piątek, 15 lutego 2013

PART VII


Ostatnia lekcja wlokła się jak jakiś szczególnie powolny ślimak. Patrzyłem na zegar, ale wskazówki jakby na przekór mi stały cały czas w tym samym miejscu. Chyba nauczycielka też nie mogła już tego wytrzymać. Zależało jej tylko na tym, żeby klasa nie hałasowała. Nawet nie próbowała prowadzić lekcji, czuła, że to i tak nie ma sensu. Zgadzałem się z nią w stu procentach, tak jak i reszta klasy.
W końcu jednak zadzwonił ten upragniony dzwonek. Wszyscy zerwali się w ulgą, znowu zrobił się głośny harmider. Schowałem swój brudnopis, w którym próbowałem pisać piosenki, do plecaka. Nie miałem się gdzie śpieszyć, chociaż wiedziałem, że chłopaki na mnie czekają, bo skończyli wcześniej ode mnie. Z drugiej strony im szybciej zaczęlibyśmy grać, tym szybciej byśmy skończyli, a wtedy może zdążyłbym jeszcze skoczyć na dworzec. Wiedziałem, że to mój obowiązek, ale coraz częściej go zawalałem. Nie miałem kasy, ale za to całkiem inaczej się czułem. Tak jakbym stał się innym człowiekiem.
-Ej no! – ktoś niespodziewanie dla mnie chwycił mnie za ramię – Coś mi obiecałeś, nie pamiętasz już?!
Odwróciłem się zdumiony, słysząc jej głos. Marie uśmiechała się szeroko, jeszcze bardziej rozentuzjazmowana niż kiedy widzieliśmy się ostatnio. Milczałem zaskoczony jej widokiem. Szczerze mówiąc, w ogóle nie spodziewałem się jej, szczególnie po chłodnym przywitaniu przez Nati.
-Co jest? – zapytała, gasnąc nieco – Naprawdę się rozmyśliłeś?
-Nie! – krzyknąłem, ogarniając się szybko – Nie, w żadnym przypadku!
-Więc chodźmy, szkoda czasu! – wrzasnęła radośnie, ciągnąc mnie za rękaw. Pomyślałem, że ona naprawdę musi to kochać. Kochać muzykę. Sam zacząłem się zastanawiać nad tym, jakie znaczenie ma dla mnie ta cała gra. Chciałem to robić. Wkładałem w to całe swoje serce i duszę. Ale... No właśnie. Ale.
-Nad czym tak myślisz? – zapytała Marie, podskakując wesoło. Pomyślałem sobie, że chyba nic nie było w stanie zniszczyć jej dobrego humoru.
-Nieważne – wzruszyłem ramionami obojętnie – Słuchaj, czy ty umiesz grać na jakimś instrumencie? – zmieniłem szybko temat.
-Że kto, że ja? – roześmiała się blondynka – Tylko na nerwach!
-No widzisz, to już coś! – poklepałem ją po plecach – Cały nasz zespół to potrafi! Myślę, że bez problemu się polubimy!
Żartując i śmiejąc się dotarliśmy do domu Chucka dosłownie w kilka chwil. Już z daleka słyszeliśmy głośną muzykę. Marie od razu domyśliła się, że to musi być miejsce naszych prób. Tym razem już nie pukałem do drzwi frontowych, tylko od razu ruszyłem w stronę drzwi garażowych. Dziewczyna omal nie wybuchnęła od nadmiaru emocji, widziałem, że ledwo panuje nad sobą. Otworzyłem drzwi. Natychmiast zaatakowała nas potężna siła basów. Gestem zaprosiłem Marie do środka. Wiedziałem, że słowa nic mi nie dadzą.
Gdy tylko znaleźliśmy się w środku, w oczy rzucił nam się purpurowy na twarzy Seb i uciekający Chuck. Westchnąłem cicho.
-Witaj w wariatkowie! – krzyknąłem i skoczyłem w stronę tarzającego się na podłodze Jeff’a – Co się znowu stało? – zapytałem, ten jednak mi nie odpowiedział. Wszystkiego dowiedziałem się z wrzasków wściekłego błękitnookiego.
-NIE?! A KTÓŻBY INNY ŚMIAŁBY PODPISAĆ SIĘ LITERKAMI C.C??? CO TY MYŚLISZ, ŻE JA GŁUPI JESTEM!?
