piątek, 9 sierpnia 2013

PART XXXVI

Musiałem nieźle zblednąć, bo Chuck aż się przestraszył. Dopiero gdy zza mojego ramienia zerknął do środka, zrozumiał, co się ze mną działo. Przeklął głośno, co obudziło parę, która wtedy zauważyła naszą obecność. Wtedy wszystko do mnie dotarło. Już wiedziałem, dlaczego Pierre’owi tak bardzo zależało, żebym o wszystkim powiedział Pat. Zacisnąłem mocniej pięści. Złość we mnie wzrastała i chyba było to po mnie widać.
-Nazywasz mnie debilem... – wysyczałem, usiłując jeszcze jakoś się pohamować. Pierre próbował mi przerwać, ale nie zważałem na to - ... a sam nie jesteś lepszy. Jak ty mogłeś... – nie potrafiłem dokończyć tego zdania. Brunet ponownie chciał coś powiedzieć, znowu to olałem – Jeszcze gdyby to był ktoś inny... Ale przecież ja ciebie uważałem za kumpla! Cholera, Pierre! JA... W głowie mi się to nie mieści! Chciałeś wykorzystać mój błąd, tak!? To trwało dłużej, prawda?! Oboje to uknuliście!
-Co?! O co ci cho..
-Chcieliście mieć wolną drogę, tak? Przeszkadzałem wam?! Chcieliście winę zniszczenia związku z Pat zrzucić na mnie, mnie oczernić!?
-Dave!
-Ja już wszystko wiem, nie chcę was słuchać – obróciłem się na pięcie, stając twarzą w twarz z Chuckiem. Wtedy sobie uświadomiłem kolejną rzecz – Ty też byłeś w to zamieszany? – mój przyjaciel nie musiał odpowiadać, wiedziałem, że zaprzeczy. Ale ja nie potrafiłem wierzyć w jego niewinność. Głośno prychnąłem i przecisnąłem się obok niego.  W głowie miałem jeden wielki mętlik. Musiałem to sobie poukładać z daleka od nich wszystkich.
-Dave... – ktoś złapał mnie za ramię. Zamaszyście obróciłem się na pięcie.
-Zostaw mnie w spokoju – wysyczałem tak zjadliwie, że brunet aż cofnął się o krok. Za chwilę jednak ponownie próbował mnie zatrzymać – Odwal się ode mnie! – wrzasnąłem. Wiedziałem, że Pierre sam z siebie by się nie odczepił, ale zauważyłem, jak Chuck szepcze mu do ucha, żeby dał sobie spokój. Znowu się odwróciłem i tym razem nieco szybszym krokiem ruszyłem w stronę miasta, usiłując to wszystko sobie poukładać w głowie. Przez kilka godzin łaziłem bezcelowo po  Montrealu. W końcu trafiłem do parku. Ludzie spacerowali, trzymając się za dłonie, bachory hałasowały, a jakieś przygłupie nastolatki łaziły zachowując się jakby pochodziły z dżungli. Przysiadłem w takim miejscu, bo nie miałem już ani sił ani ochoty na łażenie. Po chwili to wszystko przestało mi przeszkadzać. Znowu zaatakowały mnie moje myśli. Wciąż zadawałem sobie te same pytania i nie mogłem znaleźć na nie odpowiedzi. Powoli wszystko zaczynało do mnie docierać. Straciłem wszystko. Kumpli, zespół, miłość, szczęście. Zadrżałem. Podkuliłem nogi i oplotłem je rękoma. Nie miałem pojęcia, co dalej robić,  nie miałem żadnego planu na życie. Wlepiłem wzrok w spadający liść. Uratować mógł mnie już tylko cud.
I cud ten wydarzył się, bo nie miałem pojęcia, jak inaczej miałbym nazwać jej pojawienie się. Akurat tego potrzebowałem. Jej głosu i jej słów pocieszenia. Jedynej osoby, której wciąż mogłem ufać.
-David... – ta barwa sprawiła, że otworzyłem oczy. Nie wierzyłem w to, że akurat tędy przechodziła, że w ogóle zwróciła na mnie uwagę, bo w końcu po naszej ostatniej rozmowie nie spodziewałem się, że będzie chciała mnie jeszcze widzieć. Myślałem, że to moja wyobraźnia, dlatego wciąż nie unosiłem głowy do góry.  Dopiero gdy poczułem jej dotyk, zrozumiałem, że naprawdę siedzi tuż obok. Posmutniałem. Chyba wolałem, by stąd odeszła, zostawiła mnie samego. Po prostu nie chciałem kolejnego rozczarowania.
-Zostaw mnie, Kate – wymamrotałem – Miałaś rację, nie powinniśmy się spotykać.
