę, chociaż trwało to zaledwie sekundę, uwierzyłem, że potrafię latać. To było jednak tylko złudzenie. Dopiero po chwili zrozumiałem co się stało. Ktoś po prostu na mnie wpadł. A poznałem to po cichym jęku. 

środa, 22 maja 2013

PART XXIII


-To chyba tutaj, nie? – dotarł do mnie głos Seba. Rozejrzałem się czujnie. Rzeczywiście nasz kumpel zatrzymał się przed jakimś blokiem i usiadł na pobliskiej ławce. Czekał na kogoś, ale wyraźnie widzieliśmy, że bardziej ma ochotę skoczyć z mostu niż spotykać się z tym kimś. Dlatego nie potrzebowaliśmy dużo czasu, żeby zorientować się, na kogo czeka.
-Musimy zapamiętać tę ulicę. W sumie to gdzie my jesteśmy? – zapytałem głupio, rozglądając się. Seb złapał się za głowę.
-Przed chwilą ci mówiłem – jęknął załamany – Dave, z tobą po prostu nie da się współpracować!
-Przesadzasz – uśmiechnąłem się przepraszająco – Może i jestem troszeczkę roztrzepany, ale da się do mnie przyzwyczaić. Chociaż wiesz, moja rodzina ledwo to wytrzymuje. Mama to...
-Okej, Dave, starczy – przerwał mi chłopak – Zanim zacząłeś mnie słuchać, mówiłem o tym, że kiedyś mieszkał tu jeden z moich kumpli, więc te tereny nie są mi obce. Ale nie miałem pojęcia, że Nati tu mieszka... – zakończył zamyślony.
-No to świetnie – klasnąłem w dłonie z radością – Jeśli szczęście dalej nam będzie tak dopisywało, to w kilka minut ją rozpracujemy!
Seb lekko się uśmiechnął. Mój entuzjazm miał taką dziwną siłę, która potrafiła dać nadzieję nawet jemu, rodzonemu pesymiście. Tylko że po jakimś czasie nie mogłem już wysiedzieć na miejscu, powoli zaczynało mi się nudzić, a brak kolejnych śladów wbijał kolejne gwoździe do mojej trumny. Ale wziąłem sobie za punkt honoru dokopać Nati. I nie zamierzałem tak łatwo się poddać.
-Dave, to bezsensu – powtarzał mi ciągle Seb. Wiedziałem, co miał na myśli. Żeby odwrócić się i odejść.
-Mówiłem, że nie będę miał ci za złe, jeśli mnie zostawisz – odparłem, wzdychając głośno – Naprawdę możesz już iść.
-Daj spokój – prychnął błękitnooki, opierając się o jakieś drzewo i wpatrując się w Nati – Powiedziałem, że ci pomogę, to ci pomogę, tak? Teraz nie będę się wycofywał z danego słowa – wymamrotał, chociaż wiedziałem, że on ma już dość.
-W końcu się potknie – zacisnąłem mocniej pięści. Każdy kiedyś popełnia błędy, ona na pewno też. Nie wierzę, by ona miała aż takie szczęście, że wszystko w nieskończoność będzie jej się udawało, bo to zwyczajnie niemożliwe. Trzeba było czekać, aż straci czujność – Wchodzi do sklepu – wymamrotałem, przyspieszając kroku.
-Dave! Daj spokój...
-Seb! – jęknąłem – Seb, tłumaczyłem ci milion razy, że nawet na minutę nie dam sobie spokoju! Jak chcesz, to czekaj tutaj, ja idę.
Kątem oka zauważyłem, jak błękitnooki zatrzymuje się. Wzruszyłam ramionami. Ciekawiło mnie, po co ona może tam włazić, w końcu kilka godzin temu była na zakupach z Pierre’em. No właśnie, z Pierre’em. Albo po prostu czegoś zapomniała, albo... No właśnie. Nie chciała tego kupować przy swoim chłopaku.
Postanowiłem z daleka ją śledzić. To chyba wyglądało nieco dziwnie, chłopak przez pół godziny gapiący się na szminki, ale olałem to. Starałem się nie spuścić jej z oczu, żeby widzieć, co bierze. Przez kupę czasu stała przy cieniach do powiek i próbowała któryś wybrać. Koniec końców wzięła dwa. Potem szukała jakichś perfum. Powoli zacząłem wątpić, że rzeczywiście uda mi się coś nowego odkryć. W końcu jednak wtopiła. Szła już w kierunku kasy, kiedy przypomniała sobie o czymś. W porę zdążyłem schować się za półkami. Widziałem, jak chwyta paczkę z tamponami i wrzuca ją do koszyka. Poczułem taką ulgę i radość, że aż cicho zapiszczałem. Postanowiłem zapędzić ją w kozi róg. Schowałem dłonie w kieszeniach i ruszyłem w jej stronę.
-Nati! – zawołałem z radością, rozkładając ręce – Co tam słychać w wielkim świecie!?
Blondynka spojrzała na mnie ze zdumieniem i jakby ze zgorszeniem w oczach. Chyba wiedziała, że nie może panikować, bo zachowała spokój.  Powoli, w swoich szpilach, szła ku kasie. Ale tak mnie się na pewno nie pozbędzie. Dobiegłem do niej.
-Widzę, że zrobiłaś zakupy na dobry kawał czasu – wymamrotałem ironicznie, zaglądając do jej koszyka, który ona usiłowała schować – chyba długo nie będziesz zaglądać do tego sklepu, co? Bo tych tamponów podczas ciąży to chyba nie będziesz używać, co?  - brutalnie skradłem jej pudełko z koszyka i potrząsnąłem nim – A może będziesz z nich korzystała, co? Jesteś wyjątkiem i masz okres w trakcie ciąży? – wysyczałem – Nikt tobie w to nie uwierzy... – prychnąłem. Jej reakcja mnie zaskoczyła. Jej spokój w ogóle się nie zachwiał. Zabrała mi to pudełko z dłoni i wrzuciła z powrotem do koszyka.
-Desrosiers, jaki ty jesteś tępy – roześmiała się – Rusz czasami głową, bo aż żal patrzeć. Oczywiście, że będąc w ciąży, nie mam okresu. A te tampony są dla mojej siostry, poprosiła mnie, żebym jej kupiła. Zresztą po co ja się tobie tłumaczę. To chyba nie twoja sprawa, nie? – warknęła.
-Kłamiesz – wysyczałem – Perfidnie wszystkich okłamujesz prosto w oczy! Pierre’a także!
-Kłamię? Ja kłamię? – roześmiała się – Więc udowodnij mi to! Jeśli masz takie argumenty jak z tymi tamponami to gratuluje inteligentnych poszukiwań. Desrosiers, ja naprawdę nie wiem, czego ty ode mnie chcesz, ale masz mnie zostawić w spokoju, rozumiemy się? Wynos się stąd i lepiej przestań mnie śledzić!
Przez krótką chwilę gapiłem się na nią, próbując strawić wszystko, co się wydarzyło. Nie potrafiłem zrozumieć, jak ona zdołała to wszystko obrócić przeciwko mnie. W końcu to ja powinienem jej dokopać tymi tamponami. A to ja zrobiłem z siebie idiotę.
-I tak wiem, że kłamiesz! – zagroziłem jej palcem – A Pierre dowie się o tym, co widziałem, zobaczysz!
-Myślisz, że ci uwierzy? – zachichotała ona. Uznałem, że już nie warto tracić czasu i nerwów na tę rozmowę. Ze złością odwróciłem się i ruszyłem ku drzwiom. Seb wyczuł, że nie powinien mnie wkurzać. Nie odzywał się, ale ja wiedziałem, że go ciekawość zżera. W końcu nawet nie powiedziałem mu, gdzie idziemy.
