-Dave słuchaj... Ja przecież tam nie wejdę. Nie mam kasy
– przyznała mi się w pewnym momencie ze wstydem, gdy już widzieliśmy wielką
scenę. Roześmiałem się głośno, przyjmując jej ponure spojrzenie.
-Skarbie, a kto powiedział, że my będziemy płacić?
Ona zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad moimi
słowami. Postanowiłem jej to ułatwić i powiedzieć, o co mi chodzi.
-Simple Plan gra na tym festiwalu – uśmiechnąłem się –
Zarówno ja, jak i ty mamy wejście za darmo.
-Ty może tak – wymamrotała ona – ale ja nie mam prawa się
tam pchać.
-Spokojnie – poklepałem ją po plecach z entuzjazmem – Nie
będziemy mieć żadnych kłopotów. Nawet jeśli nas tam nie wpuszczą, to mój łeb
coś wymyśli.
-No i właśnie tego się boję – zachichotała Kate, za co
obsypałem ją jakimś zielskiem, które akurat nasunęło mi się do dłoni. W miarę
zbliżania się w stronę sceny nasze nastroje jeszcze bardziej się rozpogadzały,
o ile było to w ogóle możliwe. Na miejscu grupa ludzi czekała już pod
barierkami. My jednak ominęliśmy ich i ruszyliśmy w poszukiwaniu tylnego
wejścia. Byłem pewien, że bez problemu uda nam się tam wślizgnąć. Tymczasem
przed bramą zupełnie nikogo nie było, tak jakby nikt tego nie pilnował. Na
początku się ucieszyłem, potem zrobiło się to podejrzane. Nacisnąłem na klamkę
i ku swojemu zdumieniu brama nie otworzyła się. Przekląłem cicho pod nosem. Musieliśmy
spóźnić się o kilka minut.
-I co teraz, filozofie? – zapytała ironicznie Kate,
zauważając, że zaczynam gryźć dolną wargę. Nie odpowiedziałem jej. Wiedziałem,
że nawet jeśli będziemy krzyczeć, nikt nas nie usłyszy, bo niektóre zespoły już
zaczynały swoje próby. Sytuacja nie wyglądała za wesoło, ale ja nie zamierzałem
stać i czekać na cud. Do głowy przychodził mi tylko jeden pomysł.
-Myślisz, że udałoby się tobie przejść przez ten płot? –
zapytałem, uśmiechając się. Ona wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
-Dave, ja wiedziałam, że ty jesteś kopnięty, ale nie aż
tak! – wrzasnęła oburzona moim pomysłem. Wzruszyłem ramionami z łobuzerskim
uśmieszkiem.
-To jak, dasz radę? – powtórzyłem pytanie. Ona wpatrywała
się we mnie z kamienną twarzą. Ale na mój uśmieszek nie było mocnych, ona także
z nim przegrała. Poznałem to po jej świecących się tęczówkach.
-To jest szalone – wyszeptała niespokojnie – Dam radę –
pokiwała głową – Oczywiście, że dam radę.
Z radosnym uśmiechem chwyciłem w dłonie trochę ciążącą mi
już na ramieniu torbę. Przerzuciłem ją, choć nie bez problemów, bo za pierwszym
razem mi się nie udało. Potem z powrotem odwróciłem się do dziewczyny.
Wyglądała na rozbawioną. Nie zauważyłem na jej twarzy nawet cienia strachu.
-Mam iść pierwszy czy ciebie przepuścić? – zapytałem. Ona
wskazała na mnie, więc z powrotem się odwróciłem. Na szczęście płot nie był
wysoki, wspinałem się już na większe. Ledwie dotknąłem go nogą, już byłem na
szczycie. Jak pająk wspiąłem się na górę. Na dół po prostu zeskoczyłem.
Oczywiście nie udało mi się utrzymać równowagi i przewróciłem się. Zza płotu
usłyszałem głośny śmiech Kate.
