wtorek, 19 marca 2013

PART XI

W końcu ujrzałem przystanek autobusowy z budką. Odetchnąłem z ulgą i pobiegłem w jego stronę. Byłem już przemoczony do suchej nitki, więc i tak zrobiło to niewielką różnicę. Usiadłem na ławce, wpatrując się w całkiem nieznane sobie budynki i zastanawiając się, gdzie ja do jasnej cholery zabłądziłem. Starałem się przypomnieć sobie cokolwiek ze swojej drogi, ale w głowie miałem pustkę.
W strugach deszczu zauważyłem, że jakaś postać biegnie w moją stronę. Najwyraźniej opad także ją zaskoczył. Przeklinając głośno, osoba ta wpadła na przystanek i usiadła tuż obok mnie. Odsunąłem się nieco, by nie wzięła mnie za jakiegoś pedofila czy coś. Pech chciał, że siedziałem akurat na końcu ławki, czego nie zauważyłem, przesuwając się. To spowodowało mój sromotny upadek na chodnik i cholerny ból tyłka. Ta  osoba spojrzała na mnie i wybuchła gromkim śmiechem. Dopiero wtedy zauważyłem, że to dziewczyna, chociaż na początku myślałem, że to straszydło. Cały makijaż jej się rozmazał, a widać, że miała tego sporo na twarzy.   
-Nic ci się nie stało? – zapytała, starając się ukryć śmiech. Zerwałem się, żeby pokazać jej, że jestem twardy i przyzwyczajony do takich wypadków. Ale znowu miałem pecha, nie zauważyłem, że sznurówki od butów mi się rozwiązły i ponownie upadłem, tym razem jeszcze obrywając w głowę. Jęknąłem cicho, słysząc kolejny wybuch śmiechu.
-Jeszcze kilka razy tak będziesz wstawał, to wylądujesz w szpitalu
-Ty także – prychnąłem, zawiązując pechowego buta – Jak pękniesz ze śmiechu, ktoś cię będzie musiał zszywać.
Ona nie odpowiedziała mi zupełnie nic, tylko dalej się śmiała, nie mogąc w żaden sposób się uspokoić. Wstałem i z powrotem usiadłem na ławce. Mimo bolącej głowy cieszyłem się, że już udało mi się z kimś nawiązać kontakt, nawet w tak głupi sposób.
-Skąd ty w ogóle się urwałeś? – zapytała ciekawie, grzebiąc w wielkiej torebce – Nie widziałam cię tu nigdy.
-Z nieba spadłem, nie zauważyłaś? – rozłożyłem ramiona teatralnie – Czy ja nie wyglądam jak gwiazda? – poczochrałem się po włosach i sztucznie się uśmiechnąłem, trzepocząc rzęsami.
-Tak, przypominasz tanią gwiazdkę disco polo – prychnęła dziewczyna – Szczególnie w tych zabłoconych butach.
-Disco polo? – powtórzyłem nieco zawiedziony – Wolałbym rocka, no ale skoro mam być discopolowcem... W sumie to nawet lepiej, w teledyskach disco polo zawsze skaczą dziewczyny w strojach kąpielowych, można sobie popatrzeć... Nie chcesz wystąpić w moim pierwszym videoklipie?
-Oczywiście, daj mi znak, jak zaczniesz nagrywać – zachichotała – Z wielką chęcią będę w stroju kąpielowym zawiązywać tobie buty, żebyś czasem się nie przewracał o własne sznurówki. Tylko z łaski swojej przytrzymaj mi lusterko – zanim zdążyłem się odezwać, ona już wcisnęła mi do ręki coś dużego i okrągłego – Nie tak, wyżej! No jeszcze trochę... Rany, jak ty się telepiesz! Trzymaj mi lusterko, zamorduję cię, jak je stłuczesz! Jej, wyglądam okropnie! – skrzeczała tak szybko, że ledwo zdołałem rozróżnić słowa, które mówiła. Z torebki wyciągnęła stos różnych kosmetyków, przez co omal nie dostałem zawału.
