wtorek, 14 maja 2013

PART XXI


Gdy stałem przy furtce dotarł do mnie Seb. Czyli jednak trochę im zależało. Chyba że po prostu chcieli dobrze wypaść w moich oczach. Teraz już sam nie wiedziałem, co o tym myśleć.
-Czemu tak pędzimy? – zapytał błękitnooki, kiedy i Jeff do nas dołączył.
-Bo nie mamy czasu – odparłem. Nie chciałem jeszcze nic mówić, wolałem poczekać na Chucka, by nie powtarzać się dwa razy. Na szczęście milczałem krótko, Comeau szybko do nas dołączył – wy nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wiele dla niego znaczyliście...
-Zdajemy sobie sprawę! – warknął Chuck – On nas oszukiwał, to ile mogliśmy dla niego znaczyć?
-Daj spokój – prychnąłem – A nie pomyśleliście czasem o tym, że on bardzo chciał wam o tym powiedzieć, ale znał waszą reakcję? Wiedział, że go wywalicie. Nie wiecie, jak wiele nadziei on pokładał w zespole...
-Przecież wszyscy chcieliśmy jak najlepiej...
-On postawił wszystko na jedną kartę, rozumiecie? On postawił całe swoje życie na grę. Wiedział, że to jedyne wyjście, nadzieja na przyszłość.
-Okej, to nie zmienia faktu, że nam nie ufał.
-I tu się mylicie. Myślicie, że gdyby wam nie ufał, to powiedziałby wam o wszystkim, co robił? Błagam was, ruszcie głowami! –złożyłem dłonie w błagalnym geście. Przez moment milczałem, jednak zaraz potem znowu zacząłem mówić - Zresztą jak on miał ufać ludziom? Ja się mu nie dziwię i wy też nie powinniście...
-O co ci chodzi? David, powiedz wprost!
-Czyli o tym też nie wiecie... – wymamrotałem – Cholera, czyli może być gorzej niż myślałem. Podziwiam go, tak długo trzymał to w sobie... Cholera! – jeszcze bardziej przyspieszyłem. Chłopaki zaskoczeni moim szybszym tempem, dobiegli do mnie. Opowiedziałem im o wszystkim, co sam wiedziałem o Pierre’rze. Ich miny momentalnie się zmieniły, teraz na ich twarzach malował się strach i przerażenie. Chyba już zorientowali się, co najlepszego narobili.
-Dave, czy ty myślisz, że on... on m.. mógłby... No wiesz... Zrobić sobie krzywdę? – zapytał bojaźliwie Jeff. Zacisnąłem mocniej pięści. Nie odpowiedziałem, nie miałem odwagi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że teraz wszystko zależy jedynie od jego silnej woli. A raczej od jej zachwiania. Wiedziałem, że to mógł być moment. Tylko oby ten moment nie nastąpił.
-Tutaj mieszka, nie? – zapytałem, na chwilę zapominając o tym,  że oni raczej nigdy nie byli tym zaciekawieni i wskazując na jakąś obskurną kamienicę. Ja sam bliżej nigdy się tym nie interesowałem. Ktoś kiedyś powiedział mi, żebym to miejsce z daleka omijał. Tak naprawdę nawet nie miałem pojęcia, gdzie on mieszkał. Ale nie było czasu na zastanawianie się. Musiałem zaufać intuicji.
Zatrzymałem się przed czymś, co nawet nie przypominało drzwi. Wokół było pełno szkła, zapewne od butelek po wódce. Zdecydowanie zapukałem mocno. Ze środka wydobywały się różne głosy. Kątem oka zauważyłem miny chłopaków. Byli tak bardzo zdruzgotani, że nie mogli się odezwać.
Otworzyła mi jakaś kobieta, chociaż przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie mężczyzna w długich włosach. Zmieszany smród fajek i wódki sprawił, że się zachwiałem i omal nie straciłem równowagi. ---Zastaliśmy Pierre’a? – zapytałem, darując sobie powitanie. Ona  czujnie mi się przyglądała. Po chwili z jej buzi uwolnił się obłok dymu i odbił mi się od twarzy. Cofnąłem się o krok, odruch wymiotny włączył się natychmiast, na szczęście jakoś się powstrzymałem. Kobieta zachichotała cicho.