-Powtarzam ci, ja tego nie dotykałem...
-ZARAZ JA CI ZROBIĘ NA TYŁKU DWIE WIELKIE LITERKI S I L, ZOBACZYMY, CZY TO CI SIĘ BĘDZIE PODOBAŁO! – błękitnooki wyglądał jakby wstąpił w niego szatan. W biegu chwycił jakiś mikrofon i teraz straszył nim kumpla.
-Jeff... – spojrzałem na niego pytająco, mój wzrok jednak zatrzymał się na niewielkim stoliku, na którym stał ogromny plakat Bad Religion z oryginalnymi podpisami członków zespołu. Zagwizdałem cicho. Musiał kosztować fortunę.
-RANY! – wrzasnęła przerażona Marie, podbiegając i przyglądając się plakatowi – JAK MOŻNA ZNISZCZYC TAKIE DZIEŁO?! – krzyknęła, na co Jeff jeszcze głośniej się zaśmiał – Ja akurat nie widzę w tym nic śmiesznego! – prychnęła. Dopiero wtedy to zauważyłem, w samym rogu. Dwie literki, których nie powinno tam być. C i C.
-A ja widzę – powoli uspakajał się mój przyjaciel. Usiadł prosto i naślinionym palcem zaczął pocierać to miejsce. Fałszywa czerń zaczęła schodzić z plakatu. Spojrzeliśmy z Marie po sobie i razem wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.
-Zaraz zobaczycie kawał! – krzyknął Jeff, zauważając, że zziajany i zmęczony Chuck biegnie w naszą stronę.
-Białogłowa! – wrzasnął, przyklękając przed Marie – Spraw, by stał się cud i by ten okrutnik ulitował się nade mną!
-Ja mam brązowe wło...
-LITOŚCI?!? LITOŚCI SZUKASZ?! NIE TEN ADRES!!! – warknął błękitnooki, próbując się zatrzymać. Niestety złość mu na to nie pozwoliła. Seb potknął się o jakiś kabel i upadł wprost na brudne buty Chuck’a. Kiedy uniósł głowę do góry, wszyscy się roześmialiśmy. Na policzkach miał brudne ślady.
-Seb, a na co ty się tak właściwie wkurzasz? – przekrzyczał niewinnie śmiech całej grupy Jeff. Błękitnooki zerwał się i wskazał drżącym palcem dokładnie to miejsce, na którym wcześniej były dwie literki.
-O to, widzisz?!Widzisz?! – wrzeszczał wściekły do doskonale udającego ciekawość Jeff’a.
-No widzę... A... A może nie... – wahał się Stinco – A co właściwie mam widzieć?
-Grrr... – Błękitnooki zacisnął mocno pięści ze złości i odwrócił się. Wtedy zauważył, że po literkach nie ma śladu. Otworzył oczy szeroko ze zdumienia – A... Ale... O... One... – jąkał się – Zniknęły! – krzyknął przeszczęśliwy. Nie zwracał już uwagi na nas płaczących ze śmiechu i na zdumionego Chucka.
-Białogłowa! – krzyknął Chuck, klękając do stóp Marie – Tyś dokonała cudu! Tyś uratowała moje życie! Dzięki ci, o pani!
-Daj spokój – dziewczyna poklepała przyjacielsko po ramieniu wielkoczołego. Ten zerwał się onieśmielony.
-Zostałem natchniony dotykiem białogłowej! – wrzasnął, po czym biegiem ruszył ku swojej perkusji. Bez żadnego ostrzeżenia zaczął walić w bębny, przez co Seb, ściskający w dłoni swój plakat, podskoczył, co sprawiło, że plakat został pognieciony.
-Ty gnoju! – wrzasnął, z niezwykłą ostrożnością odkładając plakat na stolik i z powrotem zmuszając Chuck’a do ucieczki i wywrzaskiwania próśb do białogłowej. Przez kilka minut tak biegali, aż w końcu Jeff’a przestało bawić gapienie się na ich kłótnię.
-Dobra, wystarczy – odparł, wstając leniwie – Chodź, Pierre, złapiemy tego Seba, niech ochłonie, bo ta komedia nigdy się nie skończy!