-Jak myślisz, gdzie teraz może być Pierre? – zapytałem, usiłując ostudzić nerwy.
-W studiu – odparł natychmiast Seb – Chuck mówił, że będą pracować nad jakimś tekstem. A po co ci Pierre? Przyłapałeś ją na czymś?
-Można tak powiedzieć – odparłem i o wszystkim opowiedziałem Seb’owi. Ten tylko cicho westchnął i schował dłonie w kieszeniach. Czułem, że on także zaczyna wierzyć w te bajki o dziecku. Nie mogłem nadziwić się jego głupocie. Tak samo jak głupocie Pierre’a, który jest tak blisko Nati, a nie widzi rzeczy tak oczywistej. Chuck i Jeff także wierzyli w te brednie, jakoś starali się podtrzymywać Bouviera na duchu, który był wręcz załamany faktem, że niedługo zostanie ojcem. Pozostałem sam. A czułem, że moja historia niewiele wniesie do całej sprawy.
A jednak powinienem powiedzieć o tym kumplowi, dlatego wraz z Sebem pędziliśmy do studia. Kiedy wskoczyliśmy do środka, Chuck kłócił się o jakiś wyraz z Pierre’em. Nawet zapytał się na s o zdanie, błękitnooki coś odpowiedział, ale ja nie zwróciłem na to uwagi. Od razu przeszedłem do rzeczy.
-Pierre, Nati nie jest w ciąży – wyrzuciłem z siebie na jednym wydechu. Brunet spojrzał na mnie z nadzieją, ale za chwilę ta nadzieja zgasła. Z powrotem pochylił się nad kartką i zaczął po niej mazać. Nie zauważyłem w jego oczach ani krzty ciekawości – Pierre, naprawdę! – wrzasnąłem z entuzjazmem, ale to jakoś go nie zainteresowało – Pierre, widziałem, jak ona kupuje tampony! To chyba wszystko wyjaśnia, co?
-Nie, Dave, to niczego nie wyjaśnia – wymamrotał ponuro Pierre – Dobrze wiesz, że to nic nie znaczy.
-Jak to nie, przecież...
-Dave, ja wiem, ty chcesz dobrze. I naprawdę dziękuję ci, że się o mnie martwisz. Ale Nati jest w ciąży, ja jestem ojcem jej dziecka. Tego nie zmienisz. Nie próbuj doszukiwać się w tym czegoś innego, bo tego nie znajdziesz. I przestań ją śledzić, bo to nie ma sensu. Jeśli nie chcesz tego zrobić dla niej, zrób to dla mnie. Chcę tylko, żeby to dziecko mimo wszystko było zdrowe. Proszę cię, Dave...
Dawno nie widziałem Pierre’a tak smutnego, a jednocześnie tak spokojnego. Zrozumiałem, że w końcu udało mu się pozbierać i jakoś się z tym pogodzić. Nie byłem pewien czy to dobrze czy źle. On mi nie wierzył, za to wierzył Nati, tak go sobie laska owinęła wokół palca. W sumie musiałem jej przyznać, że jest cholernie sprytna. Ale nie na tyle sprytna, by grać przede mną. Ja nie mogłem tak łatwo się poddać. Okej, skoro Pierre prosi, to ja nie mogę odmówić ze względu na przyjaciela. Ale nie zostawię tego tak. W końcu on też mi pomógł.
***
Obgryzałem ze złości paznokcie, kiedy widziałem ją na korytarzu. Tak, nadal nie mogłem się z tym pogodzić, chociaż minęło już mnóstwo czasu od pobytu Pierre’a w szpitalu. Nati już miała brzuszek, widziałem to na własne oczy, a jednak ciągle coś mi w tym nie pasowało. Niestety tylko mi. Nawet chłopaki byli przekonani, że to prawda. Gdy tylko o tym napomknąłem, wszyscy mówili mi, że mam dać sobie spokój. A ja nie potrafiłem, to wciąż mnie męczyło. Kiedyś udało mi się zostać w zamkniętej klasie i przeszukać jej plecak. Znalazłem podpaski, ale wiedziałem, że i tak nikt mi nie uwierzy. Musiałem znaleźć coś, co rzeczywiście by ją przyskrzyniło. Wtedy udałoby mi się tez podciąć jej skrzydła, co oznaczałoby zwycięstwo i radość do końca życia. Bo wtedy ona już na zawsze by się od nas odczepiła.
-David, czasami mam wrażenie, że ty nie jesteś moim bratem – westchnęła głośno Julia, kiedy podzieliłem się z nią tym, co mnie tak bardzo dręczyło. Spojrzałem na nią szeroko otwartymi oczyma. Dziewczyna złapała się za głowę załamana – Pomyśl logicznie! Skoro ma brzuch, a nie jest w ciąży, to...
-... przytyła – odparłem bez namysłu. Ale chyba nie o to chodziło, bo ona walnęła się pięścią w czoło, a potem wstała i odeszła od stołu – No co? – wymamrotałem głupio pod nosem.
-Nie, nic – odparła moja siostra z takim sarkazmem, że aż nie mogłem tego pozostawić bez komentarza.
-Ja nie jestem kobietą – prychnąłem – Nie znam waszych sposobów na ukrywanie ciąży!
-A powinieneś. Zachowujesz się jakbyś nie oglądał żadnych filmów. Poduszka, Dave, poduszka! Ona musi mieć poduszkę pod koszulką! Jeśli na środku szkoły ta poduszka „wyślizgnie jej się”, to już po niej. Wygraną masz w kieszeni. No i twój śliczny kumpel będzie wolny – dziewczyna zatarła dłonie z wyraźnym zadowoleniem. Bardzo dobrze wiedziałem, że ona nie ma szans u mojego kumpla.
-Dobra, okej – odezwałem się zamyślony – Okej, może ma tę poduszkę, ale uwierz mi, ona jest cholernie sprytna. I dam sobie rękę uciąć, że będzie się pilnować. Ta poduszka ot tak jej nie wyleci.
-W takim razie ty musisz zadbać o to, by wszystko się wydało - Julia wzruszyła ramionami. Odwróciła się i nalała sobie coli do szklanki. Męczyłem dolną wargę, zastanawiając się nad jej słowami.
-Ale jak mam to zrobić? – zapytałem chyba bardziej siebie niż kogokolwiek innego.
-To już kwestia twoich przygłupich pomysłów – odparła dziewczyna – Posłuchaj, może ona jest sprytna, ale i na takich są sposoby. A z taką wyobraźnią jak twoja, myślenie nad planem nie powinno zająć ci dużo czasu – puściła mi oczko i wyszła z kuchni. Przez moment słyszałem, jak skacze po schodach. Miała rację, każdego można przyskrzynić, nawet taką żmiję jak Nati. Stukałem palcami o szklankę. Po prawdzie ja ciągle nie miałem pewności, że ona nie była w ciąży. Musiałem to wybadać, tylko w jaki sposób? Przecież nie zedrę z niej koszulki...
***
W sumie mój plan by ł genialny. Ryzykowałem jedynie to, że Nati nie będzie chciała. A zdążyłem poznać ją już na tyle dobrze, że teraz już wiem, że ona chce zawsze. Nawet jeśli mój plan by się nie powiódł, ona jedynie rozniosłaby przygłupie plotki, w które i tak nikt by nie uwierzył, bo przecież wszyscy wiedzą, że ja jej nienawidzę. Ale za to minus całej tej zabawy był ogromny: wcale nie uśmiechało mi się robić tego całego cyrku. Ale pragnąłem jej dokopać, i to dokopać tak dotkliwie, że nigdy nie odważyłaby się zrobić tego po raz drugi.

