-Pierre!
Obróciłem się na pięcie, natychmiast rozpoznając głos mojego
kolegi. W moim kierunku biegł o kilka lat starszy blondyn w nieco zużytych już
ubraniach. Machał do mnie wesoło dłonią. Uśmiechnąłem się, zerkając ukradkiem
na zegarek. Było już kilka minut po północy.
-Siema – uścisnąłem dłoń kumpla i z powrotem wsunąłem
ręce do kieszeni – Wracasz do domu? – zapytałem.
-Nie, idę jeszcze do drugiego sektora – odpowiedział,
gorączkowo szukając czegoś w kurtce – Słabe dzisiaj branie, co? Dzisiaj tylko
dwie mnie chciały... – żalił się. Ruszyliśmy w stronę obskurnego wyjścia z
dworca.
-Czy ja wiem... – odezwałem się zamyślony – Mnie wzięły
cztery laski. Czyli tak jak zwykle – wzruszyłem ramionami. On wyszarpał w końcu
fajki oraz zapalniczkę i szybko zapalił.
-Jak ty to robisz? – zapytał z przymrużonymi oczami. Z
jego ust uwolnił się biały obłok dymu – Co masz ty, a czego nie mam ja?
Mógłbym wymienić milion rzeczy, ale nie zrobiłem tego ze
względu na kumpla. Dla nich przede wszystkim liczył się wygląd zewnętrzny. .Ja
wciąż byłem młody i wyglądałem świeżo. On ćpał od jakiegoś czasu jak
zdecydowana większość tego gównianego towarzystwa. Tylko dzięki dragom mogłem
się z nimi dogadać. Większość przestawała już przypominać ludzi. Tak jak on.
Zapadnięta twarz, zaniepokojone spojrzenie i zaniedbane ciało – to już nie
działało w tym biznesie. Dlatego ludzie często mnie wybierali. I mężczyźni i
kobiety.
Rozeszliśmy się dosłownie po kilku krokach, nie
zdążyliśmy nawet dłużej porozmawiać. Wyszedłem z dworca. Montreal błyszczał się
od różnokolorowych odcieni szyb. Do domu miałem jakieś dwa kilometry. Byłem tak
bardzo tym wszystkim zmęczony, że przez moment chciałem nawet pojechać
autobusem. Już wyciągałem portfel, żeby odnaleźć drobniaki. Ale gdy spojrzałem
na pieniądze, zrezygnowałem z tego. Stwierdziłem, że później będą mi bardziej potrzebne.
Powolnym krokiem ruszyłem ku miejskim obrzeżom.
***
Zdenerwowany zerknąłem na podstarzały zegarek. Przekląłem
siebie w duchu. Znowu zaspałem na wf. Nie żebym jakoś specjalnie tego żałował,
ale... Ostatnio coraz trudniej utrzymywało mi się pozory. A nie powinienem mieć
z tym kłopotów, jeśli nie chciałem, by ktokolwiek się dowiedział, jak naprawdę
wygląda moje życie. Dlatego starałem się być normalny. Ciągle chodziłem do
szkoły, choć siedziałem w niej nieprzytomny, gdyż nigdy nie wysypiałem się w nocy.
Uczyłem się głównie na dwójach, mój wrodzony spryt nigdy nie zawiódł mnie przy
ściąganiu. Do tej pory zawsze jakoś sobie radziłem. Ale jak długo jeszcze?
-Bouvier! – Nati rzuciła się na moje plecy z głośnym
piskiem. Serce podskoczyło mi do gardła.
-Naaatii! – jęknąłem – Mówiłem si milion razy, nie po
nazwisku! – warknąłem – Wiesz, że tego nienawidzę!
-Okej, okej! – machnęła dłonią lekceważąco dziewczyna –
Jak było wczoraj? Twoja twarz mówi, że ciężko!
