czwartek, 1 sierpnia 2013

PART XXXV

Nadchodził wieczór, a ja wciąż nie miałem pomysłu na rozwiązanie swojego problemu. Powoli szykowałem się na imprezę z chłopakami, chociaż tak naprawdę już nie miałem na nią ochoty. Moja wcześniejsza radość uległa redukcji, trochę zgasła przez moje problemy. Ale tej nocy postanowiłem przestać się tym przejmować. Doszedłem do wniosku, że dzisiaj jest nasz dzień, dzień Simple Plan. A tak naprawdę chciałem się uchlać i o wszystkim zapomnieć.
Umówiliśmy się z chłopakami, że dzisiaj oblecimy każdą dyskotekę w Montrealu. Mieliśmy zacząć od takiego klubu, w pobliżu mojego domu, dlatego nie musiałem się śpieszyć. Krzyknąłem do mojej mamy, że nie wrócę na noc i, żeby uniknąć dalszych pytań i kłótni, szybko opuściłem dom. Powoli sunąłem się chodnikiem, mój entuzjazm na myśl o zabawie zaczynał powoli wzrastać. Słońce powoli chowało się za horyzontem, zapowiadając rozpoczęcie nocy, którą zapewne jeszcze długo będę wspominał.
Muzykę chyba specjalnie ustawiono tak głośno, by ludzie z drugiego końca miasta ją usłyszeli i także przybiegli, żeby się bawić. I to chyba pomogło, bo klub był tak zapełniony, że nawet mrówka by się nie przecisnęła między ludźmi. Ja jednak w każda szparę potrafiłem się wepchnąć, więc moim jedynym problem było zaczerpnięcie świeżego powietrza. Bez problemu dopchnąłem się do baru i stamtąd rozejrzałem się za kumplami. Chyba ich jeszcze nie było, więc, wzruszywszy ramionami, zamówiłem sobie piwo i z puszką w dłoni zacząłem kręcić się wśród tłumów. Po kilku minutach ktoś złapał mnie za kołnierz i na siłę zaczął mnie ciągnąć. Na początku próbowałem się wyszarpać, ale potem zauważyłem, że to tylko Pierre, więc właściwie to nie miałem się czego bać.
Dopiero gdy wyszliśmy na zewnątrz, brunet mnie puścić i odwrócił się. Już wtedy zauważyłem, że cos jest nie tak. Widziałem na jego twarzy tak rzadko spotykaną u mojego przyjaciela złość. Cholernie ciekawiło mnie, o co chodzi.
-Co ty wyprawiasz? – warknął Bouvier na powitanie, niebezpiecznie blisko się do mnie zbliżając. Wzruszyłem ramionami na znak, że nie wiem, o czym on mówi – Nie udawaj! – prychnął, pchając mnie na ścianę budynku. Moja puszka piwa wyślizgnęła mi się z dłoni i zaczęła kołysać się z głośny m szumem w stronę ulicy. Gapiłem się na Pierre’a szeroko otwartymi oczyma, teraz już poważnie się denerwując.
-Stary, ja tobie chętnie wszystko wyjaśnię, tylko do cholery powiedz mi, co masz na myśli – wymamrotałem niespokojnie, przełykając głośno ślinę.
-Kilka dni temu powiedziałeś mi, że między tobą a Kate nic nie ma – wrzasnął wściekły jak osa brunet, patrząc rozzłoszczonymi oczyma prosto w moją twarz. Moje ręce zaczęły nieświadomie drżeć. Teraz już wiedziałem. On musiał zobaczyć nas w parku – Wyjaśnisz mi to jeszcze raz, bo ja nie rozumiem, jak można całować się z dziewczyną z takim zaangażowaniem i wszystkich oszukiwać mówiąc, że zupełnie nic się do niej nie czuje?
Spuściłem nisko głowę, wsłuchując się w jego ironiczne słowa i czując się coraz bardziej winnym tego całego zamieszania. Byłem zaskoczony tym, że on nas zauważył, a my go nie. Przekląłem siebie w duchu. Cholerny pech.
-Pierre... – zacząłem się tłumaczyć, jąkając się – Pierre, ja... Nie wiem, co się stało... nie wiem, dlaczego... To się stało tak nagle, ja... ja nie potrafiłem się opanować...
Więcej nie zdążyłem nic powiedzieć, poczułem na swoim policzku uderzenie. Nie zamierzałem odreagowywać siłą, czułem, że mi się należało. Chociaż tak naprawdę to niewiele pomogło.
-Ty debilu! – warknął brunet – Myślisz, że mnie oszukasz?! Widziałem to wszystko! Oboje nie chcieliście tego przerwać! Idioto, do ciebie nie dociera, co zrobiłeś Pat?! Tyle walczyliśmy o ten wasz związek, przecież ty sam o niego się biłeś jak o życie! Teraz wszystko zaprzepaściłeś!
-Wiem... – wymamrotałem cicho, wlepiając wzrok w chodnik – Wiem, nie powinienem... I co z tego? – zapytałem głupio – Co ja mam robić?