sobota, 18 maja 2013

PART XXII


Następnego dnia gdy tylko się obudziłem, w mojej głowie pojawiła się myśl, że muszę pędzić do szpitala. Dziesięć minut później już byłem w drodze na przystanek autobusowy. Tym razem pomyślałem o tym, by wziąć kasę na bilet i bez problemu dostałem się do szpitala w kilka minut. Winda oczywiście była nieczynna, więc truchtem pokonałem schody, przysięgając sobie w duchu, że w przyszłe wakacje popracuję nad kondycją. Omal nie zemdlałem, przeskakując przez ostatni schodek. Przez kilka minut stałem, oddychając ciężko, a potem otworzyłem przezroczyste drzwi i wszedłem na oddział, rozglądając się. Zupełnie zapomniałem, w której sali leży Pierre. Na szczęście zauważyłem znajomą trójkę chłopaków. Odetchnąłem z ulgą, rzucając się w ich kierunku.
-Co się dzieje? – zapytałem wesoło. Błękitnooki spojrzał na mnie ponuro. Przez moment pomyślałem, że  z Pierre’em znowu coś jest nie tak – Chłopaki, czemu nie wchodzicie?
-Chyba... Chyba się boimy – odparł drżącym głosem Chuck – Podobno już się obudził – brunet przełknął cicho ślinę i wlepił wzrok w podłogę.
-To raczej powinniśmy się cieszyć – uśmiechnąłem się szeroko.
-My się cieszymy! – krzyknął Jeff porywczo – My naprawdę się cieszymy, ale... – urwał. Z pomocą szybko przyszedł mu Seb.
-Słuchaj, Dave, to nie jest takie proste. Przez nas on prawie się zabił. A teraz mamy tak po prostu wejść i z nim się śmiać?
-Nie – zaprzeczyłem – Nie, macie swoją postawą pokazać mu, że popełniliście błąd.
-A jeśli on nie będzie chciał nas widzieć? – zapytał ponuro Seb – Po czymś takim to zrozumiałe...
-Jeśli nie spróbujecie, to się nie przekonacie – wzruszyłem ramionami. Oni pospuszczali głowy. Westchnąłem cicho. Chyba nie pomogłem – Okej, jeśli chcecie, to mogę wejść i wybadać sytuację.
-Naprawdę? – rozpromieniła się cała grupa. Pokiwałem głową – Tylko wiesz... Dyskretnie. Żeby czasem nie domyślił się, że tu jesteśmy.
Machnąłem dłonią w geście zgody i ruszyłem  w stronę sali. Zanim jednak dotarłem do drzwi, usłyszałem głos Jeff’a.
-Dave, Pierre leży tutaj – wskazał dłonią drzwi obok tych, do których chciałem wejść. Przekląłem cicho pod nosem i wszedłem do odpowiedniej Sali.
-Siema brachu! – wrzasnąłem z radością, patrząc na znudzonego bruneta. Ten spojrzał na mnie smutno, a potem wlepił wzrok w ścianę. Wyglądał o wiele lepiej niż wczoraj, ale był dziwnie przygnębiony – Kupiłem ci coś do żarcia, doskonale znam te przysmaki szpitalne – uśmiechnąłem się, odkładając jednorazówkę na stolik – Właściwie to miałem nic nie kupować, ale jakoś tak mi zapachniało... – paplałem, rozdzielając banany – Chcesz jednego? – zapytałem. Zaprzeczył głową – To nie – wzruszyłem ramionami – Ja się chętnie podzielę – usiadłem na taborecie i zacząłem obierać owoc ze skórki.
-Widziałeś się z chłopakami? – zapytał ponuro – Nie byli u mnie... W sumie to czemu ja się dziwię – mówił do siebie.
-A wiesz, widziałem ich – powiedziałem, gryząc banana – I powiem ci nawet więcej, u ciebie też byli. Są – poprawiłem się szybko. Brunet odwrócił głowę w moją stronę, w jego oczach ujrzałem niewielką nadzieję – Pewnie od kilku godzin stoją pod drzwiami – kontynuowałem – Boją się wejść.
-Boją się? – powtórzył brunet jakby nie wiedział, o co chodzi. Wstałem.
-Zaraz sam się przekonasz – bez żadnego ostrzeżenia ruszyłem w stronę drzwi.
-David, co ty niby chcesz... NIE! – zdążył krzyknąć, a raczej ja tyle zdążyłem usłyszeć, zanim zamknąłem za sobą drzwi.
-Przepraszam, chłopaki – wyszczerzyłem się przepraszająco – Jakoś domyślił się, ze tu jesteście. Chce z wami gadać.
Jeff, Seb i Chuck tak zbledli, że aż przez krótki moment pomyślałem, że z głośnym wrzaskiem stąd zwieją ze strachu. Ale oni chyba mieli swój honor, bo powoli podnieśli się z krzeseł i ruszyli w stronę drzwi, znikając po chwili za ich czeluściami. Ja z powrotem usiadłem na krzesełku, dumny ze swojego genialnego planu. Teraz już wszystko miało się wyjaśnić, wszyściusieńko. Bałem się tylko o to, że zjedzą wszystkie banany, bo sam miałem ochotę na jeszcze jednego.
***
-Ta dziewczyna jest nienormalna – wrzeszczałem w kółko, wraz z Sebem zbiegając po szpitalnych schodach – No nienormalna, Seb! Posuwać się do takiego kroku, żeby zatrzymać przy sobie chłopaka, to już świństwo! W co ona do jasnej cholery gra?!
-Nie mam pojęcia – wymamrotał zamyślony błękitnooki – Ale to jest podejrzane. To po prostu nie może być prawda...
-No jasne, ze nie może – prychnąłem – Ona specjalnie skłamała, nie miała innego wyjścia, żeby utrzymać przy sobie Pierre’a! Gdyby mu nie powiedziała, że jest w ciąży, to już dawno nie byłoby ich związku ani tej cholernej próby samobójczej Pierre’a! To wszystko wina tego napuszałego balerona!
-Kogo? – przerwał mi błękitnooki, ale zaraz machnął dłonią lekceważąco – Zresztą nieważne...
-Seb, my nie możemy tego tak zostawić! – wrzasnąłem – Ona prędzej czy później go wykończy! A on jest tak załamany, że nawet tego nie zauważy! Musimy coś zrobić!
-David... – westchnął cicho Seb. Zauważyłem, że nie pała tak wielkim entuzjazmem jak ja – Ja nie wiem, czy to dobry pomysł... Pierre nie lubi, jak ktoś wpycha się do jego prywatnego życia. Nie będzie zadowolony, jeśli się dowie...
-Seb, a co się stało, jak ostatnio nie zareagowaliście? Pierre omal się nie zabił! – wrzasnąłem wściekły. Zobaczyłem, że Seb rumieni się. Zaatakowałem akurat słaby punkt, najsłabszy – Chyba zależy ci na dobru przyjaciela, co? On sobie sam z tym wszystkim nie poradzi! Widzisz, w jakim jest stanie? Musimy pogadać z tą idiotką i zapędzić ją w kozi róg!
-Dave, to nie nasza sprawa...
-Dobra, wiesz co, ja nie będę cię namawiał – wzruszyłem obojętnie ramionami i przyspieszyłem – Jeśli nie chcesz, to sam sobie poradzę. Nati nie jest na tyle sprytna, by mnie wykiwać. Tylko czy ja wytrzymam i nie chlasnę jej w twarz...
-Czekaj! – Seb chyba potrzebował momentu do przemyślenia, bo za chwilę do mnie dobiegł. Uśmiechnąłem się lekko. Ludzie są naprawdę przewidywalni – Okej. Okej pomogę ci. Ale żeby nie było, że ja cię nie ostrzegałem...
-Spokojnie! - odparłem radośnie, przybijając piątkę z błękitnookim – Jeszcze Pie będzie nam za to dziękował.
-Jeszcze... – wymamrotał Seb niepewnie. Chyba wciąż wątpił w mój pomysł ratowania Bouviera. A ja wręcz przeciwnie, niemal podskakiwałem z entuzjazmem. Koszmarnie mi się nudziło w tym Montrealu, a jednak z czasem okazało się, że i tu nie wieje nudą. Nati przerosła samą siebie, przekroczyła wszelkie granice przyzwoitości. Nie mogłem dłużej tego tolerować. Ona może robić sobie co chce, ale nie z Pierre’em. Bo jeśli tak chce się bawić, to będzie miała ze mną do czynienia.
***
-... i przez jakiś czas będziemy się zmieniać...
-Dave, obgadywaliśmy to już z milion razy – przerwał mi zmęczony Seb – I milion razy ustaliliśmy, że siedzenie w samotności jest cholernie nudne, więc będziemy śledzić ją w parze.
-Tak mówiłem? – podrapałem się po głowie. Błękitnooki westchnął cicho. Chyba tylko on wciąż jeszcze się do mnie nie przyzwyczaił – No to jeśli tak mówiłem, to niech tak będzie.
Razem wyszliśmy ze szkoły. Staliśmy na dziedzińcu i czekaliśmy na Jeffa i Chucka. Pierre mówił nam, że po szkole jeszcze chce pogadać ze swoją dziewczyną. Czekaliśmy, śledząc, jak Nati obściskuje się na pokaz z naszym kumplem i omal nie zwymiotowaliśmy. Gdy Seb nie stał obok i nie mówił do mnie, to chyba bym podbiegł i jej przywalił. Ale wiedziałem, że to nie ma sensu, bo błękitnooki mnie zatrzyma, żeby wszystkiego nie zniszczyć. I bardzo dobrze, nie chcieliśmy przecież, żeby ona za wcześnie się zorientowała, że ją śledzimy.
Przez kilka godzin siedzieliśmy u Chucka, pracując nad kolejnym utworem. Pierre usiłował coś napisać, ale jedyne słowa, jakie zanotował jego długopis, to „God must hate me”. Mówiliśmy, żeby dał sobie spokój, jeśli nie ma weny, ale chłopak się uparł. Chyba bardzo zależało mu na tym, żeby coś napisać, ale od czasu tego wypadku coś go hamowało. I my wiedzieliśmy, co to takiego. Nati. On nie mógł uwolnić się od tej dziewczyny myślami. I wcale nie dlatego, że ją kochał. On jej wręcz nienawidził.
W końcu jednak Bouvier poddał się i dołączył do nas ze swoim wokalem. Grało nam się genialnie, wszystkie instrumenty łączyły się idealnie. Aż nie byłem w stanie uwierzyć, że to my gramy. Nasz zespół był o wiele lepszy niż grupa, z która wcześniej współpracowałem. Tym razem byłem pewien, że coś z naszej muzyki będzie, i to coś nadzwyczajnego, coś naprawdę wielkiego.
Wraz z Sebem po próbie postanowiliśmy śledzić Pierre’a. Domyśliliśmy się, że pójdzie do Nati, a żaden z nas nie miał pojęcia, gdzie ona może mieszkać. A wiedzieliśmy, że to jednak niezbędne. Ani ja ani błękitnooki nie mieliśmy sił, by jeszcze do tego wszystkiego o czymkolwiek gadać. Szliśmy więc w ciszy, uważając na rozglądającego się bruneta. Nie mogliśmy pozwolić, by się skapnął, że coś kombinujemy. Jeszcze by się obraził, a tego nie chcieliśmy.

