Znowu bieg. Jak ja nienawidzę tego pośpiechu, zresztą
nigdy nienawidziłem. Teraz to część mojego życia. Bieg zastąpił chód, czas
jakby przyspieszył, nie mogłem go odnaleźć. Wszystko przez ten przygłupi
zespół. Nawet nie miałem szansy zbyt wiele zarobić, bo chłopaki ciągle kazali mi
grać. Okej, mi także się to podobało, czułem, że nigdy więcej nie powinienem
porzucać gitary. Z drugiej strony chciałem pieniędzy, a wiedziałem, Że na razie
nasz zespół kokosów zarabiać nie będzie. Mój organizm powoli przestawał to
znosić, zaczynał się buntować. Pracowałem na pełnych obrotach.
-dwadzieścia dwie minuty po czasie – przywitał mnie
perkusista z zegarkiem w ręku – Pierre, ty sobie jaja robisz? Wszyscy od dawna
na ciebie czekamy – dopiero wtedy na mnie spojrzał i zastygł – Człowieku,
wyglądasz jakbyś przebiegł maraton! Gdzieś ty był? – zapytał, cofając się, by
mnie wpuścić.
-W domu – skłamałem szybko, przekraczając próg domu –
Znowu się zasiedziałem – wymamrotałem pod nosem przepraszająco. Chuck westchnął
cicho. Miałem wrażenie, że mi nie uwierzył. No tak, oni chyba nie są na tyle
głupi, by nabierać się na to samo za każdym razem. Ja na pewno bym coś
podejrzewał.
Chuck jednak nic nie powiedział, tylko zaczął mówić o
jakimś sprzęcie. Zaprowadził mnie do garażu, gdzie zresztą zawsze grywaliśmy. Seb
i Jeff brzdąkali na swoich gitarach, zapewne już je zdążyli nastroić. Ja
musiałem pożyczać elektryka od błękitnookiego, w końcu miałem jedynie starego
akustyka, a na zakup nowej gitary nie było mnie stać, czego cholernie
wstydziłem się przed chłopakami.
-O Pierre – wymamrotał Seb trochę na mnie zły, choć
starał się tego nie okazywać – Dobra, słuchaj, nastroiłem ci gitarę, możemy w
końcu zaczynać.
-Dzięki – odetchnąłem z ulgą, zakładając gitarę.
-Stop – przerwał Jeff – Czekajcie, chyba musimy pogadać.
Co jest, Chuck? – zapytał bruneta, który podejrzliwie się we mnie wpatrywał. On
tylko wzruszył ramionami – Chuck, znamy się nie od dzisiaj i widzę, że coś mi
się nie podoba. Nie zaczniemy grać, dopóki nie wyjaśnisz, o co chodzi.
-Okej – Chuck oparł się o ścianę i skrzyżował ramiona na
piersiach – Pierre, dlaczego się spóźniłeś? – powtórzył niespodziewanie po raz
drugi pytanie. Wtedy już się obczaiłem, o co chodzi. Ale i tak na gorąco nie
wiedziałem, co mam odpowiedzieć.
-Już ci mówiłem, że zasiedziałem się w domu.
-Widzicie? – prychnął perkusista. Chłopaki milczeli,
chyba już wiedzieli, o co chodzi – Pierre, dlaczego ty nam nie ufasz? – zapytał
cicho. Wlepiłem wzrok w podłogę. Może dlatego, że gdyby poznali, jaki jestem
naprawdę, nie chcieliby mnie znać? Oczywiście tego na głos nie powiedziałem.
-Daj spokój, Chuck – machnął dłonią lekceważąco Jeff – To
jest jego sprawa, nie musi nam się tłumaczyć z każdego kroku – spojrzałem na
niego z wdzięcznością. Perkusisty jednak to nie przekonało.
-Ale chcemy być dobrym zespołem. A w dobrym zespole
wszystkie instrumenty muszą współbrzmieć – filozofował wielkoczoły,
podkreślając słowo „wszystkie”.
-I współbrzmią! – krzyknął ochoczo Seb, przychodząc mi z
pomocą – Chuck, mieliśmy już kilka prób, słyszałeś na własne uszy, że razem
jesteśmy genialni, potrafimy zagrać kupę coverów! A tego czasami nie umieją
grupy z dłuższym stażem.
-Ale wy wciąż nie rozumiecie, o co mi chodzi! – upierał
się przy swoim Chuck – Zespół powinien być jednością...
-Chuck, my jesteśmy jednością – przerwał mu Jeff –
Jesteśmy jednością i to widać po naszym graniu. A to, że Pierre nie może nam
zaufać, to jeszcze nic nie znaczy. Znamy się zaledwie od kilku dni, wcześniej
nawet nie zwracaliśmy na siebie uwagi na korytarzu. Chuck, musisz chwilę
zaczekać, to przyjdzie samo.
