-Nie moglibyśmy pójść normalnym chodnikiem jak normalni
ludzie? – zaproponowałem, sapiąc ciężko.
-Oczywiście, ze moglibyśmy – odparł Pierre, również
dysząc ze zmęczenia – Ale trwało by to ze trzy razy dłużej. A my nie mamy czasu
na takie wędrówki.
-To gdzie my idziemy? – powtórzyłem znowu pytanie nieco
już wkurzony. Brunet przez jakiś czas milczał, jednak to on zadał kolejne pytanie:
-Domyślam się, że niedawno rozmawiałeś z Kate, prawda?
-Tak – przytaknąłem, zaskoczony tą nagłą zmianą tematu –
Tak, spotkałem się z nią wczoraj, zanim ją zobaczyłem dzisiaj. I była całkiem
inną Kate niż ta, z którą rozmawiałem w szkole.
-Nie, David. To ta sama Kate. Tylko ty nie zauważyłeś, że
on przed tobą grała.
-Nieprawda – prychnąłem, upierając się przy swoim zdaniu
– Ona gra przed wami! Wtedy przy mnie była sobą!
Pierre zatrzymał się i głęboko westchnął. Jego chyba też
już bolały nogi. Otarł pot z czoła i ruszył dalej.
-Ona jest naprawdę genialną aktorką. Dałeś się nabrać
David, zrozum to.
-A ja tobie powtarzam, że ona gra przed wami i choćbyś
próbował mi na siłę wybić to z głowy, nie uda ci się, bo ja doskonale pamiętam
naszą rozmowę i umiem porównać ją z rozmową ze szkoły.
-Teraz już możemy iść normalną ścieżką! – ucieszył się
brunet, za moment jednak kontynuował temat – Ty jej nie znasz. Ona potrafi
okłamywać najbliższych w żywe oczy. Uwielbia bawić się ludźmi i ich ranić. One
wszystkie takie są.
-One? – powtórzyłem głupio – Jakie one?
-Galerianki – odparł obojętnie Pierre jakby mówił o pogodzie.
Zatrzymałem się gwałtownie. Nie wierzyłem. Nie wierzyłem w to, co usłyszałem.
Brunet nawet na początku nie zwrócił uwagi na moje zachowanie, potem zauważył,
że nie idę za nim i przystanął zniecierpliwiony – Kurde, David, ja naprawdę nie
mam całego dnia na łażenie po Montrealu! Rusz się! – pospieszył mnie.
-Zaczekaj moment... – wymamrotałem powoli, wciąż
zastanawiając się nad poprzednimi słowami Pierre’a – Powtórz to! – rozkazałem –
Powiedz mi prosto w oczy, że ona... – przełknąłem ślinę, nie mogąc wypowiedzieć
tego głośno. Bouvier uśmiechnął się lekko pod nosem.
-Tak, dobrze usłyszałeś – potwierdził – Kate spędza całe
dnie na wyhaczaniu obleśnych czterdziestolatków i przymila się do nich, żeby
zdobyć jakieś buty czy sukienkę.
Powoli wlokłem się za Pierre’em, usiłując strawić to, co przed chwilą usłyszałem. To
nie mogła być prawda, to było wręcz niemożliwe, by ona mogła tak nisko się
stoczyć. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, na samą myśl chciało mi się
rzygać. A ona... Nie. Pierre coś kombinuje.
-Nie wierzę ci! – powiedziałem głośno, zaciskając pięści
– Przecież widziałem ją po szkole. Nie wyglądała jak.. galerianka.
-o rany, jak jedna dziewczyna może zawrócić w głowie –
westchnął brunet, w ogóle nie przejmując się moim uporem – Bo one przebierają
się na miejscu.
-I tak ci nie wierzę!
-Tak myślałem. Dlatego musze ci to udowodnić.
-A skąd mam wiedzieć, że mogę ci ufać? – zapytałem cicho,
czując coraz mniejszą sympatię do bruneta – A jeśli to jest jakiś podły żart z
twojej strony?