wtorek, 14 maja 2013

PART XXI


Gdy stałem przy furtce dotarł do mnie Seb. Czyli jednak trochę im zależało. Chyba że po prostu chcieli dobrze wypaść w moich oczach. Teraz już sam nie wiedziałem, co o tym myśleć.
-Czemu tak pędzimy? – zapytał błękitnooki, kiedy i Jeff do nas dołączył.
-Bo nie mamy czasu – odparłem. Nie chciałem jeszcze nic mówić, wolałem poczekać na Chucka, by nie powtarzać się dwa razy. Na szczęście milczałem krótko, Comeau szybko do nas dołączył – wy nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wiele dla niego znaczyliście...
-Zdajemy sobie sprawę! – warknął Chuck – On nas oszukiwał, to ile mogliśmy dla niego znaczyć?
-Daj spokój – prychnąłem – A nie pomyśleliście czasem o tym, że on bardzo chciał wam o tym powiedzieć, ale znał waszą reakcję? Wiedział, że go wywalicie. Nie wiecie, jak wiele nadziei on pokładał w zespole...
-Przecież wszyscy chcieliśmy jak najlepiej...
-On postawił wszystko na jedną kartę, rozumiecie? On postawił całe swoje życie na grę. Wiedział, że to jedyne wyjście, nadzieja na przyszłość.
-Okej, to nie zmienia faktu, że nam nie ufał.
-I tu się mylicie. Myślicie, że gdyby wam nie ufał, to powiedziałby wam o wszystkim, co robił? Błagam was, ruszcie głowami! –złożyłem dłonie w błagalnym geście. Przez moment milczałem, jednak zaraz potem znowu zacząłem mówić - Zresztą jak on miał ufać ludziom? Ja się mu nie dziwię i wy też nie powinniście...
-O co ci chodzi? David, powiedz wprost!
-Czyli o tym też nie wiecie... – wymamrotałem – Cholera, czyli może być gorzej niż myślałem. Podziwiam go, tak długo trzymał to w sobie... Cholera! – jeszcze bardziej przyspieszyłem. Chłopaki zaskoczeni moim szybszym tempem, dobiegli do mnie. Opowiedziałem im o wszystkim, co sam wiedziałem o Pierre’rze. Ich miny momentalnie się zmieniły, teraz na ich twarzach malował się strach i przerażenie. Chyba już zorientowali się, co najlepszego narobili.
-Dave, czy ty myślisz, że on... on m.. mógłby... No wiesz... Zrobić sobie krzywdę? – zapytał bojaźliwie Jeff. Zacisnąłem mocniej pięści. Nie odpowiedziałem, nie miałem odwagi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że teraz wszystko zależy jedynie od jego silnej woli. A raczej od jej zachwiania. Wiedziałem, że to mógł być moment. Tylko oby ten moment nie nastąpił.
-Tutaj mieszka, nie? – zapytałem, na chwilę zapominając o tym,  że oni raczej nigdy nie byli tym zaciekawieni i wskazując na jakąś obskurną kamienicę. Ja sam bliżej nigdy się tym nie interesowałem. Ktoś kiedyś powiedział mi, żebym to miejsce z daleka omijał. Tak naprawdę nawet nie miałem pojęcia, gdzie on mieszkał. Ale nie było czasu na zastanawianie się. Musiałem zaufać intuicji.
Zatrzymałem się przed czymś, co nawet nie przypominało drzwi. Wokół było pełno szkła, zapewne od butelek po wódce. Zdecydowanie zapukałem mocno. Ze środka wydobywały się różne głosy. Kątem oka zauważyłem miny chłopaków. Byli tak bardzo zdruzgotani, że nie mogli się odezwać.
Otworzyła mi jakaś kobieta, chociaż przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie mężczyzna w długich włosach. Zmieszany smród fajek i wódki sprawił, że się zachwiałem i omal nie straciłem równowagi. ---Zastaliśmy Pierre’a? – zapytałem, darując sobie powitanie. Ona  czujnie mi się przyglądała. Po chwili z jej buzi uwolnił się obłok dymu i odbił mi się od twarzy. Cofnąłem się o krok, odruch wymiotny włączył się natychmiast, na szczęście jakoś się powstrzymałem. Kobieta zachichotała cicho.
-Może jest, a może nie ma – odparła, opierając się o framugę drzwi i wpatrywała się we mnie kpiąco. Zrozumiałem, że jest kompletnie pijana. A ja nie miałem czasu, by z nią dyskutować. Bez wahania przepchnąłem się obok jej cielska, chłopaki wzięli ze mnie przykład. W mieszkaniu aż roiło się od ludzi, musieliśmy trafić w sam środek popijawy. Dopiero teraz zrozumiałem przez co musiał przechodzić Pierre. Ta kobieta coś do nas wrzeszczała, ale już żaden z nas nie zwrócił na to uwagi. Otworzyłem jakieś drzwi, całkiem na ślepo. To akurat nie był pokój Pierre’a, tylko łazienka.
-Dave! – usłyszałem przestraszony krzyk Chucka. Trzasnąłem drzwiami, oszczędzając wstydu człowiekowi siedzącemu na kiblu. Dokładnie naprzeciwko drzwi od łazienki był pokój Pierre’a. Rzuciłem się w tamtą stronę. Nie widziałem kumpla, zauważyłem tylko, jak Comeau próbuje kogoś reanimować. Od razu zorientowałem się, co się dzieje. Pierwsza myśl, która zmaterializowała się w mojej głowie, to lekarz. Zacząłem szukać jakiegokolwiek telefonu. Gdzieś zaczepiła mnie ta kobieta, przyparłem ją do ściany i zapytałem nerwowo o telefon. Wskazała mi palcem. Nie podziękowałem, tylko skoczyłem w jego stronę. Trzy razy wykręcałem numer, zanim udało mi się wykręcić ten właściwy. Wrzeszczałem jak opętany do słuchawki, że mają szybko przyjechać. Potem wróciłem do chłopaków, którzy robili co mogli. Zaciskałem bezsilnie pięści. Wiedziałem, że w tej sytuacji nie mogłem już za wiele zdziałać. Chuck i Jeff wymieniali się przy pierwszej pomocy, próbowali go wybudzić. Ja i Seb patrzyliśmy się, choć cholernie chcieliśmy coś zrobić. Wszyscy baliśmy się o jego zdrowie i życie. A za ciekawie to nie wyglądało. Drżałem ze strachu, błękitnooki także. Pierre ciągle miał otwartą buzię jakby po raz ostatni chciał zaczerpnąć świeżego powietrza. Był blady jak nigdy. Przełknąłem cicho ślinę i wybiegłem z mieszkania. Postanowiłem na dworze zaczekać na lekarza. Nie mogłem już na to wszystko patrzeć. Miałem niewielką nadzieję, że jeśli moje oczy nie będą się w to wpatrywać, to mi pomoże. Myliłem się. Teraz doszła jeszcze troska o to, że chłopaki coś spieprzą. Już planowałem powrót do mieszkania, kiedy w końcu usłyszałem syrenę. Od razu domyśliłem się, że to musi być karetka, którą wezwałem. Odetchnąłem z ulgą, chociaż tak właściwie to tej ulgi w ogóle nie poczułem.
-Za mną! – wrzasnąłem, zanim oni jeszcze zdążyli wyskoczyć z samochodu. Jeden cały czas biegł obok mnie, reszta została w tyle, zresztą chyba musieli wziąć nosze. Dalej wszystko działo się tak szybko, że sam niewiele pamiętałem z tego całego zamieszania. Przez jakiś czas ten lekarz klęczał obok Pierre’a. Zmęczeni Chuck i Jeff oraz ja i Seb otaczaliśmy go, oczekując z bijącym sercem na jakiekolwiek wieści. Nie dowiedzieliśmy się właściwie nic, bo jedyne słowo, które padło z jego ust, to „nosze!”. My ciągle biegliśmy obok sanitariuszy, Chuck ciągle ściskał dłoń nieprzytomnego chłopaka. Ja nerwowo pytałem chłopaka o jego stan, nie chciał mi nic powiedzieć oprócz tego, że w szpitalu wszystkiego się dowiemy. Żaden z nas nie mógł pojechać karetką, bo podobno mogli tylko członkowie rodziny. W duchu powiedziałem sobie, że Pierre prędzej wybrałby kogoś z nas niż z rodziny. Ale nie chciałem już się o to wykłócać.
Dopiero pół godziny później dostaliśmy się do szpitala, co i tak nie było potrzebne, bo przez godzinę jedynie koczowaliśmy pod salą Pierre’a. Nie mieliśmy żadnych informacji o tym, co się z nim dzieje. Chłopaki milczeli, chyba żaden nie wiedział, co powiedzieć. Cholernie się martwili i pewnie o wszystko się obwiniali. I po prawdzie mieli rację. Chuck przeżywał to najgorzej, chyba nie potrafił wytrwać w tej niepewności. Natychmiast wyczułem, że to on ma największy problem z emocjami. Ale na razie jakoś udawało mu się je powstrzymać. Na szczęście.  
W końcu wyszedł do nas lekarz i oznajmił, że jego stan jest stabilny i że brunet powinien wkrótce się obudzić. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Chyba Seb zapytał, czy możemy wejść od jego pokoju. Doktor niepewnie się zgodził, a my całą grupką wepchnęliśmy się do niewielkiej salki. Nadal nie odzywając się do siebie, wpatrywaliśmy się w jego spokojnie oddychającą twarz. Wszyscy cieszyliśmy się, choć niepokój jeszcze nie zniknął. W końcu wciąż nie byliśmy jeszcze pewni, czy on się wybudzi. Ale ja liczyłem na to, że skoro z najgorszego się wylizał, to teraz droga będzie już prościutka. Tyle że on nadal się nie otwierał oczu. Siedzieliśmy tam przez kilka dobrych godzin, a on nie dawał znaku życia. Lekarz kilkakrotnie zjawiał się w Sali, zapisywał coś i zaraz znikał, nie udzielając nam żadnych informacji. Kazał tylko czekać. Więc czekaliśmy. Nawet się nie poruszyliśmy, by rozprostować kości. Czekaliśmy. A to czekanie było dla nas wiecznością.
-Jak długo jeszcze? – zapytał cicho Chuck. Pierre swobodnie oddychał. Wydawało mi się, że spał spokojnie. Ale ja czułem, że tam toczy się walka o śmierć i życie. I czułem, że to śmierć tym razem przegra. Bo Bouvier wie, że tu jesteśmy, wie, że przeżywamy to razem z nim.
Było już dobrze po siódmej, kiedy coś połaskotało mnie po dłoni. Podskoczyłem zaskoczony tym gestem. Na początku myślałem, że jakiś robal chodzi mi po ręce. Dopiero po chwilki uświadomiłem sobie, że to musiał być on.
-Pierre? – zapytałem cicho, niemal drżąc z przejęcia. On nie odpowiedział nic, chyba nie miał na to siły. Rozluźnił nieco dłoń, co miało być dla nas znakiem. Przez moment żaden z nas nie mógł się poruszyć. Potem coś w nas pękło, dokładnie w tej samej chwili zaczęliśmy skakać z radości. Zaczęliśmy wszyscy paplać jak najęci, wszyscy na raz. Kątem oka zauważyłem, jak Pierre lekko się uśmiecha. Teraz żaden z nas już nie mógł usiedzieć na miejscu. Pozytywne emocje wzięły górę. Po raz pierwszy od wielu godzin mogłem powiedzieć, że znowu jestem szczęśliwy. 

