Przez blisko dziesięć minut przywiązywałem karteczkę do
ławki. Wiedziałem, że czas mnie goni, w końcu powiedziałem chłopakom, że muszę
skoczyć tylko do sklepu po wodę. Ale gdy chciałem już odchodzić, coś ciągle
mnie kuło mnie w serce. Odwracałem się i patrzyłem na swoje zapiski. Czułem, że
nie powinienem ich tu zostawiać. Ale ostatnio robiłem wszystko na przekór swojego
myślenia i czucia. Wiatr wiał, drzewa szumiały, jakieś dzieciaki wrzeszczały
niemiłosiernie głośno, a ja stałem. Stałem chociaż wiedziałem, że powinienem
się ruszyć i stamtąd odejść, bo w każdej chwili może pojawić się Marie. A bałem
się jej. Bałem się spotkania z nią, patrzenia w jej oczy, przyznania się do
tych wszystkich rzeczy i do związku z Nati. Bardzo dobrze wiedziałem, że
prędzej czy później dowie się, bo w szkole wszystkie plotki szybko się
rozchodzą. Westchnąłem ciężko. Moje życie cholernie komplikowało się przez tę
miłość.
Obróciłem się na pięcie. W oddali ujrzałem jej sylwetkę,
bez problemów ją rozpoznałem. Przełknąłem cicho ślinę. Zbliżała się powoli,
odległość między nami się zmniejszała. Nie wiedziałem, co robić, drżałem ze
strachu. Wtedy dotarło do mnie, co ja tak właściwie wyprawiam. Ona wciąż mnie
nie widziała, mogłem zwiać. I tak też zrobiłem, biegiem rzuciłem się w
przeciwną do niej stronę, modląc się w duchu, by ona nie widziała, by nie
zawołała. Wskoczyłem w jakieś krzaki. Coś podkusiło mnie, żebym został i
patrzył. Chciałem odejść, naprawdę, ale nie mogłem. To była chyba najgorsza
kara, jaka kiedykolwiek mnie dotknęła. Patrzyłem, jak jej radość momentalnie
się zmniejszała. Moje serce omal nie pękło, kiedy ona niemile rozczarowana
usiadła na ławce. Reszty już nie widziałem, nie potrafiłem dłużej na to
patrzeć, bo dobrze wiedziałem, jak to będzie wyglądać. Ale mimo to gdy
wracałem, wciąż miałem przed oczami jej obraz, jej płacz. Nie mogłem tego
wyrzucić z głowy. Naprawdę cierpiałem. Czułem, że już nigdy nie będzie czegoś
takiego jak ja i Marie. To już rozpłynęło się bezpowrotnie. Przekląłem cicho
pod nosem. Spieprzyłem swoje życie. O ile ono nie było spieprzone od samego
początku.
NARRACJA CHUCKA
-Co się z nim dzieje? – pytałem chłopaków, gdy tylko
drzwi za brunetem się zamknęły – Widzieliście? Od samego początku coś przed
nami ukrywa... To nie jest normalne. Ma jakiś problem o którym my nie wiemy...
-Chuck, to jego prywatna sprawa – przerwał mi znużony Seb
– Może na razie boi się nam zaufać. Nie możemy go o to posądzać, a jeśli
zaczniemy ingerować w jego prywatne sprawy, to myślę, że nie będzie z tego
powodu zadowolony, o ile nas na miejscu nie pozabija.
-Ale on potrzebuje pomocy, nie widzicie tego? –
rozłożyłem ramiona, patrząc na twarze kumpli – Przecież nie możemy zostawić go
na lodzie. A jeśli to coś poważnego? Przecież on nie może się stoczyć! –
szukałem w kumplach entuzjazmu, jakiejś siły do walki, zapału. Niczego takiego
nie znalazłem.
-Chuck, czy do ciebie nie dociera, że on jej nie chce?
Gdyby chciał, powiedziałby nam, o co chodzi! – tłumaczył spokojnie Jeff. Ale
mnie nadal to nie przekonywało.
-Może wstydzi nam się o tym powiedzieć? W końcu znamy się
od niedawna...
-Więc co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? – prychnął Seb.
Od razu wyczułem, że oni nie zgodzą się na mój pomysł.
-Trochę powęszyć? – zaproponowałem cicho.
-Chyba cię pogrzało! – warknął Jeff – To jest akurat
najgorsze wyjście z możliwych!
-Dlaczego? – zapytałem, w ogóle nie zaskoczony tą
reakcją.
-Comeau, czasami zaskakujesz mnie swoją głupotą –
wymamrotał błękitnooki – Rusz głową!
-Ruszam przez cały czas, to wam się chyba nie chce! –
odpyskowałem.
-W takim razie w ogóle tobie to nie wychodzi – westchnął
Seb – Chuck, czy ty chcesz stracić kumpla i genialnego członka naszego zespołu?
-No właśnie nie chcę, dlatego...
-Dlatego zrezygnuj z tego pomysłu. On nie chce nam tego
powiedzieć. Najwyraźniej dowiemy się, tylko w swoim czasie. Gdyby on się
dowiedział, że grzebiemy w jego życiu, na pewno nie zostałby w zespole. Musimy
być ostrożni, Chuck. To jego prywatne sprawy, a przypominam ci, że wciąż jest
wolnym człowiekiem i ma prawo nie spowiadać nam się z każdego swojego kroku.
-Aha, czyli mamy stać i czekać na cud? – prychnąłem
ironicznie.
-Dokładnie tak.
-Jasne, czyli mam się gapić, jak roślina, z której miał
wyrosnąć piękny kwiat, po prostu więdnie?
