wtorek, 9 lipca 2013

PART XXXI

-Dave słuchaj... Ja przecież tam nie wejdę. Nie mam kasy – przyznała mi się w pewnym momencie ze wstydem, gdy już widzieliśmy wielką scenę. Roześmiałem się głośno, przyjmując jej ponure spojrzenie.
-Skarbie, a kto powiedział, że my będziemy płacić?
Ona zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad moimi słowami. Postanowiłem jej to ułatwić i powiedzieć, o co mi chodzi.
-Simple Plan gra na tym festiwalu – uśmiechnąłem się – Zarówno ja, jak i ty mamy wejście za darmo.
-Ty może tak – wymamrotała ona – ale ja nie mam prawa się tam pchać.
-Spokojnie – poklepałem ją po plecach z entuzjazmem – Nie będziemy mieć żadnych kłopotów. Nawet jeśli nas tam nie wpuszczą, to mój łeb coś wymyśli.
-No i właśnie tego się boję – zachichotała Kate, za co obsypałem ją jakimś zielskiem, które akurat nasunęło mi się do dłoni. W miarę zbliżania się w stronę sceny nasze nastroje jeszcze bardziej się rozpogadzały, o ile było to w ogóle możliwe. Na miejscu grupa ludzi czekała już pod barierkami. My jednak ominęliśmy ich i ruszyliśmy w poszukiwaniu tylnego wejścia. Byłem pewien, że bez problemu uda nam się tam wślizgnąć. Tymczasem przed bramą zupełnie nikogo nie było, tak jakby nikt tego nie pilnował. Na początku się ucieszyłem, potem zrobiło się to podejrzane. Nacisnąłem na klamkę i ku swojemu zdumieniu brama nie otworzyła się. Przekląłem cicho pod nosem. Musieliśmy spóźnić się o kilka minut.
-I co teraz, filozofie? – zapytała ironicznie Kate, zauważając, że zaczynam gryźć dolną wargę. Nie odpowiedziałem jej. Wiedziałem, że nawet jeśli będziemy krzyczeć, nikt nas nie usłyszy, bo niektóre zespoły już zaczynały swoje próby. Sytuacja nie wyglądała za wesoło, ale ja nie zamierzałem stać i czekać na cud. Do głowy przychodził mi tylko jeden pomysł.
-Myślisz, że udałoby się tobie przejść przez ten płot? – zapytałem, uśmiechając się. Ona wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
-Dave, ja wiedziałam, że ty jesteś kopnięty, ale nie aż tak! – wrzasnęła oburzona moim pomysłem. Wzruszyłem ramionami z łobuzerskim uśmieszkiem.
-To jak, dasz radę? – powtórzyłem pytanie. Ona wpatrywała się we mnie z kamienną twarzą. Ale na mój uśmieszek nie było mocnych, ona także z nim przegrała. Poznałem to po jej świecących się tęczówkach.
-To jest szalone – wyszeptała niespokojnie – Dam radę – pokiwała głową – Oczywiście, że dam radę.
Z radosnym uśmiechem chwyciłem w dłonie trochę ciążącą mi już na ramieniu torbę. Przerzuciłem ją, choć nie bez problemów, bo za pierwszym razem mi się nie udało. Potem z powrotem odwróciłem się do dziewczyny. Wyglądała na rozbawioną. Nie zauważyłem na jej twarzy nawet cienia strachu.
-Mam iść pierwszy czy ciebie przepuścić? – zapytałem. Ona wskazała na mnie, więc z powrotem się odwróciłem. Na szczęście płot nie był wysoki, wspinałem się już na większe. Ledwie dotknąłem go nogą, już byłem na szczycie. Jak pająk wspiąłem się na górę. Na dół po prostu zeskoczyłem. Oczywiście nie udało mi się utrzymać równowagi i przewróciłem się. Zza płotu usłyszałem głośny śmiech Kate.