środa, 8 maja 2013

PART XX


NARRACJA PIERRE’A

To wcale nie było takie proste jak wydawało się Dave’owi. Po prostu wydusić z siebie prawdę, przyznać się do kłamstw. Miałem cholernie złe przeczucia, że to się nie uda. Ale ufałem blondynowi, coś mówiło mi, że powinienem wreszcie to z siebie wyrzucić. Już wcześniej o tym myślałem, a Dave tylko potwierdził moje przypuszczenia. Przełknąłem ślinę i wszedłem do garażu Chuck’a. On już był, nawet siedział przy perkusji, Seb także czekał. Przywitałem się z nimi i usiadłem na kanapie, wlepiając wzrok w podłogę. Postanowiłem o wszystkim powiedzieć, kiedy tylko Jeff będzie na miejscu, chyba tylko dlatego, że cholernie się bałem i myślałem, że ten strach się zmniejszy wraz z czasem. Myliłem się, on tylko wzrastał coraz bardziej.
-Co się dzieje, Pierre? – pytał po raz kolejny zaniepokojony Seb, zauważając moje dziwne zachowanie. Ja tylko wzruszyłem ramionami, nawet na niego nie spoglądając. Wiedziałem, że błękitnooki nie zamierza dać mi spokoju. Westchnąłem cicho.
-Zaprosiłem Davida na próbę – wymamrotałem pod nosem – Powinniście zobaczyć, jak gra na basie. Basisty akurat nam brakuje, a on jest idealny.
Chuck zagrał coś na perkusji, wyrażając swoją radość, a Seb z entuzjazmem przeskoczył przez kanapę i usiadł tuż obok mnie.
-Naprawdę sądzisz, że się nada? – zapytał, przekrzykując instrument. Pokiwałem głową.
-Gra genialnie – przytaknąłem. Comeu zmęczył się i przestał grać. Za chwilę dołączył do nas, ciurkiem pijąc swoją półlitrową wodę – Jeszcze nie poznałem osoby, która tak potrafiłaby się bawić dźwiękami...
-O kim mowa? – zapytał Jeff, wkraczając do garażu. Poczułem, jak pot oblewa mi czoło, a ręce zaczynają drżeć. Przełknąłem cicho ślinę. Wiedziałem, że przyszła na mnie pora, wiedziałem, że powinienem już zacząć mówić. Ale nie potrafiłem pokonać strachu.
-O Davidzie – odparł Seb, przypatrując mi się z niepokojem – Pierre, dobrze się czujesz? Jak chcesz możesz iść do domu...
-Nie – odparłem  słabo. Postanowiłem wziąć się w garść. Uniosłem głowę wysoko do góry. Teraz albo nigdy – Nie. Chłopaki, muszę wam coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.
-Aż się boję... – wymamrotał Chuck ironicznie, ale nie dokończył, bo błękitnooki kopnął go w kostkę. Zapadła głucha cisza. Domyśliłem się, że czekają na moje słowa. A ja znowu nie mogłem zacząć.
-Ja... oszukiwałem was – wydukałem w końcu czerwony ze wstydu. Z powrotem spuściłem głowę – Przez cały czas was oszukiwałem i koszmarnie się z tym czuję...  – wciąż nie miałem odwagi na nich spojrzeć, ale usłyszałem kroki któregoś z chłopaków. Wstał i odszedł. Nie miałem czasu, by nad tym się zastanawiać. Kontynuowałem opowieść o tym, czym się zajmowałem i kim jest dla mnie Nati. Kiedy skończyłem, miałem niemiłe wrażenie, że cisza za chwilę mnie udusi. Ale mój strach ani trochę nie zmalał, wręcz przeciwnie, cały czas wzrastał.
-Dlaczego nie powiedziałeś nam od razu? – to było pierwsze pytanie, które usłyszałem z ust Jeffa. Przełknąłem ślinę.
-Bałem się – odparłem słabo.
-Nieprawda – prychnął Seb – Ty nam nie ufałeś – na moment znowu zapadła cisza, ale błękitnooki dorzucił kolejną swoją myśl – Pytanie, czy teraz nam ufasz.
-Przestań... – resztę moich słów pochłonęły dźwięki perkusji, na której znowu Chuck zaczął grać.
-Uspokój się! – warknął błękitnooki– Rozmawiamy!
-Przecież to nieważne! – wymamrotał wkurzony perkusista – Pierre nam wcześniej o tym nie mówił, więc to wcale nie jest ważne...
-Chuck... – odezwał się trochę z żalem Jeff – Daj już spokój...
-Dać spokój??? – warknął ironicznie brunet – Znowu mam dać spokój? Olać wszystko i grać jakby nic się nie stało?! No przecież! – wrzasnął, waląc w bębny. Jeff i Seb zamilkli, chyba w głębi serca popierali go, ale nie chcieli się odzywać. Ja się bałem coraz bardziej. Zdawałem sobie sprawę, że nieźle już nabroiłem. Od teraz wszystko zależało właśnie od chłopaków.
-Chuck chyba ma rację – odezwał się pierwszy błękitnooki – Pierre, zawiniłeś, i to nie po raz pierwszy...
-Wiem – wydusiłem z siebie – Wiem, nie powinienem przed wami czegoś takiego ukrywać... Przepraszam...
-Przepraszam! – powtórzył wkurzony wielkoczoły, znowu waląc w perkusję – I to ma być takie proste, tak? On sobie przeprosi i my wszyscy będziemy weseli, i z powrotem będziemy grać jak dawniej.
-Przecież żałuję tego, co zrobiłem. Co jeszcze mam zrobić? – zapytałem, chyba nie chcąc wywołać kolejnej kłótni. A jednak i tego nie potrafiłem uniknąć.
-Ty już lepiej się nie odzywaj. Chłopaki, on nam nie ufał, rozumiecie? Jak mamy stworzyć jedność, skoro nie możemy mieć pewności, że jesteśmy tą jednością? To tak nie może funkcjonować!
-Okej, Chuck, wiem, że popełniłem błąd! – krzyknąłem bez krzty złości, z nadzieją, że kumpel jednak mnie wysłucha – Ale dotarło do mnie, że nie powinienem tak robić!
-I skąd my mamy mieć tę pewność? – zapytał cicho Jeff, chyba chwytając o co chodzi jego przyjacielowi. Czułem, że teraz i on jest przeciwko mnie, dlatego nie odpowiedziałem na to pytanie. Mimo wszystko on domyślił się, o czym myślałem – Mamy ci zaufać? – zapytał z odrobiną kpiny. Znowu nic nie powiedziałem, chociaż ode mnie oczekiwano, żebym zabrał głos. Po chwili ciszy Chuck prychnął z nieukrywaną niechęcią. Szczerze mówić wciąż jeszcze myślałem, że zespół da się uratować, mimo że przez jakiś czas nie będzie tak jak dawniej.
-Więc co chcecie zrobić? – zapytałem cicho, po kolei zahaczając o ich twarze. Jedynie Seb wciąż nie wyglądał na przekonanego stanowiskiem Chucka. Tak samo jak i moim.
-Jeszcze się głupio pytasz?
Domyśliłem się, co ta szorstka odpowiedź może oznaczać. Przekląłem cicho pod nosem.
-Czekajcie! – zerwałem się – A co ma to, kim byłem i co robiłem do naszego zespołu? Wyjaśnijcie mi, bo nie rozumiem...
-No właśnie widać! – wrzasnął najbardziej rozkrzyczany spośród całej trójki chłopak – Nam nie chodzi o to, jakim byłeś człowiekiem i nigdy nie chodziło! Nam chodzi o to, jak się zachowałeś wobec nas! Uważaliśmy cię za przyjaciela...
-ty naprawdę myślałeś, że my za to co robiłeś, moglibyśmy wywalić ciebie z zespołu? – zapytał ledwo dosłyszalnie Seb. Coś zakuło mnie w sercu. Chyba już wiedziałem, o co im chodzi.
-Powiedzcie wprost, że do was nie pasuję – wyszeptałem załamany, mając jeszcze te resztki nadziei, że w ostatniej chwili zmienią zdanie.
-Nie pasujesz do nas – wysyczał jadowicie Chuck. Jeff pokiwał głową jakby chciał to potwierdził, a Seb tylko spojrzał na mnie ze smutkiem. Żaden nie odezwał się w mojej obronie. Jeszcze bardziej załamany niż przed kilkoma sekundami wlepiłem wzrok w podłogę i odszedłem ślimaczym tempem. Jeszcze przy drzwiach modliłem się, by  coś się wydarzyło, by krzyknęli, by zmienili decyzję. To nic nie dało. Przekroczyłem próg, towarzyszyła mi pustka i chłód. i to była tylko i wyłącznie moja wina. Bo przecież to ja się nie wywiązałem. Ja popełniłem błąd. Wcale nie miałem żalu do chłopaków, sam zapewne bym się wkurzył w podobnej sytuacji. W końcu nienawidziłem, gdy ktoś mnie oszukuje czy okłamuje. Dlaczego musiałem tak chamsko z nimi postąpić? Dlaczego w odpowiednim momencie nie zorientowałem się, że to pędzi za daleko? Ja spieprzyłem swoją przyszłość. Ja spieprzyłem wszystko.
Tylko do jasnej cholery co z tego? Co ja mam robić? Właśnie zgubiłem sens własnego życia. A właściwie zniszczyłem. I co teraz? Co mam robić? No co mam ze sobą zrobić? Czekać i liczyć na cud? Chłopaki mi nigdy nie wybaczą, choćbym błagał ich na kolanach, widziałem to w oczach Chucka. Co robić?