-Więdnie? – powtórzył Jeff – Chuck, nasz zespół się
rozwija, nie widzisz tego? Mamy już tekst na jedną piosenkę, zresztą genialną
piosenkę! Jesteśmy coraz bardziej zgrani, zobacz, jak wiele kroków
zrobiliśmy! Z tego naprawdę coś będzie!
-Zespół – prychnąłem – Ten nasz zespół za długo nie
pociągnie, jeśli nie zdołamy się zaprzyjaźnić.
-My się przyjaźnimy, Chuck – powiedział spokojnie Seb –
Pierre także powoli zaczyna wkładać w to serce. To wszystko powoli zaczyna się
kształtować. Tylko potrzeba jeszcze trochę czasu, rozumiesz, Chuck? Nigdy nie
będzie tak, że pstrykniesz palcami i już.
Westchnąłem cicho. Może i chłopaki mają rację, może
rzeczywiście przesadzam. Ale po prostu się martwiłem, nie tyle o zespół, co o
Pierre’a. Ale dobrze wiedziałem, że sam nic nie wykombinuję. A chłopaki nie
chcą się w to mieszać. Mogę tylko czekać na rozwój sytuacji i modlić się, by
moje złe przeczucia czasem się nie spełniły.
NARRACJA DAVE’A
Od samego początku to wszystko mi się nie podobało. Ten
cały zamęt z przeprowadzką, o której nie wiedział ojciec, był jednym z tych
głupszych pomysłów mojej matki. Może i byli po rozwodzie, ale on mimo wszystko
miał prawo nas odwiedzać. Nienawidziłem ich obojgu. I matki i ojca. I chyba
nikt mi się nie dziwił, nikt, kto ich znał. Zniszczyli mi i Julii całe
dzieciństwo. Coraz częstsze kłótnie psuły mi i mojej siostrze dziecięcą
psychikę. A teraz jeszcze ta nagła przeprowadzka na drugi koniec Kanady.
Całkowita zmiana środowiska. Pozostawienie zespołu. Tak, wiem, mogłem tam
zostać z ojcem, w końcu mam już osiemnastkę i mogę decydować, gdzie chcę
zamieszkać. Ale dobrze wiedziałem, że on nigdy nie zgodzi się na perkusję i bas
w swoim domu ze względu na rodzinę i małe dziecko. A bez tego długo bym nie
przetrwał. Dlatego od samego początku nie polubiłem tego Montrealu. Miałem w
planach szybkie skończenie szkoły, zarobek na życie i powrót do swojego
zespołu. Na razie nie było mnie stać na usamodzielnienie się.
-David, rozchmurz się wreszcie! – krzyknęła wesoło moja
matka, wpadając do kuchni i widząc, jak wrzucam monety do pustej szklanki.
Miałem jakiegoś pecha, żadną jeszcze nie trafiłem. Nie zwracając uwagi na
rodzicielkę, kontynuowałem zabawę – Julia już się rozpakowała. Podoba jej się
pokój. A jak twój...?
-Uszkodzili mi perkusję – burknąłem, ponownie nie
trafiając. Moja matka westchnęła cicho.
-Naprawimy. Albo kupimy ci nową.
-Przyjaciół też mi nowych kupisz? – zapytałem zgryźliwie,
wstając i zgarniając wszystkie monety ze stołu.
-Przestań! – skarciła mnie kobieta – Dla mnie też to
wszystko jest trudne. Lepiej rozejrzałbyś się po okolicy, na pewno z kimś się
zaprzyjaźnisz. Nie mieszkamy na
odludziu.
-No jasne, że też na to wcześniej nie wpadłem –
prychnąłem ironicznie, wsypując drobniaki do słoika – Idę poszukać sklepów z
przyjaciółmi, może akurat znajdę takiego, który będzie do mnie pasował – nie
zamierzałem już więcej słuchać ani mojej matki, ani nikogo więcej, dlatego
odwróciłem się i wyszedłem, najpierw z kuchni, a potem z domu.
Montreal jakoś szczególnie nie zachęcał mnie do spaceru. W
ogóle nie znałem tutejszej okolicy, wszystko było dla mnie obce. W dodatku
pogoda też sprzeciwiała się moim planom, zbliżały się chmury deszczowe. Ale
miałem do wyboru albo bezsensowne siedzenie w domu albo rozejrzenie się po
swoim nowym podwórzu. Wsunąłem dłonie w kieszenie i ruszyłem, starając się
zapamiętać drogę, którą szedłem. Miałem nadzieję dojść do szkoły, żeby matka
nie musiała mnie podwozić. Chciałem udowodnić wszystkim, że jestem samodzielny.
Wiedziałem, że z tym może być nie lada problem, bo każdy, kto mnie poznawał, od
razu wyrabiał sobie o mnie opinię lekkoducha i rozstrzepańca. Do dzisiaj nie
wiem, dlaczego. Az tak to po mnie widać?
Tak jak się spodziewałem, po kilku sekundach poczułem jak
po moich policzkach zaczynają spływać krople deszczu. Rozejrzałem się po
okolicy, ale jak na złość nigdzie nie było miejsca, żeby się schronić.
Nałożyłem kaptur na głowę i na ślepo zacząłem się kierować w stronę domu.
Przekląłem siebie w duchu za to, że nie wziąłem swojej deski. Cały ten spacer
przestawał mi się podobać.
oh... biedna Marie :( Pierre powinien powiedzieć im całą prawdę. Wtedy ta Nati dałaby mu wreszcie spokój...
OdpowiedzUsuńNo i jest Dave <333333 Teraz na pewno spotka wspaniałych przyjaciół ;) :D i stworzą razem najlepszy zespół na świecie xD