czwartek, 29 sierpnia 2013

PART XLI

Westchnąłem cicho, chwytając torbę. W ciszy wciskałem na siłę swoje ubrania i rzeczy do środka. Blondyn położył się na łóżku i obserwował moją walkę z zamkiem, który oczywiście nie chciał się domknąć.
-Może poskładasz swoje ciuchy? – zapytał delikatnie, kiedy za cholerę nie mogłem sobie poradzić z tą torba. Spojrzałem na niego piorunującym wzrokiem, a po chwili zrozumiałem, że jego rada może być pomocna. Czerwony ze złości, że sam na to nie wpadłem, z powrotem wszystko wyrzuciłem i zacząłem pokornie składać. Blondyn westchnął i chyba z nudów wspiął się na moje łóżko i zaczął mi pomagać. Wtedy po raz kolejny dotarło do mnie, że to nie ja powinienem być ojcem dziecka Pat. Zarumieniłem się. Znowu zaczynało mnie to dręczyć. W ostatnim czasie nie miałem w ogóle czasu, żeby myśleć o swoim życiu. Tymczasem zegar ciągle chodził. Dni mijały, a moja dziewczyna niedługo miała urodzić.
-Pierre, co ty taki zamyślony? – usłyszałem pytanie Dave’a. Westchnąłem cicho, szybko główkując nad odpowiedzią, która nie byłaby kłamstwem.
-Myślę... Myślę o dziecku – wymamrotałem, składając koszulkę – Ja... cholera, chyba się boję. Chyba... nie jestem gotowy, żeby zostać ojcem.
-Przestań, Pie – blondyn poklepał mnie po plecach, szeroko się uśmiechając – Kto inny miałby zająć twoje miejsce? – zapytał. Jakimś cudem powstrzymałem się przed odpowiedzią, że on – Dasz sobie radę, kochasz Pat, a Pat kocha ciebie. We dwójkę poskromicie nawet dziecko – zachichotał, a potem westchnął. Przez moment milczeliśmy, potem on jeszcze dodał – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ja tobie teraz zazdroszczę...
-Zazdrościsz? – powtórzyłem, czując się jeszcze gorzej. Spojrzałem na kumpla ze zdumieniem, ale on tego nie zauważył, bo akurat patrzył na szarą koszulkę, która na pewno nie należała do mnie.
-Jak cholera – wymamrotał – Wiesz, że Jeff ma identyczną koszulkę? – zauważył, przegryzając dolna wargę.
-To musi być jego – zabrałem mu tę część garderoby i rzuciłem na łóżko właściciela – Czego mi zazdrościsz?
-No... wszystkiego – odparł trochę smutny blondyn, chwytając moje spodenki – Będziesz mógł... robić z nim wszystko. Nauczysz go grać na perkusji i w hokeja...
-Karmić, sprzątać kupy, wysłuchiwać płaczu.... – wymieniałem dalej, bardziej zniechęcony niż on.
-Daj spokój – prychnął mój kumpel, wrzucając poskładane spodenki do mojej torby – To sama przyjemność opiekować się takim bobasem. Za dwadzieścia lat zobaczysz, jaki będziesz z niego dumny!
-Taa... – odparłem niechętnie, odkładając ostatnią parę slipek – Dzięki za pomoc – dodałem, opierając się o ścianę i prostując nogi. Dave zrobił to samo. Przez jakiś czas siedzieliśmy w ciszy. Wciąż walczyłem ze sobą, toczyłem bój pomiędzy dziewczyną a kumplem. Cholernie zależało mi na nich obu. Nikogo nie chciałem ranić. Tego dziecka też nie.
-Słuchaj Pierre – usłyszałem nieśmiały głos blondyna – Tak sobie myślę... Jakie to uczucie dowiedzieć się, że będzie się ojcem? Pewnie cholernie podniecające, nie?
Wtedy coś we mnie pękło. Spojrzałem na Dave’a i uznałem, że to koniec, że dłużej już nie mogę tego trzymać w sobie. Zdecydowałem, że prawda musi wyjść na jaw, bo kiedyś i tak wszyscy się dowiedzą. To po prostu nie miało sensu. Szczególnie jeśli chodzi o jego dziecko. Ono też ma prawo wiedzieć.
-Kurde – wybąkałem chyba bardziej do siebie niż do niego – Kurde, przecież ja nie mogę żyć w kłamstwie.
-Co? – zdziwiony blondyn uniósł jedną brew do góry. Przypomniałem sobie o jego obecności. Ręce zaczęły mi drżeć. Przekląłem cicho pod nosem, powtarzając sobie, ze muszę mu to powiedzieć.
-To nie ja jestem ojcem tego dziecka – wydusiłem z siebie. Nie mogłem dokończyć wypowiedzi. Szczerze mówiąc nie myślałem, że to będzie aż tak bardzo ciężkie. Kątem oka zauważyłem zaskoczone spojrzenie mojego kolegi. Odczytałem to pytanie z jego oczu wcześniej, ale dopiero gdy zadał je na głos, byłem w stanie na nie odpowiedzieć:
-Więc czyje to dziecko?
-Twoje.
Dave’a oczy momentalnie się rozszerzyły, właśnie z nich odczytałem, że takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Był tak bardzo zaszokowany, że nie mógł się poruszyć. Gapił się na mnie jakby myślał, że za chwilę wybuchnę śmiechem i powiem, że to żart. Nie zamierzałem tego zrobić, miałem dość okłamywania go.
-N... Naprawdę? – zająkał się biedak. Pokiwałem głową w milczeniu – A... Ale... Jakim... cudem? Cholera... – wymamrotał – N... No tak... To możliwe... A... Ale dlaczego... Nikt nic mi nie powiedział?
-Ona bała się – odpowiedziałem z wyrzutami sumienia – Bała się, że odbierzesz jej dziecko.
Blondyn przegryzł dolną wargę i ześlizgnął się z mojego łóżka. Zaczął krążyć po przyciasnym pokoiku. Nie mogło to do niego dotrzeć, tak jak i do mnie to, że naprawdę puściłem farbę. Dave mamrotał coś do siebie, po chwili nie wytrzymał i wyszedł. Rozumiałem jego zachowanie i nie zamierzałem go gonić. Powinien sam to wszystko poukładać sobie w głowie. Położyłem się na łóżku i wlepiłem wzrok w sufit. Nie potrafiłem wyobrazić sobie reakcji Pat na to wszystko. Bałem się wracać do Montrealu. Nie chciałem się z nią kłócić, a wątpiłem w to, by ona zachowała spokój.
