Wciąż trochę się wahałem, czułem, że to będzie okropne
doświadczenie. Ale powtarzałem sobie, że robię to dla kumpla, by wyciągnąć go z
dołka. Dlatego nie cofnąłem swojej decyzji. Czekałem. Czekałem co przerwę,
pilnie ją obserwując. Wiedziałem, że prędzej czy później pójdzie do tego
cholernego kibla sama, bez tych swoich psiapsiół, choć miałem jednak nadzieję,
że tego nie zrobi. Wtedy miałbym wytłumaczenie, że nie wykonałem planu.
Ale ona, zgodnie z moimi oczekiwaniami, na czwartej
przerwie opuściła Pierre’a i ruszyła w kierunku toalet. Wziąłem głęboki wdech i
bez zastanowienia ruszyłem za nią. Zanim tam wszedłem, czujnie rozejrzałem się,
czy nikt na mnie nie zwraca uwagi. Trochę głupio było mi tam włazić, ale
przecież nie miałem innego wyjścia.
-Nati! – zawołałem, zamykając za sobą drzwi. Ona zatrzymała
się w pół kroku do kabiny i powoli się odwróciła.
-To żeńska – odezwała się chyba trochę zaskoczona. Ale
właśnie to miało odegrać tutaj największą rolę. Zaskoczenie.
-Wiem – odparłem. Zanim ona zdążyła chociażby otworzyć
usta, już obejmowałem ją w pasie. Miałem cholerne szczęście, że akurat nikogo
tutaj nie było. Czułem, że nie mam czasu do stracenia, nie mogłem się wycofać.
W myślach powtarzałem sobie, że to nie trwa długo, że musze tylko ją omotać.
Nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażałem sobie czegoś
takiego. Gdy tylko dotknąłem jej ust, miałem ochotę przerwać to wszystko i
zwiać stamtąd. Jakoś zdołałem się powstrzymać. Potem było już tylko gorzej, ona
coraz bardziej się w to angażowała. Nie przerwałem tego. Powtarzałem sobie, że
to dla Pierre’a, że teraz się nie cofnę, że zaszedłem zbyt daleko. Odważyłem
się na taki krok, którego chyba nikt oprócz mnie nie wykonałby. Czułem jej
obleśny dotyk, udawałem, że to mi się podoba, że to mnie bawi. I w sumie dobrze
mi to szło, ona nie skapnęła się, że to pułapka, że nie przyszedłem tutaj, żeby
się z nią widzieć. Miałem rację, ona rzucała się na każdego, kto tylko zjawił
się pod jej czujnym nosem. Chwytała każdą okazję, a potem wyśmiewała się z
ludzi, których udało jej się przelecieć. Ze mną miało być identycznie.
Zapomniała tylko o czymś cholernie ważnym.
Kiedy tylko byłem pewien, że połknęła haczyk, przeszedłem
do ataku. Specjalnie zacząłem błądzić dłońmi pod jej koszulką. Poczułem coś
miękkiego, od razu domyśliłem się, że to silikon. Zacząłem mocować się z
zapięciami, chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, jak się pozbyć tego
czegoś. Odetchnąłem ulgą. To koniec.
Koniec już tej całej zabawy z Pierre’em. Ona chyba skapnęła się, że coś tu nie
gra, ale nie miała już ze mną szans. Po ułamku sekundy się od niej odkleiłem i
odskoczyłem, chwytając tę poduszkę i szeroko się uśmiechając.
-T... Ty... Ty to wszystko... – jąkała się wściekła jak
osa Nati - Specjalnie... Żeby...
-Straciłaś czujność – wyszczerzyłem się, machając
poduszką, by trochę ją podenerwować.
-Oddawaj! – warknęła dziewczyna, próbując wyrwać mi swoją
własność. Oczywiście jej się nie udało, nie miała ze mną szans.
