-Przepraszam – wrzasnęła nieogarnięta dziewczyna, która
już zdążyła się zerwać – cholera, taki tu bałagan, że ja już nie wiem, gdzie
jestem!
-Nie szkodzi – wymamrotałem pod nosem, nadal nieco
zaszokowany. Ale szybko się uśmiechnąłem i wstałem. Nic więcej nie zdążyłem
powiedzieć, ona już paplała jak nakręcona o tym festiwalu i o tym, jak się tu
znalazła. Po raz pierwszy spotkałem osobę, która mówiła więcej i szybciej ode
mnie. Byłem zdumiony, że ktoś potrafi mnie przegadać, bo chłopaki zawsze
powtarzali, że takiej osoby jak ja to nigdy nikt nie przebije w paplaniu bez
sensu. Próbowałem jej przerwać, ale ona nadawała jak jakaś katarynka. Po paru
próbach poddałem się i po prostu słuchałem, śmiejąc się.
-... dlatego tu jestem... Kurde, słuchaj, muszę już iść!
Co ty mnie w ogóle zagadujesz!? – oburzyła się, na co wybuchłem jeszcze głośniejszym
śmiechem.
-No jasne, przecież to ja gadam najwięcej... – zachichotałem,
korzystając z chwili ciszy, gdy zauważyłem, że ona zagląda do swoich notatek.
Chyba nawet nie usłyszała moich słów.
-Dobra, muszę spadać – mamrotała pod nosem. Nie do końca
byłem pewien, czy to zdanie kierowała do mnie – Muszę znaleźć ten zespół... –
podrapała się po głowie zamyślona – Gdzie oni mogli poleźć?
-Jaki zespół? – zapytałem z ciekawością, bo właściwie nie
miałem pojęcia, kto, oprócz nas, ma dzisiaj zagrać na scenie.
-A żebym ja wiedziała! – wymamrotała ona wyraźnie
niezadowolona, patrząc na te swoje papierki – No właśnie w tym cały problem!
Oni wciąż nie mają nazwy, czaisz? Zespół bez nazwy! Jak my niby mamy ich
zapowiedzieć?! Kurde, no same problemy, a ich jak na złość nigdzie nie ma!
-Bez nazwy? – przegryzłem głupio dolną wargę – To chyba
będę mógł tobie pomóc! Tylko powiedz mi jedną rzecz, jak się nazywa wokalista?
-Czekaj, musze sprawdzić... – dziewczyna z powrotem zagłębiła się w
swoich papierach. Przez moment czegoś pilnie szukała, a potem z dumą krzyknęła
– Mam! Pierre Bouvier!
Klasnąłem z radością w dłonie.
-Chodź! – chwyciłem ją za rękę i zacząłem ciągnąć. W
sumie to nie wiedziałem, gdzie są chłopaki. W końcu nie miałem pojęcia, dokąd
mogli pójść. Od razu domyśliłem się, że jej chodziło o nas, w końcu tylko jeden
zespół może być tak bardzo zakręcony, by zapomnieć o czymś tak ważnym jak
nazwa. To prawda, myśleliśmy już nad tym nie raz, ale żadna do nas nie
pasowała, każdej brakowało tej prawdy, którą mieliśmy w muzyce.
-Idioto, słyszysz mnie?! – dotarł do mnie głos mojej
koleżanki – Puszczaj mnie, bo to wygląda podejrzanie, a ja mam chłopaka, który
jest tu ochroniarzem i lepiej dla ciebie, żeby nas razem nie zobaczył!
-A tam! – machnąłem lekceważąco dłonią, jednak na wszelki
wypadek puściłem ją – Już nie raz dostawałem z pięści od zazdrosnych kumpli.
-I zupełnie nic cię to nie nauczyło? – zachichotała ona –
Nadal podkładasz głowę pod topór?
-No – odparłem z entuzjazmem, rozglądając się za kumplami
– Ja po prostu uwielbiam grać ludziom na nerwach.
-I za to obrywać – zakończyła ona, nadal chichocząc.
Przytaknąłem z uśmiechem. Ona nadawała coś o swoim chłopaku. Słuchałem tego
jednym uchem, drugiego używałem, by wsłuchać się w tłum ględzących ludzi z
nadzieją, że wychwycę głosy przyjaciół. Wtedy zauważyłem tę dziwną postać.
