sobota, 17 sierpnia 2013

PART XXXVIII

Starałem się nie odstępować nawet na krok Kate. Wiedziałem, że teraz ona szczególnie potrzebuje mojej osoby. Całe swoje życie poświęciłem jej. Staraliśmy się żyć normalnie, tak jak przed tym, jak o wszystkim się dowiedziałem. Dopiero teraz zauważyłem objawy choroby.  Na szczęście udało mi się namówić ją na leczenie, więc przez cały czas poświęcałem się poszukiwaniu fundacji, która zgodziłaby się sfinansować leczenie.  Gdy już takową znalazłem, okazało się, że potrzebne są jakieś papiery. Tak zeszło mi kilka tygodni. Nie myślałem o niczym innym, tylko o Kate. I to właściwie było dobre, nie miałem czasu, żeby myśleć o czymkolwiek innym. Ja sam badania mogłem przeprowadzić dopiero po jakimś czasie. Cholernie się bałem ich wyniku, ale musiałem go poznać.
Tego dnia nie miałem co ze sobą zrobić. Kate leżała w szpitalu, lekarz powiedział mi, że robią jakieś badania, które będą trwały przez cały dzień, więc nie mam na co czekać. Na początku mimo wszystko nadal tam siedziałem, ale po jakimś czasie uznałem, że to nie ma sensu. Wyszedłem ze szpitala i wtedy dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, co dalej robić. Z Kate już wszystko było dopięte na ostatni guzik, sprawdzałem to kilkakrotnie. Nie mogłem wrócić do domu, bo wiedziałem, że myśli o mojej chorobie mnie dopadną, bo dopadały zawsze. A nie mogłem o tym myśleć, przecież musiałem udawać przed Kate, że jestem dobrej myśli. To było cholernie trudne, chyba najtrudniejsze. Przez cały czas się uśmiechać i powtarzać, że trzeba żyć teraźniejszością.
Nogi same przywlekły mnie pod dom Chucka. Wtedy przypomniałem sobie o obietnicy, którą złożyłem Kate. Że porozmawiam z kumplami. Do dzisiaj nie rozmawiałem. Już wiedziałem, że zachowałem się jak idiota, Pierre po prostu zakochał się w Pat, tak jak ja zakochałem się w Kate. Ale wiedziałem też, że chłopaki pewnie by mi nie wybaczyli, ja sam pewnie bym sobie nie wybaczył. Mimo wszystko coś kazało mi tutaj zostać. Usiadłem na krawężniku, bawiąc się piaskiem. Tęskniłem. Cholernie tęskniłem za grą na basie, za naszymi wyjazdami, za naszym śmiechem, za tą jednością, którą rozwaliłem. Wiele bym dał, by to naprawić, by po prostu cofnąć czas.
-Kiedyś Pierre siedział dokładnie w tym samym miejscu co ty – usłyszałem głos Chucka. Nie poruszyłem się. Nie miałem pojęcia, co robić. Zaskoczył mnie – Zastanawialiśmy się z Jeffem i Sebem, po co on tu przyszedł. Wiesz, co się okazało? Chciał z nami pograć – wielkoczoły zamilkł. Nie odezwałem się, nie bardzo wiedząc, co ja mam z tym wszystkim wspólnego. Comeau chyba to zauważył, bo za chwilę dodał te słowa – to miejsce cholernie przyciąga, wiesz dlaczego? Bo jesteśmy jednością. Nasza piątka to coś w rodzaju piosenki. Całość jest oszałamiająca, ale jeśli zabraknie nam jakiegoś niewielkiego detalu, wszystko upada.
Chuck przez moment się we mnie wpatrywał, wiedząc, że usiłuję zrozumieć jego słowa, a potem wyciągnął dłoń w moją stronę:
-Chodź – zachęcił mnie z uśmiechem, którego mi brakowało w ciągu kilku ostatnich dni – Musisz sobie pograć. Dawno nie grałeś, prawda? – zapytał, zaskakując mnie swoją wiedzą. Widząc moją twarz, zachichotał cicho – Dave, wszystko masz wypisane na twarzy. Także to, że za chwilę chwycisz moją dłoń.