Ledwo powstrzymując się od śmiechu, zgodziłem się, kiwając głową. Wiedzieliśmy, że zatrzymanie Seba nie będzie taką prostą sprawą. Jedynym rozwiązaniem było posłużenie się Chuck’iem. To ja podstawiłem mu nogę, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robię. Jeff zachichotał, ale nie miał czasu tego skomentować, bo tuż obok niego przebiegał Seb, chcąc rzucić się na perkusistę. Nie zdążył. Nie zauważył, że stoję obok Jeffa, już oczekując na niego. Zanim ten zdążył kiwnąć palcem, ja już ściskałem ciągle szarpiącego się błękitnookiego.
-Uspokój się! – warknąłem – Kto przejmie perkusję, jak połamiesz Chuck’owi ręce!?
-To połamie mu nogi! – wrzasnął ze złością Seb. Comeau odsunął się od nas przestraszony.
-Nogi też są potrzebne...
-To nie wiem, mogę połamać mu nos!
-A czym będzie oddychał?
-Buzią!
-Hmmm... A to w sumie możesz! – Chuck w jednej chwili zapiszczał cicho i cofnął się pod samą ścianę. Spojrzeliśmy wszyscy po sobie i wybuchliśmy głośnym śmiechem.
Dopiero kilkanaście minut później zażegnaliśmy wszelkie konflikty i mogliśmy zasiąść przy instrumentach. Zagraliśmy kilka coverów ze swoją lekkością i przyjemnością. Marie była oczarowana, chłopaki zresztą też. Wtedy dotarło do mnie, że sprawiam radość nie tylko sobie, ale także wielu innym osobom, przede wszystkim słuchaczom. I to było świetne uczucie, po prostu być potrzebnym.
-Dobra, koniec, bo mi już palce odpadają! – ryknął Jeff. Od razu spojrzałem na swoje dłonie. Moje opuszki zrobiły się sine, ale ja nie  zwracałem uwagi na ból.  Miałem ochotę grać dalej i mimo że chłopaki odłożyli instrumenty, ja nie przerywałem.
-Pieeeeereee! – wrzeszczał Seb, ale olewałem go, zasłuchany w cudowne dźwięki strun. Zareagowałem dopiero gdy ktoś odłączył mi gitarę od wzmacniacza. Odwróciłem się wściekły do błękitnookiego, ale zanim zdążyłem się odezwać, on spokojnie oznajmił – Jeszcze trochę się powydzierasz i głos sobie zniszczysz.
Przyznałem mu rację i z ciężkim serce odłączyłem gitarę. Po chwili rzuciłem się w stronę swojego plecaka, wyciągnąłem z niego butelkę wody i duszkiem wypiłem jej zawartość. Potem usłyszałem podnieconą Marie i przypomniałem sobie, że to ja ją tu przyprowadziłem. Powoli do nich podszedłem, omal nie obrywając z pięści od podnieconej dziewczyny.
-Jesteście genialni! – piszczała, nie zważając na moją obecność – Tworzycie prawdziwy zespół! Wszystko idealnie łączycie, zero jakiejkolwiek sztuczności! Musicie się pokazać na szerszej scenie, musicie wyjść z tego garażu!
-Spokojnie... – próbował zgasić ją Jeff, ale mu się to nie udało. Dziewczyna zachowywała się jak naćpana, nie mogła ustać w jednym miejscu. Chłopaki też mieli niemałą radochę, że ktoś w końcu docenia naszą pracę. Tak, to prawda, to tylko jedna osoba, ale dla nas, początkujących, to naprawdę wiele.
-Kurcze, szkoda, że muszę już iść – dopowiedziała z żalem – Chciałabym jeszcze trochę posłuchać...
-Niedługo będziesz miała ku temu okazję, obiecujemy! – roześmiał się Seb.
-No ja mam nadzieję, że niedługo będę stała w pierwszym rzędzie na naszym koncercie- Marie leniwie wstała, chłopaki także. Zauważyłem, że jeden zaczął coś szeptać do drugiego.
-Hmmm... Pierre, słuchaj... Skoczyłbyś mi po drożdżówkę z makiem? – zapytał Jeff. Zmarszczyłem czoło, od razu domyślając się, że oni coś kombinują.
-Drożdżówkę z makiem? – powtórzyłem głupio – O tej porze? Ej, a tak w ogóle to dlaczego ja mam iść?! – zbuntowałem się.
-Bo tamtym dwóm ja już nie ufam!
