poniedziałek, 3 czerwca 2013

PART XXV

-Przepraszam – wrzasnęła nieogarnięta dziewczyna, która już zdążyła się zerwać – cholera, taki tu bałagan, że ja już nie wiem, gdzie jestem!
-Nie szkodzi – wymamrotałem pod nosem, nadal nieco zaszokowany. Ale szybko się uśmiechnąłem i wstałem. Nic więcej nie zdążyłem powiedzieć, ona już paplała jak nakręcona o tym festiwalu i o tym, jak się tu znalazła. Po raz pierwszy spotkałem osobę, która mówiła więcej i szybciej ode mnie. Byłem zdumiony, że ktoś potrafi mnie przegadać, bo chłopaki zawsze powtarzali, że takiej osoby jak ja to nigdy nikt nie przebije w paplaniu bez sensu. Próbowałem jej przerwać, ale ona nadawała jak jakaś katarynka. Po paru próbach poddałem się i po prostu słuchałem, śmiejąc się.
-... dlatego tu jestem... Kurde, słuchaj, muszę już iść! Co ty mnie w ogóle zagadujesz!? – oburzyła się, na co wybuchłem jeszcze głośniejszym śmiechem.
-No jasne, przecież to ja gadam najwięcej... – zachichotałem, korzystając z chwili ciszy, gdy zauważyłem, że ona zagląda do swoich notatek. Chyba nawet nie usłyszała moich słów.
-Dobra, muszę spadać – mamrotała pod nosem. Nie do końca byłem pewien, czy to zdanie kierowała do mnie – Muszę znaleźć ten zespół... – podrapała się po głowie zamyślona – Gdzie oni mogli poleźć?
-Jaki zespół? – zapytałem z ciekawością, bo właściwie nie miałem pojęcia, kto, oprócz nas, ma dzisiaj zagrać na scenie.
-A żebym ja wiedziała! – wymamrotała ona wyraźnie niezadowolona, patrząc na te swoje papierki – No właśnie w tym cały problem! Oni wciąż nie mają nazwy, czaisz? Zespół bez nazwy! Jak my niby mamy ich zapowiedzieć?! Kurde, no same problemy, a ich jak na złość nigdzie nie ma!
-Bez nazwy? – przegryzłem głupio dolną wargę – To chyba będę mógł tobie pomóc! Tylko powiedz mi jedną rzecz, jak się nazywa wokalista?
-Czekaj, musze sprawdzić...  – dziewczyna z powrotem zagłębiła się w swoich papierach. Przez moment czegoś pilnie szukała, a potem z dumą krzyknęła – Mam! Pierre Bouvier!
Klasnąłem z radością w dłonie.
-Chodź! – chwyciłem ją za rękę i zacząłem ciągnąć. W sumie to nie wiedziałem, gdzie są chłopaki. W końcu nie miałem pojęcia, dokąd mogli pójść. Od razu domyśliłem się, że jej chodziło o nas, w końcu tylko jeden zespół może być tak bardzo zakręcony, by zapomnieć o czymś tak ważnym jak nazwa. To prawda, myśleliśmy już nad tym nie raz, ale żadna do nas nie pasowała, każdej brakowało tej prawdy, którą mieliśmy w muzyce.
-Idioto, słyszysz mnie?! – dotarł do mnie głos mojej koleżanki – Puszczaj mnie, bo to wygląda podejrzanie, a ja mam chłopaka, który jest tu ochroniarzem i lepiej dla ciebie, żeby nas razem nie zobaczył!
-A tam! – machnąłem lekceważąco dłonią, jednak na wszelki wypadek puściłem ją – Już nie raz dostawałem z pięści od zazdrosnych kumpli.
-I zupełnie nic cię to nie nauczyło? – zachichotała ona – Nadal podkładasz głowę pod topór?
-No – odparłem z entuzjazmem, rozglądając się za kumplami – Ja po prostu uwielbiam grać ludziom na nerwach.
-I za to obrywać – zakończyła ona, nadal chichocząc. Przytaknąłem z uśmiechem. Ona nadawała coś o swoim chłopaku. Słuchałem tego jednym uchem, drugiego używałem, by wsłuchać się w tłum ględzących ludzi z nadzieją, że wychwycę głosy przyjaciół. Wtedy zauważyłem tę dziwną postać. Wydawało mi się, że skądś ją znam, ale zanim zdążyłem się jej przyjrzeć, zniknęła w tłumie.
