Gdy stałem przy furtce dotarł do mnie Seb. Czyli jednak
trochę im zależało. Chyba że po prostu chcieli dobrze wypaść w moich oczach. Teraz
już sam nie wiedziałem, co o tym myśleć.
-Czemu tak pędzimy? – zapytał błękitnooki, kiedy i Jeff
do nas dołączył.
-Bo nie mamy czasu – odparłem. Nie chciałem jeszcze nic
mówić, wolałem poczekać na Chucka, by nie powtarzać się dwa razy. Na szczęście
milczałem krótko, Comeau szybko do nas dołączył – wy nawet nie zdajecie sobie
sprawy z tego, jak wiele dla niego znaczyliście...
-Zdajemy sobie sprawę! – warknął Chuck – On nas
oszukiwał, to ile mogliśmy dla niego znaczyć?
-Daj spokój – prychnąłem – A nie pomyśleliście czasem o
tym, że on bardzo chciał wam o tym powiedzieć, ale znał waszą reakcję?
Wiedział, że go wywalicie. Nie wiecie, jak wiele nadziei on pokładał w
zespole...
-Przecież wszyscy chcieliśmy jak najlepiej...
-On postawił wszystko na jedną kartę, rozumiecie? On
postawił całe swoje życie na grę. Wiedział, że to jedyne wyjście, nadzieja na
przyszłość.
-Okej, to nie zmienia faktu, że nam nie ufał.
-I tu się mylicie. Myślicie, że gdyby wam nie ufał, to
powiedziałby wam o wszystkim, co robił? Błagam was, ruszcie głowami! –złożyłem
dłonie w błagalnym geście. Przez moment milczałem, jednak zaraz potem znowu
zacząłem mówić - Zresztą jak on miał ufać ludziom? Ja się mu nie dziwię i wy
też nie powinniście...
-O co ci chodzi? David, powiedz wprost!
-Czyli o tym też nie wiecie... – wymamrotałem – Cholera,
czyli może być gorzej niż myślałem. Podziwiam go, tak długo trzymał to w
sobie... Cholera! – jeszcze bardziej przyspieszyłem. Chłopaki zaskoczeni moim
szybszym tempem, dobiegli do mnie. Opowiedziałem im o wszystkim, co sam
wiedziałem o Pierre’rze. Ich miny momentalnie się zmieniły, teraz na ich
twarzach malował się strach i przerażenie. Chyba już zorientowali się, co
najlepszego narobili.
-Dave, czy ty myślisz, że on... on m.. mógłby... No
wiesz... Zrobić sobie krzywdę? – zapytał bojaźliwie Jeff. Zacisnąłem mocniej
pięści. Nie odpowiedziałem, nie miałem odwagi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że
teraz wszystko zależy jedynie od jego silnej woli. A raczej od jej zachwiania.
Wiedziałem, że to mógł być moment. Tylko oby ten moment nie nastąpił.
-Tutaj mieszka, nie? – zapytałem, na chwilę zapominając o
tym, że oni raczej nigdy nie byli tym
zaciekawieni i wskazując na jakąś obskurną kamienicę. Ja sam bliżej nigdy się
tym nie interesowałem. Ktoś kiedyś powiedział mi, żebym to miejsce z daleka
omijał. Tak naprawdę nawet nie miałem pojęcia, gdzie on mieszkał. Ale nie było
czasu na zastanawianie się. Musiałem zaufać intuicji.
Zatrzymałem się przed czymś, co nawet nie przypominało
drzwi. Wokół było pełno szkła, zapewne od butelek po wódce. Zdecydowanie
zapukałem mocno. Ze środka wydobywały się różne głosy. Kątem oka zauważyłem
miny chłopaków. Byli tak bardzo zdruzgotani, że nie mogli się odezwać.
Otworzyła mi jakaś kobieta, chociaż przez chwilę zastanawiałem
się, czy to nie mężczyzna w długich włosach. Zmieszany smród fajek i wódki
sprawił, że się zachwiałem i omal nie straciłem równowagi. ---Zastaliśmy
Pierre’a? – zapytałem, darując sobie powitanie. Ona czujnie mi się przyglądała. Po chwili z jej
buzi uwolnił się obłok dymu i odbił mi się od twarzy. Cofnąłem się o krok,
odruch wymiotny włączył się natychmiast, na szczęście jakoś się powstrzymałem.
