W strugach deszczu zauważyłem, że jakaś postać biegnie w
moją stronę. Najwyraźniej opad także ją zaskoczył. Przeklinając głośno, osoba
ta wpadła na przystanek i usiadła tuż obok mnie. Odsunąłem się nieco, by nie
wzięła mnie za jakiegoś pedofila czy coś. Pech chciał, że siedziałem akurat na
końcu ławki, czego nie zauważyłem, przesuwając się. To spowodowało mój sromotny
upadek na chodnik i cholerny ból tyłka. Ta
osoba spojrzała na mnie i wybuchła gromkim śmiechem. Dopiero wtedy
zauważyłem, że to dziewczyna, chociaż na początku myślałem, że to straszydło.
Cały makijaż jej się rozmazał, a widać, że miała tego sporo na twarzy.
-Nic ci się nie stało? – zapytała, starając się ukryć
śmiech. Zerwałem się, żeby pokazać jej, że jestem twardy i przyzwyczajony do
takich wypadków. Ale znowu miałem pecha, nie zauważyłem, że sznurówki od butów
mi się rozwiązły i ponownie upadłem, tym razem jeszcze obrywając w głowę.
Jęknąłem cicho, słysząc kolejny wybuch śmiechu.
-Jeszcze kilka razy tak będziesz wstawał, to wylądujesz w
szpitalu
-Ty także – prychnąłem, zawiązując pechowego buta – Jak
pękniesz ze śmiechu, ktoś cię będzie musiał zszywać.
Ona nie odpowiedziała mi zupełnie nic, tylko dalej się
śmiała, nie mogąc w żaden sposób się uspokoić. Wstałem i z powrotem usiadłem na
ławce. Mimo bolącej głowy cieszyłem się, że już udało mi się z kimś nawiązać
kontakt, nawet w tak głupi sposób.
-Skąd ty w ogóle się urwałeś? – zapytała ciekawie,
grzebiąc w wielkiej torebce – Nie widziałam cię tu nigdy.
-Z nieba spadłem, nie zauważyłaś? – rozłożyłem ramiona
teatralnie – Czy ja nie wyglądam jak gwiazda? – poczochrałem się po włosach i
sztucznie się uśmiechnąłem, trzepocząc rzęsami.
-Tak, przypominasz tanią gwiazdkę disco polo – prychnęła
dziewczyna – Szczególnie w tych zabłoconych butach.
-Disco polo? – powtórzyłem nieco zawiedziony – Wolałbym
rocka, no ale skoro mam być discopolowcem... W sumie to nawet lepiej, w
teledyskach disco polo zawsze skaczą dziewczyny w strojach kąpielowych, można
sobie popatrzeć... Nie chcesz wystąpić w moim pierwszym videoklipie?
-Oczywiście, daj mi znak, jak zaczniesz nagrywać –
zachichotała – Z wielką chęcią będę w stroju kąpielowym zawiązywać tobie buty,
żebyś czasem się nie przewracał o własne sznurówki. Tylko z łaski swojej
przytrzymaj mi lusterko – zanim zdążyłem się odezwać, ona już wcisnęła mi do
ręki coś dużego i okrągłego – Nie tak, wyżej! No jeszcze trochę... Rany, jak ty
się telepiesz! Trzymaj mi lusterko, zamorduję cię, jak je stłuczesz! Jej,
wyglądam okropnie! – skrzeczała tak szybko, że ledwo zdołałem rozróżnić słowa,
które mówiła. Z torebki wyciągnęła stos różnych kosmetyków, przez co omal nie
dostałem zawału.
-Czy ty zamierzasz wyprowadzić się z domu? – zapytałem
zaszokowany.
-Że co? – dziewczyna zmarszczyła czoło, nie odrywając
wzroku od lustra.
-Masz taką wielką torebkę jak ja walizkę, z którą się tu
przeprowadzałem.
-bez przesa...