Prychnąłem cicho. Naprawdę myśleli, że ja im w to uwierzę? Domyśliłem się, że mają jakiś plan, tylko mnie nie może tutaj być. Dlaczego? No właśnie, to dobre pytanie.
W normalnej sytuacji nie dałbym się tak łatwo podpuścić, ale przy Marie nie chciałem się kłócić z chłopakami. Wziąłem od Jeff’a kasę, który musiał ją pożyczyć od Chuck’a. Dziewczyna w tym czasie pożegnała się z chłopakami i oboje wyszliśmy.
-W którą stronę idziesz? – zapytałem, chcąc jak najdłużej jej towarzyszyć.
-W prawo. A ty?
-W takim razie ja też w prawo – uśmiechnąłem się i oboje ruszyliśmy w ciszy. Ale nasze milczenie nie trwało długo, chwilę później Marie już zaczęła trajkotać oczywiście o muzyce. I to wcale mnie nie nudziło, choć w kółko mówiła o tym samym. Lubiłem słuchać jej głosu. Miał w sobie coś pociągającego, tak jak i ona. Znałem mnóstwo dziewczyn, żadna nie była do niej podobna. Wyróżniała się z tłumu swoją nieprzeciętną radością i optymizmem. I niesamowicie się uśmiechała, miała w sobie naturalność i zero sztuczności.
-Pierre! – zawołała, machając ręką przed moimi oczami – Jesteś jeszcze tutaj, czy już na drugim świecie? – roześmiała się, czochrając mnie po włosach. W zamian ja chwyciłem ją w swoje objęcia i mocno przytuliłem, a potem także poczochrałem ją po głowie.
-To niesprawiedliwe! – skarżyła się, wyswobadzając się z moich objęć – Ty włosy uczeszesz w dwie minuty, ja spędzam przed lustrem pół godziny, żeby doprowadzić je do porządku!
-ILE?! – wrzasnąłem zaszokowany – Czy ty nie masz na co czasu marnować?!
-Marnować! – prychnęła – Przecież nie wyjdę z domu jak obdartus! Twoja dziewczyna to pewnie i tak siedzi ze cztery razy dłużej niż ja przed randką z tobą, więc wiesz...
-Dwie godziny! – jęknąłem – W tym czasie spokojnie napisałbym nową piosenkę! A tak nawiasem mówiąc nie mam dziewczyny...
-Nie?! – wymknęło się Marie z buzi, bo chyba nie planowała tego powiedzieć – Znaczy... – zarumieniła się lekko – Przepraszam, myślałam, że... No nie powinnam nic mówić... To nie moja sprawa... – plątała się wyraźnie zmieszana.
-W porządku – przerwałem jej, w ogóle nie czując się dotknięty- Chodzi ci o Nati, tak? – domyśliłem się – Nie, nie jesteśmy parą. Jesteśmy jedynie kumplami, chociaż czasami ona zachowuje się jakby było inaczej. Pewnie przez to są plotki, tak? – wsunąłem ręce do kieszeni, czekając na odpowiedź. Nie doczekałem się jej, za to usłyszałem coś innego.
-Tutaj mieszkam – zatrzymałem się, zauważając, że ona przystaje. Spojrzałem na wielki, niedawno remontowany blok. Coś głęboko w sercu mnie zakuło. Przy mojej rozwalającej się kamienicy to wyglądało jak niebo – Pierre, dziękuję ci za to, że mnie zabrałeś na próbę. To był naprawdę cudowny dzień – ona niespodziewanie stanęła na palcach i pocałowała mnie w policzek. Poczułem, że robię się czerwony. Powoli objęło mnie uczucie przyjemnego ciepła – Wyglądasz tak ślicznie, że nie mogłam się powstrzymać – zachichotała, a potem obróciła się na pięcie i w podskokach ruszyła ku klatce schodowej, zostawiając mnie nieruchomego i zaszokowanego. Ona wyraźnie ze mną flirtowała.
-Marie! – zwołałem, gdy dziewczyna była już w połowie drogi – Odwróciła się jeszcze i spojrzała na mnie pytająco – Tak sobie pomyślałem... – przełknąłem cicho ślinę – Nie miałabyś ochoty powtórzyć tego spaceru? – wydukałem. Wydawało mi się, że ona zarumieniła się jeszcze bardziej, o ile to możliwe.