Kobieta zachichotała cicho.
-Może jest, a może nie ma – odparła, opierając się o
framugę drzwi i wpatrywała się we mnie kpiąco. Zrozumiałem, że jest kompletnie
pijana. A ja nie miałem czasu, by z nią dyskutować. Bez wahania przepchnąłem
się obok jej cielska, chłopaki wzięli ze mnie przykład. W mieszkaniu aż roiło
się od ludzi, musieliśmy trafić w sam środek popijawy. Dopiero teraz
zrozumiałem przez co musiał przechodzić Pierre. Ta kobieta coś do nas
wrzeszczała, ale już żaden z nas nie zwrócił na to uwagi. Otworzyłem jakieś
drzwi, całkiem na ślepo. To akurat nie był pokój Pierre’a, tylko łazienka.
-Dave! – usłyszałem przestraszony krzyk Chucka.
Trzasnąłem drzwiami, oszczędzając wstydu człowiekowi siedzącemu na kiblu.
Dokładnie naprzeciwko drzwi od łazienki był pokój Pierre’a. Rzuciłem się w
tamtą stronę. Nie widziałem kumpla, zauważyłem tylko, jak Comeau próbuje kogoś
reanimować. Od razu zorientowałem się, co się dzieje. Pierwsza myśl, która
zmaterializowała się w mojej głowie, to lekarz. Zacząłem szukać jakiegokolwiek
telefonu. Gdzieś zaczepiła mnie ta kobieta, przyparłem ją do ściany i zapytałem
nerwowo o telefon. Wskazała mi palcem. Nie podziękowałem, tylko skoczyłem w
jego stronę. Trzy razy wykręcałem numer, zanim udało mi się wykręcić ten właściwy.
Wrzeszczałem jak opętany do słuchawki, że mają szybko przyjechać. Potem wróciłem
do chłopaków, którzy robili co mogli. Zaciskałem bezsilnie pięści. Wiedziałem,
że w tej sytuacji nie mogłem już za wiele zdziałać. Chuck i Jeff wymieniali się
przy pierwszej pomocy, próbowali go wybudzić. Ja i Seb patrzyliśmy się, choć
cholernie chcieliśmy coś zrobić. Wszyscy baliśmy się o jego zdrowie i życie. A
za ciekawie to nie wyglądało. Drżałem ze strachu, błękitnooki także. Pierre
ciągle miał otwartą buzię jakby po raz ostatni chciał zaczerpnąć świeżego
powietrza. Był blady jak nigdy. Przełknąłem cicho ślinę i wybiegłem z
mieszkania. Postanowiłem na dworze zaczekać na lekarza. Nie mogłem już na to
wszystko patrzeć. Miałem niewielką nadzieję, że jeśli moje oczy nie będą się w
to wpatrywać, to mi pomoże. Myliłem się. Teraz doszła jeszcze troska o to, że
chłopaki coś spieprzą. Już planowałem powrót do mieszkania, kiedy w końcu
usłyszałem syrenę. Od razu domyśliłem się, że to musi być karetka, którą
wezwałem. Odetchnąłem z ulgą, chociaż tak właściwie to tej ulgi w ogóle nie
poczułem.
-Za mną! – wrzasnąłem, zanim oni jeszcze zdążyli
wyskoczyć z samochodu. Jeden cały czas biegł obok mnie, reszta została w tyle,
zresztą chyba musieli wziąć nosze. Dalej wszystko działo się tak szybko, że sam
niewiele pamiętałem z tego całego zamieszania. Przez jakiś czas ten lekarz
klęczał obok Pierre’a. Zmęczeni Chuck i Jeff oraz ja i Seb otaczaliśmy go,
oczekując z bijącym sercem na jakiekolwiek wieści. Nie dowiedzieliśmy się
właściwie nic, bo jedyne słowo, które padło z jego ust, to „nosze!”. My ciągle
biegliśmy obok sanitariuszy, Chuck ciągle ściskał dłoń nieprzytomnego chłopaka.