-Więc mnie złap – wystawiłem jej język, a potem
odwróciłem się i wybiegłem z toalety. Nigdy nie przewidywałem, że powietrze
szkolnej toalety, w dodatku damskiej będzie dla mnie jak potężny łyk
orzeźwiającej wody. Miałem wrażenie, ze cudowna lekkość pozwoli mi na latanie.
Ale nie mogłem zbyt długo się cieszyć. Wiedziałem, że muszę jak najszybciej dotrzeć
do Pierre’a . Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie on może być, liczyłem na
odrobinę szczęścia i swoją intuicję. Zacisnąłem mocniej pięści i
przyspieszyłem. Dobrze wiedziałem, że Nati będzie leciała za mną jak pies za
patykiem. Przeleciałem obok swojej szafki. Dopiero po kilku sekundach dotarło
do mnie, kogo tam widziałem. Zrobiłem wielki obrót, przeklinając siebie w
duchu.
-Pierre! – wrzasnąłem z ulgą, zauważając znajomo
wyglądającą brązową czuprynę. Brunet odwrócił się, chyba zaskoczony moją
niecodzienną radością na jego widok. Od razu zainteresował się moją dłonią –
Pierre, to jest twoje dziecko – wydusiłem z siebie na jednym oddechu.
-Co? - Zapytał głupio brunet, patrząc na mnie jak na ufo.
Wziąłem głęboki wdech, ale nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo ktoś rzucił się na
mnie z przekleństwami. Nati omal mnie nie przewróciła, ale na szczęście
zdążyłem odrzucić tę poduszkę. Pierre zręcznie ją złapał, patrząc się na swoją
dziewczynę, na mnie i na tę feralną poduszkę. Próbował jakoś to wszystko poukładać
sobie w głowie.
-Możesz mi to oddać? - zapytała nerwowo, widząc, że nie
mam już jej rzeczy. Chyba dopiero wtedy zauważyła, że osobą, do której się
zwraca, jest jej chłopak. Próbowała szybko zasłonić swój brzuch, ale było już
stanowczo za późno. Pierre wszystko zrozumiał, widziałam to po jego twarzy.
Odetchnąłem z ulgą, opierając się o ścianę. Brunet wpatrywał się w blondynkę
wzrokiem pełnym bólu. Nie mówił nic, zupełnie nic. Jego twarz przybrała postać
kamienia, nie wyrażała żadnych emocji. Stali tak do końca przerwy, ona, po raz
pierwszy zbita z tropu, i on, chłodny i nieczuły. Dopiero gdy zadzwonił
dzwonek, Pierre zaczął iść w kierunku klasy. Ruszyłem za nim, trochę
przestraszony reakcją kumpla. W połowie drogi brunet zatrzymał się gwałtownie.
-David... – zaczął mówić, ale chyba nie do końca wiedział,
jak to wszystko ubrać w słowa.
-Nie musisz dziękować – machnąłem lekceważąco dłonią –
Drobiazg – dopowiedziałem, chociaż prawie natychmiast przypomniałem sobie, jak
wiele ten drobiazg musiał mnie kosztować. Ale było warto. Było warto chociażby
po to, by ujrzeć ten szeroki uśmiech Pierre’a, którego nie widziałem przez
kilka ostatnich dni, nawet miesięcy. Zrozumiałem, że udało mi się dokonać
czegoś niezwykłego, uratować przyjaciela.
***
-David! – usłyszałem przez głośniki swoje imię,
wywrzaskiwane przez błękitnookiego przyjaciela – David, zostaw w spokoju moją
gitarę, bo za chwilę oberwiesz po łbie swoim basem! – odgrażał się.
Zachichotałem cicho, odkładając instrument na miejsce. Zupełnie nie wiedziałem,
dlaczego on aż tak bardzo się denerwuje. Ja i chłopaki byliśmy wyluzowani. Tak,
tak, niby to nasz pierwszy koncert na większej scenie, ale to przecież jeszcze
nie powód, by zachowywać się jakby to była nasza jedyna szansa na zabłyśnięcie.
