poniedziałek, 22 kwietnia 2013

PART XVII


Następnego poranka znacznie bardziej przypominałem człowieka niż wieczorem. Część moich ran zniknęła całkowicie i nawet Julia była zaskoczona efektem swojej pracy.
-Jeszcze te ręce będą kiedyś ciebie operować! – zachichotała, próbując pudrem zakryć widoczne ślady. Ja tylko modliłem się, by mama nic nie zauważyła.
-Po moim trupie! – krzyknąłem, udając przerażenie. Ona roześmiała się.
-te ręce narodziły się po to, by leczyć.
-Tak, chyba kaleczyć – prychnąłem, wstając i wychodząc z jej pokoju. Przez moment wpatrywałem się we własne odbicie. Julia popracowała nad moją twarzą i wręcz perfekcyjnie pokryła pudrem moją twarz. Wręcz dziwiłem się, że to można zrobić tak idealnie.
W podskokach pokonałem schody. W pięć minut pochłonąłem śniadanie, wepchnąłem się przed Julią do łazienki i wymyłem szybko zęby, pospieszany przez wrzask siostry. Sam zresztą się śpieszyłem. Miałem nadzieję na to, że złapię Kate w szkole bez koleżanek, bo inaczej wiedziałem, że mój plan nic by nie dał. Chociaż wątpiłem w to, by to coś pomogło. Ale spróbować musiałem. Pożegnałem się z mamą, która zupełnie nic nie podejrzewała i ulotniłem się.
Wczoraj w nocy długo nad tym wszystkim myślałem. I uznałem, że się boję. Tak, przyznaję, boję się. Cholernie się boję, bo tamci faceci, którzy wczoraj się ze mną rozprawiali, , nie wyglądali na żartujących. Naprawdę mogą mnie załatwić z palcem w nosie. A jednak chciałem jeszcze trochę w tym Montrealu pożyć. To oznaczało jedno – po raz pierwszy w życiu odpuszczałem. Chociaż tak naprawdę nie chciałem tego robić. Nadal wierzyłem w Kate i w to, że ona mogłaby się zmienić. Tyle że zmuszanie jej do czegokolwiek nie miało sensu. A skoro do tej pory się nie ugięła, to naprawdę małe szanse, że ja mógłbym to zmienić. Musiałem pogodzić się z tym, że jednak mi się nie udało. Nie każdego człowieka jestem w stanie uratować.
-Przyszła Kate? – wrzasnąłem, widząc samotnie siedzącego Pierre’a na ławce. Brunet uniósł głowę do góry, a zauważywszy, że to tylko ja, szybko ją spuścił.
-A widzisz gdzieś tu Nati? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Rozejrzałem się po korytarzu.
-Takie tłumy, że przez przypadek mogłem jej nie zauważyć – prychnąłem, drapiąc się po brodzie. Pierre zarechotał. Usiadłem obok niego i zacząłem tupać ze zniecierpliwienia. Jak zwykle cholernie mi się nudziło.
-Jeśli specjalnie przyszedłeś tak wcześniej, to musze ci przyznać, że nie trafiłeś. Zwykle na pierwsze lekcje dziewczyny nie przychodzą.
Przekląłem pod nosem. To kolejny argument za tym, że powinienem już skończyć się z tym bawić. Prawie w ogóle jej nie znam. A po takim czasie powinienem już coś wiedzieć.
-Jeszcze sobie nie odpuściłeś? – kontynuował brunet, wpatrując się we mnie – Chyba wczoraj dałem ci do zrozumienia, że to niebezpieczne, co?
-Zdążyłem już poczuć to niebezpieczeństwo na własnej skórze – odparłem, szczerząc się do bruneta. Ten jeszcze szerzej otworzył oczy.
-Pobili cię? – zapytał, ściszając głos. Potwierdziłem to ruchem głowy, ale on chyba mi w to nie uwierzył – Niemożliwe – prychnął, opierając się o ścianę – I żadnych śladów nie zostawili?
-Te ręce leczą – powiedziałem głębokim tonem, wyciągając dłonie w jego stronę. Pierre spojrzał na mnie nieufnie, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem.
-Jak się dokładnie przyjrzysz, to zobaczysz, że na twarzy mam masę pudru – dodałem, nadal się jeszcze trochę podśmiewając z mojego żartu. Brunet przymrużył oczy i przez krótką chwilę mi się przyglądał.
