wtorek, 12 marca 2013

PART X


Przez blisko dziesięć minut przywiązywałem karteczkę do ławki. Wiedziałem, że czas mnie goni, w końcu powiedziałem chłopakom, że muszę skoczyć tylko do sklepu po wodę. Ale gdy chciałem już odchodzić, coś ciągle mnie kuło mnie w serce. Odwracałem się i patrzyłem na swoje zapiski. Czułem, że nie powinienem ich tu zostawiać. Ale ostatnio robiłem wszystko na przekór swojego myślenia i czucia. Wiatr wiał, drzewa szumiały, jakieś dzieciaki wrzeszczały niemiłosiernie głośno, a ja stałem. Stałem chociaż wiedziałem, że powinienem się ruszyć i stamtąd odejść, bo w każdej chwili może pojawić się Marie. A bałem się jej. Bałem się spotkania z nią, patrzenia w jej oczy, przyznania się do tych wszystkich rzeczy i do związku z Nati. Bardzo dobrze wiedziałem, że prędzej czy później dowie się, bo w szkole wszystkie plotki szybko się rozchodzą. Westchnąłem ciężko. Moje życie cholernie komplikowało się przez tę miłość.
Obróciłem się na pięcie. W oddali ujrzałem jej sylwetkę, bez problemów ją rozpoznałem. Przełknąłem cicho ślinę. Zbliżała się powoli, odległość między nami się zmniejszała. Nie wiedziałem, co robić, drżałem ze strachu. Wtedy dotarło do mnie, co ja tak właściwie wyprawiam. Ona wciąż mnie nie widziała, mogłem zwiać. I tak też zrobiłem, biegiem rzuciłem się w przeciwną do niej stronę, modląc się w duchu, by ona nie widziała, by nie zawołała. Wskoczyłem w jakieś krzaki. Coś podkusiło mnie, żebym został i patrzył. Chciałem odejść, naprawdę, ale nie mogłem. To była chyba najgorsza kara, jaka kiedykolwiek mnie dotknęła. Patrzyłem, jak jej radość momentalnie się zmniejszała. Moje serce omal nie pękło, kiedy ona niemile rozczarowana usiadła na ławce. Reszty już nie widziałem, nie potrafiłem dłużej na to patrzeć, bo dobrze wiedziałem, jak to będzie wyglądać. Ale mimo to gdy wracałem, wciąż miałem przed oczami jej obraz, jej płacz. Nie mogłem tego wyrzucić z głowy. Naprawdę cierpiałem. Czułem, że już nigdy nie będzie czegoś takiego jak ja i Marie. To już rozpłynęło się bezpowrotnie. Przekląłem cicho pod nosem. Spieprzyłem swoje życie. O ile ono nie było spieprzone od samego początku.

NARRACJA CHUCKA
-Co się z nim dzieje? – pytałem chłopaków, gdy tylko drzwi za brunetem się zamknęły – Widzieliście? Od samego początku coś przed nami ukrywa... To nie jest normalne. Ma jakiś problem o którym my nie wiemy...
-Chuck, to jego prywatna sprawa – przerwał mi znużony Seb – Może na razie boi się nam zaufać. Nie możemy go o to posądzać, a jeśli zaczniemy ingerować w jego prywatne sprawy, to myślę, że nie będzie z tego powodu zadowolony, o ile nas na miejscu nie pozabija.
-Ale on potrzebuje pomocy, nie widzicie tego? – rozłożyłem ramiona, patrząc na twarze kumpli – Przecież nie możemy zostawić go na lodzie. A jeśli to coś poważnego? Przecież on nie może się stoczyć! – szukałem w kumplach entuzjazmu, jakiejś siły do walki, zapału. Niczego takiego nie znalazłem.
-Chuck, czy do ciebie nie dociera, że on jej nie chce? Gdyby chciał, powiedziałby nam, o co chodzi! – tłumaczył spokojnie Jeff. Ale mnie nadal to nie przekonywało.
-Może wstydzi nam się o tym powiedzieć? W końcu znamy się od niedawna...
-Więc co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? – prychnął Seb. Od razu wyczułem, że oni nie zgodzą się na mój pomysł.
-Trochę powęszyć? – zaproponowałem cicho.
-Chyba cię pogrzało! – warknął Jeff – To jest akurat najgorsze wyjście z możliwych!
-Dlaczego? – zapytałem, w ogóle nie zaskoczony tą reakcją.
-Comeau, czasami zaskakujesz mnie swoją głupotą – wymamrotał błękitnooki – Rusz głową!
-Ruszam przez cały czas, to wam się chyba nie chce! – odpyskowałem.
-W takim razie w ogóle tobie to nie wychodzi – westchnął Seb – Chuck, czy ty chcesz stracić kumpla i genialnego członka naszego zespołu?
-No właśnie nie chcę, dlatego...
-Dlatego zrezygnuj z tego pomysłu. On nie chce nam tego powiedzieć. Najwyraźniej dowiemy się, tylko w swoim czasie. Gdyby on się dowiedział, że grzebiemy w jego życiu, na pewno nie zostałby w zespole. Musimy być ostrożni, Chuck. To jego prywatne sprawy, a przypominam ci, że wciąż jest wolnym człowiekiem i ma prawo nie spowiadać nam się z każdego swojego kroku.
-Aha, czyli mamy stać i czekać na cud? – prychnąłem ironicznie.
-Dokładnie tak.
-Jasne, czyli mam się gapić, jak roślina, z której miał wyrosnąć piękny kwiat, po prostu więdnie?
-Więdnie? – powtórzył Jeff – Chuck, nasz zespół się rozwija, nie widzisz tego? Mamy już tekst na jedną piosenkę, zresztą genialną piosenkę! Jesteśmy coraz bardziej zgrani, zobacz, jak wiele kroków zrobiliśmy!  Z tego naprawdę coś będzie!
-Zespół – prychnąłem – Ten nasz zespół za długo nie pociągnie, jeśli nie zdołamy się zaprzyjaźnić.
-My się przyjaźnimy, Chuck – powiedział spokojnie Seb – Pierre także powoli zaczyna wkładać w to serce. To wszystko powoli zaczyna się kształtować. Tylko potrzeba jeszcze trochę czasu, rozumiesz, Chuck? Nigdy nie będzie tak, że pstrykniesz palcami i już.
Westchnąłem cicho. Może i chłopaki mają rację, może rzeczywiście przesadzam. Ale po prostu się martwiłem, nie tyle o zespół, co o Pierre’a. Ale dobrze wiedziałem, że sam nic nie wykombinuję. A chłopaki nie chcą się w to mieszać. Mogę tylko czekać na rozwój sytuacji i modlić się, by moje złe przeczucia czasem się nie spełniły.