Wzruszyłem ramionami. Nie lubiłem rozmawiać o tej robocie,
nienawidziłem tego. A już zwłaszcza z Nati, którą znałem jedynie pobieżnie.
Parokrotnie minęliśmy się na dworcu i w centrum handlowym i w sumie należeliśmy
do jednej paczki w szkole. Tylko że ona szybko się tam odnalazła. A ja wciąż
jeszcze nie mogłem się przyzwyczaić, że do nich należę. W sumie na początku oni
też mieli problemy z zaakceptowaniem mnie. Potem już przyzwyczaili się, że
trzymam z nimi.
Na szczęście nie musiałem odpowiadać, gdyż
przekroczyliśmy próg szkoły. Od razu z naprzeciwka w naszym kierunku rzuciła
się Kate, przyjaciółka po fachu Nati. Blondynki od razu zaczęły wymieniać się
swoimi wczorajszymi przygodami. W ogóle mnie to nie interesowało, kto z kim, za
ile i za co. Przepędziłem jakiegoś pierwszaka z ławki i sam na niej usiadłem. Chwilę
później zadzwonił dzwonek. Z klas wypłynęły tłumy ludzi. Ktoś niechcący
zahaczył nogą o mój połatany już plecak. Przekląłem go w duchu, przyglądając
się teczce. Na szczęście wciąż była cała. Ale to nie zmieniało faktu, że mimo
wszystko potrzebowałbym nowej.
Z mojej paczki chłopaków w szkole nie było, co właściwie
nie powinno mnie dziwić. W końcu oni nigdy nie przychodzili do budy. Mówili
najczęściej, że nie chcą marnować czasu. Właściwie to się z nimi zgadzałem, też
teraz wolałbym zarabiać kasę. Ale dobrze wiedziałem, że za dnia jest mniejszy
ruch, a nie chciałem się odkrywać, pragnąłem nie wyróżniać się z tłumu.
Powoli zacząłem się wlec w stronę klasy. Usiadłem w
ławce, wypakowałem zeszyt i schowałem twarz w dłoniach. Burknąłem „jestem”
podczas sprawdzania obecności. Ale kobieta nie dawała mi spokoju, ciągle
gderała. W końcu dotarło do mnie, że mam iść do odpowiedzi. Powiedziałem, że
nic nie umiem. Odczepiła się ode mnie. Przez resztę lekcji chyba spałem, nic z
niej nie zapamiętałem. Nawet nie wiedziałem, co to jest za przedmiot. Tak
wyglądało moje życie. Nigdy nie kontaktowałem, a jednak, na dwóję zawsze
potrafiłem jakoś wybrnąć.
-Pierre, zaczekaj! – czyiś krzyk wybudził mnie ze ślepego
biegu do następnej klasy. Nie znałem tej barwy głosu, a dźwięki rozpoznawałem
dosyć dobrze. Z czystej ciekawości się odwróciłem i zacząłem szukać wzrokiem
osoby, która mnie wołała – Cześć, Pierre! – zdziwiłem się, zauważając, że
człowiek, który tak wrzeszczał, stoi tuż obok mnie. W dodatku ja tego chłopaka
w ogóle nie rozpoznawałem. Wiedziałem tylko tyle, że jest w tym samym wieku co
ja i nazywa się Charles.
-Dla ciebie PAN! – wypiąłem się dumnie, a potem
odwróciłem się z zamiarem odejścia. Nie chciałem go słuchać, zwłaszcza, że i
tak zapewne nie miał mi nic ciekawego do powiedzenia.
-Wysłuchaj mnie przez chwilę! Obiecuję, że nie zajmę ci
dużo czasu! – prosił mnie brunet. Wzruszyłem ramionami i z powrotem się
odwróciłem. Chłopak odetchnął z ulgą.
-Pospiesz się! – warknąłem – Nie chcę marnować całej
przerwy!