-Nic mi nie jest, nie musisz się przejmować! – wrzasnąłem
ironicznie – Ale czekam tu na ciebie! – zaśmiałem się, stając na dwie nogi. Z
drugiej strony usłyszałem prychnięcie i już po chwili ujrzałem kawałek głowy
ślamazarnie wspinającej się dziewczyny. Z dumą patrzyłem, jak zza płotu wyłania
się jej uśmiech, a potem cała sylwetka.
Promieniała szczęściem, gdy dotarła na sam szczyt.
-Skacz! – krzyknąłem, klaszcząc wesoło. Ona, trzymając
się jedną dłonią, popukała się w czoło – No skacz! – zachęciłem ją – Przecież
cię złapię! – Ona odwróciła się i kpiąco się uśmiechnęła. Chyba nie do końca mi
ufała, ale jednak zaryzykowała.
-Jestem aniołem! – krzyknęła i wyskoczyła wprost na moje
wyciągnięte dłonie. Złapałem ją, ale ponownie tego dnia upadłem, tym razem
jednak już nie samotnie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
-Aniele, ważysz chyba ze sto kilo! – wrzasnąłem. Ona
zerwała się, udając wzburzenie.
-Ja ci zaraz dam sto kilo! – wrzasnęła, chwytając torb ę
– Za chwilę to twoje sto kilo da ci w mordę! – dziewczyna jednak przeceniła
swoje siły, bo zdołała zaledwie unieść ją do góry. Jeszcze głośniej się
roześmiałem.
-To moje sto kilo chyba nie zjadło dzisiaj śniadania.
Albo zjadło za małe. Trzeba będzie cię tutaj dokarmić, ale to dopiero później,
na razie musisz wytrzymać, chociaż wiem, że twoje sto kilo potrzebuje energii –
zerwałem się i podskoczyłem do dziewczyny, która nie mogła opanować śmiechu.
Chwyciłem te feralną torbę.
-Chodźmy – pospieszyłem ją, klaszcząc wesoło w dłonie.
Wiedziałem, że musimy szybko poszukać któregokolwiek z moich kumpli, by
dowiedzieć się, skąd wytrzasnąć plakietki, które umożliwiałby nam bezkarne
poruszanie się po całym terenie imprezy. Na razie byliśmy tutaj nie do końca
legalnie. Musieliśmy unikać ochroniarzy, co czasami miało naprawdę wesołe
skutki. Mieliśmy jednak cholernego pecha, bo pomimo naszych starań i tak jeden
z nich zdołał dostrzec, że nie mamy odpowiednich dokumentów. Próbowałem wziąć
go na ładne oczy, ale po jego kamiennym wzroku poznałem, że to bezcelowe.
Dlatego starałem się jakoś go zagadać, by zyskać jego przyjaźń. Jednak, to go
chyba bardziej denerwowało, bo po pewnym czasie miał mnie już serdecznie dość.
Już miał ochotę mnie wywalić, nawet podchodził w moim kierunku. Dosłownie w
ostatniej chwili z podziemi wyrósł Pierre.
-No w końcu jesteś! – wrzasnął, przez co ten ochroniarz
spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami – A ja już chciałem zgłaszać twoje
zaginięcie, akurat szedłem do biura rzeczy znalezionych, żeby zobaczyć, czy
ciebie tam nie ma. Masz szczęście.
-Pierre! – odetchnąłem z ulgą – Po raz pierwszy z czystym
sumieniem mogę stwierdzić, że cieszę się, że ciebie widzę!
-Desrosiers, lepiej cofnij swoje słowa, bo wiedz, że
twoje być albo nie być jest teraz w moich rękach – brunet z kpiącym uśmieszkiem
skrzyżował ramiona na piersiach. Wystawiłem mu język.
-Równie dobrze poradziłbym sobie bez ciebie! – prychnąłem
obojętnie, zaraz jednak tego pożałowałem, bo Bouvier, obrócił się na pięcie i
zaczął odchodzić, machając wesoło mi i Kate, zostawiając nas sam na sam z
umięśnionym ochroniarzem. Zanim jednak brunet zdołał się oddalić, ja już klęczałem,
zagradzając mu drogę i błagałem o litość.