-Nic mi nie jest, nie musisz się przejmować! – wrzasnąłem ironicznie – Ale czekam tu na ciebie! – zaśmiałem się, stając na dwie nogi. Z drugiej strony usłyszałem prychnięcie i już po chwili ujrzałem kawałek głowy ślamazarnie wspinającej się dziewczyny. Z dumą patrzyłem, jak zza płotu wyłania się jej  uśmiech, a potem cała sylwetka. Promieniała szczęściem, gdy dotarła na sam szczyt.
-Skacz! – krzyknąłem, klaszcząc wesoło. Ona, trzymając się jedną dłonią, popukała się w czoło – No skacz! – zachęciłem ją – Przecież cię złapię! – Ona odwróciła się i kpiąco się uśmiechnęła. Chyba nie do końca mi ufała, ale jednak zaryzykowała.
-Jestem aniołem! – krzyknęła i wyskoczyła wprost na moje wyciągnięte dłonie. Złapałem ją, ale ponownie tego dnia upadłem, tym razem jednak już nie samotnie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
-Aniele, ważysz chyba ze sto kilo! – wrzasnąłem. Ona zerwała się, udając wzburzenie.
-Ja ci zaraz dam sto kilo! – wrzasnęła, chwytając torb ę – Za chwilę to twoje sto kilo da ci w mordę! – dziewczyna jednak przeceniła swoje siły, bo zdołała zaledwie unieść ją do góry. Jeszcze głośniej się roześmiałem.
-To moje sto kilo chyba nie zjadło dzisiaj śniadania. Albo zjadło za małe. Trzeba będzie cię tutaj dokarmić, ale to dopiero później, na razie musisz wytrzymać, chociaż wiem, że twoje sto kilo potrzebuje energii – zerwałem się i podskoczyłem do dziewczyny, która nie mogła opanować śmiechu. Chwyciłem te feralną torbę.
-Chodźmy – pospieszyłem ją, klaszcząc wesoło w dłonie. Wiedziałem, że musimy szybko poszukać któregokolwiek z moich kumpli, by dowiedzieć się, skąd wytrzasnąć plakietki, które umożliwiałby nam bezkarne poruszanie się po całym terenie imprezy. Na razie byliśmy tutaj nie do końca legalnie. Musieliśmy unikać ochroniarzy, co czasami miało naprawdę wesołe skutki. Mieliśmy jednak cholernego pecha, bo pomimo naszych starań i tak jeden z nich zdołał dostrzec, że nie mamy odpowiednich dokumentów. Próbowałem wziąć go na ładne oczy, ale po jego kamiennym wzroku poznałem, że to bezcelowe. Dlatego starałem się jakoś go zagadać, by zyskać jego przyjaźń. Jednak, to go chyba bardziej denerwowało, bo po pewnym czasie miał mnie już serdecznie dość. Już miał ochotę mnie wywalić, nawet podchodził w moim kierunku. Dosłownie w ostatniej chwili z podziemi wyrósł Pierre.
-No w końcu jesteś! – wrzasnął, przez co ten ochroniarz spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami – A ja już chciałem zgłaszać twoje zaginięcie, akurat szedłem do biura rzeczy znalezionych, żeby zobaczyć, czy ciebie tam nie ma. Masz szczęście.
-Pierre! – odetchnąłem z ulgą – Po raz pierwszy z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że cieszę się, że ciebie widzę!
-Desrosiers, lepiej cofnij swoje słowa, bo wiedz, że twoje być albo nie być jest teraz w moich rękach – brunet z kpiącym uśmieszkiem skrzyżował ramiona na piersiach. Wystawiłem mu język.
-Równie dobrze poradziłbym sobie bez ciebie! – prychnąłem obojętnie, zaraz jednak tego pożałowałem, bo Bouvier, obrócił się na pięcie i zaczął odchodzić, machając wesoło mi i Kate, zostawiając nas sam na sam z umięśnionym ochroniarzem. Zanim jednak brunet zdołał się oddalić, ja już klęczałem, zagradzając mu drogę i błagałem o litość.