-O wszystkim jej powiedzieć – wysyczał brunet.
-Chyba zwariowałeś?! – jęknąłem rozhisteryzowany.
-No co?! Nawarzyłeś piwa, to teraz je chlej!
-Pierre – spojrzałem błagalnie na kumpla – Pierre, o tym, co się wydarzyło między mną a Kate wiedzą tylko trzy osoby: Ja, Kate i ty. Przecież ona o niczym się nie dowie...   – ponownie urwałem uciszony przez jego pięść. Zacząłem zastanawiać się nad tym, co znowu złego powiedziałem.
-Chcesz ją okłamywać?! Już i tak za dużo namieszałeś! David, ja nie mogę pozwolić na to, żebyś tak ją traktował! Może ty nie wiesz, bo tego nie przeżyłeś, ale to cholernie boli, jak na końcu dowiadujesz się o zdradzie! A jeszcze gorzej, kiedy o zdradzie mówią ci obce usta! Więc dla twojego i Pat dobra ogarnij się, okej?!
-Nie mogę tego zrobić – wyszeptałem – Pierre, ona znienawidzi Kate...
-Trzeba było wcześniej o tym myśleć – wysyczał brunet – Daję ci szansę, żebyś to naprawił, bo jesteśmy kumplami, ale nie mogę tego tolerować po tym wszystkim, co sam przeżyłem. Zresztą Pat jest dla mnie jak siostra...
Pierre urwał, zauważywszy, że ktoś otwiera drzwi. Na zewnątrz wyszły dwie dziewczyny, o kilka lat starsze od nas. Jedna z nich wyciągnęła z torebki papierosy i zapaliła, przyglądając się nam ciekawie.
-Daję ci dwa dni na załatwienie tej sprawy – specjalnie wyciągnął dwa palce, żeby pokazać mi, że to naprawdę niewiele czasu – Inaczej mleko zostanie rozlane. Nie będę milczał, rozumiesz? – powoli pokiwałem głową, wiedząc, że przy tych głupich laskach żadna dyskusja nie ma sensu. Pierre uśmiechnął się pokrzepująco i poklepał mnie po ramieniu jakby chciał mi powiedzieć, że dam sobie radę. Westchnąłem smutno – To jeszcze nie jest na straconej pozycji... – próbował mnie pocieszyć.
-Pierre... to bardziej skomplikowane niż myślisz...
Brunet przez moment wpatrywał się z nutką współczucia, a potem odwrócił się i ruszył ku drzwiom.
-Palenie powoduje raka płuc – oznajmił mijając tamte laski, które wciąż się na nas gapiły – A wścibstwo doprowadzi was do piekła. Więc jak chcecie tak szybko umrzeć, to radzę zastanowić się nad tym, co robicie – laski chyba nie zrozumiały, co mój kumpel miał na myśli, bo patrzyły na niego jak na kosmitę. On chyba nawet nie zwrócił na to uwagi – pomachał im od tyłu. Gdy już stał przy drzwiach, odwrócił się i spojrzał na mnie wyczekująco. Westchnąłem cicho pod nosem i ruszyłem ku jego osobie. Pierre miał rację, zawiniłem i powinienem ją przeprosić. Ale nie chce jej stracić. A z drugiej strony... co ja do jasnej cholery czuję do Kate?
***
Nigdy nie przepadałem za takimi imprezami właśnie dlatego, że zazwyczaj wszyscy się spijali i nawet nie miałem z kim pogadać. Poza tym zawsze po takiej popijawie budziłem się z doskwierającym kacem. Nienawidziłem tego.
Ostatniego wieczoru moje zdanie diametralnie się zmieniło. Pomimo dużej ilości alkoholu z chłopakami mogłem się dogadać i było naprawdę zabawnie. Nawet kac, który mnie obudził, nie zniszczył mojego dobrego humoru. Leżący obok mnie Pierre także już otworzył oczy i cicho narzekał na ból głowy. Trochę dalej od nas wciąż jeszcze spali nieprzytomni Seb, Jeff i Chuck. Ten ostatni miał krwawą krechę na pół twarzy. Spojrzeliśmy z brunetem po sobie zdumieni, zapewne w myślach zadając sobie to samo pytanie: Co myśmy robili ostatniej nocy? Żaden z nas nie znał na nie odpowiedzi.
-Ałaaa... – jęknąłem, próbując wstać, jednak nie zdołałem utrzymać równowagi – Kurde, wszystko mnie boli... – narzekałem. Pierre złośliwie się uśmiechnął.
-Trzeba było nie skakać wczoraj po wszystkich możliwych ławkach – chichotał, wstając z zadziwiającą prędkością. Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczyma. On tylko głośno się roześmiał, budząc tym samym wkurzonego hałasem Chucka.
-Oj banan – zachichotał brunet – Ty chyba nigdy nie byłeś na prawdziwej bibie.