Brunet wzruszył ramionami jakby nadal w to nie wierzył.
Ja milczałem. Tak naprawdę zgadzałem się z Chuckiem. Wszystkie zespoły, które
znałem, łączyła przyjaźń. A ja jakoś nie mogłem powiedzieć im o sobie prawdy,
może dlatego, że się bałem. Gra coraz bardziej mi się podobała, sprawiała
ogromną radość. Chyba... Chyba nie chciałem opuszczać zespołu. Zresztą gdybym
chciał, to po prostu olewałbym próby. Śpiew to był krok w inną rzeczywistość,
ucieczka do innego świata, zapomnieniem o szkole i tej chorej robocie. Nie
chciałem tego wyrzucać.
-Dobra, zróbmy wreszcie tę próbę – Seb wstał i podszedł
do swojego basu. Wszyscy wiedzieliśmy, że on wolałby grać na gitarze, ja sam chciałbym
jej się pozbyć. Ale postanowiliśmy na razie nie szukać nowego basisty, a skupić
się raczej na graniu.
-Czekajcie! – przypomniałem sobie o czymś. Chłopaki
spojrzeli na mnie z ciekawością. Wstałem, chwyciłem swój plecak i zacząłem w
nim gorączkowo grzebać – Próbowałem napisać piosenki.. Gdzieś tu je miałem... –
wyciągnąłem z plecaka poszarpane kartki – Mam – pomachałem radośnie i je im
podałem. Tak, starałem się trochę pisać w wolnym czasie, czyli na lekcjach,
choć tak naprawdę nie miałem do tego jakiegoś szczególnego talentu. W sumie
chłopaki mnie o to poprosili. Od czegoś zacząć musieliśmy.
Chłopaki szybko je przejrzeli, od razu zauważyłem, że
miny mają nieciekawe.
-Pierre, przeczytaj to dwa razy – poprosił mnie Jeff – I
powiedz nam, czy tobie się to podoba. Tylko szczerze.
Pokiwałem posłusznie głową i poszedłem za radą kumpla.
Już po pierwszym razie zrozumiałem, o co mu chodzi.
-Nie czuję tego – wymamrotałem trochę zawiedziony, drąc
papier na kilka części – W ogóle tego nie czuję...
-No właśnie – westchnął beznadziejnie Chuck, wyrzucając
moją pracę – W ogóle tego nie czujesz i to się widzi. Pierre, musisz nauczyć
się pisać sercem.
-Pisać sercem? – powtórzyłem głupio, zastanawiając się, o
co może mu chodzić.
-Tak – pokiwali głowami zgodnie chłopaki – Pierre, po
tobie widać, że masz potencjał i możesz stworzyć coś wielkiego.
-Widać? – powtórzyłem głupio, ale nikt już tego nie
dosłyszał. Na szczęście. Ja jakoś nie widziałem w sobie jakiegoś pisarskiego
talentu. Tak samo jak talentu do gry na gitarze. A jednak go w sobie odkryłem.
Czy tak samo miałoby być z tekstami? Wątpiłem w to. Bo ja naprawdę starałem się
napisać coś wartościowego. I wychodziło to, co wychodziło. Czyli nic.
***
Do tej pory nie spotkałem Marie ani razu, a intuicja
mówiła mi, że mam jej nie szukać i czekać. Właściwie nadal nie wiedziałem, czy
dołączenie do zespołu to był dobry pomysł. Dziewczyna nadal nie zwracała na
mnie uwagi na korytarzu. I tak naprawdę powoli traciłem nadzieję, że to się
uda, zaczynałem wątpić w to, że ten zespół ma jakiś wpływ na nią. Na początku
myślałem, że muzyka jakoś nas połączy. A jedyne co mi się w tamtym momencie
kojarzyło i z nią, i z muzyką to właśnie ten zespół. Ona wiedziała o jego
powstaniu, być może po prostu z plotek. Ale sam widziałem, że się jarała. Miałem
nadzieję, że zapunktuję sobie, jeśli usłyszy, że jestem wokalistą. Ja.
Tylko wciąż zastanawiała mnie pewna rzecz. Dlaczego tak
bardzo zależało mi, żeby przyjęła moje przeprosiny? Co się ze mną dzieje? Ta
kobieta miała rację, na żadnej dziewczynie mi tak nie zależało, to nie było normalne.
-Bouvier, nie przysypiaj mi na lekcji! Za chwilę
dostaniesz referat na temat tkanek roślinnych!
Leniwie otworzyłem oczy. Zauważyłem przed sobą nieco
rozmazaną figurę, która kształtem przypominała moją nauczycielkę od biologii.