Wydawało mi się, że skądś ją znam, ale zanim zdążyłem się jej przyjrzeć,
zniknęła w tłumie.
-Chodź! – krzyknąłem po raz kolejny do swojej
nowopoznanej koleżanki, zmieniając szybki chód na bieg. Cholernie zaniepokoiła
mnie ta postać, miałem złe przeczucia. Sam nie wiedziałem, dlaczego, dziewczyna
nie wyglądała podejrzanie, wręcz przeciwnie, w ogóle nie rzucała się w oczy.
Nie powinienem się nią przejmować. Ale serce mówiło mi, że powinienem uważać.
Rozejrzałem się, biegnąc coraz wolniej. Zniknęła.
-Czyś ty zwariował? – usłyszałem obok siebie dziewczęcy
głos, przerywany głośnym oddychaniem – Może ty to masz kondycję, ale ja
nienawidzę biegać!
-Za to mówisz z prędkością światła! – odparłem, skupiając
się ponownie na jej poszukiwaniach. Niestety upewniłem się, że jej tu nie ma.
-Dave! – usłyszałem gdzieś za sobą. Zanim zdążyłem
zareagować, ktoś od tyłu się na mnie rzucił, przewracając moje ciało wprost w
kałużę błota. Na tego kogoś musiał wskoczyć ktoś jeszcze lub nawet dwie osoby,
tyle wywnioskowałem z głośnych wrzasków. Ale nie potrzebowałem wiele czasu, by
odgadnąć kto na mnie leży.
-Pierre, Seb, Chuck i Jeff – przedstawiłem swojej
koleżance moich kumpli, wciąż jeszcze leżąc na brzuchu.
-Skąd wiedziałeś?! – wrzasnął rozczarowany brunet –
Przecież nas nie widziałeś!
-Wasze głosy już tak zapadły mi w pamięć, że już nawet w
koszmarach je słyszę. A właśnie to jest jeden z nich.
-Bez przesady – prychnął Chuck – Gdyby twojego koszmaru
nie było, twoje życie przypominałoby komedie romantyczne – długie i nudne...
-Co masz do komedii romantycznych?! – wrzasnęli razem
Pierre i moja koleżanka – Ja lubię!
-Naprawdę?! – krzyknęliśmy z Jeffe’em radośnie – Kiedyś
musimy razem obejrzeć titanica! Mógłbym patrzeć na to milion razy!
Załamany Chuck złapał się za głowę. Chyba go jeszcze
bardziej dobiliśmy.
-Dobra, przejdźmy do rzeczy – westchnęła dziewczyna,
zaglądając z powrotem do swoich papierów – Który z was to Pierre Bouvier?
-Ja! – wrzasnęliśmy chóralnie i od razu zaczęliśmy się
kłócić o własne imiona. Dopiero po dziesięciu minutach dziewczyna otrzymała
swoją odpowiedź.
-Panie wokalisto – zwróciła się do bruneta, który wypiął
się dumnie – Panie wokalisto, pana zespół wciąż jeszcze nie ma nazwy! Czy
zamierza pan coś z tym zrobić?
-Nie – odparł najzwyczajniej w świecie Pierre, trochę
zaskoczony tym pytaniem – Znaczy... Jeśli będziemy mieli dobry pomysł na nazwę,
to się nazwiemy. Póki co takiego pomysłu nie mamy, więc...
-Okej, rozumiem – przerwała mu ostro dziewczyna. Miałem
wrażenie, że nie chce tworzyć kolejnej niepotrzebnej dyskusji – Dobra, ale na
czas festiwalu musicie przyjąć jakąś nazwę. Byle co, tylko nie zgapiajcie od
innych zespołów.
Spojrzeliśmy po sobie z chłopakami zagubieni. To nie
miało tak wyglądać. Nazwa miała przyjść sama. Nazwa zespołu miała być czymś
symbolicznym, czymś, co oznaczałoby naszą miłość do gry. To nie mogła być
pierwsza lepsza nazwa. Na szczęście potrafiliśmy porozumiewać się niewerbalnie,
więc każdy od razu sczaił na czym polegał plan. Musieliśmy tak zagadać
dziewczynę, by zapomniała, po co tu przyszła. Często tak robiliśmy, gdy
chcieliśmy odwlec jakąś decyzję. A mogliśmy tak maglować nawet przez kilka
godzin.