-No nie wiem – Pierre udawał obrażonego, na co tamten
koleś chyba dawał się nabrać, bo wciąż patrzył na mojego kumpla, czekając na
rozkazy – To co powiedziałeś, naprawdę mnie dotknęło... – chwycił się za serce,
żeby wyglądało to jeszcze bardziej dramatycznie. Miałem ochotę parsknąć
śmiechem, ale nie chciałem niszczyć widowiska marnej gry Pierre’a.
-Moje życie będzie czymś gorszym niż najpospolitsze
gówno, jeśli nie zdołasz zapomnieć o moich słowach!
Pierre, udając wzruszenie, wysunął dłoń w moją stronę.
Spojrzałem na niego z nadzieją i zacząłem wstawać, ale on jeszcze mnie
zatrzymał.
-Paziu, nie pozwoliłem ci się ruszyć! – burknął, na co z
powrotem osunąłem się na kolana – Jeszcze ci nie wybaczyłem! Zaczekaj, co ty
możesz za karę... – myślał, drapiąc się
po brodzie – Wiem! – zawołał, unosząc palec do góry – Pochwal mój głos!
-O najznakomitszy! – zacząłem, szybko układając obie w
głowie dalszy ciąg przemowy – Nosicielu najcudowniejszego pospolitego gówna,
twój nieziemsko brzmiący wokal niczym strzała amora rozciął ściany mego
serca...
-David! – usłyszałem za sobą radosny głos mojego
kolejnego kumpla, a po chwili poczułem, jak ktoś, a raczej stado rzuca się na
mnie. Nie zdołałem utrzymać równowagi i przewróciłem się. Wszyscy wybuchnęliśmy
gromkim śmiechem, a najgłośniej śmiała się chyba Kate, która przyglądała się
całej tej komedii.
-Idioci! – jęknąłem, ciesząc się jednak, że mam takich
przyjaciół debili.
-I kto to mówi! – prychnął Seb – To ty i Pierre odgrywacie
jakieś przygłupie scenki!
-My tworzymy sztukę – warknął oburzony Bouvier – To w
przyszłości będzie wystawione na brodway’u!
-Na czym? – roześmiał się Chuck, ale Pierre nie zdążył
powtórzyć, bo wszyscy usłyszeliśmy głośny wrzask Jeffa.
-RROOOBAAAAK! – wrzeszczał łysy, ze strachu aż
podskakując – Taki wielki, owłosiony, czarny! – Stinco nie mógł usiedzieć w
jednym miejscu, w oczach miał łzy. Wszyscy znaliśmy jego fobię dotyczącą
niewielkich stworzeń.
-Jeff, za tobą! – krzyknął Seb, wskazując na coś palcem.
Łysy z głośnym piskiem odskoczył na co najmniej dwa metry, co znowu wywołało w
naszej grupie głośny śmiech. Dopiero jakieś pół godziny później udało nam się
dojść do siebie, choć ani trochę nie spoważnieliśmy. Wręcz przeciwnie, z każdą
kolejną sekundą bawiliśmy się coraz lepiej. Bez problemu udało nam się zdobyć
plakietkę dla Kate. W trakcie trwającej próby dołączyły do nas również
dziewczyny Chucka i Pierre’a. Miałem
wrażenie, ze ta ostatnia nie podziela radości i entuzjazmu reszty towarzystwa,
choć nie chciała, by ktokolwiek to zauważył. Ale nie zamierzałem wpychać się w
jej zycie, w końcu to Pierre’a dziewczyna.
Na swoim występie bawiliśmy się jeszcze lepiej niż zwykle
i zrobiliśmy jeszcze większe show. Oczywiście, nie byliśmy głównymi gwiazdami,
ale trochę ludzi się zeszło, żeby nas obejrzeć. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego,
że robimy się coraz bardziej popularni. Ale spodziewaliśmy się także tego, że
za chwilę to przeminie, wiedzieliśmy, że wieczni e na fali nie możemy być.
Dlatego na każdym koncercie dawaliśmy z siebie wszystko.