Rzeczywiście musiałem na ułamek sekundy przysnąć, bo wskazówki zegara zmieniły
swoje położenie o spory kawałek. Wyprostowałem się i zacząłem rozprostowywać
palce, nie zważając na nauczycielkę. Akurat wtedy zadzwonił dzwonek, wszyscy
wybiegli z klasy. Ja również spakowałem zeszyt i książkę i opuściłem klasę.
Byłem tak bardzo zmęczony, że aż sam nie wiedziałem, gdzie idę. Zresztą to się
powtarzało, prawie codziennie. nie kontaktowałem, zasypiałem nawet na stojąco.
-Pierre! – usłyszałem za sobą czyiś pisk. Na początku się
nie odwracałem, myślałem, że mi się przesłyszało. Potem jednak ten ktoś znowu
mnie zawołał. Wtedy się odwróciłem. Ujrzałem tylko tłum ludzi wpatrujących się
w przeciwną stronę niż ja. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że
patrzę na znajomą twarz. Zawstydziłem się. Jak mogłem nie rozpoznać jej od
razu?
-Cześć, Pierre! – zapiszczała nie wiedzieć czemu,
podniecona. Przełknąłem cicho ślinę.
-Cześć – wymamrotałem pod nosem, nieco zdenerwowany.
Uśmiechnąłem się, nie chcąc, by ona ujrzała, co się ze mną dzieje. Nie wiem,
czy to podziałało, bo ona ciągle się uśmiechała. Podziwiałem ją za ten luz.
-Pierre, mogę cię o coś zapytać?
-Już to zrobiłaś – wystawiłem jej język. Ona tylko cicho
zachichotała, nieco zmieszana.
-Rzeczywiście – przyznała.
-Dobra, wal – roześmiałem się nerwowo, zastanawiając się,
co sprawiło, że tak szybko zmieniła swój stosunek do mnie. Ona z lekkim
uśmiechem przystępowała z nogi na nogę. Wyraźnie się wahała. Moje serce zabiło
szybciej. A jeśli... jeśli dowiedziała się...
-Posłuchaj, bo... Po szkole chodzą plotki, że dołączyłeś
do zespołu Chucka Comeau... – wydukała nerwowo. Odetchnąłem z ulgą. Przez
ułamek sekundy pomyślałem, że mogła dowiedzieć się czegoś o mojej pracy. A
cholernie nie lubię kłamać. I tak mówiłem nieprawdę zdecydowanie zbyt często.
-Tak – potwierdziłem z ulgą – Tak, to prawda –zauważyłem
w jej oczach niewielkie płomyki. Dobrze wiedziałem, że nadszedł ten moment, na
który tak długo czekałem.
-I jak się wam gra? Myślisz, że coś z tego będzie? A wy
się wcześniej nie znaliście, prawda? I tak po prostu ze sobą gracie? Ale to
niemożliwe! Słuchaj, a macie już własne piosenki? Kiedy zagracie koncert? Ej,
musicie się jakoś zorganizować! – trajkotała tak szybko, że nawet nie
potrafiłem nadążyć za zrozumieniem jej słów. Roześmiałem się głośno.
-Dziewczyno, zwolnij! – krzyknąłem – Z taką prędkością to
za wiele się ode mnie nie dowiesz!
Zauważyłem, że ona zarumieniła się lekko ze wstydu.
Wyglądała naprawdę pięknie z lekko zaróżowionymi policzkami, to dodawało jej
uroku i skromności.
-Posłuchaj, jeśli tak bardzo chcesz zobaczyć, jak to u
nas wygląda, to mogę zabrać cię na próbę – wzruszyłem ramionami. Byłem pewien,
że chłopaki nie będą mieli nic przeciwko. Dla nich więcej osób to jedynie
dodatkowa kupa śmiechu. A akurat oni kochali się śmiać, to zdążyłem zauważyć.
-Naprawdę? – zapytała dziewczyna, zaskakując mnie swoim
entuzjazmem – Naprawdę mogę z tobą pójść?
-Oczywiście – uśmiechnąłem się szeroko – Chłopakom nawet będzie
raźniej.
-I nie będę przeszkadzać? – upewniała się ostrożnie.
-No jasne, że nie – prychnąłem – Akurat dzisiaj kończę po
ośmiu lekcjach, więc lecę od razu na próbę. Jeśli tylko masz ochotę...
-Jeszcze się pytasz! – zawołała rozanielona dziewczyna,
rzucając mi się w ramiona. Niemal płonęła z radości. No i mnie też sprawiało to
przyjemność.
-O rany, przepraszam! – ona szybko odskoczyła ode mnie
jak poparzona – O rany, chyba nie powinnam cię tak obmacywać i... – z powrotem
się zarumieniła, stając się w ciągu sekundy jeszcze bardziej uroczą – Czemu mi
się tak przyglądasz? – zapytała podejrzliwie – Brudna jestem?