-Słuchajcie... – zaczął powoli błękitnooki jakby
zastanawiał się, co ma powiedzieć – Ja już tak o filmach mówimy, to ostatnio
oglądałem taki jeden, simple plan...
-SIMPLE PLAN?! – wrzasnąłem z entuzjazmem – Genialny
film, też go oglądałem!
-Simple plan! – wrzasnął Chuck – To jest to!
-Co jest to? – zapytaliśmy wszyscy razem zaskoczeni jego
nagłym wybuchem.
-Naprawdę nie rozumiecie?! – wrzasnął głośno nasz
perkusista, oburzony – No popatrzcie, to takie łatwe! Prosty plan! My mamy
prosty plan! Grać! Tylko grać! Do samego końca!
-Rzeczywiście genialne! – ryknął Pierre, klaszcząc
swojemu kumplowi. Chłopak wypiął się dumnie, a że nasz perkusista rzadko miał
przebłyski inteligencji, dlatego dziwiliśmy się, kiedy miał dobre pomysły.
Akurat ten był tym jednym z nielicznych. Chłopaki głośnym chórem potwierdzili tę
nazwę, a Patricia, której imię poznałem nieco później, zapisała naszą nazwę.
***
Nigdy nie patrzyłem na ludzi bawiących się pod sceną zza
kulis. Zawsze sam starałem się utrzymać przed barierkami, a jednocześnie skakać
i wrzeszczeć. A to wyglądało naprawdę niesamowicie, gdy na scenę wchodził ktoś
znany i potrafił złapać kontakt z ludźmi. Marzyłem o tym, by nasz zespół to
dzisiaj osiągnął. Niestety to niemożliwe, w końcu jesteśmy początkujący, gramy
swój pierwszy koncert na większej scenie. Byliśmy przygotowani na wszystko,
nawet na gwizdy ze strony publiki.
-Gotowi? – zakręcona Patricia zatrzymała się zaledwie na
ułamek sekundy przy nas – Zaraz tamci skończą, musicie szybko uwinąć się ze
sprzętem i zaczynać. Powodzenia! – krzyknęła na odchodne. Ścisnąłem nerwowo
swój bas. Chyba zaczynałem czuć to, co przez cały czas czuł Seb. Pierre’owi
wyraźnie się nudziło, chyba chciał jakoś się uspokoić, więc kłócił się z
Chuckiem, a raczej dokuczał brunetowi. Najlepiej kontaktował chyba Jeff, a
przynajmniej on wydawał się być skoncentrowany, a jednocześnie spokojny.
Ręce mi cholernie drżały, gdy z chłopakami ustawialiśmy
sprzęt. Gapiła się na nas kupa ludzi,
widziałem to, chociaż starałem się nie patrzeć w ich stronę. Chyba się bałem,
że będziemy grac do ziemi, a nie do ludzi. I niewiele mijałem się z prawdą, bo
gdy już przybiliśmy żółwika, a ja założyłem bas i spojrzałem na publiczność,
ogarnął mnie szok, chociaż tego mogłem się spodziewać. Przy scenie stało
zaledwie kilka osób. Pierre rzucił mi ukradkowe spojrzenie. Musiał zauważyć
moją minę bo znacząco się uśmiechnął i wymamrotał: Zaraz sprowadzimy tutaj
tłumy! Potem wybiegł na scenę i zaczął witać się z publicznością, trochę
żartując sobie z frekwencji. Zaczęliśmy grac i wtedy już żaden z nas nie
zwracał uwagi na ludzi, daliśmy porwać się muzyce. Najpiękniejsze w tym
wszystkim było to, że ludzie także poznali się na naszej muzyce, także to
czuli.
Problemy zaczęły się przy „I’m just a kid”, Pierre nagle
zamilkł, i to nie dlatego, że przestał śpiewać. On sam był tym wszystkim bardzo
zaskoczony. Za bardzo nie wiedział co robić. My graliśmy dalej spanikowani.
Wokalista naszego zespołu próbował coś zrobić, włączał i wyłączał mikrofon, ale
nic nie działało. W ciągu ułamka sekundy do głowy przyszedł mi pomysł.
Podbiegłem do mikrofonu, śpiewając głośne „woooohooooo!” i zachęcając ludzi, by powtarzali za mną.
Dopiero gdy kątem oka zauważyłem, że Pierre wraca zza kulis, oddałem mu głos.