-No nie wiem – Pierre udawał obrażonego, na co tamten koleś chyba dawał się nabrać, bo wciąż patrzył na mojego kumpla, czekając na rozkazy – To co powiedziałeś, naprawdę mnie dotknęło... – chwycił się za serce, żeby wyglądało to jeszcze bardziej dramatycznie. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, ale nie chciałem niszczyć widowiska marnej gry Pierre’a.
-Moje życie będzie czymś gorszym niż najpospolitsze gówno, jeśli nie zdołasz zapomnieć o moich słowach!
Pierre, udając wzruszenie, wysunął dłoń w moją stronę. Spojrzałem na niego z nadzieją i zacząłem wstawać, ale on jeszcze mnie zatrzymał.
-Paziu, nie pozwoliłem ci się ruszyć! – burknął, na co z powrotem osunąłem się na kolana – Jeszcze ci nie wybaczyłem! Zaczekaj, co ty możesz za karę...  – myślał, drapiąc się po brodzie – Wiem! – zawołał, unosząc palec do góry – Pochwal mój głos!
-O najznakomitszy! – zacząłem, szybko układając obie w głowie dalszy ciąg przemowy – Nosicielu najcudowniejszego pospolitego gówna, twój nieziemsko brzmiący wokal niczym strzała amora rozciął ściany mego serca...
-David! – usłyszałem za sobą radosny głos mojego kolejnego kumpla, a po chwili poczułem, jak ktoś, a raczej stado rzuca się na mnie. Nie zdołałem utrzymać równowagi i przewróciłem się. Wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, a najgłośniej śmiała się chyba Kate, która przyglądała się całej tej komedii.
-Idioci! – jęknąłem, ciesząc się jednak, że mam takich przyjaciół debili.
-I kto to mówi! – prychnął Seb – To ty i Pierre odgrywacie jakieś przygłupie scenki!
-My tworzymy sztukę – warknął oburzony Bouvier – To w przyszłości będzie wystawione na brodway’u!
-Na czym? – roześmiał się Chuck, ale Pierre nie zdążył powtórzyć, bo wszyscy usłyszeliśmy głośny wrzask Jeffa.
-RROOOBAAAAK! – wrzeszczał łysy, ze strachu aż podskakując – Taki wielki, owłosiony, czarny! – Stinco nie mógł usiedzieć w jednym miejscu, w oczach miał łzy. Wszyscy znaliśmy jego fobię dotyczącą niewielkich stworzeń.
-Jeff, za tobą! – krzyknął Seb, wskazując na coś palcem. Łysy z głośnym piskiem odskoczył na co najmniej dwa metry, co znowu wywołało w naszej grupie głośny śmiech. Dopiero jakieś pół godziny później udało nam się dojść do siebie, choć ani trochę nie spoważnieliśmy. Wręcz przeciwnie, z każdą kolejną sekundą bawiliśmy się coraz lepiej. Bez problemu udało nam się zdobyć plakietkę dla Kate. W trakcie trwającej próby dołączyły do nas również dziewczyny Chucka i Pierre’a.  Miałem wrażenie, ze ta ostatnia nie podziela radości i entuzjazmu reszty towarzystwa, choć nie chciała, by ktokolwiek to zauważył. Ale nie zamierzałem wpychać się w jej zycie, w końcu to Pierre’a dziewczyna.
Na swoim występie bawiliśmy się jeszcze lepiej niż zwykle i zrobiliśmy jeszcze większe show. Oczywiście, nie byliśmy głównymi gwiazdami, ale trochę ludzi się zeszło, żeby nas obejrzeć. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że robimy się coraz bardziej popularni. Ale spodziewaliśmy się także tego, że za chwilę to przeminie, wiedzieliśmy, że wieczni e na fali nie możemy być. Dlatego na każdym koncercie dawaliśmy z siebie wszystko.