NARRACJA DAVE’A

Nie byłem pewien tego co robię. Czułem się zżyty z kumplami z tamtego miasta. Jakoś nie mogłem uwierzyć w to, że oni tak po prostu mnie skreślili. Naprawdę myślałem, że na zawsze pozostaniemy przyjaciółmi. Tymczasem oni potraktowali mnie jak jakąś rzecz. Nawet nie zapytali mnie o zdanie. Przecież miałem wrócić. A teraz... teraz nie mam po co wracać. Teraz moje życie kształtuje się tutaj, w Montrealu. I o to musze dbać.
Pierre mówił mi, że mam się nie krępować, tylko włazić. Ale ja tak nie potrafiłem. Zresztą nie wiedziałem nawet, czy oni są w garażu. Zatrzymałem się przed domem Chucka, zastanawiając się, co robić. W końcu machnąłem na to wszystko dłonią i postanowiłem najpierw zapukać do drzwi domu Chucka. Wskakiwałem już po schodkach, kiedy drzwi brutalnie się przed moim nosem otworzyły. Na szczęście zdołałem zachować równowagę. Z domu wyłoniła się starsza, ale pogodnie nastawiona kobieta, zapewne pani Comeau. Zdążyłem tylko uprzejmie się przywitać, ona już domyśliła się, po co przyszedłem.
-Jest jak zwykle w garażu, wali w te swoje bębny, zamiast zająć się czymś pożytecznym. Tylko nie siedźcie mi tam za długo!
Podziękowałem jej za informację i ruszyłem ku drugim drzwiom. Znowu trochę się bałem, ale próbowałem olać strach. Właściwie to nie miałem się czego bać, w końcu Pierre’owi moja gra się podobała. Ale Pierre to nie chłopaki.
Na pewno jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie przekonam.
Właściwie bez wahania zapukałem do drzwi garażu. Przez moment stałem w bezruchu, czekając, aż ktoś mi otworzy. Nie doczekałem się, więc leciutko otworzyłem drzwi. Co gorsza nie usłyszałem instrumentów, a głosy chłopaków. Niepewnie wślizgnąłem się do środka. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że w sumie to nie powinienem przeszkadzać. Ale zanim zdążyłem wyjść, Seb już zdążył zauważyć moją obecność.
-Nie krępuj się, Dave! – zawołał przyjaźnie. Chuck i Jeff automatycznie odwrócili się w moją stronę. Zobaczywszy mnie, również się uśmiechnęli. Miałem niemiłe wrażenie, że przyszedłem nie w porę, ale nieśmiało ruszyłem do przodu.
-Słuchajcie, czy ja wam nie przeszkadzam? – zapytałem niepewnie.
-Nie – zaprzeczył natychmiast Chuck – Pierre coś napomknął, że masz ochotę z nami pobrzdąkać – przeszedł od razu do rzeczy. Wtedy wyczułem, że musiałem przerwać im bardzo ważną rozmowę. Przekląłem siebie w duchu, ale nie chciałem wyjść na ciekawskiego, dlatego o nic się nie dopytywałem. Jeff podał mi jeden z basów, zachęcając mnie do gry solowej. Zacząłem od jednej z piosenki green day’a, bo ten zespół zawsze przynosił mi szczęście, potem zagrałem coś innego. Grałem i grałem, znowu topiąc się w tym cudownym uczuciu, znikając w krainie przyjemnych dźwięków. A jednak to nie było to samo co z Pierre’em. Coś mi tutaj nie pasowało.
Kiedy tylko przerwałem, usłyszałem, jak chłopaki zaczynają mi klaskać i cieszyć się jak dzieciaki. Razem coś wrzeszczeli, ale ja nie mogłem żadnego z nich zrozumieć.
-dobra, cicho, dajmy ochłonąć chłopakowi! – krzyknął Seb, uciszając kolegów. Rzucił mi jedną ze stojących butelek wody, za co byłem mu ogromnie wdzięczny i kontynuował swoją wypowiedź – Dave, nie będę owijał w bawełnę. Chcesz dołączyć do naszego zespołu?
-Moment, moment – wymamrotałem. Wszystko działo się dla mnie za szybko, nie rozumiałem ich –Czekajcie... A nie zamierzacie zapytać Pierre’a o zdanie? On chyba też jest w zespole, nie? – zapytałem, czujnie śledząc ich twarze. W głowie wciąż miałem to wspomnienie, kiedy kumpel proponował mi grę. On wspomniał o kolegach, mówił, że sam nie może podjąć decyzji. Oni zagubili się, wyraźnie nie mieli pojęcia, co powiedzieć. W końcu Jeff wzruszył ramionami i przejął pałeczkę:
-Dajcie spokój, przecież musi wiedzieć! – po czym zwrócił się do mnie – Mieliśmy sprzeczkę z Pierre’em... Dosyć poważną...
-O cholera – jęknąłem, od razu domyślając się, o co chodzi – Nie mówcie mi, że go wywaliliście!
-No tak jakby... – wymknęło się Sebowi.
-David, my po prostu nie mogliśmy z nim grać.
-Bo co? – wrzasnąłem, delikatnie odkładając bas – Bo co, bo był trochę inny niż wy? Bo sypiał z dziewczynami za kasę? Przecież on też jest człowiekiem, w dodatku niesamowitym człowiekiem! Czy wy naprawdę go znaliście?
-Ty nic nie rozumiesz...
-Rozumiem więcej niż myślisz. Zresztą nie ma czasu na gadanie – doskoczyłem szybko do drzwi. Dopiero otwierając je, pomyślałem, że właściwie chłopaki mogą iść ze mną, nawet powinni. Spojrzałem na nich nagląco – No chodźcie! – warknąłem, pospieszając ich i coraz bardziej się niecierpliwiąc. Oni chyba przez moment zastanawiali się, czy iść. Prychnąłem pod nosem i pospiesznie wyszedłem. Zostawiłem im tę decyzję, mając nadzieję, że jednak do mnie dołączą. W końcu Pierre to ich przyjaciel. A przynajmniej ja dotąd tak myślałem. 