Tym razem na szczęście wszystko działało. Jeszcze kilkakrotnie mieliśmy
problemy ze sprzętem. Ale zawsze udawało się nam jakoś wyślizgnąć z tego tak,
by nikt nie zauważył niedyspozycji.
-Zagrajmy „Meet you there”! – zaproponował wokalista,
kiedy wszyscy skupiliśmy się wokół Chucka.
-Pierre, nie mamy tego na liście! Zresztą ta piosenka
jest niedopracowana! – burknął Seb.
-No proszę was, to bardzo ważne! Zagrajmy to najlepiej
jak potrafimy!
-To może być nasz gwóźdź do trumny!
-Ale może to być też hit!
Błękitnooki dalej nie dyskutował, chociaż z jego miny
wyczytałem, że nie uważa tego za dobry pomysł. Reszta się nie sprzeciwiała,
wręcz przeciwnie, my także byliśmy właśnie za tą piosenką.
-A teraz... – wrzasnął Pierre, tym razem już do
mikrofonu, obracając się na pięcie – Zagramy naszą piosenkę, której tekst
pojawił się jako pierwszy. Dedykuję ją naszej pierwszej fance. Ta piosenka jest
dla ciebie, skarbie...
Zanim jeszcze skupiłem się na grze, podążyłem wzrokiem za
spojrzeniem bruneta. Omal się nie przewróciłem, kiedy zobaczyłem zapatrzoną w
Bouviera Marie, dziewczynę z całkiem innej klasy. Chłopaki kiedyś opowiadali mi
o historii tej miłości. Ale myślałem, że Pierre zdążył się już odkochać,
przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Tymczasem śpiewał jej prosto w oczy
piosenkę właśnie o miłości. I na pierwszy rzut oka dostrzegłem, że najbardziej
przykładał się właśnie do tej piosenki. Coś musiało być na rzeczy.
Nie mieliśmy w planach grania na bis, ale ludzie chyba
pragnęli, byśmy zagrali jeszcze raz, bo nie mogli się nawrzeszczeć. Chcieliśmy
zrobić to efektowanie, wyjść zza kulis tuż za muzyką. Wtedy zorientowałem się,
że mój bas nie gra. To samo mieli Seb i Jeff. Znowu byliśmy w kropce,
prowadzący ciągle powtarzał, że musimy już wyjść, bo nie może przekrzyczeć
tłumu.
-Potrzebuję dwóch minut! – wrzasnęła Patricia, zjawiając
się dosłownie znikąd. Najwyraźniej wiedziała w czym tkwi problem.
-Dwóch minut?! – powtórzył nerwowo Pierre – To za długo!
– Ona jednak już tego nie usłyszała, tylko gdzieś zniknęła. Słyszeliśmy jak
wrzask powoli zaczyna gasnąć. Zacisnąłem mocno pięści. Musieliśmy coś wymyślić,
żeby nie wyjść w oczach ludzi na idiotów.
Wtedy Seb wcisnął w dłonie bruneta akustyka. Wokalista SP
spojrzał na niego ze zdumieniem, zapewne chcąc o coś zapytać, ale gitarzysta
nie dał mu na to szansy.
-Zrób z tego dobry użytek! - Wrzasnął i nie wyjaśniając
nic więcej, wypchnął go na scenę. Pierre nie miał wyjścia, ludzie już zaczęli
mu klaskać. Nie mógł się wycofać. Przez jakiś czas coś mówił, ale chyba
zrozumiał, że na dłuższą metę to nie miało sensu. Nie lubił grać solo, nigdy
nie powiedział nam, dlaczego. Tym razem to zrobił. Zaczął grać „Perfect”, jedną
z naszych najpiękniejszych piosenek. Niestety nie mogłem długo się w to
wsłuchiwać, próbowałem znaleźć przyczynę naszych kłopotów. Ale to myślenie na
nic się nie zdało. Pierre akurat skończył śpiewać refren, kiedy Patricia
krzyknęła, że możemy już grać. Nawet tego nie sprawdziliśmy, nie mieliśmy na to
czasu. Ufaliśmy jej. I nie przejechaliśmy się na tym. Wyszło idealnie.
Wyszliśmy akurat w momencie, gdy Bouvier miał zacząć śpiewać drugą zwrotkę.
