Teraz już sam nie wiem, jak doszło do tego, że ja i
Patricia zostaliśmy parą. Chyba wszystko zaczęło się od tej całej przygłupiej
gry w butelkę, którą wymyślił Seb na jednej z naszych wspólnych imprez. Wtedy
oboje to coś poczuliśmy, to coś, co przyciągnęło nas tak do siebie. Ale oboje
nie chcieliśmy się do tego przyznać. A to uczucie nie dawało spokoju. Chłopaki
powtarzali mi, że wyglądam całkiem inaczej w jej obecności, że robię się
jeszcze bardziej fajtłapowaty niż jestem zwykle. Próbowałem wmówić sobie, że to
żadna miłość, że to zaraz przeminie. Walczyłem, ale z tym nie dało się wygrać.
Moi przyjaciele z politowaniem na to patrzyli. Ja nie chciałem się zakochiwać,
nie lubiłem ryzykować. Mogłem swatać ludzi, ale sam nie chciałem być jedną z
tych dwóch osób.
W końcu dotarło do mnie, że od tego nie ucieknę, że na to
nie znajdę lekarstwa. Po jednym piwie postanowiłem jej o tym powiedzieć. Ona
tańczyła na parkiecie, na jej twarzy malował się uśmiech. Uwielbiała to.
Uwielbiała muzykę, śpiew i taniec. No i nasze wygłupy. Czyli to samo co ja.
Byliśmy identyczni, pasowaliśmy do siebie jak dwie połówki jabłka. Mimo
wszystko wciąż się wahałem, czy na pewno tego chcę, czy na pewno nie popełniam
błędu. Natychmiast odpowiedziałem sobie na to pytanie. Jeśli nie spróbuję, to
się nie przekonam.
I to właśnie od tego wieczoru wszyscy zaczęli mówić o nas
zakochańce. Rzeczywiście nie było chwili, w której ktokolwiek zobaczyłby nas
osobno. Czasami Pat wpadała do mnie nawet do pracy, a byłem kelnerem w McDonaldzie,
więc rzadko mogłem sobie pozwolić na rozmowę z nią. A jednak jej obecność
dawała mi sporo entuzjazmu i radości. Nie miałem dla niej zbyt wiele czasu, w
końcu całe moje życie to latanie od Mcdonalda do Chucka na próby. Czasami
dziewczyny robiły sobie u mojego kumpla kącik plotkarski. Nas to jakoś nie
denerwowało, wiedzieliśmy, że to niewiele. Staraliśmy się gospodarować każdą
wolną chwilę.
Było już dobrze po północy, kiedy wykończony, po
kilkugodzinnej próbie, wyszedłem z chłopakami od Chucka. Pierre, Seb i Jeff
ledwo trzymali się na nogach, zresztą wszyscy marzyliśmy o ciepłych łóżkach. Niedługo
mieliśmy wziąć udział w kolejnym konkursie. Ostro ćwiczyliśmy, by w końcu coś
osiągnąć, bo na koncie mieliśmy zaledwie kilka festiwali. Ludzie lubili naszą
muzykę, nawet kilka razy byliśmy pokazywani w telewizji i nazywani jako debiut
z przyszłością. Tylko że żadna wytwórnia nie chciała się nami zainteresować. A
naszym skryty marzeniem było wydanie płyty. Nie po to, żeby zdobyć popularność.
Chcieliśmy po prostu poczuć ten klimat, poczuć, że jesteśmy dojrzałym zespołem.
Po jakimś czasie pożegnałem się z chłopakami i skręciłem
w jedną z licznych uliczek Montrealu. Zastanawiałem się, jakim cudem jutro mam
się zerwać o szóstej nad ranem, żeby o siódmej dotrzeć do roboty. Westchnąłem
ciężko. Chyba będę musiał znaleźć sobie jakąś lepszą pracę.
W sumie już z daleka ją zauważyłem. Rozpoznałem ją po
sylwetce, jednak nadal nie byłem pewien, czy to ta osoba. Siedziała na
krawężniku z podkulonymi nogami, na szczęście po drugiej stronie ulicy, więc
mogłem ją spokojnie ominąć. I tak też zrobiłem. Nie zamierzałem się
zatrzymywać. Już minął ten okres czasu, kiedy pragnąłem ją ratować. Teraz już
wiem, że to nie ma najmniejszego sensu.
-David, zaczekaj!
Coś w sercu mnie zakuło. Ułamek sekundy i moje poprzednie
myśli szlag trafił. Jej głos, od tak dawna przeze mnie niesłyszany, teraz
koszmarnie zamieszał w mojej głowie. Tak, zatrzymałem się. Zatrzymałem się, ale
nie mogłem się odwrócić. Mimo wszystko wciąż czułem chłód.
-Możemy porozmawiać? – usłyszałem jej drżący i napięty
głos. Przełknąłem cicho ślinę. Po prawdzie nie chciałem mieć już z nią nic
wspólnego, ale nie mogłem powiedzieć tego na głos, żeby nie wyjść na palanta.
-Trochę mi się śpieszy – odparłem, ale nie odwróciłem
się.