-Chodź! – krzyknąłem po raz kolejny do swojej nowopoznanej koleżanki, zmieniając szybki chód na bieg. Cholernie zaniepokoiła mnie ta postać, miałem złe przeczucia. Sam nie wiedziałem, dlaczego, dziewczyna nie wyglądała podejrzanie, wręcz przeciwnie, w ogóle nie rzucała się w oczy. Nie powinienem się nią przejmować. Ale serce mówiło mi, że powinienem uważać. Rozejrzałem się, biegnąc coraz wolniej. Zniknęła.
-Czyś ty zwariował? – usłyszałem obok siebie dziewczęcy głos, przerywany głośnym oddychaniem – Może ty to masz kondycję, ale ja nienawidzę biegać!
-Za to mówisz z prędkością światła! – odparłem, skupiając się ponownie na jej poszukiwaniach. Niestety upewniłem się, że jej tu nie ma.
-Dave! – usłyszałem gdzieś za sobą. Zanim zdążyłem zareagować, ktoś od tyłu się na mnie rzucił, przewracając moje ciało wprost w kałużę błota. Na tego kogoś musiał wskoczyć ktoś jeszcze lub nawet dwie osoby, tyle wywnioskowałem z głośnych wrzasków. Ale nie potrzebowałem wiele czasu, by odgadnąć kto na mnie leży.
-Pierre, Seb, Chuck i Jeff – przedstawiłem swojej koleżance moich kumpli, wciąż jeszcze leżąc na brzuchu.
-Skąd wiedziałeś?! – wrzasnął rozczarowany brunet – Przecież nas nie widziałeś!
-Wasze głosy już tak zapadły mi w pamięć, że już nawet w koszmarach je słyszę. A właśnie to jest jeden z nich.
-Bez przesady – prychnął Chuck – Gdyby twojego koszmaru nie było, twoje życie przypominałoby komedie romantyczne – długie i nudne...
-Co masz do komedii romantycznych?! – wrzasnęli razem Pierre i moja koleżanka – Ja lubię!
-Naprawdę?! – krzyknęliśmy z Jeffe’em radośnie – Kiedyś musimy razem obejrzeć titanica! Mógłbym patrzeć na to milion razy!
Załamany Chuck złapał się za głowę. Chyba go jeszcze bardziej dobiliśmy.
-Dobra, przejdźmy do rzeczy – westchnęła dziewczyna, zaglądając z powrotem do swoich papierów – Który z was to Pierre Bouvier?
-Ja! – wrzasnęliśmy chóralnie i od razu zaczęliśmy się kłócić o własne imiona. Dopiero po dziesięciu minutach dziewczyna otrzymała swoją odpowiedź.
-Panie wokalisto – zwróciła się do bruneta, który wypiął się dumnie – Panie wokalisto, pana zespół wciąż jeszcze nie ma nazwy! Czy zamierza pan coś z tym zrobić?
-Nie – odparł najzwyczajniej w świecie Pierre, trochę zaskoczony tym pytaniem – Znaczy... Jeśli będziemy mieli dobry pomysł na nazwę, to się nazwiemy. Póki co takiego pomysłu nie mamy, więc...
-Okej, rozumiem – przerwała mu ostro dziewczyna. Miałem wrażenie, że nie chce tworzyć kolejnej niepotrzebnej dyskusji – Dobra, ale na czas festiwalu musicie przyjąć jakąś nazwę. Byle co, tylko nie zgapiajcie od innych zespołów.
Spojrzeliśmy po sobie z chłopakami zagubieni. To nie miało tak wyglądać. Nazwa miała przyjść sama. Nazwa zespołu miała być czymś symbolicznym, czymś, co oznaczałoby naszą miłość do gry. To nie mogła być pierwsza lepsza nazwa. Na szczęście potrafiliśmy porozumiewać się niewerbalnie, więc każdy od razu sczaił na czym polegał plan. Musieliśmy tak zagadać dziewczynę, by zapomniała, po co tu przyszła. Często tak robiliśmy, gdy chcieliśmy odwlec jakąś decyzję. A mogliśmy tak maglować nawet przez kilka godzin.