Chociaż teoretycznie już tego samego wieczoru mieliśmy stamtąd pryskać, postanowiliśmy zostać na cały festiwal. Chucka ojciec nam pomógł, to on zabrał cały nas sprzęt, dzięki czemu spokojni o nasze instrumenty mogliśmy rozłożyć namiot, który przytargałem w swojej torbie. Mieliśmy przy tym kupę śmiechu, ale z drugiej strony, gdy wszyscy wpakowaliśmy się do środka, poczuliśmy dumę, że tak szybko zbudowaliśmy to cudo. Często zostawialiśmy je puste, nie baliśmy się o swoje rzeczy, bo właściwie nic ze sobą nie mieliśmy oprócz ciuchów. Zresztą tutaj ludzie nie przyjeżdżali po to, żeby kraść, tylko po to, by posłuchać muzyki i poznać się z innymi ludźmi. To miejsce było skupiskiem całej młodzieży z Kanady.
NARRACJA PIERRE’A
To rzeczywiście był genialny pomysł, by zrobić sobie przerwę w graniu i zostać tutaj na kilka dni. Atmosfera tego festiwalu sprawiała, że muzyka zyskała w moich oczach jeszcze większe zaufanie, o ile to w ogóle było możliwe. Widziałem na scenie zespoły, o których ujrzeniu w Montrealu mogłem jedynie pomarzyć. Ten wyjazd był czymś, czego potrzebowałem, by uwierzyć, że moje życie też ma jakieś zalety.
Myślałem, że to także pomoże mi z powrotem połączyć się z Marie, bo ostatnio między nami nie układało się najlepiej. Bardzo często kłóciliśmy się o jakieś głupoty, drobiazgi, coś na co normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Nie miałem pojęcia, co się działo. Marie naprawdę stawała się nie do zniesienia. A mi na niej zależało, pragnąłem, żebyśmy byli sobie tak bliscy jak na początku naszego związku. Cholernie ją kochałem i nie mogłem pozwolić, by taki skarb wyślizgnął się z moich dłoni. W końcu to ona nauczyła mnie kochać. A przecież to uczucie nie mogło wyparować.
-Widzieliście Marie? – zapytałem szalejących pod sceną Kate i Davida. Dziewczyna znowu zniknęła mi z oczu, właściwie przeze mnie, bo znowu omal nie doprowadziłem do kłótni. Chciałem ją tylko przeprosić.
-Poszła do namiotu! – wrzasnął blondyn, klaszcząc w rytm jednej z piosenek. Westchnąłem ciężko. Tak bardzo bym chciał porzucić wszystkie swoje problemy i bawić się tak jak on. Niestety nie potrafiłem. Nie umiałem o wszystkim zapomnieć i mieć Marie gdzieś.
-Dzięki! – krzyknąłem w odpowiedzi i odwróciłem się, myśląc gorączkowo nad tym, co mam powiedzieć własnej dziewczynie w ramach przeprosin. Miałem mnóstwo pomysłów, ale wszystkie wydawały mi się płytkie. Nie potrafiłem znaleźć takich słów, które mogłyby ją udobruchać. Westchnąłem ciężko, mijając dwójkę kompletnie pijanych dziewcząt i olewając ich prośby o kwiaty. Musiałem improwizować. Znowu.
Wahałem się jeszcze przed samym wejściem do namiotu. Bałem się, właściwie tak jak przed każdym przepraszaniem. Ona mogła w każdym momencie to zakończyć, stwierdzić, że ten związek nie ma sensu. A wtedy moje życie już całkiem straciłoby sens i zmieniłoby się w piekło. Ale postanowiłem jednak zaryzykować, w końcu miałem o co walczyć. Drugiej takiej kobiety jak Marie nie znajdę nigdy.