-Czy ty zamierzasz wyprowadzić się z domu? – zapytałem zaszokowany.
-Że co? – dziewczyna zmarszczyła czoło, nie odrywając wzroku od lustra.
-Masz taką wielką torebkę jak ja walizkę, z którą się tu przeprowadzałem.
-bez przesa...
-Ej, a może ty okradłaś jakiś sklep? – zgadywałem podejrzliwie – To by idealnie pasowało! Najpierw okradłaś sklep z kosmetykami, a teraz próbujesz się ukryć pod warstwą tapety!  - wrzeszczałem podniecony – A ja tobie nieświadomie pomagam! Scena jak z filmu sensacyjnego! – podskoczyłem z podniecenia, przez co ona wrzasnęła, że mam się nie ruszać.
-Za bardzo ponosi cię wyobraźnia – wymamrotała, malując sobie usta – To jest życie, kochany, nie żaden głupi film! – ułożyła usta w dziubek i wysłała mi buziaka.
-Życie czy film, prawie to samo – wzruszyłem ramionami. Powoli ręka zaczynała mnie boleć od trzymania tego lusterka – W końcu film jest oparty na życiu.
-Proszę cię! – prychnęła dziewczyna, chwytając w dłoń czarną kredkę. Zastanawiałem się, czy za chwilę nie wyciągnie następnych kolorów  z torebki – Życie nie ma swojego scenariusza i nigdy nie kończy się szczęśliwie.
-Nie kończy się szczęśliwie? – powtórzyłem głupio zdumiony tym co usłyszałem – Życie samo w sobie jest szczęściem! Nawet powinno umierać się szczęśliwym, bo zawsze zostawia się po sobie jakiś ślad...
-Tak, w postaci nagrobka! – prychnęła ona, zgarniając wszystkie kosmetyki i wrzucając je z powrotem do torebki – Nie próbuj mi wmówić, że ty cały czas chodzisz szczęśliwy i nie masz żadnych problemów!
-Problemy zawsze są – odparłem – Ale ja staram się o nich zapomnieć i cieszyć się każdą chwilą życia...
-Optymista – westchnęła ona, wychodząc spod daszku przystanku – Chyba już nie pada – zmieniła temat, obracając się – To ja już spadam...
-Zaczekaj chwilę! – krzyknąłem, w ostatnim momencie ją zatrzymując – Nie wiesz czasem jak dojść do... nooo... – podrapałem się po głowie – Rue La Fontaine? – zapytałem niepewnie.
Dziewczyna spojrzałam na mnie, spod jej sztucznie przedłużonych rzęs wydostało się zdumienie.
-Jesteśmy na tej ulicy – powiedziała bardzo powoli, uważnie mi się przyglądając.
-Niemożliwe! – krzyknąłem, drapiąc się po głowie zagubiony – To gdzie się podziała 43? – zapytałem sam siebie, ale i tak ona mi odpowiedziała.
-No tutaj – wskazała palcem na mój dom, który wziął się dosłownie nie wiadomo skąd. Jęknąłem cicho. Stałem zaledwie kilka metrów od niego i nie rozpoznałem tego budynku. No po prostu trzeba być mną!
-Witaj w domu, Dave – burknąłem do siebie, ale ona to usłyszała i ponownie wybuchła głośnym śmiechem.