-Słuchajcie... – zaczął powoli błękitnooki jakby zastanawiał się, co ma powiedzieć – Ja już tak o filmach mówimy, to ostatnio oglądałem taki jeden, simple plan...
-SIMPLE PLAN?! – wrzasnąłem z entuzjazmem – Genialny film, też go oglądałem!
-Simple plan! – wrzasnął Chuck – To jest to!
-Co jest to? – zapytaliśmy wszyscy razem zaskoczeni jego nagłym wybuchem.
-Naprawdę nie rozumiecie?! – wrzasnął głośno nasz perkusista, oburzony – No popatrzcie, to takie łatwe! Prosty plan! My mamy prosty plan! Grać! Tylko grać! Do samego końca!
-Rzeczywiście genialne! – ryknął Pierre, klaszcząc swojemu kumplowi. Chłopak wypiął się dumnie, a że nasz perkusista rzadko miał przebłyski inteligencji, dlatego dziwiliśmy się, kiedy miał dobre pomysły. Akurat ten był tym jednym z nielicznych. Chłopaki głośnym chórem potwierdzili tę nazwę, a Patricia, której imię poznałem nieco później, zapisała naszą nazwę.
***
Nigdy nie patrzyłem na ludzi bawiących się pod sceną zza kulis. Zawsze sam starałem się utrzymać przed barierkami, a jednocześnie skakać i wrzeszczeć. A to wyglądało naprawdę niesamowicie, gdy na scenę wchodził ktoś znany i potrafił złapać kontakt z ludźmi. Marzyłem o tym, by nasz zespół to dzisiaj osiągnął. Niestety to niemożliwe, w końcu jesteśmy początkujący, gramy swój pierwszy koncert na większej scenie. Byliśmy przygotowani na wszystko, nawet na gwizdy ze strony publiki.
-Gotowi? – zakręcona Patricia zatrzymała się zaledwie na ułamek sekundy przy nas – Zaraz tamci skończą, musicie szybko uwinąć się ze sprzętem i zaczynać. Powodzenia! – krzyknęła na odchodne. Ścisnąłem nerwowo swój bas. Chyba zaczynałem czuć to, co przez cały czas czuł Seb. Pierre’owi wyraźnie się nudziło, chyba chciał jakoś się uspokoić, więc kłócił się z Chuckiem, a raczej dokuczał brunetowi. Najlepiej kontaktował chyba Jeff, a przynajmniej on wydawał się być skoncentrowany, a jednocześnie spokojny.
Ręce mi cholernie drżały, gdy z chłopakami ustawialiśmy sprzęt.  Gapiła się na nas kupa ludzi, widziałem to, chociaż starałem się nie patrzeć w ich stronę. Chyba się bałem, że będziemy grac do ziemi, a nie do ludzi. I niewiele mijałem się z prawdą, bo gdy już przybiliśmy żółwika, a ja założyłem bas i spojrzałem na publiczność, ogarnął mnie szok, chociaż tego mogłem się spodziewać. Przy scenie stało zaledwie kilka osób. Pierre rzucił mi ukradkowe spojrzenie. Musiał zauważyć moją minę bo znacząco się uśmiechnął i wymamrotał: Zaraz sprowadzimy tutaj tłumy! Potem wybiegł na scenę i zaczął witać się z publicznością, trochę żartując sobie z frekwencji. Zaczęliśmy grac i wtedy już żaden z nas nie zwracał uwagi na ludzi, daliśmy porwać się muzyce. Najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że ludzie także poznali się na naszej muzyce, także to czuli.
Problemy zaczęły się przy „I’m just a kid”, Pierre nagle zamilkł, i to nie dlatego, że przestał śpiewać. On sam był tym wszystkim bardzo zaskoczony. Za bardzo nie wiedział co robić. My graliśmy dalej spanikowani. Wokalista naszego zespołu próbował coś zrobić, włączał i wyłączał mikrofon, ale nic nie działało. W ciągu ułamka sekundy do głowy przyszedł mi pomysł. Podbiegłem do mikrofonu, śpiewając głośne „woooohooooo!”  i zachęcając ludzi, by powtarzali za mną. Dopiero gdy kątem oka zauważyłem, że Pierre wraca zza kulis, oddałem mu głos. Tym razem na szczęście wszystko działało. Jeszcze kilkakrotnie mieliśmy problemy ze sprzętem. Ale zawsze udawało się nam jakoś wyślizgnąć z tego tak, by nikt nie zauważył niedyspozycji.
