środa, 19 czerwca 2013

PART XXVII

Teraz już sam nie wiem, jak doszło do tego, że ja i Patricia zostaliśmy parą. Chyba wszystko zaczęło się od tej całej przygłupiej gry w butelkę, którą wymyślił Seb na jednej z naszych wspólnych imprez. Wtedy oboje to coś poczuliśmy, to coś, co przyciągnęło nas tak do siebie. Ale oboje nie chcieliśmy się do tego przyznać. A to uczucie nie dawało spokoju. Chłopaki powtarzali mi, że wyglądam całkiem inaczej w jej obecności, że robię się jeszcze bardziej fajtłapowaty niż jestem zwykle. Próbowałem wmówić sobie, że to żadna miłość, że to zaraz przeminie. Walczyłem, ale z tym nie dało się wygrać. Moi przyjaciele z politowaniem na to patrzyli. Ja nie chciałem się zakochiwać, nie lubiłem ryzykować. Mogłem swatać ludzi, ale sam nie chciałem być jedną z tych dwóch osób.
W końcu dotarło do mnie, że od tego nie ucieknę, że na to nie znajdę lekarstwa. Po jednym piwie postanowiłem jej o tym powiedzieć. Ona tańczyła na parkiecie, na jej twarzy malował się uśmiech. Uwielbiała to. Uwielbiała muzykę, śpiew i taniec. No i nasze wygłupy. Czyli to samo co ja. Byliśmy identyczni, pasowaliśmy do siebie jak dwie połówki jabłka. Mimo wszystko wciąż się wahałem, czy na pewno tego chcę, czy na pewno nie popełniam błędu. Natychmiast odpowiedziałem sobie na to pytanie. Jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam.
I to właśnie od tego wieczoru wszyscy zaczęli mówić o nas zakochańce. Rzeczywiście nie było chwili, w której ktokolwiek zobaczyłby nas osobno. Czasami Pat wpadała do mnie nawet do pracy, a byłem kelnerem w McDonaldzie, więc rzadko mogłem sobie pozwolić na rozmowę z nią. A jednak jej obecność dawała mi sporo entuzjazmu i radości. Nie miałem dla niej zbyt wiele czasu, w końcu całe moje życie to latanie od Mcdonalda do Chucka na próby. Czasami dziewczyny robiły sobie u mojego kumpla kącik plotkarski. Nas to jakoś nie denerwowało, wiedzieliśmy, że to niewiele. Staraliśmy się gospodarować każdą wolną chwilę.
Było już dobrze po północy, kiedy wykończony, po kilkugodzinnej próbie, wyszedłem z chłopakami od Chucka. Pierre, Seb i Jeff ledwo trzymali się na nogach, zresztą wszyscy marzyliśmy o ciepłych łóżkach. Niedługo mieliśmy wziąć udział w kolejnym konkursie. Ostro ćwiczyliśmy, by w końcu coś osiągnąć, bo na koncie mieliśmy zaledwie kilka festiwali. Ludzie lubili naszą muzykę, nawet kilka razy byliśmy pokazywani w telewizji i nazywani jako debiut z przyszłością. Tylko że żadna wytwórnia nie chciała się nami zainteresować. A naszym skryty marzeniem było wydanie płyty. Nie po to, żeby zdobyć popularność. Chcieliśmy po prostu poczuć ten klimat, poczuć, że jesteśmy dojrzałym zespołem.
Po jakimś czasie pożegnałem się z chłopakami i skręciłem w jedną z licznych uliczek Montrealu. Zastanawiałem się, jakim cudem jutro mam się zerwać o szóstej nad ranem, żeby o siódmej dotrzeć do roboty. Westchnąłem ciężko. Chyba będę musiał znaleźć sobie jakąś lepszą pracę.
W sumie już z daleka ją zauważyłem. Rozpoznałem ją po sylwetce, jednak nadal nie byłem pewien, czy to ta osoba. Siedziała na krawężniku z podkulonymi nogami, na szczęście po drugiej stronie ulicy, więc mogłem ją spokojnie ominąć. I tak też zrobiłem. Nie zamierzałem się zatrzymywać. Już minął ten okres czasu, kiedy pragnąłem ją ratować. Teraz już wiem, że to nie ma najmniejszego sensu.
-David, zaczekaj!
Coś w sercu mnie zakuło. Ułamek sekundy i moje poprzednie myśli szlag trafił. Jej głos, od tak dawna przeze mnie niesłyszany, teraz koszmarnie zamieszał w mojej głowie. Tak, zatrzymałem się. Zatrzymałem się, ale nie mogłem się odwrócić. Mimo wszystko wciąż czułem chłód.
-Możemy porozmawiać? – usłyszałem jej drżący i napięty głos. Przełknąłem cicho ślinę. Po prawdzie nie chciałem mieć już z nią nic wspólnego, ale nie mogłem powiedzieć tego na głos, żeby nie wyjść na palanta.