-Jak ja potrzebowałam pomocy, zawsze przy mnie byłeś. Pozwól teraz mi tobie pomóc – odparła ciepło. Uniosłem głowę do góry i spojrzałem w jej lśniące oczęta. Moje serce podejrzanie zakołotało. Ona trochę z litością się we mnie wpatrywała. Musiałem wyglądać jeszcze gorzej niż się czułem, bo po chwili ona przyciągnęła mnie do siebie i mocno przytuliła. Tego mi brakowało. Ciepła przepełnionego nadzieją. Właśnie tego, co ostatnio zaginęło w związku moim i Pat.
-Dlaczego? – zapytałem cicho, ale po chwili zamilkłem, nie za bardzo wiedząc, jakie mam zadać pytanie. Tyle mi się ich kłębiło w głowie, że nie mogłem się zdecydować na jedno. A zapewne i tak Kate na żadne nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Dziwny ciężar pojawił się w moim sercu, ale nie miałem pojęcia, jak się go pozbyć.
-Wygadaj się – poradziła mi mądrze – Ulży tobie.
Wtedy coś we mnie pękło. Wszystko, co mnie w jakiś sposób raniło,  w jednym momencie ze mnie wyleciało. Opowiedziałem jej dosłownie o wszystkim. Miała rację, cholernie mi ulżyło. Może nie sprawiło to, że przeszłość zniknęła, ale przynajmniej wiedziałem, że mam wsparcie, że mam osobę, z którą mogę porozmawiać.
-Zaczyna padać – wyszeptała ona, nadal przytulając mnie do swojej piersi. Delikatnie zmusiła mnie, bym normalnie usiadł. Rzeczywiście kropiło. Wcześniej nie zauważyłem ciemnych chmur nad blokami. Kate wstała, chwytając mnie za rękę – chodźmy! – zawołała entuzjastycznie. Spojrzałem na nią zdumiony. Spodziewałem się, że będzie chciała iść, ale nie ze mną – No rusz się, bo nie zdążymy!
-Ale gdzie? – zapytałem głupio, powoli wstając. Ona z szerokim uśmiechem zaczęła biec, ciągnąc mnie za sobą.
-Do mnie! Przecież mieszkam tutaj! No pospiesz się! – krzyknęła Kate. Gdzieś za nami rozległ się głośny grzmot. Nadchodziła burza. Przyspieszyliśmy kroku. Deszcz robił się coraz bardziej gęsty, wokół nas błyskało i grzmiało. Po chwili nie widziałem już drogi, którą biegłem. Gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy przemoczeni do suchej nitki, chociaż wcale nie biegliśmy tak długo. Kate nie mogła trafić kluczem do dziurki drzwi od swojego mieszkania, tak bardzo drżała z zimna. Zresztą ja też pewnie miałbym ten sam problem.
-Nie ściągaj butów – powiedziała, gdy wreszcie znaleźliśmy się w środku – I tak dawno tutaj nie sprzątałam – zachichotała. Spojrzałem na nią i wybuchłem głośnym śmiechem. Ona także się roześmiała, chociaż nie wiedziała, o co mi chodzi.
-Wyglądasz jak topielica! – śmiałem się. Ona natychmiast spoważniała i odwróciła się do lustra. Ujrzawszy własne odbicie, krótko wrzasnęła i zaczęła poprawiać fryzurę, co właściwie nie miało żadnego sensu, bo wcale nie pomagało.
-Twój wygląd wcale nie jest lepszy! – prychnęła, zauważając, że ja wciąż się śmieję. Spoważniałem i zacząłem naśladować jej ruchy, co oczywiście nie uszło jej uwadze -  Debil! – warknęła, rzucając we mnie klapkiem i również wybuchając głośnym śmiechem. Już chwytała drugiego, ale ja zdążyłem ukryć się za kanapą, zręcznie ją przeskakując. Niestety akurat stopą trafiłem na skórkę po bananie, przez co się poślizgnąłem i głową zahaczyłem, o kant stolika. Przez moment Kate wpatrywała się we mnie z przerażeniem, widząc jednak, że nic mi nie jest, znowu zaczęła się śmiać.
-Napijesz się czegoś? – zapytała po jakimś czasie, nadal chichocząc pod nosem.
-Martini z dodatkiem likieru czekoladowego i dwoma kostkami lodu! – zawołałem.
-A może jeszcze gwiazdkę z nieba? – prychnęła, ruszając w stronę kuchni.
-Jedną już mam – krzyknąłem. Oczywiście miałem na myśli właśnie ją. Odpowiedzi nie usłyszałem, za to dziewczyna chwilę później zjawiła się z butelką wina w dłoni. Razem usiedliśmy na kanapie, żartując z siebie nawzajem. Bez problemu otworzyłem butelkę i podałem ją Kate. Ta bez żadnego skrępowania wzięła potężnego łyka prosto z butelki.
-Wybacz, że tak bez kieliszków – powiedziała, oddając mi wino – Ale wszystkie są brudne. Jeśli ci zależy, możesz sobie wymyć.