Nagle usłyszałem czyjeś kroki i żywy śmiech. Za chwilę do naszej wspólnej sypialni wpadli Seb, Chuck i Jeff, wszyscy kompletnie pijani.
-Spać, Pierrrrrrrrnik! – wrzasnęli chórem – Spać trzeba, bo energia się kumuluje i...
Dalsze i gadanie od rzeczy uciszyłem, rzucając poduszką w perkusistę, który spadł na łóżko, głową uderzając o jego kant. Gitarzyści chyba chcieli mi oddać, ale nie mogli podnieść poduszki, która w rzeczywistości była torbą Davida. Głośno zarechotałem.
***
Powrót do Montrealu okazał się być jeszcze spokojniejszy niż zwykle. Tym razem ciężarówkę wziął David, który, jako jedyny poza mną nie miał kaca. Chłopaki się kurowali. Radość sprawiało mi włączenie radia i jego ciągłe podgłaśnianie. Po jakimś czasie jednak i to przestało mnie bawić. Droga minęła nam dziwnie szybko, co bardzo ucieszyło chłopaków, a mnie zasmuciło, bo już niedługo miałem spotkać się ze swoją dziewczyną i o wszystkim jej powiedzieć. A chciałem ten moment jak najbardziej oddalić, bo coraz bardziej się tego bałem. Dlatego wlokłem się o wiele bardziej niż reszta chłopaków.
Wydawało mi się, że minęło zaledwie pięć minut od naszego przyjazdu do czasu, w którym stałem pod jej drzwiami. Westchnąłem ciężko i niepewnie zapukałem dwa razy. Z bijącym serduchem zastanawiałem się, co mam jej powiedzieć. Wiedziałem, że nie ma co zwlekać, że muszę wyprzedzić Davida w poinformowaniu jej, jak wygląda sytuacja. Otarłem pot z czoła. Nie miałem zielonego pojęcia, jak zacząć rozmowę. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, a ja nadal się wahałem nad tym, jakich użyć słów.
-Cześć, Pierre – odezwała się pierwsza z podejrzanym chłodem w głosie. Oparła się o framugę drzwi, wpatrując się we mnie wyczekująco. Przez moment zamarłem, zaskoczony tym zimnym prysznicem. Zrozumiałem, że jednak się spóźniłem, David już musiał się z nią jakoś skontaktować. Nic dziwnego.
-Cześć, Pat – przywitałem się, chcąc ją pocałować. Odsunęła głowę – Przyszedłem się przywitać. No i pogadać – dodałem po krótkiej chwili.
-Chyba nie mamy o czym gadać – odparła chłodno dziewczyna, mierząc mnie wzrokiem. Uniosłem brwi do góry, po raz kolejny zaskoczony jej bezpośredniością. Przekląłem cicho pod nosem. To wyglądało gorzej niż myślałem.
-Nie mamy? – powtórzyłem głupio, brakowało mi pomysłu na odpowiedź.
-Nie mamy – prychnęła dziewczyna, prostując się – Pierre, obiecałeś mi. Obiecałeś mi, że mu nie powiesz.
-A myślisz, że łatwo było żyć pod jednym dachem z kimś, kogo się ciągle okłamuje, w dodatku z kimś, kogo uważa się za przyjaciela? Postaw się w mojej sytuacji. Myślisz, że ja nie próbowałem się powstrzymać?
-Skoro wszystko wyszło na jaw, to najwidoczniej za mało się starałeś!
-Przestań, przecież z tym walczyłem. Przez cały czas milczałem.
-Do czasu! – warknęła ona.
-Bo to tak naprawdę bardziej skomplikowane niż myślisz! – krzyknąłem, reagując tym samym na jej wrzask. Zaczynało mnie denerwować jej zachowanie – Dave jest moim przyjacielem! Zresztą on lepiej nadaje się na ojca niż ja!
-Czyli ja i dziecko jesteśmy dla ciebie mniej ważni niż postawa wobec Dave’a!? – warknęła dziewczyna, w jej oczach pojawiły się łzy. Przekląłem siebie w myślach. To nie tak miało wyglądać. Nie chciałem doprowadzać jej do takiego stanu.
-Jak możesz o coś takiego pytać? – zapytałem cicho i ze smutkiem – Jak możesz kazać mi wybierać między sobą a przyjaciółmi? Doskonale wiesz, że wszyscy są dla mnie tak samo ważni.
-Przestań tak mówić, nie jestem ślepa! – dziewczyna wybuchnęła głośnym płaczem, co już w ogóle mnie rozwaliło. Chciałem delikatnie ją przytulić, ale ona odskoczyła ode mnie jak poparzona – Pierre, ja wszystko widzę! Ja już się tobie znudziłam! Nie chcesz być ze mną!
-Proszę cię, uspokój się, to nieprawda – próbowałem jakoś ugasić tę sytuację, ale było już za późno.
-Jaka nieprawda?! Nie udawaj, że cokolwiek do mnie czujesz! Wiem, że to kłamstwa! To się czuje, rozumiesz?! JA wiem, że ty mnie już nie kochasz!
-Pat, ochłoń trochę, zastanów się nad tym, co mówisz...
-Doskonale wiem, co mówię i wiesz, co? To koniec, rozumiesz?! Jesteś wolny! idź i się ciesz!
-Co? – szeroko otworzyłem oczy ze zdumienia – Koniec? – powtórzyłem głupio – Ale jak... Dlaczego?
-Bo nasz związek jest chory, nie widzisz tego?! Ty mnie nie kochasz, byłeś ze mną tylko ze względu na to dziecko. Teraz masz to z głowy, w końcu David się wszystkim zajmie, nie?!
-Pat, ja ciebie kocham, nigdy bym tobie czegoś takiego nie zrobił...
-Kochasz mnie?! To dlaczego nie dotrzymałeś tajemnicy?! Co to za miłość?! No sam powiedz, co to za miłość!?
-Już tobie mówiłem, że to wcale nie ma nic do naszej miłości – tymi słowami tylko wbiłem ostatni gwóźdź do trumny. Od razu poznałem to po minie Pat.
-Skoro tak uważasz, to ja nie mam pojęcia, o co my tak właściwie się sprzeczamy – warknęła ona, cofając się i zamykając drzwi.