-Trochę mi się śpieszy – odparłem, ale nie odwróciłem się.
-To nie zajmie wiele czasu – nalegała. Wyczułem, że jej zależy. Spojrzałem na zegarek. Dziesięć minut przed pierwszą.
-O szóstej muszę wstać, więc...
-Proszę... To dla mnie naprawdę ważne – błagała. Westchnąłem cicho. Nie mogłem jej wygonić, nie byłbym sobą. Powoli się odwróciłem. W blasku latarni dokładnie widziałem jej rysy twarzy. Nie przypominała Kate, którą tak dobrze znałem. Wyglądała na jeszcze bardziej wykończoną ode mnie. Smutek jeszcze bardziej pogłębiał jej ponurość. Przypominała mi upiora. I to wyjątkowo przerażającego upiora.
-Okej – skrzyżowałem ramiona na piersiach, zastanawiając się, gdzie ona zgubiła swoją świetność – Okej, masz pięć minut i nie więcej, rozumiesz?
Ona pokiwała głową ze zrozumieniem, ale nie odezwała się. Drżała. Wiedziałem, że się bała tej rozmowy. Ponownie zacząłem zastanawiać się, czy ona nie chce czasem wrobić mnie w jakieś bagno. Westchnąłem niecierpliwie, próbując ją pospieszyć. Chyba nie odczytała tego w taki sposób, w jaki powinna. Po raz drugi spojrzałem na zegarek.
-Dobra, słuchaj, jeśli tak ma wyglądać ta nasza rozmowa, to ja jednak wrócę do domu –przerwałem tę okrutna ciszę. Już miałem się odwrócić, kiedy ponownie usłyszałem jej głos błagający mnie bym został. Wtedy już się wkurzyłem.
-Mam zostać po to, żebyśmy na siebie patrzyli?! Proszę cię, już wystarczająco dużo razy widziałem twoją twarz i szczerze mówiąc mam jej już dość, więc proszę, oszczędź mi, okej? Mów o co chodzi, bo ja naprawdę mam niewiele czasu!
-Dobra... O nic już – wyczułem w jej głosie odrobinę żalu i smutku – Przepraszam, że zawracałam ci głowę, to już się więcej nie powtórzy – ona obróciła się na pięcie i chyba chciała odejść. Wtedy dotarło do mnie, że zachowałem się jak pieprzony egoista i dupek. Przekląłem siebie w duchu i podbiegłem do dziewczyny, która zdążyła już się oddalić kawałek. Zatorowałem jej drogę ramionami.
-Co się dzieje, Kate? – zapytałem, tym razem dostrzegając w jej tęczówkach coś jeszcze głębszego niż smutek. Dziewczyna spuściła głowę, po jej policzku spłynęły łzy. Poczułem się trochę głupio za to, że tak na nią naskoczyłem. Przyciągnąłem ja do siebie i przytuliłem, chociaż nie byłem pewien, czy właśnie tak powinienem postępować.
-No już... – próbowałem jakoś ją uspokoić, ale to nic nie dawało, szczególnie dlatego, że właściwie nie wiedziałem, o co tu chodzi.
-Masz rację – wychlipała – Nie powinnam do ciebie przychodzić... Masz swoje życie...
-Ale przyszłaś – mówiłem cierpliwie, nadal ją przytulając – Więc powiedz mi, co się stało.
-B... Bo t... Ty jeden... Widziałeś we mnie... Inną Kate... Ty... Ty nie widziałeś... Galerianki...  – mówiła, przerywając łkaniem. Próbowałem z tego płaczu coś wyciągnąć, cokolwiek – Ja... Ja pomyślałem, że wiedziałbyś... – nie dokończyła, niepohamowany wybuch płaczu nie pozwolił jej dalej mówić. Ja wciąż nie miałem pojęcia, o co chodzi, więc powtarzałem tylko, że wszystko będzie dobrze, chociaż nie wiedziałem, czy będzie.
-Ja po prostu pomyślałam... Pomyślałam, że tylko ty jeden mógłbyś mi pomóc... Pomóc wyrwać się z tego wszystkiego... Ja pomyślałam... W końcu zrozumiałam, co wtedy miałeś na myśli... To... To wszystko jest okropne... Ja nie chcę tak żyć... Mam dość... Tylko... T... To uzależnienie... JA ot tak nie mogę stamtąd odejść... Nie poradzę sobie...
-A... Ale... Co ja niby miałby, zrobić? – zapytałem głupio. Ona tylko westchnęła cicho i posmutniała. Wyswobodziła się z moich objęć i z powrotem spuściła głowę.
-No właśnie... Co ty możesz zrobić... Idę, Dave, nic tu po mnie.
Właściwie to nadal nie wiedziałem, czego ona nadal ode mnie oczekiwała. Ale miałem wrażenie, że nie tylko roli pocieszyciela. Przez moją głowę przeleciało milion myśli, między innymi taka, że nie mam teraz czasu, by dodatkowo widywać się z Kate. Ale... Miałem ją tak po prostu zostawić? W takim stanie?