-Ej, a może ty okradłaś jakiś sklep? – zgadywałem
podejrzliwie – To by idealnie pasowało! Najpierw okradłaś sklep z kosmetykami,
a teraz próbujesz się ukryć pod warstwą tapety!
- wrzeszczałem podniecony – A ja tobie nieświadomie pomagam! Scena jak z
filmu sensacyjnego! – podskoczyłem z podniecenia, przez co ona wrzasnęła, że
mam się nie ruszać.
-Za bardzo ponosi cię wyobraźnia – wymamrotała, malując
sobie usta – To jest życie, kochany, nie żaden głupi film! – ułożyła usta w
dziubek i wysłała mi buziaka.
-Życie czy film, prawie to samo – wzruszyłem ramionami.
Powoli ręka zaczynała mnie boleć od trzymania tego lusterka – W końcu film jest
oparty na życiu.
-Proszę cię! – prychnęła dziewczyna, chwytając w dłoń czarną
kredkę. Zastanawiałem się, czy za chwilę nie wyciągnie następnych kolorów z torebki – Życie nie ma swojego scenariusza
i nigdy nie kończy się szczęśliwie.
-Nie kończy się szczęśliwie? – powtórzyłem głupio
zdumiony tym co usłyszałem – Życie samo w sobie jest szczęściem! Nawet powinno
umierać się szczęśliwym, bo zawsze zostawia się po sobie jakiś ślad...
-Tak, w postaci nagrobka! – prychnęła ona, zgarniając
wszystkie kosmetyki i wrzucając je z powrotem do torebki – Nie próbuj mi
wmówić, że ty cały czas chodzisz szczęśliwy i nie masz żadnych problemów!
-Problemy zawsze są – odparłem – Ale ja staram się o nich
zapomnieć i cieszyć się każdą chwilą życia...
-Optymista – westchnęła ona, wychodząc spod daszku
przystanku – Chyba już nie pada – zmieniła temat, obracając się – To ja już
spadam...
-Zaczekaj chwilę! – krzyknąłem, w ostatnim momencie ją
zatrzymując – Nie wiesz czasem jak dojść do... nooo... – podrapałem się po
głowie – Rue La Fontaine? – zapytałem niepewnie.
Dziewczyna spojrzałam na mnie, spod jej sztucznie
przedłużonych rzęs wydostało się zdumienie.
-Jesteśmy na tej ulicy – powiedziała bardzo powoli,
uważnie mi się przyglądając.
-Niemożliwe! – krzyknąłem, drapiąc się po głowie
zagubiony – To gdzie się podziała 43? – zapytałem sam siebie, ale i tak ona mi
odpowiedziała.
-No tutaj – wskazała palcem na mój dom, który wziął się
dosłownie nie wiadomo skąd. Jęknąłem cicho. Stałem zaledwie kilka metrów od
niego i nie rozpoznałem tego budynku. No po prostu trzeba być mną!
-Witaj w domu, Dave – burknąłem do siebie, ale ona to
usłyszała i ponownie wybuchła głośnym śmiechem.
NARRACJA PIERRE’A
-I wtedy wiesz, on powiedział mi, że z taką obsługą to on
kupiłby mi nawet dwie pary takich butów – piszczała mi nad uchem dumna z siebie
Nati. Westchnąłem ciężko. Szczerze mówiąc miałem już jej serdecznie dość.
Często ukrywałem się u chłopaków, specjalnie przedłużałem próby, by tylko
uniknąć z nią spotkania lub spędzić jak najmniej czasu. Marie widziałem tylko
raz, akurat gdy Nati stawała na palcach, by mnie pocałować. Trwało to zaledwie
ułamek sekundy, ale ból z jej oczu zapamiętałem chyba do końca życia, bo czegoś
takiego po prostu się nie zapomina. Do dzisiaj żałuję. Z drugiej strony teraz
muzyka to całe moje życie. Czułem, że chłopaki mnie tolerują, że lubią mnie
takiego, jakim jestem. Kochałem grać, kochałem zespół i nie mogłem żyć bez
mojej jedynej nadziei.