-Pat, zaczekaj, porozma... – zdążyłem jeszcze krzyknąć, ale właściwie to było na nic. Próbowałem wślizgnąć się do jej mieszkania, ale zamknęła drzwi na zamek, więc nie mogłem nic zrobić. Ale przez cały czas próbowałem się do niej dobić. Pukałem, błagałem, krzyczałem, by mnie wpuściła, żebym tylko mógł z nią porozmawiać. Koniec końców wrzasnąłem, że się stąd nie ruszę, dopóki nie zobaczę jej twarzy. I naprawdę zamierzałem tak zrobić. Usiadłem przed drzwiami i czekałem, powtarzając, że nie odpuszczę. Dopiero jej rodzice, którzy do mnie wyszli, zdołali mnie wygonić, mówiąc, że Pat musi ochłonąć i się uspokoić, a przy mnie nie ma takiej szansy. Przyznałem im rację, pomyślałem, że jeśli Pat się z tym prześpi i to przemyśli, na pewno zmieni zdanie. Co i tak nie odmieniło mojego paskudnego humoru. Latałem jak struty po Montrealu, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. Cholernie zabolały mnie słowa Pat, przecież wiedziała, że ją kocham. Dlaczego w to wątpiła? Czy ona się bała? No tak, to mogłaby być odpowiedź. Po tym wszystkim, przez co przeszła z Davidem, pewnie wolała być ostrożna. Ale była zbyt ostrożna. Przecież ja nie zrobiłem nic złego, by od razu rozbijać nasz związek. 

1 komentarz:

  1. Moim zdaniem Pierre bardzo dobrze zrobił!!
    Przecież Dave nie zabierze im dziecka, nie może...
    A Pat trochę (nawet bardzo) przesadza.

    OdpowiedzUsuń