-Nie, nie! – zawołałem, machając bezsensownie rękoma –
Tylko... Tak się zastanawiałem... Jak ty się właściwie nazywasz?
Dziewczyna wybuchła głośnym śmiechem, czego już w ogóle
nie zrozumiałem. Stałem, gapiąc się na nią i myśląc nad tym, co ja znowu
głupiego palnąłem.
-Nawet ci się nie przedstawiłam!? Ślamazara ze mnie! –
dziewczyna otarła łzy z oczu i wyciągnęła dłoń w moją stronę – Marie.
-Pierre – ochoczo uścisnąłem jej dłoń, uśmiechając się
jeszcze szerzej – Więc Marie... – przełknąłem cicho ślinę. Nie miałem pojęcia,
co powiedzieć, tylko jedna myśl przyszła mi do głowy. Nie widziałem, czy wypada
mi o to zapytać czy jeszcze nie.
Cholernie bałem się, że odmówi czy coś. A zależało mi na tym, by
powiedziała tak. Nie mam pojęcia, czemu ona. Nie mam pojęcia, czemu tak się
denerwuję. W końcu to tylko dziewczyna, jak każda inna. Ale... Inna niż
wszystkie – Słuchaj, chciałem zapytać się ciebie, czy...
-Pieeeeeeere! – głośny pisk przerwał nam rozmowę. Zanim
zdążyłem pomyśleć nad tym, kto może być tak głupi, poczułem, jak coś lub ktoś
skacze mi na plecy. Jęknąłem z bólu – Pierre, cos ty taki nie w sosie
ostatnio?! – zaświergotał mi tak dobrze znany głos prosto do ucha.
-Naaatiii! – jęknąłem do mizdrzącej się panienki – Zajęty
jestem, nie widzisz? Pogadamy później – podkreśliłem ostatnie słowo, usiłując
dyskretnie odsunąć się od dziewczyny, by nie wyglądało to podejrzliwie w oczach
Marie.
-Zaniedbujesz nas – wyszeptała smutno, jakby z nutką żalu
w głosie. Zadrżałem – Zaniedbujesz całą paczkę i mnie...
-Nati, porozmawiamy o tym później – powiedziałem
niespokojnie, patrząc na bladą jak kość Marie – Proszę cię, idź sobie stąd...
-Iść sobie stąd? – powtórzyła jak echo zrozpaczona
blondynka. Jej ręce opadły bezwładnie, całkiem niechcący dotykając mojej klatki
piersiowej – Pierre, jak ty możesz tak do mnie mówić?!
-To ja pójdę już – czerwona jak burak Marie prześlizgnęła
się tuż obok mnie, zanim zdążyłem cokolwiek wydukać. Zastanawiałem się, czy to
była złość. Jeśli tak, to całe moje polowanie na nią szlag trafił. A właściwie Nati
to zniszczyła. Już wiedziałem, że jeśli Marie się na kogoś obrazi, to koniec.
Ja akurat miałem szczęście za pierwszym razem. Drugi może być już inny.
-Coś ty narobiła? – warknąłem wściekły, nie mogąc nawet
patrzeć na obwieszoną złotem blondynkę.
-No co? – zaświergotała w odpowiedzi – Przegoniłam tę
dziewuchę, skoro sam nie dawałeś sobie rady. Teraz mamy trochę czasu dla
siebie.
-Daj spokój – prychnąłem, odwracając się i odchodząc. Ona
jednak nie dawała mi spokoju.
-Teraz mamy historię – oznajmiła. Zacisnąłem pięści ze
złości i z powrotem się odwróciłem – Pierre, co się z tobą dzieje? Podobno
zaniedbujesz robotę. Dean mówi, że coraz rzadziej jesteś na dworcu. Od nas też
zacząłeś się odsuwać. Co jest?
-To na pewno nie twoja sprawa – warknąłem obojętnie, zbiegając
po schodach. Niechcący potrąciłem jakiegoś pierwszaka. Zadzwonił dzwonek.
-Jak to nie moja? Nasza wspólna! Pierre, zmieniasz się!
Stajesz się kimś, kim sam niedawno gardziłeś!
-Mówiłem już, że masz się nie wtrącać! – zaskoczyłem z
ostatniego schodka i zatrzymałem się – To moje życie i ja nim kieruję. Wiem
lepiej czego chcę niż ty. Więc do cholery odwal się ode mnie, okej?! - nie
czekałem na jej odpowiedź, tylko ruszyłem w stronę klasy na tyle szybko, by ona
w swoich butach na obcasach nie mogła mnie dogonić.
Już niedługo Pierre wymyśli jakiś genialny tekst :D I to dzięki Marie ;)
OdpowiedzUsuńgrrrrr Jak ta Nati mogła im przerwać w takim momencie? :/