środa, 29 maja 2013

PART XXIV

Wciąż trochę się wahałem, czułem, że to będzie okropne doświadczenie. Ale powtarzałem sobie, że robię to dla kumpla, by wyciągnąć go z dołka. Dlatego nie cofnąłem swojej decyzji. Czekałem. Czekałem co przerwę, pilnie ją obserwując. Wiedziałem, że prędzej czy później pójdzie do tego cholernego kibla sama, bez tych swoich psiapsiół, choć miałem jednak nadzieję, że tego nie zrobi. Wtedy miałbym wytłumaczenie, że nie wykonałem planu.
Ale ona, zgodnie z moimi oczekiwaniami, na czwartej przerwie opuściła Pierre’a i ruszyła w kierunku toalet. Wziąłem głęboki wdech i bez zastanowienia ruszyłem za nią. Zanim tam wszedłem, czujnie rozejrzałem się, czy nikt na mnie nie zwraca uwagi. Trochę głupio było mi tam włazić, ale przecież nie miałem innego wyjścia.
-Nati! – zawołałem, zamykając za sobą drzwi. Ona zatrzymała się w pół kroku do kabiny i powoli się odwróciła.
-To żeńska – odezwała się chyba trochę zaskoczona. Ale właśnie to miało odegrać tutaj największą rolę. Zaskoczenie.
-Wiem – odparłem. Zanim ona zdążyła chociażby otworzyć usta, już obejmowałem ją w pasie. Miałem cholerne szczęście, że akurat nikogo tutaj nie było. Czułem, że nie mam czasu do stracenia, nie mogłem się wycofać. W myślach powtarzałem sobie, że to nie trwa długo, że musze tylko ją omotać.
Nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażałem sobie czegoś takiego. Gdy tylko dotknąłem jej ust, miałem ochotę przerwać to wszystko i zwiać stamtąd. Jakoś zdołałem się powstrzymać. Potem było już tylko gorzej, ona coraz bardziej się w to angażowała. Nie przerwałem tego. Powtarzałem sobie, że to dla Pierre’a, że teraz się nie cofnę, że zaszedłem zbyt daleko. Odważyłem się na taki krok, którego chyba nikt oprócz mnie nie wykonałby. Czułem jej obleśny dotyk, udawałem, że to mi się podoba, że to mnie bawi. I w sumie dobrze mi to szło, ona nie skapnęła się, że to pułapka, że nie przyszedłem tutaj, żeby się z nią widzieć. Miałem rację, ona rzucała się na każdego, kto tylko zjawił się pod jej czujnym nosem. Chwytała każdą okazję, a potem wyśmiewała się z ludzi, których udało jej się przelecieć. Ze mną miało być identycznie. Zapomniała tylko o czymś cholernie ważnym.
Kiedy tylko byłem pewien, że połknęła haczyk, przeszedłem do ataku. Specjalnie zacząłem błądzić dłońmi pod jej koszulką. Poczułem coś miękkiego, od razu domyśliłem się, że to silikon. Zacząłem mocować się z zapięciami, chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, jak się pozbyć tego czegoś. Odetchnąłem  ulgą. To koniec. Koniec już tej całej zabawy z Pierre’em. Ona chyba skapnęła się, że coś tu nie gra, ale nie miała już ze mną szans. Po ułamku sekundy się od niej odkleiłem i odskoczyłem, chwytając tę poduszkę i szeroko się uśmiechając.
-T... Ty... Ty to wszystko... – jąkała się wściekła jak osa Nati  - Specjalnie... Żeby...
-Straciłaś czujność – wyszczerzyłem się, machając poduszką, by trochę ją podenerwować.
-Oddawaj! – warknęła dziewczyna, próbując wyrwać mi swoją własność. Oczywiście jej się nie udało, nie miała ze mną szans.