NARRACJA DAVE’A
Od samego początku to wszystko mi się nie podobało. Ten cały zamęt z przeprowadzką, o której nie wiedział ojciec, był jednym z tych głupszych pomysłów mojej matki. Może i byli po rozwodzie, ale on mimo wszystko miał prawo nas odwiedzać. Nienawidziłem ich obojgu. I matki i ojca. I chyba nikt mi się nie dziwił, nikt, kto ich znał. Zniszczyli mi i Julii całe dzieciństwo. Coraz częstsze kłótnie psuły mi i mojej siostrze dziecięcą psychikę. A teraz jeszcze ta nagła przeprowadzka na drugi koniec Kanady. Całkowita zmiana środowiska. Pozostawienie zespołu. Tak, wiem, mogłem tam zostać z ojcem, w końcu mam już osiemnastkę i mogę decydować, gdzie chcę zamieszkać. Ale dobrze wiedziałem, że on nigdy nie zgodzi się na perkusję i bas w swoim domu ze względu na rodzinę i małe dziecko. A bez tego długo bym nie przetrwał. Dlatego od samego początku nie polubiłem tego Montrealu. Miałem w planach szybkie skończenie szkoły, zarobek na życie i powrót do swojego zespołu. Na razie nie było mnie stać na usamodzielnienie się.
-David, rozchmurz się wreszcie! – krzyknęła wesoło moja matka, wpadając do kuchni i widząc, jak wrzucam monety do pustej szklanki. Miałem jakiegoś pecha, żadną jeszcze nie trafiłem. Nie zwracając uwagi na rodzicielkę, kontynuowałem zabawę – Julia już się rozpakowała. Podoba jej się pokój. A jak twój...?
-Uszkodzili mi perkusję – burknąłem, ponownie nie trafiając. Moja matka westchnęła cicho.
-Naprawimy. Albo kupimy ci nową.
-Przyjaciół też mi nowych kupisz? – zapytałem zgryźliwie, wstając i zgarniając wszystkie monety ze stołu.
-Przestań! – skarciła mnie kobieta – Dla mnie też to wszystko jest trudne. Lepiej rozejrzałbyś się po okolicy, na pewno z kimś się zaprzyjaźnisz. Nie mieszkamy  na odludziu.
-No jasne, że też na to wcześniej nie wpadłem – prychnąłem ironicznie, wsypując drobniaki do słoika – Idę poszukać sklepów z przyjaciółmi, może akurat znajdę takiego, który będzie do mnie pasował – nie zamierzałem już więcej słuchać ani mojej matki, ani nikogo więcej, dlatego odwróciłem się i wyszedłem, najpierw z kuchni, a potem z domu.
Montreal jakoś szczególnie nie zachęcał mnie do spaceru. W ogóle nie znałem tutejszej okolicy, wszystko było dla mnie obce. W dodatku pogoda też sprzeciwiała się moim planom, zbliżały się chmury deszczowe. Ale miałem do wyboru albo bezsensowne siedzenie w domu albo rozejrzenie się po swoim nowym podwórzu. Wsunąłem dłonie w kieszenie i ruszyłem, starając się zapamiętać drogę, którą szedłem. Miałem nadzieję dojść do szkoły, żeby matka nie musiała mnie podwozić. Chciałem udowodnić wszystkim, że jestem samodzielny. Wiedziałem, że z tym może być nie lada problem, bo każdy, kto mnie poznawał, od razu wyrabiał sobie o mnie opinię lekkoducha i rozstrzepańca. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego. Az tak to po mnie widać?
Tak jak się spodziewałem, po kilku sekundach poczułem jak po moich policzkach zaczynają spływać krople deszczu. Rozejrzałem się po okolicy, ale jak na złość nigdzie nie było miejsca, żeby się schronić. Nałożyłem kaptur na głowę i na ślepo zacząłem się kierować w stronę domu. Przekląłem siebie w duchu za to, że nie wziąłem swojej deski. Cały ten spacer przestawał mi się podobać. 

1 komentarz:

  1. oh... biedna Marie :( Pierre powinien powiedzieć im całą prawdę. Wtedy ta Nati dałaby mu wreszcie spokój...

    No i jest Dave <333333 Teraz na pewno spotka wspaniałych przyjaciół ;) :D i stworzą razem najlepszy zespół na świecie xD

    OdpowiedzUsuń