-Oczywiście, że tak! – wrzasnęła ochoczo, a ja poczułem, jak jakiś ogromny kamień spada mi z serca – Kiedy tylko będziesz chciał!
-Naprawdę? – upewniłem się jeszcze, nie do końca wierząc w swoje szczęście.
-Naprawdę! – zachichotała, a potem znowu się odwróciła, ale zanim zdążyła wrócić do biegu, znowu ją zawołałem.
-Marie! Marie, to znaczy, że już mi wybaczyłaś to, jak cię potraktowałem?!
-No jasne, głuptasie! – odpowiedziała, nawet sobie nie zdając sobie sprawę z tego, jak w tym momencie zmieniła moje życie. Zdjęła z mojego serca ogromny kamień, mógłbym nawet powiedzieć, że głaz. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, zacząłem cieszyć się jak małe dziecko, nagły zastrzyk energii spowodował, że musiałem szaleć, śpiewać skakać, tańczyć i wygłupiać się.
W takim właśnie stanie wracałem do studia. Ludzie na ulicach wytykali mnie palcami, ale ja nie zamierzałem się nimi przejmować. W końcu byłem wolnym człowiekiem i mogłem wyrażać swoje emocje w dowolny sposób, nawet wydzierając się na pół Montrealu. Ale i tak swoim niecodziennym zachowaniem chyba najbardziej rozbawiłem panią w osiedlowym sklepiku, kiedy zaświergotałem, że moim marzeniem jest bułeczka z serem. Sprzedawczyni chyba nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać.
-Jeeeesteem! – wrzasnąłem radośnie, wpadając do garażu. Chłopaki w ciągu sekundy znaleźli się przy mnie, co najciekawsze, wszyscy, biegnąc w moją stronę, potknęli się o ten sam kabel i poprzewracali się jeden o drugiego.
-No i jak? – zapytał zaciekawiony Seb, który jako pierwszy zerwał się na nogi.
-Fantastycznie! – wrzasnąłem, chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, na jaki temat mówię – Ale co jak? W sumie to i tak fantastycznie...
-Patrzcie, jak mu się humorek poprawił, do czegoś doszło! – domyślił się Chuck, podskakując z podniecenia – No opowiadaj, co nas ominęło!
-Co? – zapytałem głupio, zastanawiając się, o czym on mówi.
-No ty i Marie! – krzyknął zniecierpliwiony Jeff – Coś ugraliście, nie? – podpytywał dalej. Wybuchnąłem głośnym śmiechem i rzuciłem mu drożdżówkę.
-Lepiej napchaj się swoją bułką! – wystawiłem mu język – Nie ma czegoś takiego jak ja i Marie!
-Jasne! – podsumował mnie ironiczny chórek Seba i Chucka.
-MIAŁA BYĆ Z MAKIEM! – jęknął Jeff, wąchając zawartość przezroczystej torebki.
-Pierre, my wszystko widzieliśmy i widzimy nadal! – błękitnooki olał jęczenie kumpla – Zakochałeś się!
-Nieprawda! – zaprzeczyłem szybko.
-Nas nie oszukasz! – Chuck pogroził mi palcem – Mamy jeszcze dobry wzrok! Zakochałeś się po uszy!
-Zakochałem się? – zapytałem cicho samego siebie. Moja pewność siebie nagle zaczęła ginąć, a radość wyparowywać. Czy to w ogóle jest możliwe, żebym ja się zakochał? W końcu... W końcu jestem męską dziwką. Czy ktoś taki jak ja w ogóle potrafi kochać? Potrafi obdarzać miłością? A tak w ogóle to czym jest ta miłość? Zawsze wydawało mi się, że to jakaś bajka, bo kobiety, z którymi się kochałem, najczęściej zostawały porzucane przez mężów. Czyli tej miłości nie było.
A jednak chłopaki uparcie twierdzili, że się zakochałem. Miałem słuchać ich czy swojego rozumu i doświadczenia? Zawsze polegałem jedynie na samym sobie. Bo życie nauczyło mnie, Że tylko siebie mam słuchać. Z drugiej strony ja nigdy nie czułem czegoś takiego jak miłość. No może w dzieciństwie, ale w tak dalekim, że właściwie nie pamiętam, na czym ono mogło polegać. Rodzice jakoś nigdy szczególnie nie zwracali na mnie uwagi, nie mówiąc już o kochaniu czy miłości.