-Więc mnie złap – wystawiłem jej język, a potem odwróciłem się i wybiegłem z toalety. Nigdy nie przewidywałem, że powietrze szkolnej toalety, w dodatku damskiej będzie dla mnie jak potężny łyk orzeźwiającej wody. Miałem wrażenie, ze cudowna lekkość pozwoli mi na latanie. Ale nie mogłem zbyt długo się cieszyć.  Wiedziałem, że muszę jak najszybciej dotrzeć do Pierre’a . Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie on może być, liczyłem na odrobinę szczęścia i swoją intuicję. Zacisnąłem mocniej pięści i przyspieszyłem. Dobrze wiedziałem, że Nati będzie leciała za mną jak pies za patykiem. Przeleciałem obok swojej szafki. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, kogo tam widziałem. Zrobiłem wielki obrót, przeklinając siebie w duchu.
-Pierre! – wrzasnąłem z ulgą, zauważając znajomo wyglądającą brązową czuprynę. Brunet odwrócił się, chyba zaskoczony moją niecodzienną radością na jego widok. Od razu zainteresował się moją dłonią – Pierre, to jest twoje dziecko – wydusiłem z siebie na jednym oddechu.
-Co? - Zapytał głupio brunet, patrząc na mnie jak na ufo. Wziąłem głęboki wdech, ale nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo ktoś rzucił się na mnie z przekleństwami. Nati omal mnie nie przewróciła, ale na szczęście zdążyłem odrzucić tę poduszkę. Pierre zręcznie ją złapał, patrząc się na swoją dziewczynę, na mnie i na tę feralną poduszkę. Próbował jakoś to wszystko poukładać sobie w głowie.
-Możesz mi to oddać? - zapytała nerwowo, widząc, że nie mam już jej rzeczy. Chyba dopiero wtedy zauważyła, że osobą, do której się zwraca, jest jej chłopak. Próbowała szybko zasłonić swój brzuch, ale było już stanowczo za późno. Pierre wszystko zrozumiał, widziałam to po jego twarzy. Odetchnąłem z ulgą, opierając się o ścianę. Brunet wpatrywał się w blondynkę wzrokiem pełnym bólu. Nie mówił nic, zupełnie nic. Jego twarz przybrała postać kamienia, nie wyrażała żadnych emocji. Stali tak do końca przerwy, ona, po raz pierwszy zbita z tropu, i on, chłodny i nieczuły. Dopiero gdy zadzwonił dzwonek, Pierre zaczął iść w kierunku klasy. Ruszyłem za nim, trochę przestraszony reakcją kumpla. W połowie drogi brunet zatrzymał się gwałtownie.
-David... – zaczął mówić, ale chyba nie do końca wiedział, jak to wszystko ubrać w słowa.
-Nie musisz dziękować – machnąłem lekceważąco dłonią – Drobiazg – dopowiedziałem, chociaż prawie natychmiast przypomniałem sobie, jak wiele ten drobiazg musiał mnie kosztować. Ale było warto. Było warto chociażby po to, by ujrzeć ten szeroki uśmiech Pierre’a, którego nie widziałem przez kilka ostatnich dni, nawet miesięcy. Zrozumiałem, że udało mi się dokonać czegoś niezwykłego, uratować przyjaciela.
***
-David! – usłyszałem przez głośniki swoje imię, wywrzaskiwane przez błękitnookiego przyjaciela – David, zostaw w spokoju moją gitarę, bo za chwilę oberwiesz po łbie swoim basem! – odgrażał się. Zachichotałem cicho, odkładając instrument na miejsce. Zupełnie nie wiedziałem, dlaczego on aż tak bardzo się denerwuje. Ja i chłopaki byliśmy wyluzowani. Tak, tak, niby to nasz pierwszy koncert na większej scenie, ale to przecież jeszcze nie powód, by zachowywać się jakby to była nasza jedyna szansa na zabłyśnięcie. W końcu jesteśmy dobrym zespołem i poradzimy sobie nawet, gdy zawalimy ten występ. Chociaż oczywiście lepiej dla nas byłoby gdyby ten koncert jednak się udał. A gdybyśmy zostali suportem, to już w ogóle dla nas byłby sukces.