Ja nerwowo pytałem chłopaka o jego stan, nie chciał mi nic powiedzieć oprócz
tego, że w szpitalu wszystkiego się dowiemy. Żaden z nas nie mógł pojechać karetką,
bo podobno mogli tylko członkowie rodziny. W duchu powiedziałem sobie, że
Pierre prędzej wybrałby kogoś z nas niż z rodziny. Ale nie chciałem już się o
to wykłócać.
Dopiero pół godziny później dostaliśmy się do szpitala,
co i tak nie było potrzebne, bo przez godzinę jedynie koczowaliśmy pod salą
Pierre’a. Nie mieliśmy żadnych informacji o tym, co się z nim dzieje. Chłopaki
milczeli, chyba żaden nie wiedział, co powiedzieć. Cholernie się martwili i
pewnie o wszystko się obwiniali. I po prawdzie mieli rację. Chuck przeżywał to
najgorzej, chyba nie potrafił wytrwać w tej niepewności. Natychmiast wyczułem,
że to on ma największy problem z emocjami. Ale na razie jakoś udawało mu się je
powstrzymać. Na szczęście.
W końcu wyszedł do nas lekarz i oznajmił, że jego stan
jest stabilny i że brunet powinien wkrótce się obudzić. Wszyscy odetchnęliśmy z
ulgą. Chyba Seb zapytał, czy możemy wejść od jego pokoju. Doktor niepewnie się
zgodził, a my całą grupką wepchnęliśmy się do niewielkiej salki. Nadal nie
odzywając się do siebie, wpatrywaliśmy się w jego spokojnie oddychającą twarz. Wszyscy
cieszyliśmy się, choć niepokój jeszcze nie zniknął. W końcu wciąż nie byliśmy
jeszcze pewni, czy on się wybudzi. Ale ja liczyłem na to, że skoro z
najgorszego się wylizał, to teraz droga będzie już prościutka. Tyle że on nadal
się nie otwierał oczu. Siedzieliśmy tam przez kilka dobrych godzin, a on nie
dawał znaku życia. Lekarz kilkakrotnie zjawiał się w Sali, zapisywał coś i
zaraz znikał, nie udzielając nam żadnych informacji. Kazał tylko czekać. Więc
czekaliśmy. Nawet się nie poruszyliśmy, by rozprostować kości. Czekaliśmy. A to
czekanie było dla nas wiecznością.
-Jak długo jeszcze? – zapytał cicho Chuck. Pierre
swobodnie oddychał. Wydawało mi się, że spał spokojnie. Ale ja czułem, że tam
toczy się walka o śmierć i życie. I czułem, że to śmierć tym razem przegra. Bo
Bouvier wie, że tu jesteśmy, wie, że przeżywamy to razem z nim.
Było już dobrze po siódmej, kiedy coś połaskotało mnie po
dłoni. Podskoczyłem zaskoczony tym gestem. Na początku myślałem, że jakiś robal
chodzi mi po ręce. Dopiero po chwilki uświadomiłem sobie, że to musiał być on.
-Pierre? – zapytałem cicho, niemal drżąc z przejęcia. On
nie odpowiedział nic, chyba nie miał na to siły. Rozluźnił nieco dłoń, co miało
być dla nas znakiem. Przez moment żaden z nas nie mógł się poruszyć. Potem coś
w nas pękło, dokładnie w tej samej chwili zaczęliśmy skakać z radości.
Zaczęliśmy wszyscy paplać jak najęci, wszyscy na raz. Kątem oka zauważyłem, jak
Pierre lekko się uśmiecha. Teraz żaden z nas już nie mógł usiedzieć na miejscu.
Pozytywne emocje wzięły górę. Po raz pierwszy od wielu godzin mogłem
powiedzieć, że znowu jestem szczęśliwy.
kurcze, weź mnie tak nie strasz!! ;P Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego jak ja się o niego bałam!!!
OdpowiedzUsuńJak mówi pewne przysłowie: "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" ;) Teraz Pierre może być pewien, że Seb, Chuck, Jeff i David są jego najlepszymi przyjaciółmi ;)