W końcu jesteśmy dobrym zespołem i poradzimy sobie nawet, gdy zawalimy ten
występ. Chociaż oczywiście lepiej dla nas byłoby gdyby ten koncert jednak się
udał. A gdybyśmy zostali suportem, to już w ogóle dla nas byłby sukces.
-Pierre, Jeff! – wrzeszczał Seb do mikrofonu – Gdzie wy
się znowu podzialiście! Dave! –jęknął - Zostaw tego banana! Musimy zacząć
próbę! Ludzie ogarnijcie się!
Z żalem pochłonąłem pół banana za jednym rozmachem i
chwyciłem swój bas. Kątem oka ujrzałem i usłyszałem, jak Pierre i Jeff
wrzeszczą do mikrofonów, że są za Sebem. Zachichotałem cicho, zauważając jak błękitnooki
podskakuje i znowu zaczyna krzyczeć bez powodu.
-Seb! – wrzasnąłem – Przez ciebie nie możemy zacząć
próby! Weź się do roboty!
Czerwony ze złości chłopak już się nie odzywał, tylko
zaczął grać. Dołączyłem do niego ze swoim basem, a potem usłyszałem także
perkusję i gitarę Jeffa. Czekaliśmy
jeszcze na Pierre’a, który, jak zauważyliśmy dopiero po minucie, zajął miejsce
Chuck’a.
-No nie, ja zwariuję – marudził znowu Seb, przerywając
grę. Ja dalej dręczyłem struny mojego basu. Bardzo nie lubiłem przerywać gry, a
uwielbiałem dźwięk strun gitary. Zaczynałem wpadać w trans, a z tego już trudno
było mi się wybudzić. Grałem i grałem, nie zważając na krzyki przyjaciół.
Dopiero, kiedy Jeff kopnął mnie w kostkę, przerwałem, warcząc niemiło. Stinco nie
przejął się tym, tylko głową wskazał mi na Chucka, który tłumaczył cierpliwie
wkurzonemu Sebowi, że musiał zrobić sobie przerwę w tej ciężkiej próbie i
pobiec do toalety. Westchnąłem cicho, łapiąc się za głowę i z tęsknotą
wpatrując się w skórkę po bananie.
-Mam złe przeczucia – wymamrotał Seb, gdy już
skończyliśmy próbę i szliśmy w kierunku swojej garderoby. Cudem udało nam się
zagrać cztery piosenki z naszej setlisty, bo w międzyczasie wyskoczyło również
milion innych spraw – Chyba coś nie wypali.
-Pesymista! – prychnął Pierre, którego już powoli
zaczynała ogarniać fala koncertowa – Sebciu, nic nie może się nie udać.
Zrobiliśmy próbę, wszystko działa, nic nie jest zepsute. Nic nie może się stać!
-Może i tak – odparł nadal zadumany błękitnooki – Ale i tak
coś nie daje mi spokoju... – mój przyjaciel mówił dalej, ale ja już nie
zwracałem na to uwagi. Ciekawie rozglądałem się po terenie przeznaczonym dla
gwiazd. Nigdy nie miałem okazji tutaj przebywać, stałem jedynie przy
barierkach. Kręciło się tutaj mnóstwo ludzi z identycznymi identyfikatorami jak
mój, roztrzepanych i zabieganych. Chciałem szybko dobiec do chłopaków, bo
znikali już za rogiem, ale wtedy poczułem, że lecę. Naprawdę, chociaż trwało to
zaledwie sekundę, uwierzyłem, że potrafię latać. To było jednak tylko
złudzenie. Dopiero po chwili zrozumiałem co się stało. Ktoś po prostu na mnie
wpadł. A poznałem to po cichym jęku.
Uf... No wreszcie ta Nati da Pierre'owi spokój :)
OdpowiedzUsuńhaha :D Uwielbiam ich <3 Seb <3 Jeff <3 David <3 Pierre <3 Chuck <3
no, no jestem ciekawa któż to taki wpadł na Davida :)