-To nie zajmie wiele czasu – nalegała. Wyczułem, że jej
zależy. Spojrzałem na zegarek. Dziesięć minut przed pierwszą.
-O szóstej muszę wstać, więc...
-Proszę... To dla mnie naprawdę ważne – błagała.
Westchnąłem cicho. Nie mogłem jej wygonić, nie byłbym sobą. Powoli się
odwróciłem. W blasku latarni dokładnie widziałem jej rysy twarzy. Nie
przypominała Kate, którą tak dobrze znałem. Wyglądała na jeszcze bardziej
wykończoną ode mnie. Smutek jeszcze bardziej pogłębiał jej ponurość.
Przypominała mi upiora. I to wyjątkowo przerażającego upiora.
-Okej – skrzyżowałem ramiona na piersiach, zastanawiając
się, gdzie ona zgubiła swoją świetność – Okej, masz pięć minut i nie więcej,
rozumiesz?
Ona pokiwała głową ze zrozumieniem, ale nie odezwała się.
Drżała. Wiedziałem, że się bała tej rozmowy. Ponownie zacząłem zastanawiać się,
czy ona nie chce czasem wrobić mnie w jakieś bagno. Westchnąłem niecierpliwie,
próbując ją pospieszyć. Chyba nie odczytała tego w taki sposób, w jaki powinna.
Po raz drugi spojrzałem na zegarek.
-Dobra, słuchaj, jeśli tak ma wyglądać ta nasza rozmowa,
to ja jednak wrócę do domu –przerwałem tę okrutna ciszę. Już miałem się odwrócić,
kiedy ponownie usłyszałem jej głos błagający mnie bym został. Wtedy już się wkurzyłem.
-Mam zostać po to, żebyśmy na siebie patrzyli?! Proszę
cię, już wystarczająco dużo razy widziałem twoją twarz i szczerze mówiąc mam
jej już dość, więc proszę, oszczędź mi, okej? Mów o co chodzi, bo ja naprawdę
mam niewiele czasu!
-Dobra... O nic już – wyczułem w jej głosie odrobinę żalu
i smutku – Przepraszam, że zawracałam ci głowę, to już się więcej nie powtórzy
– ona obróciła się na pięcie i chyba chciała odejść. Wtedy dotarło do mnie, że
zachowałem się jak pieprzony egoista i dupek. Przekląłem siebie w duchu i
podbiegłem do dziewczyny, która zdążyła już się oddalić kawałek. Zatorowałem
jej drogę ramionami.
-Co się dzieje, Kate? – zapytałem, tym razem dostrzegając
w jej tęczówkach coś jeszcze głębszego niż smutek. Dziewczyna spuściła głowę,
po jej policzku spłynęły łzy. Poczułem się trochę głupio za to, że tak na nią
naskoczyłem. Przyciągnąłem ja do siebie i przytuliłem, chociaż nie byłem
pewien, czy właśnie tak powinienem postępować.
-No już... – próbowałem jakoś ją uspokoić, ale to nic nie
dawało, szczególnie dlatego, że właściwie nie wiedziałem, o co tu chodzi.
-Masz rację – wychlipała – Nie powinnam do ciebie
przychodzić... Masz swoje życie...
-Ale przyszłaś – mówiłem cierpliwie, nadal ją przytulając
– Więc powiedz mi, co się stało.
-B... Bo t... Ty jeden... Widziałeś we mnie... Inną
Kate... Ty... Ty nie widziałeś... Galerianki...
– mówiła, przerywając łkaniem. Próbowałem z tego płaczu coś wyciągnąć,
cokolwiek – Ja... Ja pomyślałem, że wiedziałbyś... – nie dokończyła,
niepohamowany wybuch płaczu nie pozwolił jej dalej mówić. Ja wciąż nie miałem
pojęcia, o co chodzi, więc powtarzałem tylko, że wszystko będzie dobrze,
chociaż nie wiedziałem, czy będzie.
-Ja po prostu pomyślałam... Pomyślałam, że tylko ty jeden
mógłbyś mi pomóc... Pomóc wyrwać się z tego wszystkiego... Ja pomyślałam... W
końcu zrozumiałam, co wtedy miałeś na myśli... To... To wszystko jest
okropne... Ja nie chcę tak żyć... Mam dość... Tylko... T... To uzależnienie...
JA ot tak nie mogę stamtąd odejść... Nie poradzę sobie...
-A... Ale... Co ja niby miałby, zrobić? – zapytałem
głupio. Ona tylko westchnęła cicho i posmutniała. Wyswobodziła się z moich
objęć i z powrotem spuściła głowę.
-No właśnie... Co ty możesz zrobić... Idę, Dave, nic tu
po mnie.
Właściwie to nadal nie wiedziałem, czego ona nadal ode
mnie oczekiwała. Ale miałem wrażenie, że nie tylko roli pocieszyciela. Przez
moją głowę przeleciało milion myśli, między innymi taka, że nie mam teraz
czasu, by dodatkowo widywać się z Kate. Ale... Miałem ją tak po prostu zostawić?
W takim stanie?