-Zagrajmy „Meet you there”! – zaproponował wokalista, kiedy wszyscy skupiliśmy się wokół Chucka.
-Pierre, nie mamy tego na liście! Zresztą ta piosenka jest niedopracowana! – burknął Seb.
-No proszę was, to bardzo ważne! Zagrajmy to najlepiej jak potrafimy!
-To może być nasz gwóźdź do trumny!
-Ale może to być też hit!
Błękitnooki dalej nie dyskutował, chociaż z jego miny wyczytałem, że nie uważa tego za dobry pomysł. Reszta się nie sprzeciwiała, wręcz przeciwnie, my także byliśmy właśnie za tą piosenką.
-A teraz... – wrzasnął Pierre, tym razem już do mikrofonu, obracając się na pięcie – Zagramy naszą piosenkę, której tekst pojawił się jako pierwszy. Dedykuję ją naszej pierwszej fance. Ta piosenka jest dla ciebie, skarbie...
Zanim jeszcze skupiłem się na grze, podążyłem wzrokiem za spojrzeniem bruneta. Omal się nie przewróciłem, kiedy zobaczyłem zapatrzoną w Bouviera Marie, dziewczynę z całkiem innej klasy. Chłopaki kiedyś opowiadali mi o historii tej miłości. Ale myślałem, że Pierre zdążył się już odkochać, przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Tymczasem śpiewał jej prosto w oczy piosenkę właśnie o miłości. I na pierwszy rzut oka dostrzegłem, że najbardziej przykładał się właśnie do tej piosenki. Coś musiało być na rzeczy.
Nie mieliśmy w planach grania na bis, ale ludzie chyba pragnęli, byśmy zagrali jeszcze raz, bo nie mogli się nawrzeszczeć. Chcieliśmy zrobić to efektowanie, wyjść zza kulis tuż za muzyką. Wtedy zorientowałem się, że mój bas nie gra. To samo mieli Seb i Jeff. Znowu byliśmy w kropce, prowadzący ciągle powtarzał, że musimy już wyjść, bo nie może przekrzyczeć tłumu.
-Potrzebuję dwóch minut! – wrzasnęła Patricia, zjawiając się dosłownie znikąd. Najwyraźniej wiedziała w czym tkwi problem.
-Dwóch minut?! – powtórzył nerwowo Pierre – To za długo! – Ona jednak już tego nie usłyszała, tylko gdzieś zniknęła. Słyszeliśmy jak wrzask powoli zaczyna gasnąć. Zacisnąłem mocno pięści. Musieliśmy coś wymyślić, żeby nie wyjść w oczach ludzi na idiotów.
Wtedy Seb wcisnął w dłonie bruneta akustyka. Wokalista SP spojrzał na niego ze zdumieniem, zapewne chcąc o coś zapytać, ale gitarzysta nie dał mu na to szansy.
-Zrób z tego dobry użytek! - Wrzasnął i nie wyjaśniając nic więcej, wypchnął go na scenę. Pierre nie miał wyjścia, ludzie już zaczęli mu klaskać. Nie mógł się wycofać. Przez jakiś czas coś mówił, ale chyba zrozumiał, że na dłuższą metę to nie miało sensu. Nie lubił grać solo, nigdy nie powiedział nam, dlaczego. Tym razem to zrobił. Zaczął grać „Perfect”, jedną z naszych najpiękniejszych piosenek. Niestety nie mogłem długo się w to wsłuchiwać, próbowałem znaleźć przyczynę naszych kłopotów. Ale to myślenie na nic się nie zdało. Pierre akurat skończył śpiewać refren, kiedy Patricia krzyknęła, że możemy już grać. Nawet tego nie sprawdziliśmy, nie mieliśmy na to czasu. Ufaliśmy jej. I nie przejechaliśmy się na tym. Wyszło idealnie. Wyszliśmy akurat w momencie, gdy Bouvier miał zacząć śpiewać drugą zwrotkę. Nasz kumpel powitał nas uśmiechem, zaczekał, aż skończymy grać przygrywkę i wrócił do piosenki. Ludzie byli zaskoczeni naszym wejściem i samym pomysłem na zagranie piosenki prawie tak samo jak my. Na szczęście spodobało im się to. Na szczęście pomyśleli, że taki był nasz plan i przyjęli to naprawdę ciepło.