Nasz kumpel powitał nas uśmiechem, zaczekał, aż skończymy grać przygrywkę i
wrócił do piosenki. Ludzie byli zaskoczeni naszym wejściem i samym pomysłem na
zagranie piosenki prawie tak samo jak my. Na szczęście spodobało im się to. Na
szczęście pomyśleli, że taki był nasz plan i przyjęli to naprawdę ciepło.
Po dwóch utworach ponownie zeszliśmy ze sceny, tym razem
już bez zamiaru powrotu na nią. Od razu wzrokiem wyhaczyłem biegnącą w naszym
kierunku zachwyconą Patricię. Porwałem butelkę wody, nawet nie zwracając uwagi
na to, czy butelka należy do mnie. Byłem tak padnięty jak po całym dniu prób z
chłopakami.
-Wy naprawdę jesteście kimś! – wrzeszczała z podziwem
dziewczyna – Takiego zespołu już dawno nie słyszałam!
-Dzięki – odparłem, odrywając na moment usta od butelki.
Już kilkakrotnie słyszeliśmy to z czyichś ust, ale ja wciąż nie mogłem nadziwić
się zdumieniu tych ludzi. Przecież my byliśmy zwykłym zespołem. A wszyscy
widzieli w naszej grze coś niezwykłego. To samo chciałem powiedzieć Patrici,
ale ona znowu nie dawała nikomu dojść do głosu.
-Dziewczyno, gadasz więcej niż Dave po butelce taniego
wina! – roześmiał się Chuck, a ja prychnąłem cicho.
-Za to ty śpisz! – warknąłem, wyrzucając pustą butelkę po
wodzie do kosza.
-Wolę spać niż przez pół nocy naiwjać o gaciach Axla
Rose’a
-O czym? – wybałuszyłem oczy, na co perkusista wybuchnął
głośnym śmiechem.
-Już nie pamiętasz? – wystawił język w moją stronę – Mogę
ci jeszcze parę rzeczy przypomnieć, to się pośmiejemy! Na przykład...
-Dzięki – machnąłem dłonią, by zmusić go do milczenia.
Zupełnie nie pamiętałem nic z tamtego wieczora, kiedy akurat mogłem sobie
pozwolić na zabawę z chłopakami, bo rodziców nie było w domu. Teraz miałem
czarną dziurę w głowie. I wolałem, by tak pozostało.
-To co? – zatarł dłonie Jeff – Chyba możemy oblać nasz
sukces, co? – zapytał z dzikim uśmiechem – Czas na imprezę! Patricia, ciebie
też zapraszam, zasługujesz na to!
-Chętnie bym poszła, ale robota czeka – dziewczyna
beznadziejnie wzruszyła ramionami, a my ciężko westchnęliśmy – Ale może innym
razem – uśmiechnęła się szeroko. I właśnie ten uśmiech miał w sobie coś dziwnego, takiego nieziemskiego.
Coś co sprawiło, że moje serce zaczęło szybciej walić. Jeszcze nigdy nie
spotkałem się z takim uczuciem, nie wiedziałem, co ono oznacza, nie miałem
pojęcia, jak to się nazywa. To było tak wielkie, że az mnie przytłaczało, nie
mogłem dźwignąć tego na swoich barkach.
-David! – wrzasnął Chuck, machając przede mną swoją
dłonią. Odskoczyłem na dwa metry, pech chciał,
że zahaczyłem o jakiś kabel i upadłem na plecy. Przez moment widziałem
tylko czerń, ale za to słyszałem śmiech Chucka, Jeffa i Patrici.
-Śmieszne – burknąłem pod nosem. Powoli rzeczywiste
kształty wracały przed moje oczy.
-Pytałem się ciebie tylko, czy nie widziałeś Seba i
Pierre’a...
oh... ale Pierre jest romantyczny :D Też bym chciała, żeby ktoś zaśpiewał dla mnie piosenkę!!!
OdpowiedzUsuńNie no David się zakochał... xP
Nie da się ukryć, że pasują do siebie z Patricią :D
Przecież nie mogło być inaczej... Od samego początku wiadomo było, że Simple Plan to najlepszy zespół na świecie :D
Dziewczyno, uwielbiam cię! Twoje opowiadanie jest genialne! Przez cały rozdział uśmiechałam się jak głupia xD
OdpowiedzUsuńaww mam nadzieję, że będzie coś pomiędzy Patricią i Davidem ;D
dzięki :D
Usuń