-Rzeczywiście! – krzyknął zaskoczony.
-Moja mama zrobiłaby mi piekło w domu, gdyby dowiedziała się, że się biłem – wymamrotałem ledwo dosłyszalnie. Pierre westchnął. Wydawało mi się, że usłyszałem nutkę zazdrości. Ale uznałem, że to przypadek. Bo w końcu czego miałby mi zazdrościć? Pobicia czy nadopiekuńczej matki?
Pierre miał rację, dziewczyny zjawiły się dopiero po dwóch pierwszych lekcjach. Znowu plątały się w tej cholernej grupie, a ja już nie mogłem spokojnie wysiedzieć. W końcu wzrokiem wyhaczyłem moment, w którym Kate była sama. Wykorzystałem tę sytuację i podszedłem ją od tyłu.
-Nie spodziewałem się, że jesteś zdolna do takich rzeczy – wysyczałem. Ona zadrżała. Przez moment wydawało m i się, że się waha, ale jednak odwróciła się.
-Znowu zamierzasz zawracać mi głowę? – zapytała zdumiona – Podziwiam...
-To już ostatni raz – odparłem krótko – Naprawdę nie myślałem, że posuniesz się do tego kroku...
-Niektórzy na to zasługują – warknęła, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że ja jestem w tej grupie.
-Naprawdę sądzisz, że zasługują na to osoby, które chcą pomóc?  - zapytałem cicho. Ona nie odpowiedziała nic, tylko nadal się we mnie wpatrywała – Przemocą nic nie osiągniesz. Wiesz co? Okej, ja dam ci spokój. Tak, nie żartuję – potwierdziłem, widząc jej niedowierzający wyraz twarzy – dalej rób sobie co chcesz. Tylko żebyś w pewnym momencie życia nie żałowała swojej przeszłości.
-Nie będę miała czego żałować.
-Wiesz co? Czasami chciałbym wiedzieć, jak to jest być tobą. Olewać wszystkich i wspinać się coraz wyżej, by osiągnąć swoje. Na szczęście tylko czasami. Cześć – nie chciałem z nią dłużej rozmawiać, czułem, że ona ze mną także. Miałem nadzieję, że mimo wszystko czegoś zdołałem ją nauczyć, czegokolwiek. I tylko ciągle zastanawiała mnie pewna rzecz. Dlaczego ona wtsy zachowywała się tak jakby chciała być zwyczajną dziewczyną?
***
-Ja naprawdę nie wiem, czy powinienem tam pójść – wahałem się jeszcze w progu. Pat przewrócił oczami. Przerabialiśmy tę kwestię już kilkakrotnie. Mój kumpel musiał mieć już tego serdecznie dość.
-daj spokój, ciebie miałoby nie być? Jo osobiście ciebie zaprosiła, a to znaczy, że zależy jej, żebyś tam był. Chodźmy, bo jak znowu będziesz się zastanawiał, to stracimy kupę czasu i jak dojdziemy, to będzie już po imprezie.
Wciąż jeszcze niepewny swojej decyzji wywlokłem się z domu. Zadowolony Pat opowiadał mi o tym, jak na poprzednich urodzinach ktoś znalazł w kiblu gacie. Słyszałem to już milion razy. Imprezy Jo to była legenda, wszyscy o nich gadali. Ci którzy byli zaproszeni, czuli się wyróżnieni. Ja jakoś tego nie czułem. I szczerze mówiąc to nienawidziłem takich popijaw, w poprzedniej szkole nigdy w czymś takim nie uczestniczyłem, zazwyczaj dlatego, że z chłopakami z zespołu każdą chwilę spędzaliśmy na grze.  
Niebawem dołączyła do nas reszta znajomych z mojej okolicy. Wszyscy zebraliśmy się w kupę, zaczekaliśmy jeszcze z pięć minut na spóźnialskich i całą paczką ruszyliśmy ku domostwie Jo. Miało to swoje zalety, wszyscy byli tak bardzo rozgadani, że nie zauważyli mojego kiepskiego raczej humoru. Przed wyjściem znowu pokłóciłem się z matką, ciągle się z nią kłóciłem, odkąd przyjechaliśmy do Montrealu. Westchnąłem cicho. Na imprezie zamierzałem posiedzieć tam przez kilka godzin i zniknąć, jak to wszystko zacznie się rozkręcać.