-Jasna cholera... – wymsknęło mi się. Chłopaki dziwnie mi się przypatrywali jakby się zastanawiali, nad czym ja tak gorączkowo myślę - A jeśli... Jeśli rzeczywiście się zakochałem? - zapytałem cicho, drapiąc się po głowie – Kurde, wplątałem się w niezłe bagno..
-Bagno? Pierre, przecież to powód do szczęścia! – krzyknął Seb. Spojrzałem na niego niepewnie.
-Do szczęścia... – powtórzyłem cicho – W miłości chodzi o to, żeby ona była szczęśliwa, tak? Więc... Ja chyba jeszcze nie jestem na to gotowy... – wymamrotałem wstydliwie – Ja sam sobie nie umiem tego zapewnić, a co dopiero komuś. To jest niemożliwe.
-Mylisz się, Pierre – odezwał się Chuck – Znaczy... W sumie po części masz rację. W miłości chodzi o to, by cieszyć się szczęściem drugiej połówki. A wiesz, co jest jej największym szczęściem? Twoje towarzystwo.
-To znaczy?
-To znaczy, że ona nie będzie szczęśliwa, jeśli ciebie przy niej nie będzie. Miłość jest wtedy, kiedy dwie osoby za sobą tęsknią, choćby dopiero się spotkali, nie mogą przestać o sobie myśleć, a kiedy się spotykają, zapominają o całym świecie...
-Dobra, Chuck, stój! Za dużo romansideł oglądasz! – przerwał kumplowi Seb, widząc, że wcale mi nie pomagają – Słuchaj, Pierre, jeśli to miłość, to prędzej czy później się o tym dowiesz. A póki co słuchaj swojego serca i tyle.
-Wam to tak łatwo mówić – prychnąłem, wstając – A ja tam wolałbym tę miłość wykopać ze swojego życia.
Seb uśmiechnął się ironicznie.
-Jeszcze zmienisz zdanie.
-Zobaczymy – wymamrotałem – Muszę spadać, mam jeszcze kupę roboty – skłamałem. Do roboty nie miałem właściwie nic, ale musiałem skoczyć na dworzec. Kasa sama mi się nie pomnoży, a jakoś żyć trzeba było. Chłopaki mnie nie zatrzymywali, nigdy tego nie robili. Za to ich ceniłem.
Zbliżając się do dworca, ciągle o niej myślałem. O niej i tej miłości. Wciąż pytałem się siebie, czy ja na pewno jestem w stanie kochać. Nie mogłem pozbyć się myśli, że popełniam błąd, angażując się w znajomość z Marie. Ale naprawdę ją lubiłem, lubiłem z nią przebywać, lubiłem się z nią śmiać. I chociaż spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ja już nie mogłem się doczekać trzeciego.
Na dworcu jak zwykle roiło się od ćpunów. Przywitałem się z kilkoma znajomymi, dowiedziałem, się, ze w ogóle nie ma brania. Wszyscy gapili się na mnie wygłodniałymi wzrokami. Wiedziałem, że muszę się pilnować, że oni mogą mnie napaść. W samotności oparłem się o ścianę i czekałem. żułem gume w buzi i czujnie się rozglądałem. Byłem pewien, że za chwile ktoś po mnie podjedzie,, zawsze tak było. Sprawdziłem w plecaku swoje zapasy prezerwatyw. Zostały mi już tylko trzy, za kilka dni znowu będę musiał dokupywać. Pani z kiosku znała już zdecydowaną część dworca. Nigdy nie robiła problemów z zakupami, zapewne dlatego, że właściwie najwięcej na tym zarabiała.
Jeszcze nigdy nie widziałem tutaj takiego samochodu. Gdy tylko pojawił się na horyzoncie, wokół rozległy się ciche szmery. Czerwień błyszczała się w słońcu. Zatrzymał się przede mną, czym właściwie nie byłem zaskoczony. A jednak, kiedy zaczęła mi machać, stwierdziłem, że nie mam na to ochoty. Dosłownie siłą woli zmusiłem się do ruchu. 

1 komentarz:

  1. świetny part ;)
    haha :D nie mogłam przestać się śmiać jak Seb gonił Chucka xD
    Dobrze, ze Pierre ich spotkał, teraz ma prawdziwych przyjaciół ;) I na pewno będzie z Marie

    OdpowiedzUsuń