piątek, 3 maja 2013

PART XIX



Uwielbiałem mieć pięć lekcji, w dodatku pięć lekcji bez ostatniego angielskiego, którego wręcz nienawidziłem. Naprawdę szykował się cudowny dzień, słońce jasno świeciło jakby było już lato, a Nathan chciał, żebym po południu poszedł obejrzeć z nim nowoodkrytą rampę. Nigdy nie lubiłem sam jeździć na desce, z kimś zawsze jest po prostu weselej.
Dzisiaj do domu wracałem sam. Na uszach miałem słuchawki, śpiewałem sobie pod nosem, wiec nie za bardzo kontaktowałem. Szedłem sobie powoli, bo właściwie to nie miałem się gdzie śpieszyć. Co prawda jutro był sprawdzian z geografii, ale ściągi zdążyłem już zrobić. Właściwie to nie musiałem tam wracać, przyciągało mnie tam tylko to, że zapewne już czekał na mnie ciepły obiadek.
Podskoczyłem ze strachu, kiedy ktoś dotkną ł mojego ramienia. Przerażony obróciłem się na pięcie. Oczywiście nie udało mi się zachować równowagi i upadłem. Przekląłem cicho pod nosem i otworzyłem oczy. Ciężko dyszący Pierre wpatrywał się we mnie trochę ze strachem. Zdumiony zdjąłem słuchawki i gapiłem się na niego, zastanawiając się, czego on może ode mnie chcieć.
-Wybacz – wymamrotał chłopak, pomagając mi wstać.
-Nie szkodzi –odparłem, otrzepując się z kurzu. Miałem wrażenie, że znowu zarobiłem kilka dodatkowych siniaków.
-Zeszyt... Od chemii – wyciągnął dłoń w moją stronę. Rozpoznałem swój skoroszyt.
-Dzięki – wziąłem od niego notatnik – Skąd go masz? – zapytałem z ciekawością. Nie za bardzo wiedziałem, co mówić.
-Spotkałem chemiczkę na korytarzu, dała mi wszystkie. Pomyślałem, że polecę w twoim kierunku, to może ciebie odhaczę.
Coś mi mówiło, że ten zeszyt to był tylko pretekst, że cel jest tak naprawdę inny, ale nie chciałem go ciągnąc za język. W końcu jakiś miesiąc temu obiecałem sobie, że nie będę wtryniał się w czyjeś życie i starałem się dotrzymać tej zasady. Więc tylko pokiwałem głową. Pierre nadal stał naprzeciwko mnie. Miałem wrażenie, że ze sobą walczy.
-Mam problem – wydusił w końcu z siebie. Westchnąłem cicho.
-O tym wiem już od dawna – odparłem, chowając dłonie w kieszeniach – Kwestia tego, czy chcesz o tym pogadać.
-Chcę – powiedział prawie natychmiast brunet jakby bał się, że za chwilę zmieni zdanie – Muszę. Muszę, bo inaczej zeświruję. Ja nawet nie mam komu o tym wszystkim powiedzieć. Chłopaki odpadają, Nati...- machnął lekceważąco dłonią – Chyba tylko ty jeden możesz mi pomóc.
W duszy poczułem swego rodzaju dumę, choć starałem się tego nie pokazywać. Zastanawiałem się, dlaczego akurat ja, przecież ze mną on nawet nie chce rozmawiać na przerwie. Ale cholernie cieszyłem się, że chce mi zaufać, dobrze wiedziałem, że to musi go wiele kosztować. A to oznaczało, że ma ogromny problem.
-Okej, to może... Chodźmy do mnie. To już właściwie tu, za rogiem – przeszedłem na drugą stronę ulicy. Brunet szedł za mną, milczał. W ciszy pokonaliśmy ten krótki kawałek drogi, w ciszy także szukałem kluczy do domu.
-Napijesz się czegoś? – zapytałem, wchodząc do środka i rzucając plecak w stronę szafki. To zawsze denerwowało moja matkę, a ostatnio często robiłem jej na złość. Od razu skierowałem się w stronę kuchni.
-Chcesz coś do picia? – zapytałem.
-Jeśli masz, to wodę – usłyszałem za sobą jego nieco zdenerwowany głos.
Dotarłszy do kuchni, wyciągnąłem szklankę z szafki i porwałem z blatu butelkę wody oraz sok bananowy dla siebie.
-chodźmy lepiej do mojego pokoju – oznajmiłem, mijając go i wychodząc z kuchni – Jak moja siostra skapnie się, że przyprowadziłem kolegę, to nie da nam spokoju – wyjaśniłem, wskakując po schodach – Wiesz, lubi brunetów – zachichotałem – A szczerze ci powiem, że nie chciałbyś jej spotkać.
-Miłości to ja mam już serdecznie dość – burknął Pierre. Uniosłem jedną brew do góry. Łokciem otworzyłem sobie drzwi i wszedłem do środka. Położyłem wszystko, co miałem w dłoniach na biurko. Na szczęście w porę zauważyłem, że mój sok bananowy nie do końca jest dokręcony, bo inaczej mogłoby dojść do małej tragedii. Nalewając wodę kumplowi zauważyłem, że ten przygląda się ciekawie mojemu basowi. Podszedłem do niego i wcisnąłem mu szklankę do dłoni, zwracając  na siebie uwagę.
-Grasz? – zapytał ciekawie, wskazując na instrument. Pokiwałem milcząco głową i odwróciłem się. Coś w sercu mnie zakuło. Cholernie tęskniłem za starym zespołem.
Usiadłem, podwijając kolana na krześle obrotowym. Chwyciłem swój sok bananowy i zacząłem go odkręcać. Przez chwilę się z tym męczyłem, chociaż sam go zakręcałem przed momentem.
-Kurde – Pierre oderwał wzrok od mojej gitary – Kurde – powtórzył, siadając na łóżku i chowając twarz w dłoniach – Kurde... Wywalą mnie z zespołu.
-Z zespołu? – zapytałem głupio – Z jakiego zespołu?
-Z zespołu no! – warknął, nie wiadomo dlaczego zdenerwowany – Przepraszam - wymamrotał ciszej po krótkiej chwili – Przepraszam. Z mojego zespołu. Mojego, Seba, Chucka i Jeffa. Wyrzucą mnie! – jęknął żałośnie. Nie za bardzo wiedziałem, co mam powiedzieć, co robić i w ogóle o co tu chodzi. Czekałem, aż chłopak mi wyjaśni.
-Dave, ja... Jestem złym człowiekiem. Naprawdę złym – mamrotał pod nosem. Odniosłem wrażenie, że on po prostu może być chory i mieć wysoką gorączkę. Ale nie wyglądał na takiego. Więc musiało być tak jak mówił – powoli zaczynał od tego wszystkiego wariować.
-Spokojnie, Pierre – próbowałem jakoś ostudzić jego nerwy – W każdym człowieku jest dobro, no a w tobie to na pewno...
-Nieprawda! – wrzasnął on ponownie trochę za głośno. Nie umiał zapanować nad emocjami – Słuchaj, Dave, ja wszystkich okłamywałem, rozumiesz? Wszystkich! Nawet przyjaciół. Wszystkich. Słuchaj, ja zrozumiem, jak nie będziesz chciał ze mną rozmawiać...
-Wyjaśnisz mi wreszcie, o co chodzi?? – zapytałem, nie bardzo wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Brunet zrobił mi już niemały zamęt w głowie, a w sumie nic konkretnego wciąż jeszcze nie powiedział.
-Ja... – chłopak mocniej zacisnął zęby. Chyba nie mógł się przemóc, nie umiał mi tego powiedzieć, chociaż bardzo chciał. Po jakiejś minucie jednak się przemógł- Byłem męską dziwką.
-O cholera – wyrwało mi się. Wpatrywałem się w niego, oczekując, że za chwilę wybuchnie śmiechem i powie, że to żart. Ale tak nie było. I on nie kłamał, czułem to, a nawet widziałem. Był zdruzgotany, nie mógł więcej nic powiedzieć. Wyglądał naprawdę okropnie. Mnie zamurowało, totalnie mnie zamurowało. W ogóle nie mogłem zrozumieć jego sytuacji, nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Nie docierało do mnie to, co przed chwilą powiedział Pierre. Posądziłbym o to wszystkich, ale nie jego.
-cholera – powtórzyłem zaszokowany – Ty? Ty brałeś kasę za to, że...
-Że sypiałem z kobietami. Tak, dobrze zrozumiałeś. Możesz mnie wyrzucić z domu i nigdy się do mnie nie odzywać, nie będę miał żalu – Pierre chyba spodziewał się, że tak właśnie zrobię, bo już nawet wstał, by odejść.
-Daj spokój – prychnąłem – Siadaj Jesteś tylko człowiekiem takim samym jak ja czy ktoś inny. Przecież nie wywalę cię – zacząłem drapać się po brodzie – Patrz, a ja zastanawiałem się, skąd ty to wszystko wiesz o Kate. Teraz rozumiem...
-Kumple po fachu – wymamrotał ze wstydem brunet – Cholera – jęknął, łapiąc się za głowę – David, ja już nie wiem, co mam robić. Chłopaki o niczym nie wiedzą i nie mogą się dowiedzieć. Ja z Nati dłużej nie wytrzymam... Tak, ona o wszystkim wie – potwierdził głową moje przypuszczenia.
-szantażuje cię? – zapytałem, przegryzając dolną wargę i myśląc intensywnie – Niewesoła sytuacja.
-Mówi, że jeśli nie będę posłuszny, to wszystkim rozpowie, że nadal to robię. A ja nie mogę tak żyć. Wiem, popełniłem błąd, ale cholera, jak ja miałem żyć? Słuchaj, moi rodzice w ogóle się mną nie interesują, nie dają mi kasy na życie,  nie płacą za rachunki. To wszystko ja mam na głowie, ja muszę zdobyć na to kasę. Ich interesuje wódka albo jej brak. Sam powiedz, czy ja miałem jakieś inne wyjście? Nie wierzyłem w to, że mogę robić cokolwiek poza tym. Musiałem skończyć szkołę, tylko na tym mi zależało. Dopiero kiedy zjawili się chłopaki, zrozumiałem, że z naszego zespołu naprawdę może coś być. Wtedy postanowiłem to rzucić. I wtedy zaczął się mój koszmar. Kolejny koszmar... – Bouvier załamał się – Cholerny pech chyba już mnie polubił.