-Pierre, Jeff! – wrzeszczał Seb do mikrofonu – Gdzie wy się znowu podzialiście! Dave! –jęknął - Zostaw tego banana! Musimy zacząć próbę! Ludzie ogarnijcie się!
Z żalem pochłonąłem pół banana za jednym rozmachem i chwyciłem swój bas. Kątem oka ujrzałem i usłyszałem, jak Pierre i Jeff wrzeszczą do mikrofonów, że są za Sebem. Zachichotałem cicho, zauważając jak błękitnooki podskakuje i znowu zaczyna krzyczeć bez powodu.
-Seb! – wrzasnąłem – Przez ciebie nie możemy zacząć próby! Weź się do roboty!
Czerwony ze złości chłopak już się nie odzywał, tylko zaczął grać. Dołączyłem do niego ze swoim basem, a potem usłyszałem także perkusję i gitarę Jeffa.  Czekaliśmy jeszcze na Pierre’a, który, jak zauważyliśmy dopiero po minucie, zajął miejsce Chuck’a.
-No nie, ja zwariuję – marudził znowu Seb, przerywając grę. Ja dalej dręczyłem struny mojego basu. Bardzo nie lubiłem przerywać gry, a uwielbiałem dźwięk strun gitary. Zaczynałem wpadać w trans, a z tego już trudno było mi się wybudzić. Grałem i grałem, nie zważając na krzyki przyjaciół. Dopiero, kiedy Jeff kopnął mnie w kostkę, przerwałem, warcząc niemiło. Stinco nie przejął się tym, tylko głową wskazał mi na Chucka, który tłumaczył cierpliwie wkurzonemu Sebowi, że musiał zrobić sobie przerwę w tej ciężkiej próbie i pobiec do toalety. Westchnąłem cicho, łapiąc się za głowę i z tęsknotą wpatrując się w skórkę po bananie.
-Mam złe przeczucia – wymamrotał Seb, gdy już skończyliśmy próbę i szliśmy w kierunku swojej garderoby. Cudem udało nam się zagrać cztery piosenki z naszej setlisty, bo w międzyczasie wyskoczyło również milion innych spraw – Chyba coś nie wypali.
-Pesymista! – prychnął Pierre, którego już powoli zaczynała ogarniać fala koncertowa – Sebciu, nic nie może się nie udać. Zrobiliśmy próbę, wszystko działa, nic nie jest zepsute. Nic nie może się stać!

-Może i tak – odparł nadal zadumany błękitnooki – Ale i tak coś nie daje mi spokoju... – mój przyjaciel mówił dalej, ale ja już nie zwracałem na to uwagi. Ciekawie rozglądałem się po terenie przeznaczonym dla gwiazd. Nigdy nie miałem okazji tutaj przebywać, stałem jedynie przy barierkach. Kręciło się tutaj mnóstwo ludzi z identycznymi identyfikatorami jak mój, roztrzepanych i zabieganych. Chciałem szybko dobiec do chłopaków, bo znikali już za rogiem, ale wtedy poczułem, że lecę. Naprawdę, chociaż trwało to zaledwie sekundę, uwierzyłem, że potrafię latać. To było jednak tylko złudzenie. Dopiero po chwili zrozumiałem co się stało. Ktoś po prostu na mnie wpadł. A poznałem to po cichym jęku. 

1 komentarz:

  1. Uf... No wreszcie ta Nati da Pierre'owi spokój :)

    haha :D Uwielbiam ich <3 Seb <3 Jeff <3 David <3 Pierre <3 Chuck <3
    no, no jestem ciekawa któż to taki wpadł na Davida :)

    OdpowiedzUsuń