Jeszcze przez ułamek sekundy się wahałem, ale jednak chęć dotknięcia strun mojego basu zwyciężyła. Chwyciłem jego dłoń i wciąż jeszcze niepewnie, wstałem.
-tylko na chwilę wejdę, nie chcę ci przeszkadzać – wymamrotałem niemal bezgłośnie. Chuck oczywiście machnął ręką. Chyba cieszył się, że przyszedłem.
-Przestań – prychnął, grzebiąc po kieszeniach swoich spodni w poszukiwaniu kluczy do garażu – Możesz siedzieć, ile chcesz, ja i tak muszę wyczyścić perkusję – westchnął ciężko. Wiedziałem, że on nienawidzi tego zajęcia, ale nie wiedzieć czemu ciągle to robi. Uśmiechnąłem się lekko, powoli za nim ruszając. Przypomniało mi się, jak kiedyś Pierre schował jego płyn. Comeau łaził wściekły jak osa, nie mogliśmy zacząć próby.
-Proszę bardzo – zadowolony z siebie Chuck otworzył przede mną drzwi. Niepewnie wślizgnąłem się do środka, rozglądając się. Dosłownie nic tu się nie zmieniło, wszystko stało na swoim miejscu. Poczułem ten zapach, za którym tak bardzo tęskniłem. Zamknąłem oczy i uśmiechnąłem się. Właśnie tego było mi trzeba.
-Nie krępuj się – zachęcił mnie Comeau, zauważając, że się nie ruszam. Spojrzałem na niego. Musiał wiedzieć, co czuję, jak bardzo się za tym sprzętem stęskniłem. Coś we mnie pękło, podbiegłem do swojego basu, dotknąłem jego strun. Cudowny prąd przeszedł przez moje ciało. Bez wahania chwyciłem gitarę, szybko podłączyłem ją do wzmacniacza. Radość, jaka we mnie wybuchła, kiedy usłyszałem te piękne, przyjemne dla moich uszu dźwięki, była nie do opisania. Co prawda miałem w domu swoją gitarę, ale ten bas to dla mnie coś w rodzaju talizmanu. Wpadłem w trans, w który wpadałem zawsze, kiedy grałem na gitarze. Zupełnie straciłem poczucie czasu. Zapomniałem o otaczającym mnie świecie i napastującym moją głowę problemami.
Obudziłem się dopiero, gdy zauważyłem, że Chuck z kimś rozmawia. Odwróciłem się w ich stronę i zobaczyłem Pierre’a. Od razu przestałem grać, co oczywiście przykuło uwagę chłopaków. Poczułem, że robię się czerwony. Przekląłem w duchu Chucka, chociaż wiedziałem, że nie powinienem go winić za nagłe przyjście Pierre’a. Przez moment wpatrywaliśmy się sobie prosto w oczy, po czym westchnąłem ciężko i zdjąłem bas.
-Sorry chłopaki – wymamrotał, trochę z żalem, odkładając gitarę na swoje miejsce – Zasiedziałem się. Już spadam – powoli ruszyłem w stronę drzwi, modląc się, abym w tym momencie zniknął na zawsze. Czułem na sobie czujny wzrok chłopaków. Było mi cholernie głupio, żałowałem, że tutaj przyszedłem.
-Zaczekaj! – zatrzymał mnie głos Chucka – Jeśli chcesz, możesz jeszcze pograć...
-Nie będę wam przeszkadzał – wymamrotałem, nie poruszając się jednak.
-Nie przeszkadzasz nam – odezwał się łagodnie Pierre. Odwróciłem się w jego stronę. Zauważyłem, że to nieco go zdenerwowało. Zastanawiałem się nad tym, co odpowiedzieć. Nie chciałem tutaj zostać, bo atmosfera i tak była  już wystarczająco napięta.