-Kurde – wymamrotałem, zaskoczony całą historią kumpla i tym, że tak sprawnie udawało mu się to ukryć. Zawsze wydawało mi się, że takie sytuacje zdarzają się tylko w filmach – Nic nie widziałem.. Zupełnie nic...
-I bardzo dobrze, bo miałeś nic nie widzieć.
-Dlaczego? – zapytałem – Dlaczego tak bardzo zależało ci, żeby nikt się nie dowiedział?
-Tobie trudno jest to sobie wyobrazić, nie wiesz jak to jest... Wracasz do domu, wita cię wrzask, budzisz się, wita cię wrzask... Po jakimś czasie już się do tego przyzwyczaiłem. I zrozumiałem, ze jak nagadam na własnych rodziców, trafię do domu dziecka. A z nimi byłem wolny, tylko musiałem kombinować, żeby to wszystko nie wyszło na jaw. Zresztą pomijając to... Ja się wstydziłem. Nie mogłem pozwolić, by wszyscy zobaczyli, jak to naprawdę wygląda.
-No dobra, ale twoi przyjaciele... - napomknąłem.
-Myślisz, że ja im ufałem? Nie mogłem doprowadzić do tego, by jakimś cudem prawda wypłynęła. A wciąż nie miałem pewności, czy oni wszystkiego nie wypaplają gdzieś za rogiem. Kiedy zobaczyłem, że oni nie są tacy, było już za późno. Wpadłem w pułapkę, Dave.
-Każdą pułapkę da się pokonać – wyszeptałem, nadal dręcząc dolną wargę. Wyciągnąłem dłoń po swój napój, myśląc intensywnie nad pozycją bruneta. Wyjście widziałem tylko jedno –Słuchaj, Pierre, a nie uważasz, że już czas na wyjaśnienie tego wszystkiego? Już i tak za daleko to zaszło...
-Zwariowałeś??! – wrzasnął przerażony brunet – Zespół to całe moje życie! Jeśli oni się dowiedzą... Wyrzucą mnie! Już nie będę mógł z nimi śpiewać! A to jedyne, co ma sens w moim życiu! Ja bez tego nie będę w stanie żyć! Nie mogę ryzykować!
-Pierre, spokojnie – powiedziałem cicho – Nic nie ryzykujesz. Oni są twoimi przyjaciółmi. Na pewno docenią to, że ty im to mówisz, a nie że dowiadują się od osób trzecich. A jak już o wszystkim im opowiesz, to nie musisz bać się Nati. Cały problem będziesz miał z głowy.
-Ale... Dave... Ja... Nie wiem... – wahał się niezdecydowany Pierre – Mimo wszystko chcę być częścią zespołu... To dla mnie cholernie ważne... – mamrotał pod nosem. Westchnąłem cicho.
-Wierz mi lub nie, ale trochę już zdążyłem na was popatrzeć i zauważyłem, że jesteście prawdziwymi przyjaciółmi. A przyjaciele nie kłócą się o takie coś. Raczej się wspierają. Uwierz mi, coś o tym wiem – pokiwałem głową, przypominając sobie o swoich kumplach i swoim zespole. Znowu zatęskniłem.
-A... Ale... Chyba się wstydzę... Co jeśli oni nie zrozumieją...? Nie, ja nie mogę...
-Tchórzysz? – uśmiechnąłem się kpiąco. On tylko spuścił głowę. Chyba nie chciał się przyznać – Przestań, Pierre – zachichotałem – Przecież oni ciebie nie zjedzą.
-Ale mogą mnie zabić – wymamrotał zrozpaczony brunet, teraz już zupełnie zagubiony.
-Trochę odwagi, Pie! – poklepałem go po plecach, ale to raczej mu nie pomogło – Słuchaj, wolisz, żeby Nati o wszystkim im powiedziała? Czy chcesz okłamywać ich w nieskończoność? Daj, spokój Pie, to się nie opłaca. I tak wszystko wyjdzie na jaw. Kwestia tego czy stracisz ich zaufanie, bo jeśli nie powiesz, to stracisz na pewno. Więc wybieraj. Ja za ciebie tego nie zrobię – skrzyżowałem ramiona na piersiach i obróciłem się na krześle obrotowym. Zanim się zatrzymałem, usłyszałem głos Pierre’a.
-Okej, masz rację. Pogadam z nimi.
Uśmiechnąłem się lekko, zwalniając powoli. Pierre już stał, chyba zbierał się już do wyjścia. Zauważyłem, że wpatruje się w mój bas. Coś go ciekawiło w moim instrumencie.
-Długo grasz? – zapytał, wskazując na niego. Zmarszczyłem czoło.
-Kilka lat – odparłem – Na perkusji mam dłuższy staż, chyba z dziesięć lat. A co? – zapytałem, domyślając się, że nie o to chodzi brunetowi.
-Słuchaj... – przez moment się wahał, ale widząc mój uśmiech, jego odwaga wróciła – Słuchaj, zagrałbyś coś dla mnie?
-Właściwie to czemu nie? – uśmiechnąłem się szerzej. Wstałem i ruszyłem ku swojej gitarze. Przez moment bawiłem się z tymi cholernymi kablami. Potem zacząłem grać. Sam nawet nie wiedziałem, co to była za piosenka, chyba żadna, po prostu grałem to, co serce mi dyktowało. Nie lubiłem korzystać z jakichś schematów. Wolałem usłyszeć melodię i do niej się dopasować. Matka natura pozbawiła mnie wielu zalet, ale mogłem pochwalić się genialnym słuchem. Przynajmniej tak wszyscy mi mówili.
Pierre chyba też to wyczuł, bo już od pierwszej sekundy mojej gry wpatrywał się we mnie z czujnością i podejrzanym błyskiem w oku. Mniej więcej w połowie ukradł mi akustyka i sam zaczął brzdąkać. I być może wydaje się to niemożliwe, ale grał to samo co ja, chociaż ja sam nie bardzo wiedziałem, jaki akord będzie następny. A on chyba potrafił w jakiś sposób to wyczuć.
-Świetnie - wyszeptał, gdy oboje skończyliśmy grać. Odłożył mojego akustyka – Świetnie – powtórzył, odwracając się do mnie – Słuchaj, nie chciałbyś dołączyć do naszego zespołu? – zapytał wprost. Momentalnie zrobiłem się czerwony.
-Ja? Do Was?
-To znacz... – brunet urwał na chwilę – To nie do mnie należy podejmowanie decyzji, Seb, Chuck i Jeff też musieliby się zgodzić. No i oczywiście ty też, do niczego nie chcę cię zmuszać...
-Pierre, ja... chyba nie mogę – wymamrotałem, wlepiając wzrok w podłogę – Ja... Mam już zespół. Co prawda oddalony o dobry kawałek drogi, ale to zespół. Obiecałem im, że wrócę i chcę dotrzymać słowa.
-okej – Pierre westchnął ze smutkiem i z żalem – Okej, rozumiem. Ale przemyśl to jeszcze. Jeśli chcesz, możesz przyjść do nas na próbę. Może to ciebie przekona.
-Dzięki, Pierre – odparłem, chociaż byłem pewien, że się tam nie zjawię. Wstałem, zauważając, że Pierre szykuje się do wyjścia. Razem wyszliśmy z pokoju, plotkując o muzyce. Przez moment jeszcze staliśmy przy drzwiach, brunet jeszcze raz próbował namówić mnie do zmiany decyzji. Nie ugiąłem się.
-Dave – do domu wskoczyła moja siostra. Ja i mój kolega odwróciliśmy się w jej stronę – Masz list... Oooo! – zauważywszy Pierre’a szybko zaczęła odgarniać sobie grzywkę z czoła i uśmiechnęła się przymilnie. Domyśliłem się, że już planuje atak na bruneta.
-za stary, Julia – powiedziałem, zanim ona zdążyła chociażby otworzyć buzię – Nie dla ciebie.
-Zamknij się – warknęła, nadal się szczerząc – Julia – wyciągnęła dłoń w stronę czerwonego bruneta. Ten z wahaniem uścisnął ją – Siostra tego... – nie dokończyła tylko wskazała na mnie lekceważąco dłonią.
-Pierre – przedstawił się także chłopak, ale chyba tylko przez uprzejmość – To ja spadam, Dave. Dzięki.
-Idź, idź – odparłem – Ja też wiałbym stąd jak najszybciej – zachichotałem, zerkając na Julię. Ta kopnęła mnie w kostkę. Zasyczałem z bólu. Pierre roześmiał się jeszcze i wyszedł, a wkurzona Julia od razu rzuciła się na mnie z wrzaskiem. Podsumowałem jej przygłupie gadanie krótkim „tak, tak”, szarpiąc nerwowo za kopertę. Rozpoznałem pismo Harry’ego, mojego przyjaciela z poprzedniego miasta. Olewając Julię, ruszyłem w stronę mojego pokoju. Z każdym kolejnym słowem byłem coraz bardziej załamany. W końcu dotarłem do tego zdania. Do zdania, w którym wprost napisali, że znaleźli sobie nowego basistę. To był kolejny szok, który spotkał mnie tego dnia. Czegoś takiego zupełnie się nie spodziewałem. Przecież kilkakrotnie sobie obiecywaliśmy, że będziemy zespołem, że oni na mnie zaczekają. Już po dwóch miesiącach zrezygnowali z naszej wspólnej gry. Oszukali mnie, zdradzili. Najbliżsi przyjaciele. No właśnie, przyjaciele? Mogę jeszcze nazywać ich przyjaciółmi?
Przez cały wieczór siedziałem przy biurku i próbowałem napisać sensowna odpowiedź. W ogóle mi to nie wychodziło, ciągle coś przekreślałem. Chciałem napisać im o tym, jak bardzo się na nich zawiodłem, a z drugiej strony nie mogłem wzbudzić w nich żalu, żeby przypadkiem nie pomyśleli sobie, że jestem nieporadny. W końcu się wyprostowałem. Przed swoimi oczami miałem długi, długi list do chłopaków. Szeptem go czytałem, ciesząc się, że w końcu skończyłem go pisać. Mina mi rzedła, gdy docierałem ku końcowi. Potem długo dumałem nad sensem ostatniego zdania. Doszedłem do wniosku, że to głupota. Porwałem swój list i rzuciłem w kąt jego części. Na czystej kartce napisałem: Dzięki za list. Czyli od teraz nasze drogi się rozchodzą. Powodzenia w lepszym życiu. Uznałem, że tyle wystarczy. Miałem nadzieję, że choć trochę ich to zaboli, że oni zrozumieją, że to nie było sprawiedliwe.

*Jeden z moich ulubionych partów dop. autorki