Od razu rozpoznałem chatę Jo i to wcale nie dlatego, że wszyscy zaczęli wrzeszczeć, że to już tutaj. Po prostu muzykę ustawiono tak głośno, że z góry dało się przewidzieć, co tu się będzie działo. Tandetne dźwięki jeszcze bardziej zniechęciły mnie do zabawy, chociaż z drugiej strony spodziewałem się, że green day’a raczej nie puszczą.
Nasza kumpela nawet nie miała czasu, żeby się z nami przywitać, otworzyła tylko drzwi i wrzasnęła: WŁAŹCIE!. Potem gdzieś zniknęła. Zrozumiałem, że mamy się sami sobą zaopiekować. Rozejrzałem się uważnie. Wszystkich znałem zaledwie z widzenia, jedynie z kilkoma osobami gadałem. Ponownie westchnąłem.
-Chodź, Dave – pociągnął mnie za ramię Pat. Przecisnęliśmy się przez tłum ludzi. Wszyscy pozdrawiali mnie i machali. Starałem się odpowiedzieć, choć nie zawsze wiedziałem, komu odpowiadam. Na szczęście szybko znaleźliśmy się w nieco zagraconej kuchni.
-Pat, Dave! – wrzasnął do nas jakiś znany mi z twarzy chłopak, którego imienia nie mogłem sobie przypomnieć. On także był w wyśmienitym humorze – Co dla was? – zapytał, rozkładając ramiona – Częstujcie się, powinno dla wszystkich wystarczyć.
-chętnie – uśmiechnął się Pat – Przyda się coś na rozluźnienie.
Chłopak spojrzał na mnie wyczekująco. Porwałem pierwszą lepszą puszkę piwa, otworzyłem ją z cichym sykiem. Za chwilę mój towarzysz gdzieś zniknął, zostałem sam. Wyszedłem z kuchni i oparłem się o ścianę, obserwując ludzi. Zabawa dopiero się rozkręcała, na razie wszyscy wciąż byli spokojni, rozmawiali, każdy jeśli nie z kieliszkiem, to z puszką w dłoni. Wciąż dochodziło mnóstwo osób, Jo miała coraz większą radochę. Najwyraźniej uwielbiała takie zabawy i uwielbiała je organizować, bo czuła się jak ryba w wodzie.
Kątem oka zauważyłem zniesmaczonego Pierre’a. Chciałem do niego podejść, zagadać, ale zaraz zobaczyłem Nati, uwieszającą się na jego ramieniu. Uznałem, że nie będę im przeszkadzać. Wiedziałem, że nie byliby z tego zadowoleni, zwłaszcza blondynka.
Upiłem łyk ze swojej puszki i skrzywiłem się nieco. Akurat za tym piwem nie przepadałem. Zostawiłem je na komodzie, a sam wróciłem do kuchni. Ten chłopak akurat szykował jakieś drinki, musiał być w tym specjalistą, bo wszyscy czekali na efekt końcowy. Ja pierwszy odważyłem się spróbować tego tajemniczego napoju. Był tak ostry, że przez moment myślałem, że zwymiotuję na miejscu. Porwałem puszkę piwa i popiłem. Ktoś chyba za odwagę poklepał mnie po plecach, nawet nie zauważyłem, kto. Pospiesznie stamtąd zwiałem, znowu zająłem moje miejsce przy ścianie. Wtedy zauważyłem śmiejącą się Kate. Nie wiedzieć czemu przestraszyłem się. Pobiegłem schodami na górę, tam jakimś cudem znalazłem toaletę. Na szczęście była pusta, więc mogłem trochę tam posiedzieć, a właściwie chować się.
Gdy z powrotem znalazłem się na dole, zabawa zdążyła już się rozkręcić. Wszyscy tańczyli, niektórzy nawet śpiewali. Ktoś wcisnął mi w dłonie jakąś szklankę, powoli wypiłem jej zawartość, rozglądając się za Kate. Na szczęście w pobliżu jej nie było. Za to zauważyłem markotnego Pierre’a, tym razem samotnego. Podszedłem do niego.