NARRACJA PIERRE’A

-I wtedy wiesz, on powiedział mi, że z taką obsługą to on kupiłby mi nawet dwie pary takich butów – piszczała mi nad uchem dumna z siebie Nati. Westchnąłem ciężko. Szczerze mówiąc miałem już jej serdecznie dość. Często ukrywałem się u chłopaków, specjalnie przedłużałem próby, by tylko uniknąć z nią spotkania lub spędzić jak najmniej czasu. Marie widziałem tylko raz, akurat gdy Nati stawała na palcach, by mnie pocałować. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, ale ból z jej oczu zapamiętałem chyba do końca życia, bo czegoś takiego po prostu się nie zapomina. Do dzisiaj żałuję. Z drugiej strony teraz muzyka to całe moje życie. Czułem, że chłopaki mnie tolerują, że lubią mnie takiego, jakim jestem. Kochałem grać, kochałem zespół i nie mogłem żyć bez mojej jedynej nadziei.
I tylko Nati nie pasowała do tej bajki. Ciągle modliłem się, by ona przestała już się bawić moim kosztem. Chociaż z drugiej strony cholernie się tego bałem. Bo przecież mogła dojść do wniosku, że ta zabawa i tak nie ma sensu, więc może wszystko wypaplać. Wiedziałem, że jest zdolna do wszystkiego. Zupełnie nikt nie domyślał się, jaka walka toczy się w moim  sercu. Chyba nawet moja dziewczyna nie przewidywała, że tak bardzo jej nienawidzę. Im bardziej intensywnie błagałem, by ona się ode mnie odczepiła, tym bardziej ona walczyła o mnie, próbowała coś zmienić, coś polepszyć. A mnie coraz trudniej z tym wszystkim się żyło, z okłamywaniem kumpli, z udawaniem chorobliwej miłości do Nati. Miałem zupełnie dość tego wszystkiego, ale wiedziałem, że jeśli cokolwiek zrobię, co nie spodoba się mojej dziewczynie, to po zespole, a raczej po mojej karierze w zespole. A i tak czułem, że jej się nie podoba to, że każdego popołudnia uciekam.
-Znowu mnie nie słuchasz! – jej niewielka piąstka znowu wylądowała na moim ramieniu. Nawet mnie to nie zabolało, bo cóż ona mogła mi zrobić swoimi delikatnymi rączkami?
-Przepraszam, zamyśliłem się – powiedziałem, wracając na ziemię myślami. Ona wpatrywała się we mnie swoimi ogromnymi oczyma jakby z niepokojem.
-Martwię się o ciebie – wyszeptała cicho – Masz jakiś problem.
-Starzy – uciąłem krótko. Akurat zadzwonił dzwonek, więc wstałem z jednej ze stojących na dziedzińcu ławek i wyciągnąłem dłoń ku dziewczynie. Ta przeszczęśliwa, bez żadnego ostrzeżenia zaczęła mnie gorąco całować. Z trudem się od niej odlepiłem. Jej zgrabne doświadczone już ruchy, które wywoływały zazdrość u innych chłopaków na mnie nie robiły żadnego wrażenia.
-Chodźmy już na lekcję.
-Piernik, nie martw się starymi – mówiła Nati lekceważąco, gdy ciągnąłem ją za rękę w stronę klasy – Oni są głupi, nic nie rozumieją. Wiem coś o tym, moi mnie nienawidzą.
Westchnąłem cicho, biegnąc korytarzem. Moi rodzice w tym momencie pewnie nawet nie pamiętali o tym, że mają syna. Ale nie zamierzałem się tym przejmować. Miałem już plan na przyszłość. Plan bez nich.
Akurat nauczyciel wchodził do klasy, kiedy dobiegliśmy na miejsce. Od razu rzuciłem się w stronę mojej ławki. Na szczęście Nati siedziała daleko ode mnie. Miałem spokój przynajmniej przez te 45 minut. Schowałem twarz w dłoniach. Powoli moje życie zaczynało mnie zabijać.
Nauczyciel coś tam gadał, ale nie zwracałem uwagi na jego gadanie, jak zwykle zresztą. Dopiero po pięciu minutach, kiedy dotarło do mnie, że ktoś puka do drzwi, wróciłem myślami do szkoły. 

1 komentarz:

  1. hahaha... Cały Dave, totalny nieogar :D Ale właśnie za to Go kochamy <3

    Podziwiam Pierre'a za cierpliwość xD Ja już dawno zrobiłabym coś z tą Nati, nawet jeśli wszyscy mieliby dowiedzieć się całą prawdę :D

    hmmm... któż to puka do tych drzwi? Czyżby spóźninoy Dave?? :D

    OdpowiedzUsuń