-Nie chcę – odparłem, również pociągając potężnego łyka z butelki – Takie smakuje najlepiej.
Po tej krótkiej wymianie zdań zamilkliśmy. Wina powoli zaczynało ubywać, podawaliśmy sobie butelkę z rąk do rąk. Mordercza cisza powoli zaczynała mnie przytłaczać, dla Kate chyba też nie była rozwiązaniem na rękę. Luz sprzed kilku minut zniknął. Czułem jedynie dziwne napięcie.
-Dave – odezwała się wreszcie dziewczyna – Słuchaj... Porozmawiaj z chłopakami, okej? Być może tutaj jest klucz. Tylko... Tylko wiesz... Bez krzyków. Inaczej nigdy nie dojdziecie do porozumienia. Po prostu wysłuchaj, co oni mają do powiedzenia. Obiecasz mi to? – zauważyłem jej wzrok pełen nadziei. Nie potrafiłem jej odmówić. Nie potrafiłem odmówić tym oczom.
-Obiecuję – odparłem, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robię. Upiłem spory łyk z butelki. Znowu zapadła ta cholerna cisza. Chyba przez przypadek ponownie spojrzałem w jej oczy. Wtedy mnie poniosło. Nie wiem, dlaczego, nie wiem, co mną kierowało. Poczułem to coś, czego nie potrafiłem określić słowami. Nie mogłem powstrzymać własnych uczuć. Dosłownie się na nią rzuciłem, łącząc nasze usta w gorącym pocałunku. Przez moment dziewczyna się wahała, ale nie przerwała tego, a nawet zaczęła oddawać moje pocałunki. Chyba wszystko przez to cholernie wino, nie panowaliśmy  nad sobą. Zmusiłem ją, by zmieniła pozycję na leżącą. Jej dotyk był dla mnie tak cudowny i tak wytęskniony, że pragnąłem go więcej. Świat się rozmył, liczyliśmy się tylko my. Jej oczy wydawały się płonąć, widziałem w nich radość, tę samą radość, którą widziałem wtedy. Chciałem się z nią połączyć, być z nią tą samą duszą i chyba nam się to udało. To jej dłonie wszystko rozpoczęły, to one błądziły po moich plecach, to one zdarły ze mnie koszulkę. Dalej już wszystko samo się potoczyło, podniecenie wzięło nad nami górę. Już znałem odpowiedzi na wszystkie pytania. Ona mnie kochała. Kochała mnie, dlatego wtedy wróciła. Nie wiedziała o tym i myślała, ze panuje nad uczuciem. Tymczasem to przez cały czas między nami wzrastało. I rozpad związku mojego i Pat to wcale nie była czyjaś wina. Po prostu ja i Pat się w sobie zadurzylismy, a potem między nami to coś zniknęło.
***
Bałem się otworzyć oczy. Bałem się, że wszystko co się wydarzyło, to tylko moja chora wyobraźnia, że jak uniosę powieki do góry, wszystko zniknie i wróci szara codzienność, czyli bieg na próbę, a potem spotkanie z Pat. A ja chyba tego nie chciałem. Teraz już byłem pewien, że kocham Kate.
Mimo wszystko w końcu odważyłem się otworzyć oczy. Ku mojemu zdziwieniu nie znajdowałem się we własnym pokoju, a w obcym mieszkaniu. Uśmiechnąłem się szeroko. Czyli to się stało naprawdę. Ja i Kate naprawdę spędziliśmy ze sobą cudowną noc. Leniwie się przeciągnąłem. Rozejrzałem się, spodziewając się ujrzeć gdzieś w pobliżu dziewczynę. Rozczarowałem się, bo akurat w tym pokoju jej nie było. Wstałem, wyczuwając lekki niepokój. Zawinąłem się w koc i wyruszyłem na jej poszukiwania, mając nadzieję, że jednak jest gdzieś w domu. Przeszukałem całe mieszkanie, ale bez skutków. Nie znalazłem żadnej żywej duszy. Znalazłem za to coś, co cholernie mnie przestraszyło i stworzyło nowy, kolejny mętlik w głowie.

Popełniliśmy błąd. Nie szukaj mnie, nie przychodź tu nigdy. Klucze zostaw w skrzynce


 Odczytałem po raz setny tę wiadomość, zastanawiając się, o co tu do jasnej cholery chodzi. Popełniliśmy błąd? Przecież ona też tego chciała, przecież ona mnie kocha! Dlaczego nie możemy być razem? Dlaczego ona uciekła? 

1 komentarz:

  1. Chyba naprawdę tak to wszystko musiało się potoczyć... skoro on i Pat się nie kochali...
    Żeby tylko pogodził się z chłopakami...
    No i żeby Kate mu wszystko wyjaśniła, bo tak być nie może!

    OdpowiedzUsuń