-To ja... Pójdę po picie – wtrącił Chuck, chociaż w kącie stała zgrzewka wody. Zanim zdążyłem powiedzieć to kumplowi, jego nie było już w środku. Z powrotem wróciłem wzrokiem do Pierre’a. Obaj w tym samym momencie spuściliśmy głowy, ale żaden z nas się nie odezwał.
-Ja już naprawdę pójdę – wymamrotałem, obracając się na pięcie.
-Zaczekaj – poprosił cicho Pierre, ale ja zaprzeczyłem ruchem głowy.
-To bez sensu – odparłem – Bez sensu, żeby przeze mnie była taka atmosfera.
-to nie przez ciebie.
-Właśnie przeze mnie – westchnąłem cicho – Cześć – pożegnałem się, naciskając na klamkę. Ku mojemu zdziwieniu drzwi się nie otworzyły. Nacisnąłem po raz drugi, chociaż miałem wrażenie, że to nic nie da. Miałem ochotę zamordować Chucka. Odwróciłem się. Pierre także wydawał się być zaskoczony całą tą sytuacją, ale  w gruncie rzeczy był zadowolony. Chyba chciał ze mną porozmawiać, chociaż cholernie się denerwował.
-To chyba jednak nie wyjdę – wyszeptałem wściekły, siadając na kanapie i wlepiając wzrok we własne stopy. Katem oka zauważyłem, jak brunet drży. Chyba bał się zacząć mówić – Wal – powiedziałem spokojnie, chociaż złość na Chucka wciąż we mnie buzowała. wiedziałem, czego mam się spodziewać. Pierre spojrzał na mnie rozszerzonymi oczyma. W jego tęczówkach zauważyłem zazdrość.
-Jak ty możesz być tak spokojny, wiedząc, o czym chcę z tobą porozmawiać? – warknął, zaciskając pięści. Wzruszyłem ramionami. Ja sam nie mogłem tego zrozumieć.
-A ja nie rozumiem, dlaczego ty się tak denerwujesz – odparłem lekko – Jak wam się układa z Pat? – zapytałem, sam dziwiąc się zadanemu przez siebie pytaniu. On także był zaskoczony.
-W porządku – odparł z czymś podejrzanym w oczach – Nawet lepiej niż w porządku.
-Cholera – wymamrotałem pod nosem, dopiero wtedy uświadamiając sobie pewną rzecz – Nawet jej nie przeprosiłem – westchnąłem ciężko – Mam nadzieję, że tobie ułoży się z nią lepiej niż mi.
-Ja też mam taką nadzieję – brunet zamilkł na chwilę, wpatrując się we mnie, a potem z powrotem zaczął mówić – Słuchaj, Dave, to nie było tak jak ty myślisz. My po prostu...
-Wiem – przerwałem mu, czując, że robię się czerwony – Zakochaliście się w sobie. Pierre, ja to rozumiem. Ja też kocham Kate – dodałem po krótkiej ciszy – Doskonale ciebie rozumiem, Pierre i... przepraszam. Nie powinienem tak na ciebie naskakiwać. I na chłopaków też nie.
-Przestań – prychnął Bouvier jakby mu ulżyło  - To ja powinienem przeprosić ciebie za tę całą sytuację z Pat. Zachowałem się jak debil, a nie jak kumpel.
-To normalne, Pierre. Ja... Dziwię się sobie, że sam tego nie zauważyłem.
Brunet uśmiechnął się do mnie. Ogromny kamień z serca musiał mu spaść na ziemię, zauważyłem to na jego twarzy. Tego mi brakowało. Ujrzenia szczęśliwej twarzy. To mi dawało swego rodzaju kopa, nadziei, że moje życie może jednak nie skończy się tak szybko.