-Gdzie zgubiłeś dziewczynę? – zapytałem, przekrzykując muzykę. On spojrzał na mnie i wzruszył ramionami.
-Polazła gdzieś – odpowiedział tak cicho, że ledwo dosłyszałem – Przynajmniej na chwilę mam spokój.
-Chyba nie bawisz się za dobrze, co?
-Tak samo jak ty.
Spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy głośnym śmiechem, obaj nie mieliśmy pojęcia, dlaczego.
-Chyba musimy bardziej wczuć się w klimat – zawołałem, rozglądając się. Ktoś zbił jakąś szklankę, nikt oprócz mnie nie zwrócił na to uwagi.
-Jeśli chcesz, to proszę bardzo –wzrok Pierre’a zatrzymał się na parce zakochanych, zajętych sobą – obrzydliwe – jęknął, upijając łyk przezroczystego płynu z butelki.
-Sam liżesz się z Nati na korytarzu – zachichotałem.
-Masz rację, tamto jest jeszcze bardziej obrzydliwe. W sumie wszystko jest obrzydliwe, nawet ta woda – brunet uniósł butelkę i poruszał ją z żalem. Chciałem cos odpowiedzieć, ale wtedy ona się zjawiła. Nati. Zauważyłem, ze jest już czerwona od alkoholu. Przez moment podziwiałem ją, że udało jej się ustać na kilkunastocentymetrowych obcasach.
-Prezent dla mojego miśka! – zaświergotała, wyciągając dłoń ze szklanką w stronę bruneta. On tylko westchnął ciężko.
-Mówiłem ci,  że nie mam ochoty.
-Od jednego się nie upijesz! – zawołała radośnie – No Piernik, proszę cię, sama robiłam!
-Nie chcę...
Reszty ich rozmowy nie usłyszałem, bo zobaczyłem Kate i znowu musiałem uciekać. Wiedziałem, że była już mocno wstawiona, ale wolałem nie ryzykować spotkania i głupiej dyskusji o niczym. Wróciłem do kuchni, unosił się tutaj podejrzany dym i nie był to dym od papierosów. Zakręciło mi się w głowie. Na ślepo porwałem coś do picia. Wbiłem się z powrotem w tłum tańczących ludzi. Pierre już gdzieś zniknął. Musiałem jak najszybciej odetchnąć świeżym powietrzem. Wyleciałem na ogród. Tutaj nie było takiego bałaganu jak wewnątrz, ale daleko mu było do perfekcjonizmu. Już bardziej Przypominał salon. Przygłupia muzyka niestety i tutaj docierała. Miałem już dosyć tego wszystkiego. Uznałem, że na mnie już czas. Pospiesznie ruszyłem w stronę furtki. Pragnąłem jak najszybciej znaleźć się poza miejscem imprezy. Dopiero po chwili zauważyłem, że z tyłu nie ma wyjścia. Przekląłem cicho pod nosem. Czyli żeby się stąd wydostać, musiałem jeszcze raz przejść przez salon lub skakać przez płot, a to odpadało, bo w tym stanie wątpiłem, by bezpiecznie się to skończyło. Powoli ruszyłem w stronę domu. Wślizgnąłem się do środka, znowu zakręciło mi się w głowie od nadmiaru dymu.  Wyraźnie widziałem wyjście, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że zanim tam dotrę, minie wieczność. Z ciekawością rozejrzałem się. Pierre’a już nie było, w sumie nie zależało mi na tym, żeby go odnaleźć. Ktoś chyba niechcący wbił mi łokieć w brzuch. Na moment zwinąłem się z bólu, ale dalej parłem do przodu. Czasami ktoś wypychał mnie do tyłu. Wszyscy wokół śmiali się, tańczyli, śpiewali albo wrzeszczeli. Chyba tylko ja nie czułem tego klimatu. Miałem ogromny mętlik w głowie. Modliłem się, by to tylko przetrwać i trafić do swojego łóżka.
I wtedy ktoś na mnie wpadł, a właściwie to wpadł mi prosto w ramiona.

1 komentarz:

  1. Czyżby to była Kate? xD hehe.. takie imprezy zazwyczaj źle się kończą ^^
    Biedny Pierre, musi się męczyć z tą Nati...

    OdpowiedzUsuń