-Może jest, a może nie ma – odparła, opierając się o framugę drzwi i wpatrywała się we mnie kpiąco. Zrozumiałem, że jest kompletnie pijana. A ja nie miałem czasu, by z nią dyskutować. Bez wahania przepchnąłem się obok jej cielska, chłopaki wzięli ze mnie przykład. W mieszkaniu aż roiło się od ludzi, musieliśmy trafić w sam środek popijawy. Dopiero teraz zrozumiałem przez co musiał przechodzić Pierre. Ta kobieta coś do nas wrzeszczała, ale już żaden z nas nie zwrócił na to uwagi. Otworzyłem jakieś drzwi, całkiem na ślepo. To akurat nie był pokój Pierre’a, tylko łazienka.
-Dave! – usłyszałem przestraszony krzyk Chucka. Trzasnąłem drzwiami, oszczędzając wstydu człowiekowi siedzącemu na kiblu. Dokładnie naprzeciwko drzwi od łazienki był pokój Pierre’a. Rzuciłem się w tamtą stronę. Nie widziałem kumpla, zauważyłem tylko, jak Comeau próbuje kogoś reanimować. Od razu zorientowałem się, co się dzieje. Pierwsza myśl, która zmaterializowała się w mojej głowie, to lekarz. Zacząłem szukać jakiegokolwiek telefonu. Gdzieś zaczepiła mnie ta kobieta, przyparłem ją do ściany i zapytałem nerwowo o telefon. Wskazała mi palcem. Nie podziękowałem, tylko skoczyłem w jego stronę. Trzy razy wykręcałem numer, zanim udało mi się wykręcić ten właściwy. Wrzeszczałem jak opętany do słuchawki, że mają szybko przyjechać. Potem wróciłem do chłopaków, którzy robili co mogli. Zaciskałem bezsilnie pięści. Wiedziałem, że w tej sytuacji nie mogłem już za wiele zdziałać. Chuck i Jeff wymieniali się przy pierwszej pomocy, próbowali go wybudzić. Ja i Seb patrzyliśmy się, choć cholernie chcieliśmy coś zrobić. Wszyscy baliśmy się o jego zdrowie i życie. A za ciekawie to nie wyglądało. Drżałem ze strachu, błękitnooki także. Pierre ciągle miał otwartą buzię jakby po raz ostatni chciał zaczerpnąć świeżego powietrza. Był blady jak nigdy. Przełknąłem cicho ślinę i wybiegłem z mieszkania. Postanowiłem na dworze zaczekać na lekarza. Nie mogłem już na to wszystko patrzeć. Miałem niewielką nadzieję, że jeśli moje oczy nie będą się w to wpatrywać, to mi pomoże. Myliłem się. Teraz doszła jeszcze troska o to, że chłopaki coś spieprzą. Już planowałem powrót do mieszkania, kiedy w końcu usłyszałem syrenę. Od razu domyśliłem się, że to musi być karetka, którą wezwałem. Odetchnąłem z ulgą, chociaż tak właściwie to tej ulgi w ogóle nie poczułem.
-Za mną! – wrzasnąłem, zanim oni jeszcze zdążyli wyskoczyć z samochodu. Jeden cały czas biegł obok mnie, reszta została w tyle, zresztą chyba musieli wziąć nosze. Dalej wszystko działo się tak szybko, że sam niewiele pamiętałem z tego całego zamieszania. Przez jakiś czas ten lekarz klęczał obok Pierre’a. Zmęczeni Chuck i Jeff oraz ja i Seb otaczaliśmy go, oczekując z bijącym sercem na jakiekolwiek wieści. Nie dowiedzieliśmy się właściwie nic, bo jedyne słowo, które padło z jego ust, to „nosze!”. My ciągle biegliśmy obok sanitariuszy, Chuck ciągle ściskał dłoń nieprzytomnego chłopaka. Ja nerwowo pytałem chłopaka o jego stan, nie chciał mi nic powiedzieć oprócz tego, że w szpitalu wszystkiego się dowiemy. Żaden z nas nie mógł pojechać karetką, bo podobno mogli tylko członkowie rodziny. W duchu powiedziałem sobie, że Pierre prędzej wybrałby kogoś z nas niż z rodziny. Ale nie chciałem już się o to wykłócać.