-Okej, okej – odparł Charles – Trochę głupio tak, no
ale... – wzruszył ramionami, rumieniąc się nieco – Dobra, nie owijam w bawełnę
– wziął głęboki wdech, ale znowu się nie odezwał.
-Twój czas się skończył – wkurzyłem się po jakiejś
minucie ciszy.
-Nie, zaczekaj! – krzyknął, zanim zdążyłem się odwrócić.
Spojrzałem na niego znudzony – Chodzi o to, że z kumplami założyliśmy zespół i
brakuje nam wokalisty i zastanawialiśmy się czy... No wiesz... – zawahał się,
ale tylko przez moment – ... czy nie zechciałbyś zjawić się na przesłuchaniach
– teraz już jego twarz przypominała mi twarz buraka. Na początku gapiłem się na
niego zdumiony, a potem wybuchnąłem głośnym śmiechem.
-Ja?! – wrzasnąłem, nadal się śmiejąc – Ja?! Z wami?! W
zespole?! O rany... – złapałem się za głowę – Ja wiedziałem, że wy jesteście
głupi, ale że aż tak?! Zespół?!
-Wbrew pozorom to niegłupi pomysł... – wtrącił Charles w
ogóle nie obrażony na mnie za moją reakcję.
-To jest bardzo głupi pomysł, Charles...
-Chuck – przerwał mi uśmiechnięty brunet – Możesz mi
mówić po prostu Chuck.
-Chuck, to jest najgorszy pomysł, na jaki mogliście
wpaść. Ile wy zamierzacie zarobić, bawiąc się w muzyków? Myślicie, że każdy zakłada sobie ot tak
zespół i jest sławny? Ja nie wiem, co wy macie zamiast mózgów...
-No jasne, że nie. Pierre, to ma być przede wszystkim
zabawa i przyjemność.
-Przyjemność? – prychnąłem – Przebywanie z wami i
przyjemność? Wybacz, ale nie mam czasu na „przyjemności” – zauważyłem, że Chuck
ledwo trzyma nerwy na wodzy. A jakoś nie miałem ochoty na kłótnie, dlatego
szybko się stamtąd zabrałem. Tego dnia więcej go nie widziałem. Ale wciąż
gnębiła mnie jedna myśl: Dlaczego oni zapytali o to akurat mnie? W końcu w
szkole jest wielu chłopaków, którzy zawsze podczas jakichś przygłupich apelów.
Moim wokalem nikt nigdy się nie interesował, właściwie to nikt nigdy nie
słyszał mojego śpiewu. A gdyby Chuck kogoś szukał, na pewno bym to zauważył.
Być może byłem zadufany w sobie, ale... Wydawało mi się, że zostałem wybrany.
Co nie zmienia faktu, że nie zamierzam się w to mieszać.
Jeśli chcą, proszę bardzo, mogą zakładać sobie zespół. Ale beze mnie. Żeby być
popularnym, trzeba mieć cholerne szczęście. Mnie natura nim nie obdarzyła.
Zresztą nie miałem czasu na zabawę. Ja
musiałem się martwić o to, żeby mieć coś jutro na śniadanie. Oni mieli wszystko
pod nosem, mamusia im obiadki gotowała. Westchnąłem cicho. Chyba byłem trochę
zazdrosny.
noooo i doczekałam się :D
OdpowiedzUsuńZapowiada się nieźle :)
Mam nadzieję, że Pierre przyjdzie na przesłuchanie... i nie ma zmiłuj muszą go przyjąć :D
Wtedy Chuck i chłopaki pomogą mu wyjść z tego bagna :D
Z niecierpliwością czekam na kolejny part ;)
noooo i jest :D
OdpowiedzUsuńZapowiada się genialne opowiadanie ;)
Mam nadzieję, że Pierre przyjmie propozycję Chucka. Wtedy na pewno chłopaki pomogą mu wyjść z tego bagna ;)
Z niecierpliwością czekam na kolejnego parta :)