-czyli... Wiesz, teraz, jak już wszystko sobie wyjaśniliśmy... Wrócisz do zespołu? – tym pytaniem Bouvier mnie zaskoczył. Powoli obróciłem głowę w jego stronę. Serce zaczęło bić mi znacznie szybciej. Miałbym... Miałbym wrócić? Tak po prostu?
-Zaczekaj... Powiedziałem powoli – A chłopaki? Nie wiadomo, czy oni się zgodzą. Im też zalazłem za skórę.
-Przestań – prychnął Pierre – Nam wszystkim zależało na tym, żeby przenieść datę nagrywania płyty. Wiedzieliśmy, że wrócisz. Chłopaki nie będą mieli nic przeciwko, nawet się ucieszą.
-Czekaliście? – zapytałem cicho, po prawdzie trochę nie dowierzając. Z drugiej strony byłem cholernie dumny. Szczerze mówiąc nie myślałem nad tym, czy my nadal jesteśmy przyjaciółmi. Oni przez cały czas wierzyli. Nigdy nie przestali wierzyć w Simple Plan, w zespół. Znali mnie na tyle dobrze, , że wiedzieli, że wrócę, że bez muzyki nie wytrzymam długo.
-Czyli? – dotarł do mnie pewien już głos Pierre’a. Pokiwałem głową, potwierdzając jego przypuszczenia. Szeroko się uśmiechnąłem, kiedy zobaczyłem, ze brunet chwyta się za serce – A już powoli zaczynałem tracić nadzieję, że zespół kiedykolwiek zagra razem! Jak dobrze... Pojutrze mamy dwa koncerty, nie wiem, jak to zrobimy, ale Seb mówi, że damy radę. Trzeba zrobić próbę. Chociaż... Chyba nie zapomniałeś, jak się gra na basie, co? – zaczął mówić z prędkością światła.
-O co ty mnie posądzasz! – zarzuciłem mu, oskarżycielsko wskazując palcem na bruneta. Oboje się roześmialiśmy i znowu zapadła cisza. Zauważyłem, że Pierre mi się przygląda trochę niezdecydowany. Ponownie chciał o coś zapytać i najwyraźniej nie wytrzymał, bo za chwilę z jego ust wypadło pytanie:
-Co się z tobą dzieje?
Spojrzałem na niego pytająco, udając, że nie wiem, co ma na myśli. Z jego twarzy wyczytałem, że naprawdę się martwił, wyglądał poważnie.
-Nie jestem ślepy ani głuchy. Umiem rozpoznać, kiedy coś cię dręczy, a kiedy wszystko jest w porządku. Oczywiście jeśli nie chcesz, nie musisz mi mówić – wzruszył ramionami – Ale dobrze wiesz, że lepiej będzie, jak się wygadasz. Pamiętaj, co dwie głowy to nie jedna.
-Aż tak to po mnie widać? – westchnąłem ponuro, spuszczając głowę. Przez cudowny moment zdążyłem o tym wszystkim zapomnieć. Mimo wszystko Pierre zauważył. Chyba nigdy nie dowiem się, w jaki sposób on to wyczuwa.
-Widać – odparł zdecydowanie brunet – Nie jesteś sobą. Poza tym nie wysypiasz się. Coś cię dręczy.
Przegryzłem dolną wargę, zastanawiając się, czy mam go martwić. Nie chciałem tego robić, szczęśliwy Pierre dodawał mi trochę optymizmu. Bałem się, że gdy o wszystkim mu opowiem, to pozytywne myślenie zniknie, a wiedziałem, ze musze myśleć pozytywnie chociażby po to, by nie dołować Kate. Tak naprawdę sam ledwo to wszystko wytrzymywałem i po prawdzie miałem ochotę komuś się wygadać. No i nie potrafiłem przewidzieć reakcji mojego przyjaciela.
Mimo wszystko jednak pękłem. Opowiedziałem Pierre’owi o wszystkim co mnie spotkało, odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Widziałem, jak jego twarz przechodzi metamorfozę, z powagi zmieniała się w przerażenie. Na szczęście do końca mojej opowieści został przy mnie i chociaż był przestraszony, to wiedziałem, ze mnie nie zostawi.