-Pomogę ci!- krzyknąłem. Mój głos odbił się od
osiedlowych domów, tworząc echo. Ona się zatrzymała, ale jakby z wahaniem. W
końcu obróciła się na pięcie, ale nie zbliżyła się w moją stronę.
-Nie rób tego – wyszeptała na tyle głośno, bym usłyszał –
Dave, nie możesz tego zrobić. Ja... Słuchaj, to naprawdę nie jest dobry pomysł.
-Ale chcę – zacisnąłem mocno pięści – chce ci pomóc,
rozumiesz?
-Ale ja nie mogę tak... Przepraszam, Dave, to był zły
pomysł, nie powinnam w ogóle tu przychodzić.
-Przestań, Kate – prychnąłem, robiąc ostrożnie jeden krok
do przodu – Jeśli przyszłaś, to coś musi znaczyć, nie uważasz?
-Przyprowadziło mnie tu sumienie, a nie przypadek.
-Sumienie! – ucieszyłem się, klaszcząc w dłonie – To wspaniale!
Naprawdę wspaniale!
Ona spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczyma, chyba
dziwiąc się mojemu entuzjazmowi. A ja musiałem szczerze przyznać, że mnie
zaskoczyła swoją odpowiedzią. I zacząłem myśleć, że ona naprawdę chce się
zmienić i nawet już zaczyna to robić. Coraz bardziej mi się to wszystko
podobało, coraz bardziej chciałem się nią zaopiekować.
-Dave, nie wiesz, w co się pakujesz... – wymamrotała
cicho, chyba nadal próbując mnie zniechęcić.
-Znasz mnie – prychnąłem – Jak ja się do czegoś
przylepię, to szybko się nie odlepię – zachichotałem, a ona w odpowiedzi
westchnęła zrezygnowana.
-Niestety ciebie znam – jęknęła – Kurde, to naprawdę...
-Przestań marudzić i przyjmij moją propozycję, dopóki
jeszcze ładnie i kulturalnie proszę, bo znam jeszcze kilka innych sposobów,
żeby ciebie przekonać...
-chyba nie chcę ich poznać – roześmiała się Kate, ale za
chwilę spoważniała – Dave, ale właściwie to jak ty chcesz mi pomóc? Co chcesz
zrobić? Ja chyba powinnam sama sobie z tym poradzić...
-To prawda, powinnaś – zgodziłem się – Ale przecież
wsparcie nie zaszkodzi – uśmiechnąłem się i rozłożyłem ramiona – Słuchaj, ja
wiem, może między nami nie zawsze się układało, ale ktoś musi ci pomóc, bo sama
sobie nie dasz rady. A skoro u mnie szukasz pomocy, to znaczy, że mi ufasz.
Lub... Lub po prostu nie masz do kogo się z tym zwrócić.
-Nieprawda! – zaprzeczyła głośno, a ja zrozumiałem, że
trafiłem w sedno – Mam wielu przyjaciół, tylko oni nie potrafiliby zrozumieć...
-Przyjaciele? – roześmiałem się – Przyjaciele rozumieją
wszystko!
-Przestań ich oczerniać!
-Ja ich nie oczerniam, ty to robisz.
Mimo osłony nocy zauważyłem, jak jej twarz przybiera
kolor buraka. Przez moment bałem się, że przesadziłem z tymi przyjaciółmi .Teraz
ona mogła się nie zgodzić na moją propozycję. Przekląłem siebie w duchu. Powinienem
trzymać język za zębami. Na szczęście ona chyba zrozumiała, o czym mówię,
najwyraźniej ta pseudo przyjaźń niewiele dla niej znaczyła. Byłem bardzo
ciekawy, dlaczego ona nie chroniła swoich przyjaciół.
-To... Pomożesz mi? – zapytała z innej beczki, zrezygnowana.
Domyśliłem się, że już jest zmęczona tą rozmową.
-Oczywiście, że ci pomogę – pokiwałem głową kończąc naszą
rozmowę – Słuchaj, chyba lepiej będzie, jak już oboje pójdziemy do domów.
Wpadniesz do mnie jutro do pracy? - Ona powoli pokiwała głową, jakby nadal
niezdecydowana. Szybko wytłumaczyłem jej, jak dojść do mojego McDonalda, potem
pożegnaliśmy się i rozdzieliliśmy. Na szczęście rodzice już spali, więc nie
miałem problemu z przemknięciem do swojego pokoju. Kładąc się do łóżka,
zastanawiałem się nad tym, co we mnie takiego jest, że tak bardzo przyciągam do
siebie ludzi. I co takiego się wydarzyło, że Kate znudziła się zabawa w
galeriankę? Niestety nic mądrego nie zdążyłem wymyślić. Powieki bardzo szybko
zasłoniły mi tęczówki.
Ohhhh... Dave ma dziewczynę!!! :D
OdpowiedzUsuńPodziwiam Davida :) Po tym jak Kate go potraktowała.... nie zasłużyła na jego pomoc!!! Ale on ma takie dobre serduszko <3 :D no bo to w końcu nasz kochany Desrosiers jest :D