Akurat takiego widoku we wnętrzu namiotu w ogóle się nie spodziewałem. Wślizgnąłem się cicho, specjalnie, żeby jej nie przeszkadzać, a raczej nie wkurzać jeszcze bardziej. Na początku to do mnie nie docierało, a raczej ja nie chciałem w to wierzyć. Przecierałem ze trzy razy oczy, ale niestety to nie było złudzenie. Jakiś obcy facet, którego nigdy na oczy nie widziałem, pieprzył się z moją Marie. Obojgu najwyraźniej się to bardzo podobało, nie zwracali na mnie uwagi, tak bardzo byli sobą zajęci. A ja nawet nie potrafiłem się poruszyć. Zamarłem, śledząc ruch ich dłoni. Bardzo powoli docierało do mnie to, co widziałem. Patrzyłem i coraz bardziej chciało mi się rzygać. Dopiero wtedy coś we mnie pękło. Wcześniej widziałem jej maślane oczy, teraz dostrzegałem także ten fałszywy blask. Zacisnąłem mocno pięści. Nie mogłem już znieść ich widoku. Postanowiłem zaznaczyć swoją obecność kasłaniem. Na początku oni nic sobie z tego nie robili, dopiero kiedy to zaakcentowałem, Marie odczepiła się od tego faceta. Nasze spojrzenia się spotkały, jej twarz ozdobił strach, a ja tylko się upewniłem. Przez moment stałem, wpatrując się w jej otwartą buzię. Łzy wypełniły moje oczy. Odwróciłem się, nie chcąc, by dziewczyna zauważyła moją słabość. Wyszedłem, nie zważając na jej błagalne krzyki. Nie zamierzałem tam wracać, nie zamierzałem już więcej na nią patrzeć. Coś w sercu mnie zakuło. Im bardziej oddalałem się od tego miejsca, tym bardziej mnie bolało. Chciałem już zapomnieć. Zapomnieć o niej i o tym wszystkim, co mnie spotkało. A zdążyłem już uwierzyć, że miłość tez jest dla mnie, że ona jest osobą, która zmieni moje zycie na lepsze. Tymczasem ona tylko jeszcze bardziej je pogrążyła. Dlaczego? Dlaczego ona mnie zdradziła? I to w dodatku z przypadkowym facetem?
Nawet nie zauważyłem, kiedy mój chód zmienił się w bieg. Łzy wręcz rzeką lały się z moich oczu. Dotarłem do płotu, oparłem się o niego plecami. Złość kłębiła się we mnie, ale jakoś potrafiłem nad nią zapanować. Wciąż trzymałem nerwy na wodzy, chociaż płakałem. Moja niemoc mnie dobijała. Jak ona mogła mi to zrobić? Wciąż to do mnie nie docierało. Przecież to była Marie, moja ukochana Marie... Marie, którą przecież tak długo znałem...

Upadłem na kolana. W jednej chwili wszystkie siły ze mnie wyparowały. Nie umiałem wyobrazić sobie swojej przyszłości. Nie miałem pojęcia, co robić dalej. Wybaczyć jej? Ale jak tu żyć z wiedzą, że najbliższa osoba mnie oszukała? Zerwać? I co dalej? Jak to wszystko ma wyparować z mojej głowy? Bo zostać nie może na pewno. Usiadłem, chowając twarz w dłoniach. To wszystko było tak cholernie trudne... Życie po czymś takim jest niemożliwe... Bo jak teraz z dumą się podnieść i udawać, że wszystko jest okej, kiedy z drugiej strony mam ochotę się powiesić?

1 komentarz:

  1. Czytając pierwszą część tego parta nie mogłam przestać się śmiać :D Chciałabym zobaczyć jak Pierre i David odgrywają tą scenkę :D Musiałoby to wyglądać epicko xD

    Kurcze... jak David powiedział, że Marie jest w namiocie, to już zaczęłam się bać... No ale JAK ONA MOGŁA!!!??? No to się po prostu w głowię nie mieści.... Mam nadzieję, że Pierre nie zrobi nic głupiego! Na szczęście ma przyjaciół na których zawsze może liczyć :)

    OdpowiedzUsuń