-Boże, David – wyrzucił z siebie na jednym oddechu, gdy zamilkłem. Nic więcej nie był w stanie powiedzieć. Ja siedziałem. Po prostu siedziałem i wcale nie odczuwałem ulgi. Wręcz przeciwnie, trochę żałowałem, że podzieliłem się z nim moją historią. Nie podobała mi się jego reakcja, nie podobał mi się jego strach.
-Słuchaj, Dave... Czy ja... Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał wciąż trochę zaszokowany brunet. Westchnąłem cicho.
-Na razie możesz tylko modlić się o to, by to wszystko okazało się jednym wielkim koszmarem – odparłem, uśmiechając się krzywo. Pierre spojrzał na mnie. Chyba od razu domyślił się, że to miało brzmieć jak żart. Tylko że na takie dowcipy teraz nie pora.
-Daj spokój – prychnął zdenerwowany brunet – W życiu zdarzają się i takie niespodzianki, ale ludzie sobie z nimi radzą. Zresztą nie możemy zakładać, że jesteś chory. Kiedy jedziesz po wyniki?  - zapytał dociekliwie. Przez moment zastanawiałem się, czy mam powiedzieć mu prawdę. Postanowiłem tak właśnie zrobić, uznałem, ze kłamstwo się nie opłaca.
-Jutro – odparłem, wlepiając wzrok we własne dłonie. Drżały. Tak, bałem się. Cholernie bałem się, że testy dadzą wynik pozytywny. Pierre miał rację, nie spałem przez kilka nocy, nie mogłem zasnąć, ciągle dręczyły mnie złe przeczucia. Jeśli okazałoby się, że jestem chory, całe moje życie straciłoby sens. Bo po co miałbym żyć, skoro na mojej drodze stałyby jedynie ból i cierpienie?
Wtedy poczułem, jak ktoś delikatnie ściska moje dłonie. Uniosłem głowę do góry i ujrzałem szeroki uśmiech Pierre’a.
-David! – krzyknął optymistycznie – Ty jesteś basistą Simple Plan! Ciebie choroby się boją! Nas się boją! Jesteśmy zespołem! Jeśli ktoś zadziera z jednym z nas, to zadziera ze wszystkimi! A z naszą grupą po prostu nie da się wygrać, rozumiesz?!
Pokiwałem głową, jednak milczałem. Pierre najwyraźniej bardzo chciał jakoś podnieść mnie na duchu, ale po prawdzie nawet on nie potrafił mi poprawić humoru ani wybić z głowy czarnego scenariusza. Brunet widział, że wszystkie jego starania nie dają oczekiwanych skutków, ale nie poddawał się. A ja nawet nie udawałem, że mam dobry humor czy nadzieję. Nie musiałem.

-Jutro pójdę tam z tobą – westchnął brunet, chyba domyślając się, że w takim stanie nie uda mi się samodzielnie dotrzeć do szpitala. Biedak nie miał pojęcia, co jeszcze wpajać mi do głowy, żebym się uśmiechnął. Nawet zaśpiewał mi piosenkę, ale i to nie pomogło. Spojrzałem na niego i słabo wykrzywiłem wargi w uśmiechu. Chciałem coś odpowiedzieć, ale akurat do garażu wskoczyli Jeff, Chuck i Seb. Zdążyłem tylko na migi poprosić Pierre’a, by o niczym nie mówił chłopakom, zanim zniknąłem w objęciach radosnych przyjaciół. 

1 komentarz:

  1. haha :D Jak dobrze, że Chuck zamknął ich razem w garażu :D
    Teraz na pewno David sobie ze wszystkim poradzi :) Z takim wsparciem nie ma innej opcji!!!
    Jak to dobrze, że znowu są zespołem <3

    OdpowiedzUsuń