czwartek, 28 marca 2013

PART XIII


-Bouvier, teraz ty sobie znalazłeś koleżkę do pogaduch? Może przy tablicy sobie pogadasz? Zapraszam, zadanie już czeka – wskazała dłonią puste miejsce przy tablicy. Mój kolega przeklął pod nosem, wziął swój podręcznik i czytając w pośpiechu treść zadania, ruszył w kierunku tablicy. Ja sam szybko się ogarnąłem i otworzyłem książkę. Przeczytałem to i z ulgą zauważyłem, że akurat w poprzedniej szkole pisałem z tego sprawdzian i dostałem z niego piąteczkę. Uniosłem głowę do góry. Pierre był w połowie drogi. Wyglądał jakby za chwilę miał zemdleć. W sumie nawet nie zastanawiałem się nad tym co robię. Wstałem, co zwróciło na mnie uwagę nauczycielki.
-To ja gadałem – przyznałem się bez skrupułów, zanim ona zdążyła otworzyć usta – To ja powinienem iść do tablicy, a nie Pierre. On nic nie zrobił.
-Tak ci śpieszno? – uśmiechnęła się wrednie kobieta – Dobrze, jesteś następny w kolejce. Myślę, że z Bouvierem za chwilę skończę...
-Powtarzam pani, że Pierre nie ma z tym nic wspólnego – zacisnąłem mocniej pięści pod ławką – On tylko mnie uciszył, bo paplałem jak najęty – skłamałem szybko – Pierre powinien zostać nagrodzony za swoją postawę. Proszę pani, to ja zawiniłem i nie zamierzam tego ukrywać. Jeśli ukaże pani Pierre’a, to będzie to bardzo niesprawiedliwe, gdyż ja osobiście, za pomocą własnego głosu przyznałem się do popełnienia winy. Mój kolega z ławki chciał dobrze, nie zgadzam się z tym, aby to on poniósł część mojej kary. Ja jestem winny i ja...
-Dobra! – przerwała mi chyba już trochę wkurzona kobieta – Dobra, chodź... Jak ty się tam nazywasz?  - schowała głowę w dzienniku, usiłując zapewne sobie o mnie przypomnieć.
-Desrosiers – podpowiedziałem nieśmiało – David Desrosiers. Dopiero dzisiaj dołączyłem do tej klasy.
-Ucisz się, bo zaraz znowu zaczniesz gderać! Przekonamy się, co wyniosłeś z poprzedniej szkoły. Bouvier, masz szczęście. Chociaż.. To chyba pech trafić na takiego... gadatliwego kolegę. No chodź tu De... Jak ty tam się nazywasz?
-Desrosiers – powtórzyłem cierpliwie, chwytając swój podręcznik i ruszając zdecydowanym krokiem ku tablicy. Pierre gapił się na mnie jakbym postradał zmysły. Ale nie powiedział nic, kiedy się minęliśmy. Czułem, że obserwuje każdy mój krok.
-Które zadanie? – zapytałem.
-Taki jesteś pewny siebie tak? – wymamrotała ona chyba nadal na mnie wściekła za charakter. Trafiła kosa na kamień. Przewróciła kartkę na drugą stronę – Proszę, dziesiąte jest dla takich jak ty.
Przekląłem cicho pod nosem. Specjalnie dała mi zadanie z gwiazdką, by mnie ośmieszyć. Przeczytałem szybko treść zadania, analizując je w myślach. Nie było trudne, a jednak czułem w nim haczyk. Zacząłem je rozwiązywać, starając się niczego nie pominąć. Ona nie zamierzała mi podpowiadać, obserwowała moje ruchy. Kiedy odsunąłem się od tablicy, zauważyłem, że uśmiecha się kpiąco.
-Źle, panie Desrosiers – prychnęła – Wszystko źle. Od samego początku do końca. I co, już nie jesteś taki pewny?
Z powrotem spojrzałem na tablicę. Szybko od nowa przeanalizowałem zadanie. Swojego błędu nie odnalazłem. Wydawało mi się, że wszystko zrobiłem tak jak powinienem.
-W takim razie chciałbym wiedzieć w którym miejscu się pomyliłem – oznajmiłem najzwyczajniej w świecie. Kobietę chyba wcięło, najwyraźniej dawno nikt nie zwracał się do niej w tak bezpośredni sposób. Przykro mi. Ja się jej nie bałem.
-Powinieneś to wiedzieć – oznajmiła chłodno, mierząc mnie wzrokiem.
-Być może tak, ale chodzę do szkoły po to, by się tego nauczyć. A pani ma obowiązek mi to wytłumaczyć.
Przez moment cała klasa zastygła, wpatrując się w czerwoną ze złości nauczycielkę. Wszyscy myśleli, że za chwilę zostanę przez nią ochrzaniony, ja sam przeklinałem w duchu swoją jadaczkę za to, że przez nią już pierwszego dnia trafię do pedagoga. W poprzedniej szkole zbyt często mi się to zdarzało.