I tylko Nati nie pasowała do tej bajki. Ciągle modliłem
się, by ona przestała już się bawić moim kosztem. Chociaż z drugiej strony
cholernie się tego bałem. Bo przecież mogła dojść do wniosku, że ta zabawa i
tak nie ma sensu, więc może wszystko wypaplać. Wiedziałem, że jest zdolna do
wszystkiego. Zupełnie nikt nie domyślał się, jaka walka toczy się w moim sercu. Chyba nawet moja dziewczyna nie
przewidywała, że tak bardzo jej nienawidzę. Im bardziej intensywnie błagałem,
by ona się ode mnie odczepiła, tym bardziej ona walczyła o mnie, próbowała coś
zmienić, coś polepszyć. A mnie coraz trudniej z tym wszystkim się żyło, z
okłamywaniem kumpli, z udawaniem chorobliwej miłości do Nati. Miałem zupełnie
dość tego wszystkiego, ale wiedziałem, że jeśli cokolwiek zrobię, co nie
spodoba się mojej dziewczynie, to po zespole, a raczej po mojej karierze w
zespole. A i tak czułem, że jej się nie podoba to, że każdego popołudnia uciekam.
-Znowu mnie nie słuchasz! – jej niewielka piąstka znowu
wylądowała na moim ramieniu. Nawet mnie to nie zabolało, bo cóż ona mogła mi
zrobić swoimi delikatnymi rączkami?
-Przepraszam, zamyśliłem się – powiedziałem, wracając na
ziemię myślami. Ona wpatrywała się we mnie swoimi ogromnymi oczyma jakby z
niepokojem.
-Martwię się o ciebie – wyszeptała cicho – Masz jakiś
problem.
-Starzy – uciąłem krótko. Akurat zadzwonił dzwonek, więc
wstałem z jednej ze stojących na dziedzińcu ławek i wyciągnąłem dłoń ku dziewczynie.
Ta przeszczęśliwa, bez żadnego ostrzeżenia zaczęła mnie gorąco całować. Z
trudem się od niej odlepiłem. Jej zgrabne doświadczone już ruchy, które
wywoływały zazdrość u innych chłopaków na mnie nie robiły żadnego wrażenia.
-Chodźmy już na lekcję.
-Piernik, nie martw się starymi – mówiła Nati
lekceważąco, gdy ciągnąłem ją za rękę w stronę klasy – Oni są głupi, nic nie
rozumieją. Wiem coś o tym, moi mnie nienawidzą.
Westchnąłem cicho, biegnąc korytarzem. Moi rodzice w tym
momencie pewnie nawet nie pamiętali o tym, że mają syna. Ale nie zamierzałem
się tym przejmować. Miałem już plan na przyszłość. Plan bez nich.
Akurat nauczyciel wchodził do klasy, kiedy dobiegliśmy na
miejsce. Od razu rzuciłem się w stronę mojej ławki. Na szczęście Nati siedziała
daleko ode mnie. Miałem spokój przynajmniej przez te 45 minut. Schowałem twarz
w dłoniach. Powoli moje życie zaczynało mnie zabijać.
Nauczyciel coś tam gadał, ale nie zwracałem uwagi na
jego gadanie, jak zwykle zresztą. Dopiero po pięciu minutach, kiedy dotarło do
mnie, że ktoś puka do drzwi, wróciłem myślami do szkoły.
hahaha... Cały Dave, totalny nieogar :D Ale właśnie za to Go kochamy <3
OdpowiedzUsuńPodziwiam Pierre'a za cierpliwość xD Ja już dawno zrobiłabym coś z tą Nati, nawet jeśli wszyscy mieliby dowiedzieć się całą prawdę :D
hmmm... któż to puka do tych drzwi? Czyżby spóźninoy Dave?? :D