-Rany, Desrosiers... – jęknął Pierre – To oczywiste, że
jak ufasz Kate, to mi tym bardziej powinieneś. Zresztą jak chcesz, to nie
musisz za mną iść. Do niczego ciebie nie zmuszam, tak? – prychnął głośno i
ruszył dalej. Ja stałem niezdecydowany. Usiłowałem wybrać między ciekawością a
ostrożnością. Decyzję podjąłem w ciągu ułamka sekundy. W końcu z Pierre’em
przeszliśmy już dobry kawał drogi, głupio byłoby to teraz zaprzepaścić.
Bouvier zauważył, że do niego doszedłem. Nie powiedział
nic, ja także się nie odzywałem przez resztę drogi. Nawet nie zobaczyłem tej
zmiany. Drzewa powoli zaczęły zmieniać się w budynki, a my przekroczyliśmy
granicę między parkiem a miastem. Pierre prowadził, ja już w ogóle nie miałem
pojęcia, gdzie się znajdujemy. Bałem się, że znowu będę miał problem z dotarciem
do domu.
-Jesteśmy – odetchnął z ulgą brunet, zatrzymując się
przed drzwiami centrum handlowego. Roześmiałem się nieco sztucznie.
-Taaak, moje pieniądze aż skaczą w portfelu, żeby je
wydać – prychnąłem z ironią – Pierre, wybrałeś fatalne miejsce na zakupy, tu
musi być cholernie drogo.
-Przynajmniej to zauważyłeś. Użyj mózgu, David! Skoro tu
są tylko drogie rzeczy, to muszą tu też przychodzić tylko nadziani ludzie, nie?
Wtedy dopiero zrozumiałem, co on miał na myśli. Powoli to
wszystko zaczynało do mnie docierać i lepić się w jedno. Ale mimo że miałem to
wszystko podane na tacy, nie wierzyłem. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć,
Pierre już wchodził do środka.
-Bądź czujny – ostrzegł mnie, rozglądając się czujnie –
Tutaj są sami sprzedawcy. Jeśli ktoś nas tutaj zauważy, nie będzie miło. Musimy
szybko je znaleźć. Która godzina? – zapytał, widząc kątem oka, że na nadgarstku
mam zegarek.
-Piętnaście po szóstej – odparłem – Nie, czekaj,
piętnaście po czwartej – poprawiłem się szybko.
-cyferki ci się mylą? – zarechotał Pierre, wskakując na
ruchome schody. Powtórzyłem jego ruch.
-Tak jak tobie dziewczyny z galeriankami.
-Z tym akurat nie mam najmniejszego problemu.
-Nie byłbym tego taki pewien – prychnąłem cicho, ale on
na szczęście tego nie usłyszał. Wjechaliśmy ruchomymi schodami na pierwsze
piętro. Bouvier bez wahania ruszył w stronę kolejnych. Dopiero gdy wspięliśmy
się na szczyt, Pierre stanął przy barierkach i zaczął się czujnie rozglądać.
-Widzę je – wyszeptał, ale zanim ja zdążyłem chociażby
ich szukać, on już gdzieś poleciał. Westchnąłem cicho, w ogóle nie rozumiejąc
jego zachowania, ale i tak pobiegłem za nim.
-Tu nas nie zobaczą – odezwał się, zatrzymując się za
kolumną. Musiałem przyznać mu rację. Wybrał świetne miejsce, a poza tym...
Pomyślał o tym znacznie szybciej niż ja – A my mamy niezły widok. Byle tylko
nikt z tamtych nas nie dojrzał... – brunet zacisnął pięści – Inaczej obaj mamy
przesrane.
Zatrzymałem się obok niego i wyostrzyłem wzrok,
poszukując Kate i reszty dziewcząt. Nie zajęło mi to wiele czasu. Grupa
wyróżniała się, zdawała się błyszczeć. Rozmawiali, a właściwie to wrzeszczeli tak
głośno, że ja i Pierre doskonale je słyszeliśmy. Ich ubiór mnie zaskoczył. One
wszystkie wyglądały jak... Jak zwykłe dziwki. Spojrzałem na Pierre’a. Powoli
zaczynałem wierzyć w jego słowa. Chociaż nie, po prawdzie nadal nie docierało
to do mnie. Musiałem ujrzeć na własne oczy, że ona... przystawia się do innych
facetów.