Chociaż teoretycznie już tego samego wieczoru mieliśmy
stamtąd pryskać, postanowiliśmy zostać na cały festiwal. Chucka ojciec nam pomógł,
to on zabrał cały nas sprzęt, dzięki czemu spokojni o nasze instrumenty
mogliśmy rozłożyć namiot, który przytargałem w swojej torbie. Mieliśmy przy tym
kupę śmiechu, ale z drugiej strony, gdy wszyscy wpakowaliśmy się do środka,
poczuliśmy dumę, że tak szybko zbudowaliśmy to cudo. Często zostawialiśmy je
puste, nie baliśmy się o swoje rzeczy, bo właściwie nic ze sobą nie mieliśmy
oprócz ciuchów. Zresztą tutaj ludzie nie przyjeżdżali po to, żeby kraść, tylko
po to, by posłuchać muzyki i poznać się z innymi ludźmi. To miejsce było
skupiskiem całej młodzieży z Kanady.
NARRACJA PIERRE’A
To rzeczywiście był genialny pomysł, by zrobić sobie
przerwę w graniu i zostać tutaj na kilka dni. Atmosfera tego festiwalu
sprawiała, że muzyka zyskała w moich oczach jeszcze większe zaufanie, o ile to
w ogóle było możliwe. Widziałem na scenie zespoły, o których ujrzeniu w
Montrealu mogłem jedynie pomarzyć. Ten wyjazd był czymś, czego potrzebowałem,
by uwierzyć, że moje życie też ma jakieś zalety.
Myślałem, że to także pomoże mi z powrotem połączyć się z
Marie, bo ostatnio między nami nie układało się najlepiej. Bardzo często
kłóciliśmy się o jakieś głupoty, drobiazgi, coś na co normalnie nie
zwrócilibyśmy uwagi. Nie miałem pojęcia, co się działo. Marie naprawdę stawała
się nie do zniesienia. A mi na niej zależało, pragnąłem, żebyśmy byli sobie tak
bliscy jak na początku naszego związku. Cholernie ją kochałem i nie mogłem
pozwolić, by taki skarb wyślizgnął się z moich dłoni. W końcu to ona nauczyła
mnie kochać. A przecież to uczucie nie mogło wyparować.
-Widzieliście Marie? – zapytałem szalejących pod sceną
Kate i Davida. Dziewczyna znowu zniknęła mi z oczu, właściwie przeze mnie, bo
znowu omal nie doprowadziłem do kłótni. Chciałem ją tylko przeprosić.
-Poszła do namiotu! – wrzasnął blondyn, klaszcząc w rytm
jednej z piosenek. Westchnąłem ciężko. Tak bardzo bym chciał porzucić wszystkie
swoje problemy i bawić się tak jak on. Niestety nie potrafiłem. Nie umiałem o
wszystkim zapomnieć i mieć Marie gdzieś.
-Dzięki! – krzyknąłem w odpowiedzi i odwróciłem się,
myśląc gorączkowo nad tym, co mam powiedzieć własnej dziewczynie w ramach
przeprosin. Miałem mnóstwo pomysłów, ale wszystkie wydawały mi się płytkie. Nie
potrafiłem znaleźć takich słów, które mogłyby ją udobruchać. Westchnąłem
ciężko, mijając dwójkę kompletnie pijanych dziewcząt i olewając ich prośby o
kwiaty. Musiałem improwizować. Znowu.
Wahałem się jeszcze przed samym wejściem do namiotu. Bałem
się, właściwie tak jak przed każdym przepraszaniem. Ona mogła w każdym momencie
to zakończyć, stwierdzić, że ten związek nie ma sensu. A wtedy moje życie już
całkiem straciłoby sens i zmieniłoby się w piekło. Ale postanowiłem jednak
zaryzykować, w końcu miałem o co walczyć. Drugiej takiej kobiety jak Marie nie
znajdę nigdy.