-Ale proszę pani... – odezwała się jedna z dziewcząt z pierwszej ławki – W odpowiedziach jest taki sam wynik – chemiczka skierowała na nią swój wzrok, a ja podziękowałem w duchu.
-Odpowiedzi czasami są nieprawdziwe – wysyczała kobieta. Teraz już się na niej poznałem, wiedziałem, że nie potrafi przegrywać. Niestety ja także.
-Ale ja to rozwiązałam i mi także wyszedł ten wynik...
-Myślałam, że kto jak kto, ale ty jednak poprawnie to rozwiążesz – chemiczka zrobiła coś, czego prawdopodobnie nie robiła nigdy – wstała, wzięła do ręki kredę i zaczęła wyjaśniać, jak zrobić to zadanie. Zauważyłem, że posuwa się podobnymi do mnie krokami, tyle że ja trochę więcej mąciłem na tablicy. Koniec końców nasze wyniki były identyczne.
-Siadaj, Desrosiers – odparła ona, pochylając się nad dziennikiem. Nie zamierzała mnie przeprosić ani nawet przyznać mi racji. A ja nie zamierzałem się tym przejmować. Najważniejsze że oddało mi się jej dokopać.
Przez całą lekcję nie odzywałem się do Pierre’a ani Pierre do mnie. Starałem się uważać, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że teraz jestem nacelowany. Dopiero kiedy zadzwonił dzwonek i zaczął się normalny harmider, brunet, przechodząc obok mnie, powiedział, żebym zaczekał na niego po szkole. Byłem bardzo ciekawy, o czym on tak bardzo chce ze mną porozmawiać, domyślałem się, że chodzi mu o Kate. Z niecierpliwością czekałem na ostatnią lekcję. Tego dnia był to wf, a salę mieliśmy o kilka metrów oddaloną od szkoły. Dziewczyny na szczęście z nami nie ćwiczyły. Właściwie dla mnie nie miało to żadnego znaczenia, ale Pierre się nieco rozluźnił. Mimo to się do mnie nie zbliżył. Pomijając grę w siatkówkę.
Brunet przebrał się o wiele szybciej niż ja i wyszedł z szatni, zanim zdążyłem schować strój do ćwiczeń. Pospieszyłem się nieco, obawiając się, że zapomniał o naszej umowie. W biegu wcisnąłem spodenki do plecaka, drzwi same się za mną zamknęły. Ruszyłem nieco przyciasnym korytarzem ku wyjściu z Sali. Gdy już byłem na dworze, czujnie się rozejrzałem. Pierre’a nigdzie nie było, musiał rzeczywiście o mnie zapomnieć. Zanim zdążyłem pomyśleć nad tym, co dalej, usłyszałem gwizd. Ponownie się rozejrzałem, tym razem zauważyłem przemykającego bruneta. Bez wahania ruszyłem za nim. 
-Ale ty się ślimaczysz! – warknął mój kolega z klasy, ruszając ku kamienistemu płotowi. Wzruszyłem ramionami, zastanawiając się, o co tu chodzi.
-Nic nie rozumiem – wymamrotałem zniecierpliwiony tym wszystkim – Co tu się dzieje? Gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem z niepokojem, obserwując, jak chłopak wspina się na płot.
-Wracamy do szkoły – odparł Pierre, zeskakując na drugą stronę. Szkoła była oddalona od Sali. Żeby zdążyć na wf, musieliśmy wychodzić przed końcem przerwy z budynku. Westchnąłem cicho, przerzucając plecak do kumpla. Musiałem trafić prosto w jego głowę, bo po chwili usłyszałem jęk.
-Przepraszam! – krzyknąłem, wspinając się na płot i wysłuchując przekleństw bruneta. Na szczęście chłopak nie zamierzał się obrażać, chociaż powiedział mi, że poważnie zastanawia się nad tym, czy robi dobrze. Szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę szkoły.
-Czemu nie możemy pójść tam normalną drogą? – zapytałem – Pierre, wytłumacz mi, w co my gramy!
-Bystry z chemii to ty jesteś, ale chyba tylko z chemii – odparł brunet, prowadząc mnie jakąś ścieżką pełną kamieni. Potknąłem się chyba ze trzy razy – Myślenie musisz poćwiczyć. Nawiasem mówiąc dzięki za ratunek. Jestem ci dłużny, a ja nie lubię być dłużny. Ty mi uratowałeś dupę, to ja też to zrobię.
-Powiesz mi w końcu, gdzie mnie prowadzisz i po co? – warknąłem buntowniczo.
-Już ci mówiłem, że wracamy do szkoły, mam tam do załatwienia jedną sprawę. Ale musimy być tam pierwsi.
-Czemu?
-Rany, David... – burknął Pierre – Nikt nie może nas zobaczyć, czaisz?