-To jeszcze o niczym nie świadczy – wymamrotałem
niepewnie i najwyraźniej on tę niepewność wyczuł, bo uśmiechnął się ironicznie
– Każdy sobie może przychodzić do centrum handlowego.
-Powiedziałeś to żeby przekonać mnie czy siebie?
Milczałem. Odpowiedź była oczywista. Nie musiałem nic
dodawać. Wlepiłem wzrok w dziewczęta zachowujące się co najmniej podejrzanie.
Zacząłem im się czujniej przyglądać. I zauważyłem, że wśród nich jest także
dziewczyna Pierre’a.
-Ty! – podniecony szarpnąłem bruneta za ramię – Ty, tam
jest Nati!
On chyba się tym za bardzo nie przejął, bo tylko
beznadziejnie wzruszył ramionami i odwrócił się, opierając się o kolumnę. Chyba
nie chciał na to patrzeć.
-No tak, może tam być – wymamrotał cicho, spuszczając
głowę. Wpatrywałem się w niego, zastanawiając się, o czym może myśleć.
Cholernie mnie to ciekawiło, ciekawił mnie on, bo właściwie nic o nim nie wiem.
Dla mnie to człowiek-tajemnica.
-Czekaj... – myślałem na głos – To ty wiesz, że ona...
ten... – przełknąłem cicho ślinę – I nic z tym nie zamierzasz zrobić?
-A co mam zrobić? – zapytał bezsilnie brunet, wciąż
wlepiając wzrok w krystalicznie czystą podłogę – Co ja niby mam zrobić? Zakazać
jej? – prychnął.
-Porozmawiać z nią. Ona chyba nie zdaje sobie sprawy z
tego, co robi. Ktoś musi jej to uświadomić i to musisz być ty, bo tylko ty
jesteś w stanie to zrobić.
-Nie mogę – wyszeptał wciąż unikając mojego wzroku. Przez
krótki moment nie odzywałem się, w ogóle nie rozumiejąc, co on ma na myśli.
-Jak to... – wymamrotałem zaszokowany. On nie pokazywał
żadnych znaków, jego twarz była pusta i kamienista. Umiał zachować spokój i
tamować emocje. Już coś o nim wiedziałem.
-Ty nic nie rozumiesz – prychnął, obracając się na pięcie
i ponownie wlepiając wzrok w grupę dziewczyn. Ale tam nic ciekawego się nie
działo, kontrolowałem sytuację.
-Więc mi wytłumacz – drążyłem dalej temat. Czułem, że on
nie powinien tego dusić w sobie, że czegoś cholernie się boi lub wstydzi.
Poznałem to po jego przygłupim i sztucznym zachowaniu.
-To nie jest ważne – wymamrotał wymijająco. Zacisnąłem
pięści w bezsilności.
-Jest ważne. Przecież ci na niej zależy, tak? – przez
cały czas wpatrywałem się w jego twarz, wiedząc, że nie powinienem spuszczać z
niej wzroku. I ujrzałem to. Przez ułamek sekundy on chciał zaprzeczyć.
Wychwyciłem to – Czekaj... – wskazałem na niego palcem – Czekaj... Ty w ogóle
jej nie kochasz?
-Co?! – roześmiał się Pierre, ale jego śmiech był
sztuczny.
-Nie musisz mnie okłamywać. Wszystko widziałem, wiem...
-To nie jest twoja sprawa! – warknął wkurzony Bouvier.
Ale ja nie zamierzałem się poddawać. Czułem, że zahaczyłem o bolesny punkt i
musiałem wydusić z niego jak najwięcej.
-Ale twoja! –krzyknąłem – A lepiej dla ciebie będzie jak
wyrzuci....
-Chyba ja wiem, co będzie dla mnie najlepsze! – prychnął
– A ty lepiej nie wąchaj nieswojego gówna, bo nie wyjdziesz na tym dobrze.
Powtarzam, to moja i tylko moja sprawa, co czuję do Nati! Odwal się od nas i od
Kate najlepiej też! – zakończył krzykiem. Domyśliłem się, że nie powinienem
dalej ciągnąć tego tematu. Ale i tak postanowiłem w tej sprawie trochę
powęszyć, bo według mnie jego gra nie była prawdziwa, jego złość tylko mnie w
tym upewniła. Tym razem dałem sobie spokój, nie chciałem bardziej go
denerwować, bo przecież nie mógł się na mnie obrazić on, jedyna osoba, z którą
mogłem pogadać w tym pieprzonym mieście.