-Nie wrzeszcz tak! – wrzasnął wielkoczoły, łapiąc się za głowę. Wokalista chciał nam coś odpowiedzieć, ale wtedy oberwał ode mnie brudną szmata w twarz. Dobrze wiedział, że nienawidzę tego przezwiska i to nie dlatego, że to w jakiś sposób mnie obrażało, ale po prostu czułem się niegodnym nazwania mnie przez nazwę tak szlachetnego owocu. I Pierre o tym doskonale wiedział, chciał po prostu mnie wkurzyć. Brunet dwoma palcami chwycił tę szmatę i spojrzał na nią z obrzydzeniem, a potem na mnie. W tym czasie ponownie próbowałem wstać, wspomagając się ścianą. Nie zauważyłem, jak obaj bruneci do mnie podbiegają. Dopiero poczułem, jak ktoś chwyta mnie za nogi i przewraca. Próbowałem jakoś bronić się rękoma, ale później Pierre, który związał mi już nogi, zabrał się za dłonie. Na koniec kpiąco się uśmiechnął i wsadził mi tę śmierdzącą szmatę do buzi. Moje wrzaski obudziły dalszą część SP, ale oni najwyraźniej też stwierdzili, że mi się należy. Na domiar złego Jeff wytrzasnął skądś aparat.
-Uśmiechy chłopaki! – zachichotał. Wszyscy na moment zastygliśmy w bezruchu z szerokimi uśmiechami. Po chwili znowu zacząłem się wierzgać, żeby mnie wypuścili. Po złożeniu uroczystej przysięgi, że już będę grzeczny, w końcu mnie uwolnili.
Wszyscy byliśmy tak padnięci, że dzisiejszego dnia postanowiliśmy odpuścić sobie próbę. Zresztą zrobienie jej z takim kacem i tak nie byłoby możliwe, chociaż przez cały czas siedzieliśmy w Chucka garażu. Każdy przestawał już kontaktować, chłopaki nawet postanowili mnie zaprowadzić do domu, żeby przypadkiem jakaś ciężarówka nie zrobiła ze mnie placka. Jakimś cudem udało mi się przemknąć do mojego pokoju, omijając czujny wzrok mojej mamy. Gdy tylko moja głowa dotknęła kanapy, powieki zasłoniły mi cały obraz.
***
Siedziałem na ławce w parku, co właściwie było już moją codziennością. Nie potrafiłem skupić się na żadnej konkretnej czynności, nawet gra z chłopakami nie do końca mi wychodziła. Pierre domyślał się, co dzieje się w mojej głowie. Dawał mi coraz więcej czasu, ale podejrzewałem, że jego litość niedługo się skończy. Musiałem porozmawiać z Pat. Kate w ogóle nie chciała się ze mną widywać, mówiła mi to kilkakrotnie. Najwyraźniej wzięła sobie do serca obietnicę, którą złożyła mojej dziewczynie. A ja byłem w kropce, nie miałem pojęcia,  jak to załatwić. Najlepiej przemilczeć całą sprawę, ale wtedy Pierre ukręciłby mi łeb. Jeśli zaś o wszystkim opowiem Pat znienawidzi nie tylko mnie, ale także Kate. Moja dziewczyna także to odczuwała, pytała, co się ze mną dzieje. Musiałem ją okłamywać, z czym także czułem się fatalnie. Dalej już tak nie mogłem. Ale... Co miałem robić dalej?
Postanowiłem jednak o wszystkim jej powiedzieć, ale dopiero po próbie. Powoli ruszyłem w stronę domu Chucka. Wiedziałem, że będę sporo przed czasem, ale perkusista SP zwykle tam siedział, więc przynajmniej mogłem przez parę minut z nim porozmawiać i na chwilę zapomnieć o swoich problemach.
Akurat szedłem przez podwórze, gdy kątem oka zauważyłem wesołego Comeau wyskakującego z domu. Natychmiast wszystkie moje myśli wyparowały z mojej głowy.
-Cześć, Dave! – zawołał wielkoczoły, wesoło do mnie machając – Pierre też już jest, mówił, że musi coś zrobić ze swoją gitarą, to dałem mu klucz, bo akurat obiad wcinałem. Także powinno być otwarte!

Przywitałem się z kumplem i razem ruszyliśmy ku drzwiom. Z ciekawością zapytałem o nasz następny koncert. Nadal słuchając Comeau, nacisnąłem na klamkę. Bez problemu dostaliśmy się do środka. Akurat odwracałem się, by powiedzieć o czymś Chuckowi, kiedy katem oka zauważyłem Pierre’a całującego się z jakąś laską. Z powrotem obróciłem głowę. Zamarłem. Rozpoznałem ją od razu, chociaż siedziała plecami do mnie. Nie mogłem się pomylić. 

1 komentarz:

  1. Należało się Davidowi!!!

    haha a z tą szmatą to mnie rozwaliłaś :D

    o kurcze... z kim całuje się Pierre? Z Pat? :O nie, no proszę napisz, że to nie z nią!!!
    Z niecierpliwością czekam na kolejny part :)

    OdpowiedzUsuń