Dopiero pół godziny później dostaliśmy się do szpitala, co i tak nie było potrzebne, bo przez godzinę jedynie koczowaliśmy pod salą Pierre’a. Nie mieliśmy żadnych informacji o tym, co się z nim dzieje. Chłopaki milczeli, chyba żaden nie wiedział, co powiedzieć. Cholernie się martwili i pewnie o wszystko się obwiniali. I po prawdzie mieli rację. Chuck przeżywał to najgorzej, chyba nie potrafił wytrwać w tej niepewności. Natychmiast wyczułem, że to on ma największy problem z emocjami. Ale na razie jakoś udawało mu się je powstrzymać. Na szczęście.  
W końcu wyszedł do nas lekarz i oznajmił, że jego stan jest stabilny i że brunet powinien wkrótce się obudzić. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Chyba Seb zapytał, czy możemy wejść od jego pokoju. Doktor niepewnie się zgodził, a my całą grupką wepchnęliśmy się do niewielkiej salki. Nadal nie odzywając się do siebie, wpatrywaliśmy się w jego spokojnie oddychającą twarz. Wszyscy cieszyliśmy się, choć niepokój jeszcze nie zniknął. W końcu wciąż nie byliśmy jeszcze pewni, czy on się wybudzi. Ale ja liczyłem na to, że skoro z najgorszego się wylizał, to teraz droga będzie już prościutka. Tyle że on nadal się nie otwierał oczu. Siedzieliśmy tam przez kilka dobrych godzin, a on nie dawał znaku życia. Lekarz kilkakrotnie zjawiał się w Sali, zapisywał coś i zaraz znikał, nie udzielając nam żadnych informacji. Kazał tylko czekać. Więc czekaliśmy. Nawet się nie poruszyliśmy, by rozprostować kości. Czekaliśmy. A to czekanie było dla nas wiecznością.
-Jak długo jeszcze? – zapytał cicho Chuck. Pierre swobodnie oddychał. Wydawało mi się, że spał spokojnie. Ale ja czułem, że tam toczy się walka o śmierć i życie. I czułem, że to śmierć tym razem przegra. Bo Bouvier wie, że tu jesteśmy, wie, że przeżywamy to razem z nim.
Było już dobrze po siódmej, kiedy coś połaskotało mnie po dłoni. Podskoczyłem zaskoczony tym gestem. Na początku myślałem, że jakiś robal chodzi mi po ręce. Dopiero po chwilki uświadomiłem sobie, że to musiał być on.
-Pierre? – zapytałem cicho, niemal drżąc z przejęcia. On nie odpowiedział nic, chyba nie miał na to siły. Rozluźnił nieco dłoń, co miało być dla nas znakiem. Przez moment żaden z nas nie mógł się poruszyć. Potem coś w nas pękło, dokładnie w tej samej chwili zaczęliśmy skakać z radości. Zaczęliśmy wszyscy paplać jak najęci, wszyscy na raz. Kątem oka zauważyłem, jak Pierre lekko się uśmiecha. Teraz żaden z nas już nie mógł usiedzieć na miejscu. Pozytywne emocje wzięły górę. Po raz pierwszy od wielu godzin mogłem powiedzieć, że znowu jestem szczęśliwy. 

1 komentarz:

  1. kurcze, weź mnie tak nie strasz!! ;P Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego jak ja się o niego bałam!!!

    Jak mówi pewne przysłowie: "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" ;) Teraz Pierre może być pewien, że Seb, Chuck, Jeff i David są jego najlepszymi przyjaciółmi ;)

    OdpowiedzUsuń