Akurat takiego widoku we wnętrzu namiotu w ogóle się nie
spodziewałem. Wślizgnąłem się cicho, specjalnie, żeby jej nie przeszkadzać, a
raczej nie wkurzać jeszcze bardziej. Na początku to do mnie nie docierało, a
raczej ja nie chciałem w to wierzyć. Przecierałem ze trzy razy oczy, ale
niestety to nie było złudzenie. Jakiś obcy facet, którego nigdy na oczy nie
widziałem, pieprzył się z moją Marie. Obojgu najwyraźniej się to bardzo
podobało, nie zwracali na mnie uwagi, tak bardzo byli sobą zajęci. A ja nawet
nie potrafiłem się poruszyć. Zamarłem, śledząc ruch ich dłoni. Bardzo powoli
docierało do mnie to, co widziałem. Patrzyłem i coraz bardziej chciało mi się
rzygać. Dopiero wtedy coś we mnie pękło. Wcześniej widziałem jej maślane oczy,
teraz dostrzegałem także ten fałszywy blask. Zacisnąłem mocno pięści. Nie
mogłem już znieść ich widoku. Postanowiłem zaznaczyć swoją obecność kasłaniem.
Na początku oni nic sobie z tego nie robili, dopiero kiedy to zaakcentowałem,
Marie odczepiła się od tego faceta. Nasze spojrzenia się spotkały, jej twarz ozdobił
strach, a ja tylko się upewniłem. Przez moment stałem, wpatrując się w jej
otwartą buzię. Łzy wypełniły moje oczy. Odwróciłem się, nie chcąc, by dziewczyna
zauważyła moją słabość. Wyszedłem, nie zważając na jej błagalne krzyki. Nie
zamierzałem tam wracać, nie zamierzałem już więcej na nią patrzeć. Coś w sercu
mnie zakuło. Im bardziej oddalałem się od tego miejsca, tym bardziej mnie
bolało. Chciałem już zapomnieć. Zapomnieć o niej i o tym wszystkim, co mnie
spotkało. A zdążyłem już uwierzyć, że miłość tez jest dla mnie, że ona jest
osobą, która zmieni moje zycie na lepsze. Tymczasem ona tylko jeszcze bardziej
je pogrążyła. Dlaczego? Dlaczego ona mnie zdradziła? I to w dodatku z
przypadkowym facetem?
Nawet nie zauważyłem, kiedy mój chód zmienił się w bieg.
Łzy wręcz rzeką lały się z moich oczu. Dotarłem do płotu, oparłem się o niego
plecami. Złość kłębiła się we mnie, ale jakoś potrafiłem nad nią zapanować.
Wciąż trzymałem nerwy na wodzy, chociaż płakałem. Moja niemoc mnie dobijała.
Jak ona mogła mi to zrobić? Wciąż to do mnie nie docierało. Przecież to była
Marie, moja ukochana Marie... Marie, którą przecież tak długo znałem...
Upadłem na kolana. W jednej chwili wszystkie siły ze mnie
wyparowały. Nie umiałem wyobrazić sobie swojej przyszłości. Nie miałem pojęcia,
co robić dalej. Wybaczyć jej? Ale jak tu żyć z wiedzą, że najbliższa osoba mnie
oszukała? Zerwać? I co dalej? Jak to wszystko ma wyparować z mojej głowy? Bo
zostać nie może na pewno. Usiadłem, chowając twarz w dłoniach. To wszystko było
tak cholernie trudne... Życie po czymś takim jest niemożliwe... Bo jak teraz z
dumą się podnieść i udawać, że wszystko jest okej, kiedy z drugiej strony mam
ochotę się powiesić?
Czytając pierwszą część tego parta nie mogłam przestać się śmiać :D Chciałabym zobaczyć jak Pierre i David odgrywają tą scenkę :D Musiałoby to wyglądać epicko xD
OdpowiedzUsuńKurcze... jak David powiedział, że Marie jest w namiocie, to już zaczęłam się bać... No ale JAK ONA MOGŁA!!!??? No to się po prostu w głowię nie mieści.... Mam nadzieję, że Pierre nie zrobi nic głupiego! Na szczęście ma przyjaciół na których zawsze może liczyć :)