Lekcje skończyłem o 15.00. Doskonale widziałem, że mam
tylko godzinę na przegryzienie czegoś. Ruszyłem do jednego z marketów, do
którego chodziłem niemal codziennie. Za każdym razem wybierałem tę samą bułkę z
żółtym serem i małą butelkę wody. A potem kręciłem się po mieście albo od razu
szedłem na dworzec. Czasami musiałem jeszcze skoczyć po gumki. Do domu nie
opłacało mi się wracać, chyba że kobieta, z którą spotykałem się codziennie o
16.00, odwoływała spotkanie. Wtedy już zależnie jedynie od mojego humoru albo
czekałem na kogoś innego, albo szybko biegłem do domu. Nienawidziłem swojego
życia i coraz częściej dochodziłem do wniosku, że cos powinienem w nim zmienić.
Przeżuwając bułkę, błądziłem po Montrealu, kierując się w
stronę dworca. Powoli zaczynałem żałować, że tak niemiło potraktowałem Chucka.
W końcu on nie zrobił mi nic złego, wręcz przeciwnie, chcieli pomóc. Zacisnąłem
mocniej pięści. Zachowałem się jak egoista. I to nie po raz pierwszy.
Wiedziałem, że mieszka w pobliżu. Domyśliłem się, co mnie tu
przyprowadziło. Ale mimo wszystko nie
miałem odwagi, by go szukać. Ani by stanąć z nim twarzą w twarz.
-Bezsensu – wymamrotałem, obracając się na pięcie. Wtedy
ich zobaczyłem, cała trójka wlokła się w kierunku jednego z podwórek,
rozprawiając o czymś naprawdę głośno. Wziąłem głęboki wdech. Chłopaki znikali,
a ja stałem. Nie mogłem tego zrobić. Nie mogłem.
-Chuck! – mój krzyk zaskoczył nawet mnie samego. Oni
zatrzymali się prawie natychmiast i rozejrzeli się zaskoczeni. Teraz już nie
miałem wyjścia. Zacząłem biec w ich stronę.
-A... To ty... – wymamrotał brunet jakby w ogóle nie miał
ochoty ze mną rozmawiać.
-Nie zajmę ci dużo czasu – podkreśliłem od razu –
Chciałem tylko przeprosić. Chyba... chyba nie powinienem was obrażać.
Przepraszam – oznajmiłem. Od razu poczułem, jak ogromny kamień spada mi z
serca. Nieważne, czy mi wybaczy, czy nie. W końcu zrobiłem wszystko, co zrobić
mogłem.
-Okej, Pierre – odparł trochę rozchmurzony Chuck – Nic
się nie stało.
-To dobrze – odwróciłem się z zamiarem odejścia, jednak
brunet jeszcze na chwilę mnie zatrzymał:
-A przemyślałeś moją propozycję? – zapytał. Wlepiłem
wzrok w chodnik.
-Już ci mówiłem, co o tym wszystkim myślę –
odpowiedziałem cicho – Nadal nie zmieniłem zdania.
-Ale... Może byś chociaż spróbował... Zobaczył... –
zaproponował Sebastien, włączając się do rozmowy – Słuchaj, ja też na początku
byłem sceptycznie nastawiony do pomysłu chłopaków, ale w sumie, jak ich
usłyszałem, to uznałem, że to może być dobra zabawa.
-No właśnie, zabawa – westchnąłem ciężko – Wybaczcie
chłopaki, ale ja nie mam czasu na zabawy.
-Okej, Pierre. Ale mamy prośbę. Tylko ten jeden jedyny
raz. Zaśpiewaj dla nas.
-Zaśpiewać? – powtórzyłem głupio – Dlaczego wam tak
bardzo zależy na tym, żebym ja zaśpiewał?
-Bo... Zobaczysz, jeśli się zgodzisz – przez chwilę w
ogóle się nie poruszałem, zastanawiając się nad sensem tego ostatniego zdania.
Zerknąłem na zegarek. Nie miałem zbyt wiele czasu, ale... Dręczyła mnie
ciekawość, co oni we mnie takiego widzą.
-Okej – zgodziłem się, znowu się odwracając – Okej,
zaśpiewam. Ale myślę, że was rozczaruję – dodałem szybko, usprawiedliwiając się
od razu. Całą czwórką ruszyliśmy w stronę domu Chucka. Szczerze mówiąc czułem
się nieco onieśmielony przebywaniem w tym budynku. Ale na szczęście chłopaki
tego nie zauważyli. Nigdy nie lubiłem szlajać się po czyichś mieszkaniach.
Wszystkie wydawały mi się piękne. Ja sam takiego nie miałem.