-Pomogę ci!- krzyknąłem. Mój głos odbił się od osiedlowych domów, tworząc echo. Ona się zatrzymała, ale jakby z wahaniem. W końcu obróciła się na pięcie, ale nie zbliżyła się w moją stronę.
-Nie rób tego – wyszeptała na tyle głośno, bym usłyszał – Dave, nie możesz tego zrobić. Ja... Słuchaj, to naprawdę nie jest dobry pomysł.
-Ale chcę – zacisnąłem mocno pięści – chce ci pomóc, rozumiesz?
-Ale ja nie mogę tak... Przepraszam, Dave, to był zły pomysł, nie powinnam w ogóle tu przychodzić.
-Przestań, Kate – prychnąłem, robiąc ostrożnie jeden krok do przodu – Jeśli przyszłaś, to coś musi znaczyć, nie uważasz?
-Przyprowadziło mnie tu sumienie, a nie przypadek.
-Sumienie! – ucieszyłem się, klaszcząc w dłonie – To wspaniale! Naprawdę wspaniale!
Ona spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczyma, chyba dziwiąc się mojemu entuzjazmowi. A ja musiałem szczerze przyznać, że mnie zaskoczyła swoją odpowiedzią. I zacząłem myśleć, że ona naprawdę chce się zmienić i nawet już zaczyna to robić. Coraz bardziej mi się to wszystko podobało, coraz bardziej chciałem się nią zaopiekować.
-Dave, nie wiesz, w co się pakujesz... – wymamrotała cicho, chyba nadal próbując mnie zniechęcić.
-Znasz mnie – prychnąłem – Jak ja się do czegoś przylepię, to szybko się nie odlepię – zachichotałem, a ona w odpowiedzi westchnęła zrezygnowana.
-Niestety ciebie znam – jęknęła – Kurde, to naprawdę...
-Przestań marudzić i przyjmij moją propozycję, dopóki jeszcze ładnie i kulturalnie proszę, bo znam jeszcze kilka innych sposobów, żeby ciebie przekonać...
-chyba nie chcę ich poznać – roześmiała się Kate, ale za chwilę spoważniała – Dave, ale właściwie to jak ty chcesz mi pomóc? Co chcesz zrobić? Ja chyba powinnam sama sobie z tym poradzić...
-To prawda, powinnaś – zgodziłem się – Ale przecież wsparcie nie zaszkodzi – uśmiechnąłem się i rozłożyłem ramiona – Słuchaj, ja wiem, może między nami nie zawsze się układało, ale ktoś musi ci pomóc, bo sama sobie nie dasz rady. A skoro u mnie szukasz pomocy, to znaczy, że mi ufasz. Lub... Lub po prostu nie masz do kogo się z tym zwrócić.
-Nieprawda! – zaprzeczyła głośno, a ja zrozumiałem, że trafiłem w sedno – Mam wielu przyjaciół, tylko oni nie potrafiliby zrozumieć...
-Przyjaciele? – roześmiałem się – Przyjaciele rozumieją wszystko!
-Przestań ich oczerniać!
-Ja ich nie oczerniam, ty to robisz.
Mimo osłony nocy zauważyłem, jak jej twarz przybiera kolor buraka. Przez moment bałem się, że przesadziłem z tymi przyjaciółmi .Teraz ona mogła się nie zgodzić na moją propozycję. Przekląłem siebie w duchu. Powinienem trzymać język za zębami. Na szczęście ona chyba zrozumiała, o czym mówię, najwyraźniej ta pseudo przyjaźń niewiele dla niej znaczyła. Byłem bardzo ciekawy, dlaczego ona nie chroniła swoich przyjaciół.
-To... Pomożesz mi? – zapytała z innej beczki, zrezygnowana. Domyśliłem się, że już jest zmęczona tą rozmową.

-Oczywiście, że ci pomogę – pokiwałem głową kończąc naszą rozmowę – Słuchaj, chyba lepiej będzie, jak już oboje pójdziemy do domów. Wpadniesz do mnie jutro do pracy? - Ona powoli pokiwała głową, jakby nadal niezdecydowana. Szybko wytłumaczyłem jej, jak dojść do mojego McDonalda, potem pożegnaliśmy się i rozdzieliliśmy. Na szczęście rodzice już spali, więc nie miałem problemu z przemknięciem do swojego pokoju. Kładąc się do łóżka, zastanawiałem się nad tym, co we mnie takiego jest, że tak bardzo przyciągam do siebie ludzi. I co takiego się wydarzyło, że Kate znudziła się zabawa w galeriankę? Niestety nic mądrego nie zdążyłem wymyślić. Powieki bardzo szybko zasłoniły mi tęczówki.

1 komentarz:

  1. Ohhhh... Dave ma dziewczynę!!! :D
    Podziwiam Davida :) Po tym jak Kate go potraktowała.... nie zasłużyła na jego pomoc!!! Ale on ma takie dobre serduszko <3 :D no bo to w końcu nasz kochany Desrosiers jest :D

    OdpowiedzUsuń