-Nie za bardzo – powiedziałem powoli, usiłując to przemyśleć. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy.
-Nati jest o ciebie cholernie zazdrosna, naprawdę tego nie wiedziałeś? – pokiwałem przecząco głową zaszokowany przekazaną przez Pierre’a wiadomością. Jak można mi zazdrościć? W końcu jestem w najgorszym położeniu, w jakim mogę być. Jestem nowy. Nie znam nikogo, ani nikt mnie – No tak, w sumie prawda mogłeś tego jeszcze nie zauważyć. Zrobiłeś swoją osobą furorę. Po prostu jesteś inny... Niecodzienny. Na razie wszyscy cię obserwują, ale myślę, że za kilka dni będziesz znał każdego. Człowieku, wszyscy o tobie gadają, dziewczyny już się w tobie kochają.
-Ja?! – zapytałem jeszcze bardziej zdumiony – Ale... Co ja takiego zrobiłem?
-Nic – odparł zmęczony ciągłym tłumaczeniem Pierre. Zza drzew już wyłaniał się budynek szkoły – Ty po prostu jesteś, żyjesz. Pojawiłeś się nagle, spadłeś z nieba. I jesteś sobą. To naprawdę rzadkość w naszej szkole. I... Mam nadzieję, ze taki pozostaniesz.
-Okej... Chyba rozumiem. Ale co do tego wszystkiego ma twoja dziewczyna?
-Już ci mówiłem, jest zazdrosna. Po raz pierwszy ktoś zdobył większą popularność niż ona. Znienawidziła cię. Naprawdę cię znienawidziła. A jeśli ona cię znienawidziła, to pół szkoły może także cię nienawidzi. Większość ludzi to zwykli sprzedawcy, nie ufaj pierwszej lepszej osobie. Słuchaj, ja nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał. Nie mogę się z tobą otwarcie widywać. Chciałem tylko, żebyś wiedział, w co chcesz się pakować.
-Co? – zapytałem głupio. Prawie nic z tego wszystkiego nie rozumiałem.
-Później ci wyjaśnię – uciął krótko, gdy dotarliśmy do szkoły. Akurat zadzwonił dzwonek kończący lekcję. Nie mówiłem nic, wlepiając wzrok w pilnie wpatrującego się w wejście do budynku Pierre’a i zastanawiając się, po co my tu stoimy. Po chwili brunet odetchnął z ulgą i ruszył ku trójce chłopaków, których znałem jedynie z widzenia. Przez moment zawahałem się, nie wiedziałem, czy mam iść za nim, czy czekać. W końcu machnąłem dłonią i dobiegłem do niego.
-Patrzcie, Pierre! – wrzasnął wielkoczoły – Zwykle to my musimy czekać, aż ty się ruszysz!
Brunet olał zaczepkę.
-Słuchajcie, mogę przyjść trochę później? – zapytał nerwowo.
-No jasne – odparł wesoło błękitnooki, przyglądając mi się uważnie. Nie uszło to także uwadze Pierre’a.
-To jest David – przedstawił mnie pospiesznie. Oni chóralnie odpowiedzieli:
-Wiemy! Już o tobie słyszeliśmy!
-To są Jeff, Chuck i Seb – Bouvier po kolei wskazywał dłonią swoich kolegów, nie zważając na moje zmieszanie.
-Cześć! – wyszczerzyli się wszyscy trzej, po kolei wyrywając sobie moją dłoń z uścisku – Naprawdę miło nam cię poznać... Słyszeliśmy o tej akcji z chemiczką...
-Dobra, pogadacie sobie innego dnia – przerwał chłopakom paplaninę Pierre – Chodźmy, nie ma czasu do stracenia. W takim razie ja będę za jakieś dwie godziny – brunet obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem ku parkowej ścieżce. Chcąc nie chcąc pożegnałem się z Jeffem, Chuckiem oraz Sebem i znowu dobiegłem do zdyscyplinowanego Pierre’a.
-Gdzie idziemy? – zapytałem zaciekawiony – Znowu wracamy na salę?
-Nie tym razem – odparł chłopak, przeskakując przez wielkiego kamienia. Czułem się trochę jak w grze komputerowej, której finału nie znałem.
-Przestań bawić się w ciuciubabkę! – warknąłem. Pech chciał, że akurat oberwałem jakąś gałęzią w twarz, przez co on nie wziął mojej groźby na poważnie, tylko chichotał cicho pod nosem. Szedł coraz głębiej w ten park, już nie według ścieżek, tylko przez krzaki i bagna. Nie chciałem na siebie patrzeć po tych jego spacerkach. Modliłem się tylko, żeby mama z domu mnie nie wyrzuciła.

1 komentarz:

  1. oh David <3 Przydałby mi się ktoś taki w klasie ;D Bo niektórzy nauczyciele naprawdę przeginają :/

    Siatkówka <3

    Jestem bardzo ciekawa cóż ten Pierre wymyśla... ;)

    OdpowiedzUsuń