-Rozgośćcie się – brunet otworzył drzwi i gestem kazał
nam wejść do środka. Chłopaki od razu rzucili się na łóżko. Ja zacząłem
ciekawie się rozglądać. Pierwsza w oczy rzuciła mi się ogromna perkusja. Kiedyś
sam grałem na perkusji. Jakieś dziesięć czy dwanaście lat temu chodziłem do
kuzyna, by trochę ponawalać w bębny. Oboje czuliśmy do tego pociąg. Szkoda, że
on musiał wyprowadzić się z Kanady.
-Więc ty grasz na perkusji? – domyśliłem się, odwracając
się w stronę gospodarza. Ten pokiwał milcząco głową. A ja z powrotem wróciłem
wzrokiem do instrumentu. Fajnie byłoby...
Obróciłem się na pięcie. Nie. Nie mogę.
-Przejdźmy do rzeczy – oznajmił Chuck, wpychając się
pomiędzy leżących kumpli i pozostawiając mi pusty fotel – Nie musisz się
wstydzić czy denerwować, oprócz nas nikogo tutaj nie ma.
Przełknąłem cicho ślinę. Po prawdzie trochę głupio się
czułem, kiedy oni z podnieceniem się we mnie wpatrywali, a ja nawet nie
wiedziałem, dlaczego. Rozejrzałem się, mój wzrok padł na pokrowce, które
przynieśli ze sobą Seb i Jeff. Spojrzałem na jeden i do głowy wpadł mi świetny
pomysł.
-Mogę? – zapytałem, wskazując na jeden z nich.
-No jasne – odparł Seb nieco zaskoczony – Bierz.
Ostrożnie otworzyłem pokrowiec. Gitara aż lśniła, tak
bardzo była zadbana. Wziąłem ją do rąk. W sumie nie widziałem, dlaczego akurat
pomysł z gitarą wpadł mi do głowy. Co prawda kiedyś grałem na klasyku, nawet
gdzieś jeszcze go miałem. Tylko że brakowało mi czasu na ćwiczenie i musiałem
go porzucić. A teraz... teraz nie wiedziałem, czy w ogóle coś pamiętam ze
swojej gry.
Na początku miałem z tym problem. Po chwili przestałem na
to zwracać uwagę. Dźwięki strun gitary pochłonęły mnie całkowicie. Nawet nie
zauważyłem, kiedy do gry dodałem wokal. Nie zważałem na to, czy fałszuję. Gówno
obchodziło mnie, co myślą chłopaki. Miałem ochotę śpiewać jak najdłużej. W
pewnym momencie dołączył do mnie Chuck na perkusji. Potem i Jeff sięgnął po
swoją gitarę. I tak graliśmy przez dłuższy czas, dopóki ja tego nie
zakończyłem.
Przez jakąś minutę chłopaki milczeli. Widziałem zdumiony
wzrok Seba. Uśmiechnąłem się lekko i wstałem.
-To by było na tyle – powiedziałem, ruszając w stronę
drzwi – Fajnie było.
-Zaczekaj! – wrzasnął Chuck – Nie możesz stąd wyjść!
-Jak to nie mogę...
-Człowieku – wymamrotał Seb,. Który nadal nie mógł się
pozbierać – Człowieku... Ty... Ty jesteś genialny...
Wybuchnąłem głośnym śmiechem.
-Nawet tego nie widzisz...- wymamrotał prawie tak samo
oszołomiony Jeff – Pierre, nie możesz tego zmarnować. Ty musisz śpiewać!
-Dajcie spokój – skwitowałem obojętnie – Przesadzacie.
-Wcale nie przesadzamy! Człowieku, zrozum, ty się
marnujesz. Z tobą możemy osiągnąć sukces, a ty z nami! Musimy razem grać!
Musimy!
-Już zdążyliście poznać moje zdanie na ten temat. Nie
zamierzam do was dołączyć.
-Ale dlaczego nie? – kopał dalej rów Chuck – Dlaczego?
Powiedz tylko, dlaczego! Przecież ty to lubisz! Wszyscy to przed chwilą
zobaczyliśmy...
-Wybaczcie, muszę spadać – przerwałem mu nieco chłodno tę
paplaninę – Życzę sukcesu w przyszłości – nacisnąłem na klamkę. Chłopaki coś
jeszcze do mnie mówili, ale już nie miałem ochoty ich słuchać. Chuck
odprowadził mnie do drzwi, prosząc jeszcze, bym to przemyślał. Najwyraźniej
naprawdę im na mnie zależało. Musiałem coś w sobie mieć, coś naprawdę
pociągającego, skoro tak walczyli. Chyba nawet chciałem wiedzieć, co. Prawda,
chętnie bym z nimi zagrał, i to nie raz, ale... Kiedy miałbym to robić?
Przecież i tak nie mam nawet czasu, żeby przygotować się do szkoły.
Teraz to już Pierre nie ma innego wyjścia ;) Musi się zgodzić. Chłopaki mu nie odpuszczą, albowiem jak wszyscy wiedzą jego głos jest cudowny, genialy itd.............. <3
OdpowiedzUsuń