Po dwóch utworach ponownie zeszliśmy ze sceny, tym razem już bez zamiaru powrotu na nią. Od razu wzrokiem wyhaczyłem biegnącą w naszym kierunku zachwyconą Patricię. Porwałem butelkę wody, nawet nie zwracając uwagi na to, czy butelka należy do mnie. Byłem tak padnięty jak po całym dniu prób z chłopakami.
-Wy naprawdę jesteście kimś! – wrzeszczała z podziwem dziewczyna – Takiego zespołu już dawno nie słyszałam!
-Dzięki – odparłem, odrywając na moment usta od butelki. Już kilkakrotnie słyszeliśmy to z czyichś ust, ale ja wciąż nie mogłem nadziwić się zdumieniu tych ludzi. Przecież my byliśmy zwykłym zespołem. A wszyscy widzieli w naszej grze coś niezwykłego. To samo chciałem powiedzieć Patrici, ale ona znowu nie dawała nikomu dojść do głosu.
-Dziewczyno, gadasz więcej niż Dave po butelce taniego wina! – roześmiał się Chuck, a ja prychnąłem cicho.
-Za to ty śpisz! – warknąłem, wyrzucając pustą butelkę po wodzie do kosza.
-Wolę spać niż przez pół nocy naiwjać o gaciach Axla Rose’a
-O czym? – wybałuszyłem oczy, na co perkusista wybuchnął głośnym śmiechem.
-Już nie pamiętasz? – wystawił język w moją stronę – Mogę ci jeszcze parę rzeczy przypomnieć, to się pośmiejemy! Na przykład...
-Dzięki – machnąłem dłonią, by zmusić go do milczenia. Zupełnie nie pamiętałem nic z tamtego wieczora, kiedy akurat mogłem sobie pozwolić na zabawę z chłopakami, bo rodziców nie było w domu. Teraz miałem czarną dziurę w głowie. I wolałem, by tak pozostało.
-To co? – zatarł dłonie Jeff – Chyba możemy oblać nasz sukces, co? – zapytał z dzikim uśmiechem – Czas na imprezę! Patricia, ciebie też zapraszam, zasługujesz na to!
-Chętnie bym poszła, ale robota czeka – dziewczyna beznadziejnie wzruszyła ramionami, a my ciężko westchnęliśmy – Ale może innym razem – uśmiechnęła się szeroko. I właśnie ten uśmiech  miał w sobie coś dziwnego, takiego nieziemskiego. Coś co sprawiło, że moje serce zaczęło szybciej walić. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z takim uczuciem, nie wiedziałem, co ono oznacza, nie miałem pojęcia, jak to się nazywa. To było tak wielkie, że az mnie przytłaczało, nie mogłem dźwignąć tego na swoich barkach.
-David! – wrzasnął Chuck, machając przede mną swoją dłonią. Odskoczyłem na dwa metry, pech chciał,  że zahaczyłem o jakiś kabel i upadłem na plecy. Przez moment widziałem tylko czerń, ale za to słyszałem śmiech Chucka, Jeffa i Patrici.
-Śmieszne – burknąłem pod nosem. Powoli rzeczywiste kształty wracały przed moje oczy.

-Pytałem się ciebie tylko, czy nie widziałeś Seba i Pierre’a...

3 komentarze:

  1. oh... ale Pierre jest romantyczny :D Też bym chciała, żeby ktoś zaśpiewał dla mnie piosenkę!!!

    Nie no David się zakochał... xP
    Nie da się ukryć, że pasują do siebie z Patricią :D

    Przecież nie mogło być inaczej... Od samego początku wiadomo było, że Simple Plan to najlepszy zespół na świecie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczyno, uwielbiam cię! Twoje opowiadanie jest genialne! Przez cały rozdział uśmiechałam się jak głupia xD
    aww mam nadzieję, że będzie coś pomiędzy Patricią i Davidem ;D

    OdpowiedzUsuń