-Patrz! – szturchnął mnie brunet. Spojrzałem na
dziewczęta, zauważyłem, że zaczęły gdzieś iść. Nie w grupie, każda osobno –
Polowanie – wymamrotał Pierre, poruszając się niezwykle ostrożnie, by nie
rzucać się w oczy – Zwykle jak chcą znaleźć stałych bywalców, chodzą po centrum
i zwracają na siebie uwagę. Patrz, jak owijają sobie wokół palców chłopaków.
Wszyscy się na nie gapią...
Miał rację. Młode rzucały się w oczy, dosłownie każdy,
kogo mijały, się za nimi oglądał. Ale one też nie wyhaczały byle kogo. Zagadywały
jedynie do tych samotnych, bez kobiet i rodzin. Potem ich zostawiały.
Gorączkowo zastanawiałem się, po co to robią. Przekonałem się o tym kilka minut
później. Ci mężczyźni dawali się na to nabrać. Oni wracali jak wierne pieski. A
dziewczyny to wykorzystywały. Na początku tylko gadały, potem flirtowały, a
później razem gdzieś wychodzili. Nie musiałem pytać Pierre’a, gdzie, domyślałem
się.
Po jakimś czasie już mi zbrzydło ich oglądanie. Patrzyłem
na Kate, która z pewnością siebie a nawet wyższością patrzyła na swojego
rozmówcę. Wiedziałem, że ona taka nie jest, że ona tak nie mogła, a jednak,
moje oczy mówiły co innego.
-Dość! – powiedziałem głośno, obracając się na pięcie –
Chodźmy stąd, mam już dość – powtórzyłem, połykając ślinę i odchodząc. Coś mnie
ostro kuło w okolicy serca. To miasto budziło we mnie wstręt, wydawało mi się,
że nikt tu nie jest prawdziwy. Bo jak na razie wszyscy siebie oszukiwali.
-Boli, nie? – zapytał cicho Pierre – Dowiedzieć się, że
laska, którą się kocha, robi takie rzeczy...
-Ja się nie zakochałem w Kate – zaprzeczyłem zgodnie z
prawdą.
-Nie? – zapytał Bouvier, unosząc jedną brew do góry.
Pokiwałem przecząco głową – To do jasnej cholery czego ty od niej chcesz?
-Zaprzyjaźnić się – odparłem twardo. On tylko roześmiał
się głośno, czego w ogóle nie zrozumiałem.
-Widziałeś, co ona robi i kim jest – spoważniał szybko –
W tej szkole jest mnóstwo innych ludzi, na pewno znajdziesz sobie bratnią
duszę...
-Pierre, ja już znalazłem swoją bratnią duszę – odparłem
ku jego zdumieniu – To Kate.
-Przestań – prychnął brunet – Przecież widziałeś ją.
Wiesz kim jest, czym się zajmuje, nawet próbowałeś z nią rozmawiać. Czemu do
ciebie nie dociera, że to potwór, a nie człowiek.
-Masz rację – potwierdziłem – Ale ja poznałem inną Kate.
Wiem, że ona ma w sobie kogoś innego. Ja sobie nie odpuszczę. Jestem pewien, że
ona może wyjść z tego bagna przy mojej pomocy, tylko musi mnie wysłuchać i się
zgodzić. Zobaczysz, jeszcze zrobię z niej świetną dziewczynę! – zakończyłem z
entuzjazmem.
-Jasne – prychnął mój kolega bez wiary w moje możliwości.
Ale on jeszcze w ogóle mnie nie znał. Ja, jeśli czegoś zazwyczaj pragnę, otrzymuję
to. Po prostu.
uuu... no to się porobiło...
OdpowiedzUsuńDave - wieczny optymista :D podoba mi się to xD i na dodatek uparty jak osioł... także Pierre nie będzie miał z nim łatwo... Na pewno wyda się czym do niedawna sam się zajmował.